Zgodnie z obietnicą zabieram Was dziś na Żabiankę. Gdybyśmy planowali podjechać tam pociągiem SKM, usłyszelibyśmy z głośników „Następna stacja: Gdańsk Żabianka AWFiS”, ale gwoli ścisłości po zachodniej stronie torów mamy Oliwę, gdzie znajduje się właśnie Akademia Wychowania Fizycznego i Sportu, natomiast Żabianka rozciąga się na wschód od linii kolejowej.
I właśnie wschodnią stronę postanowiłam odwiedzić tym razem. W teren zabrałam koleżankę, której przez pewien czas nie widziałam i naprawdę doceniałam fakt, że wycieczki stały się dodatkowym bodźcem do spotkań z ludźmi, za którymi zdążyłam się stęsknić. A moja towarzyszka z chęcią rozrysowywała trasę na mapce i wymieniała się ze mną historiami z ostatnich kilku miesięcy. Gdy przyglądam się zdjęciom z tamtej wycieczki, przypominam sobie także, jak mocno dogrzewało nas słońce, chociaż był już październik.

Tę część miasta zdominowały bloki, urozmaicone gdzieniegdzie sklepikami i kontrastujące z niskim budynkiem w obrębie ulicy Sztormowej. Później okazało się, że mieściło się tam liceum. Na Żabiance znalazłyśmy też szkołę z własną pływalnią, a ponadto dwa kościoły.

A jednak, gdybym nie miała obfitego materiału zdjęciowego z okresu trwania projektu i napisanych rozdziałów, a poproszono by mnie, bym wymieniła trzy rzeczy, które zapamiętałam z tamtego spaceru, to poza osobą towarzyszącą byłyby to deptak i graffiti 🙂 Pomiędzy zabudowaniami biegnie bowiem szeroka droga, którą bardzo przyjemnie się spaceruje. Zaczyna się przy przejściu dla pieszych przy stacji SKM, a kończy właściwie przy skrzyżowaniu Gospody i Pomorskiej.

Gdzie by mnie nie było, zawsze z ogromną ciekawością przyglądam się także graffiti. Już dawno wulgarne napisy zostały moim zdaniem zdominowane przez takie z przesłaniem albo przez malunki, których kunszt nakazuje dziś nazwać graffiti wręcz formą sztuki. Na Żabiance podziwiałam sparafrazowane obrazy mistrzów („Krzyk”, „Dama z gronostajem” i „Trwałość pamięci” – ten ostatni absolutnie uwielbiam, pewnie z powodu motywu zegarów). Dodałam swoją interpretację do pingwina w wojskowym kasku, który stał na diamencie. Doceniłam także fakt, że sklep wędkarski miał pomalowaną frontową ścianę, a zdobił ją właśnie wizerunek wędkarza.

Podczas drugiej wyprawy nie było ani deptaka, ani graffiti, ani nawet nie wyszłam w towarzystwie, ale czasem człowiek potrzebuje także chwili samotności. Powędrowałam na Osiedla Tysiąclecia i Wejhera. Wystartowałam na Piastowskiej i zaczęłam odhaczać kolejne uliczki w pobliżu tej (i wraz z nią), od której nazwę wzięło pierwsze osiedle. Później wzdłuż linii tramwajowej szłam na północ i za szkołą ostatecznie skręciłam w prawo. W ten sposób dotarłam do Parku Przymorze. Tutaj widoczne były pierwsze oznaki jesieni. Drzewa gubiły pierwsze liście, które pokrywały ziemię i prowokowały do szurania między nimi nogami.

Wyszłam na Pomorskiej i przeszłam na jej drugą stronę, tym samym wkraczając na teren drugiego osiedla. Rzeczywiście znalazłam tam pomnik Wejhera przy ulicy jego imienia, więc nazwa miała swoje odniesienie w przestrzeni. Dostrzegłam ciekawe, niemal płożące się drzewo. Podeszłam pod Ergo Arenę na granicy miast. Nawet lekko zdołałam się pogubić między alejkami w okolicy szkoły i przedszkola. Wreszcie wyszłam jednak na prostą. Spacer zgodnie z założeniem był bardzo krótki, a poza odkrywaniem postawiłam sobie za cel uporządkować zebrane wówczas myśli. Chyba nawet mi się to udało.

W ostatnich tygodniach też nagromadziło się we mnie całkiem sporo przemyśleń. Dlatego już w najbliższą sobotę podzielę się z Wami bardziej refleksyjnym wpisem. To dla mnie wyjątkowy dzień, więc i wpis nie będzie standardowy. A z dalszym ciągiem Gdańska wracam już za tydzień 🙂
