Dziś dzień dla mnie szczególny. Odhaczam kolejny pełny rok w moim życiu, włączyła mi się zatem skłonność do refleksji, a tej w ostatnich tygodniach było aż nadto.

Tuż przed wyjazdem na sierpniowy urlop przeczytałam ciekawy artykuł o konieczności znalezienia czasu dla siebie w pędzie życia. Łatwo powiedzieć, gdy rzeczywiście przebywa się na urlopie lub po prostu nadchodzi weekend (dla tych, co nigdy w weekendy nie pracują). Ale jak zorganizować sobie tzw. #MeTime, kiedy działamy w normalnym trybie?

Początkowo jako pracoholik odpoczywać nie umiałam w ogóle i nauka tej pozornie prostej czynności to proces, który trwa już od pewnego czasu i z pewnością jeszcze potrwa. Miałam zawsze za dużo pomysłów na siebie, nastawiałam się na cel i, nie powiem, miałam z tego ogromną satysfakcję, gdy udawało mi się dopiąć każdy kolejny projekt.

Wreszcie zrozumiałam jednak, że kogo jak kogo, ale samej siebie nie muszę gonić. Skoro robię coś dla siebie, niepotrzebny mi deadline. Jasne, warto mieć ogólne założenia, by cel nam nie umknął, ale chcę się delektować drogą ku niemu, a nie bić rekordy dla samych rekordów.

Dlatego zwiedzenie Pomorza i Parków Narodowych to projekty na lata.

Dlatego odkrywając lokalnie coś nowego, zmniejszam tempo i pozwalam sobie na spacer.

Dlatego czasem zamykam się w ciszy czterech ścian lub wybieram samotną wędrówkę, choć jestem ekstrawertykiem.

Dlatego od pewnego czasu próbuję wyrobić sobie nawyk wyłączania komputera na godzinę przed snem. Wychodzi różnie, ale czasem rzeczywiście zyskuję te 60 minut dla siebie. Czasem coś poczytam, czasem „tylko” wsłucham we własne myśli i własny rytm. Po prostu jestem.

Doby nie rozciągniemy. Czuję jednak, że ten „czas dla mnie” jest potrzebny. Pozwala wyłuskać cele z chaosu rozpraszaczy. Nabrać sił i skupić się na ich realizacji. Podejmuję to wyzwanie, a Ty? Jak zorganizujesz sobie #MeTime? 🙂

Właściwie mogłabym w tym miejscu zostawić Was z tą refleksją, ale myśli kłębiło się o wiele więcej. Ostatnie tygodnie przyniosły w moim życiu naprawdę sporo zawirowań. Powiedziałam sobie jednak:
Upadłam, by zobaczyć, gdzie jeszcze mogę się wspiąć.

Jeszcze nie umiem racjonalnie stwierdzić, dlaczego musiałam zaliczyć ten upadek. Jeszcze nie widzę, dokąd doprowadzi mnie ta ścieżka i czy dojdę do szczytu, a może okaże się tylko wzniesieniem i stamtąd zobaczę szerszy horyzont i kolejne szczyty. Czy będę musiała spośród nich wybierać, a może okażą się póki co poza zasięgiem?

Wiem, że gdyby nie ten przewrót w moim życiu, pewnie dużo luźniej podeszłabym do zakładania bloga. Owszem, planowałam to od dawna i chciałam go zaprezentować 3 września, ale wciąż inne rzeczy wydawały się bardziej istotne. Ustalenie sobie tego dodatkowego celu okazało się jednak pomocne, by nie utonąć w negatywnych myślach. Ponadto zauważyłam, że jestem w stanie pogodzić normalny rytm życia z dającym mi tyle frajdy pisaniem bloga 🙂

Dobra organizacja czasu (także tego na odpoczynek w natłoku spraw) będzie mi niedługo szczególnie potrzebna. Poza własnymi projektami i blogiem, podejmuję jeszcze jedno wyzwanie: od października zaczynam kurs przewodnicki. Nosiłam się z tym zamiarem od zeszłego roku, ale wówczas nie zgrywał mi się terminarz. Stąd dodałam sobie ten cel do postanowień noworocznych na 2018 rok i jestem zdeterminowana. Historia od samego początku okazała się niebanalna, a przecież kurs jeszcze się nie rozpoczął. Dlatego jestem go niezmiernie ciekawa. Jego formy, ludzi, których przy tej okazji poznam, nowego spojrzenia na znane przestrzenie i odwiedzenia zupełnie nowych miejsc. Tych wrażeń, znajomości, wspomnień, a przede wszystkim zdobytej wiedzy – nikt mi nie odbierze 🙂 Pełna ekscytacji odliczam dni!

A na koniec zdjęcie pt. „Marta kroczy alternatywnymi ścieżkami” 😉 I tak jest. Przez te 28 lat mojego spacerowania po tym świecie nic się w tym względzie nie zmieniło. Mam nadzieję, że dane mi będzie wędrować nimi dalej przez kolejne lata, bo mam jeszcze sporo w planach! Tymczasem do zobaczenia i do poczytania! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *