Przymorze Małe – spacer może być lekiem na smutki #2

Drugi spacer po Przymorzu Małym odbyłam w piątek, 8 maja 2020 roku i zdecydowanie wyszłam, by trochę uciec od swoich, nieprzyjemnych tego dnia, myśli. Skupienie się na mapie i fotografowaniu zdało egzamin i zdecydowanie poprawiło moje samopoczucie. Tym razem ustaliłam sobie, że pokonam ulice pomiędzy Bora-Komorowskiego a Kołobrzeską.

Wystartowałam zatem na skrzyżowaniu tej ostatniej z Chłopską i podążyłam na północ. Minęłam zwracający na siebie uwagę wieżowiec z numerem 7. Skręciłam w Śląską. Tu też była tablica z nazwą dzielnicy. Zobaczyłam też panią z dziećmi zajadającymi lody. I trochę im nawet pozazdrościłam, choć tego dnia pierwszy raz w sezonie wyszłam tylko w bluzie. Takie miałam złudzenie z okna, jak to na zewnątrz musi być ciepło. A jednak póki się nie rozchodziłam, to nawet lekki wiatr wprawiał mnie w delikatne drżenie.

Wkrótce znalazłam się przed głównym wejściem do kościoła pw. NMP Królowej Różańca Świętego. Mieścił się na Placu Najświętszej Maryi Panny. Obeszłam świątynię z każdej strony. Ostatecznie wyszłam na skrzyżowaniu ulic Ks. Majdera i Zgody II. Podążyłam przez chwilę tą drugą. Szczególnie interesował mnie budynek szkoły, swego czasu gimnazjum, przed którym stał pomnik Heweliusza.

Następnie wyszłam ponownie na Śląską i skierowałam się w prawo. Na słupkach blokujących dojazd do budynku mieszkalnego ktoś zapisał pojedynczo litery tak, że tworzyły ksywkę „Długi”. Weszłam we Władysławowską, a z niej w Zgody I. Bardzo podobał mi się końcowy łuk drogi, wypełniony kolorowymi roślinami na okolicznych posesjach i pachnący bzem. Zawróciłam przez Bora-Komorowskiego i Mściwoja II. To skrzyżowanie zresztą intrygowało mnie za każdym razem od kilku lat. Zamiast pasów była tu wylana biała smuga, prawdopodobnie farby, która kształtem zawsze kojarzyła mi się ze szkieletem. Okrągła plama i biegnąca od niej, zwężająca się i coraz smuklejsza linia. Po tak długim czasie stwierdziłam, że biel coraz mniej wybija się z barwy asfaltu i za jakiś czas to optyczne złudzenie zostanie już tylko w mojej głowie biologa.

Podczas „nawrotki” obserwowałam srokę, która przysiadła na ogrodzeniu jednej z posesji. Cieszyłam się rozkwitającymi pąkami i wszechobecną wiosną. To dawało nadzieję na przyszłość. Spodobały mi się również latarenki w jednym z ogrodów. Cała ulica wydała mi się niezwykle zadbana.

Niestety nie mogłam tego powiedzieć o budynku, na który natknęłam się na kolejnym odcinku ulicy Ks. Majdera, którym podążyłam po odwiedzeniu Darłowskiej. Dach się rozpadał, właściwie został głównie szkielet i niewielkie fragmenty połaci. Okna i drzwi zamurowano. A jednak stałam przed nim oczarowana. Tą historią, którą podpowiadała mi zawsze w takich miejscach wyobraźnia. Tym kadrem, który momentalnie pojawił się w mojej głowie. Wykonałam kilka zdjęć, bawiąc się ostrością – skupiając ją to na budynku, to na ogrodzeniu.

Ostatecznie wyszłam na Beniowskiego. Rozejrzałam się po południowej części drogi, lecz moja uwaga skupiła się na przeciwnej. Zobaczyłam budynek straży pożarnej. O uważność kierowców prosiło pomarańczowe mrugające światło. Stałam tam dłuższą chwilę, próbując nacisnąć migawkę w odpowiednim momencie – by uchwycić ten pomarańcz, a jednocześnie nie mieć w kadrze przechodniów. Musiałam się sama wczuć w rytm tego światła. Niesamowite uczucie.

Droga, którą zamierzałam skręcić, widząc ją na mapie tuż przed Bora-Komorowskiego, okazała się wewnętrzną dla zamkniętego osiedla, ponownie o średnio adekwatnej nazwie – „Nova Oliva”. Dlatego podążyłam jednak tą wspomnianą, a następnie Słowiańską wzdłuż fabryki czekolady Bałtyk. Minęłam także drugą bramę zamkniętego osiedla i ułożone wzdłuż pasa zieleni kamienie, mające zapewne zapobiegać wjeżdżaniu na niego autem. Mieszkańcy zadbali też o dokarmianie ptaków i przywiesili na drzewach karmniki.

Gdy wyszłam na Droszyńskiego, z jednej strony moje zainteresowanie wzbudziło nowe, dopiero budowane osiedle. Tak naprawdę jednak ciągnęło mnie do sklepu… metalowego. Dlaczego? Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie, gdy zwiedzałam Przymorze podczas pierwszego gdańskiego projektu, w 2014 roku. Zewnętrzną dekorację stworzono między innymi z elementów metalowych i naprawdę ciekawie zaaranżowano wokół oczka wodnego. Imitacja baru i łazienki z tabliczkami prezentującymi poczucie humoru twórcy. Ale przede wszystkim duże podobizny mrówek. Coś niesamowitego. To miejsce stało się w jakimś sensie taką lokalną ciekawostką dla mnie i gdy tylko nogi wiodą mnie na spacer w tamte okolice, zawsze pokazuję towarzyszącym mi osobom tę instalację.

Nigdy wcześniej nie dopatrzyłam się jednak ciekawego, starego domu naprzeciwko. Nie mam pojęcia, co mnie ciągnie do takich miejsc, ale częściowo odsłonięte cegły tam, gdzie ukruszył się tynk, wybite szyby i nietypowa bryła budynku, to wszystko miało dla mnie znów swoistą magię. I ten drewniany daszek nad schodami! Ciekawa jestem, czy ktoś jeszcze kontemplował to miejsce tak długo.

A wokół toczyło się życie. Rodzice z dziećmi jeździli na rowerach, przechodziła młodzież. Część nowego budownictwa wokół była już zamieszkana. Ze Śląskiej skręciłam w Arkońską i powędrowałam wzdłuż przeszklonych budynków. Na skrzyżowaniu z Lęborską po prawej wybijała się Olivia Star. Ów wieżowiec był dokładnie na linii drogi. Szłam chodnikiem, znów otulona zapachem bzu.

Skręciłam w Słupską i na skrzyżowaniu z Kołobrzeską znów rzucały się w oczy przeszklone wieżowce, tym razem Alchemii. Korporacyjne biurowce wpisały się już na stałe w tę część Oliwy. Tymczasem jednak kontynuowałam zwiedzanie Przymorza Małego. Zostało niewiele ulic.

Na Arkońskiej minęłam Szkołę Podstawową nr 46. Co ciekawe, tutaj też przypisano obiekt do Oliwy. Z kolei na Lęborskiej postanowiłam zapozować z tabliczką z nazwą ulicy jako lęborczanka z urodzenia. Chciałam zrobić sobie selfie, jednocześnie wyjątkowo mieć napis nieobrócony. Był dla mnie zbyt ważny. Dlatego próbowałam się ze standardowym, tylnym aparatem telefonu. Okazało się to nie takie łatwe (w późniejszym czasie już znalazłam na to sposób).

Na Szczecińskiej znalazłam z kolei graffiti nawiązujące do ludzkiej postaci wpisanej w koło namalowanej przez Leonarda da Vinci. Wynikało to z faktu, że w budynku mieścił się gabinet rehabilitacji. Zawróciłam, by przejść przez Fromborską i Tolkmicką. Wyszłam przez Krynicką, mijając centrum handlowe. Krótkim odcinkiem Kołobrzeskiej dotarłam właściwie do tego miejsca, w którym zaczęłam.

Został odcinek na południe od Kołobrzeskiej. Trochę mi jednak zajęło, nim ponownie wybrałam się na spacer po Przymorzu Małym. Planowałam zabrać koleżankę, długo jednak nie mogłyśmy dobrać wspólnego terminu. Zaległy spacer siedział mi gdzieś z tyłu głowy, choć w międzyczasie zrealizowałam już kilka innych. A miała to być najkrótsza z dotychczasowych planowanych wycieczek.

Po obiedzie, 15 maja 2020 roku, wreszcie wystartowałam. W tym samym punkcie co poprzednio i znów bez nikogo towarzyszącego – oj, nie było o to łatwo w epidemii. Na początek przeszłam się całą Kołobrzeską. Z jednej strony oglądałam różnorodną zabudowę, z drugiej podziwiałam znów bez i inne kwitnące rośliny. Nawet nieszczególnie mi przeszkadzały jako alergikowi i ciekawiło mnie, czy to kwestia maseczki. Patrząc na przejrzyste niebo z bielutkimi obłokami, nuciłam w myślach: „najlepiej będzie schować głowę w chmury” czyli fragment piosenki zespołu Cree. Z kolei na budynku będącym siedzibą PKS-u zobaczyłam mapę Polski ze strzałkami w cztery strony, co przypadło mi do gustu. Ciekawostką była też ramka na bilbord, pusta w środku, przez co mogła być ramką kadru. Pobawiłam się chwilę tym ujęciem, podobnie jak kiedyś na Śródmieściu.

Zbliżałam się do stacji SKM Gdańsk Przymorze-Uniwersytet. Postanowiłam bowiem spojrzeć na dzielnicę z góry. Oczywiście rozejrzałam się w różnych kierunkach, nie omijając też wzrokiem Oliwy. Tory kojarzą mi się z podróżą, więc często stanowią dla mnie ciekawe ujęcia, choć objęcie kadrem także peronu, kiedy chciałoby się nie fotografować ludzi, nie było zadaniem prostym. Rozglądałam się też za ciekawymi graffiti w tym natłoku różnorakich malunków. Przy lokalu gastronomicznym na dole w rysach postaci rozpoznałam, jak sądzę, kreskę grafficiarza Krika. Z kolei u góry zaintrygowały mnie te, które przedstawiały różne ożywione, choć raczej fantastyczne, formy.

Zeszłam po drugiej stronie Kołobrzeskiej i nim obejrzałam kolejne uliczki, zahaczyłam o bankomat jednego z kilku zlokalizowanych tam banków. Przy tej okazji zauważyłam opuszczony sklepik rybny, schowany między krzewami, z dodatkowym ogrodzeniem z przodu. Skojarzył mi się przy tym jeden z lęborskich sklepików mięsnych, dziś chyba też od dłuższego czasu nieczynny.

Pierwszą z ulic, które odwiedziłam po zejściu na południe od Kołobrzeskiej, była ulica Słupska. Już tutaj zaczynała się specyficzna dla tego rejonu zabudowa mieszkalna. Domy miały spiczaste dachy i niejeden z nich pochodził z pierwszej połowy ubiegłego stulecia, o czym świadczyły daty u szczytu frontowej ściany.

Dość dobrze pamiętałam spacer po tej części Gdańska. Choć była to jedna z krótszych wycieczek pierwszego gdańskiego projektu, samotna wędrówka wzmogła moją uważność. Tym razem wędrowałam wiosną, poprzednio w grudniu, więc teren wydał mi się atrakcyjniejszy i nie umiałam stwierdzić, czy w ciągu tych kilku lat bardziej o niego zadbano, czy po prostu pora roku dokonała tu tak radykalnej zmiany na plus.

Pokonywałam kolejne ulice podobnie jak wówczas, zatem metodą harmonijki. Poruszałam się w linii północ – południe przez Słupską, Arkońską i Szczecińską, ale wchodząc też nieco w uliczki biegnące prostopadle – Pucką i Malborską. To, jak dobrze pamiętałam detale mijane wtedy, mnie samą wprawiało w zdumienie. Słoneczny krajobraz na jednym z domów rozmył się z czasem. Oryginalne graffiti postaci bez głowy zniknęło z muru. Za to poznałam korzeń, który wciąż tak samo dzielnie współtworzył krajobraz z chodnikiem przy Szczecińskiej. Nieopodal pojawiło się nowe osiedle, przed kilku laty dopiero planowane, choć już wtedy teren wygrodzono. Pamiętałam też nietypową falowaną kreskę nad „n” w nazwie „Szczecińska” – drogowskaz na skrzyżowaniu z Solikowskiego wciąż tak się prezentował.

Ostatecznie przeszłam przez pełną garaży ulicę Solikowskiego przy Centrum Techniki Okrętowej. Droga wiodła ku ROD Kolejarz i ROD Przymorze, a właściwie pomiędzy nimi. Zza zieleni wyłaniał się już jeden z zaspiańskich murali i kolorystycznie naprawdę świetnie się to ze sobą komponowało. Wyszłam ścieżką właśnie na Zaspę, na ulicę Hynka. Jak i poprzednio, było mi miło na koniec przeczytać słowa z tabliczki nad ścieżką: „Dziękujemy przechodzącym przez nasz ogród za niezaśmiecanie naszego terenu”. Choć kolejną dzielnicę przeszłam w pojedynkę, spacery pozwoliły mi być uważną zarówno na otoczenie, jak i na własne emocje. Cieszyłam się jak dziecko, obcując z akcentami natury pomiędzy cywilizacją. Podlatujące i ćwierkające ptaki, zapach bzu i rozmaite kolory roślin z bujną zielenią na czele. Z całą pewnością brak pośpiechu i relaks z przyrodą w tle dobrze człowiekowi robią. Na szczęście już wkrótce wycieczki miałam też odbywać w towarzystwie.


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów: z pierwszego, drugiego i trzeciego spaceru po Przymorzu Małym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *