Karkonoski Park Narodowy – czy kadrowanie mam we krwi?

Śniadanie mieliśmy umówione już na 6:30, więc chwilę po siódmej wyruszyliśmy z naszego pensjonatu na szlak. Lokalizacja Willi Gencjana była do tego idealna. Za Karkonoskim Centrum Edukacji Ekologicznej KPN skręciliśmy w prawo. Ulica była pusta, a nietypowość organizacji ruchu (m. in. zupełnie wolny prawy pas na niektórych odcinkach, niedostępny do jazdy aut) sprawiła, że częściowo szliśmy chodnikiem, częściowo drogą. Gdy jednak pośród ciszy poranka usłyszeliśmy nadjeżdżający samochód, mój towarzysz zareagował:

– Gdzie turyści tak wcześnie rano, no co Wy! 😉

Zwróciliśmy też uwagę na drewnianą rzeźbę, która została tak wkomponowana w budynek, jakby go podtrzymywała.

Wkrótce zobaczyłam drogowskaz na Wodospad Kamieńczyka:

– To chyba drogowskaz dla nas.

Kolega zauważył już oznaczenie czarnego szlaku na drzewie:

– Dlaczego on idzie w dół. Tak się nie bawię.

– Dlatego, żebyś miał potem więcej do góry.

Ruszyliśmy czarnym szlakiem i to, co mnie ucieszyło, to obecność tablic edukacyjnych. Nie bez powodu mówi się, że podróże kształcą! Chociaż las początkowo wyglądał jak znane mi pomorskie, nawet gdańskie, zamarzyło mi się zdjęcie na trasie, z plecakiem i oznaczeniem szlaku. Później zobaczyłam świetne miejsce na takie zdjęcie, bo jednak trzeba było przejść po kamieniach. Nieopodal płynęła rzeczka i też wydała się nam całkiem malownicza, więc chwilę ją obydwoje fotografowaliśmy. Stojąc na kładce, zaśmiałam się:

– Takiego klimatu to już u siebie nie mam.

Kolejna plansza przedstawiała powstawanie kotła eworsyjnego, więc podebatowaliśmy nad nią chwilę. Nie obyło się też bez zdjęć z bardzo estetyczną tablicą z nazwą parku <3 Dalej podążaliśmy czerwonym szlakiem.

Przy trzeciej tabliczce edukacyjnej, o restytucji jodły, pokazałam, jakim jestem słabym botanikiem.

– Nie widzę jodły. Moja wiedza o jodle kończy się na tym, że wiem, że ona jest drzewem iglastym.

Mój kompan wyjaśnił mi zatem (co dwóch biologów to nie jeden!), jak wygląda jodła, a jak świerk. Jodła miała wypłaszczone igły, które wyglądały na większe, zaś świerk drobniejsze, o mniej więcej okrągłym przekroju. Kawałek dalej otrzymałam kolejną zagadkę:

– A co to jest?

Spojrzałam bezradnie na drzewo, szukając charakterystycznych cech. Igły miało zebrane jakby w pęczki, wypuszczone z jednego miejsca.

– Zrzuca te igły na zimę – usłyszałam podpowiedź.

– Modrzew!

Kolejnym ważnym punktem na naszej trasie, można wręcz powiedzieć, że pierwszym checkpointem, był Wodospad Kamieńczyka. Dostaliśmy kaski, a w związku z tym, że wchodziliśmy póki co jako jedyni, nie musieliśmy ubierać maseczek (sierpień 2020 – wciąż trwały obostrzenia związane z epidemią). Przekroczyliśmy furtkę z motywem drzew iglastych i zeszliśmy po schodach, podziwiając już tutaj skały wokół nas. Na dole zorientowaliśmy się, że niejeden turysta stracił już tu kask, bo kilka z nich widniało w korycie rzeki. Spacer tylko we dwójkę dawał możliwości delektowania się widokami i zamykania ich w kadrze, a naprawdę niejeden mi się urodził w głowie, co starałam się przekuć w czyn. Efekty niektórych pokazywałam mojemu towarzyszowi, np. to ze skałami okolonymi z każdej strony przez zieleń.

– Masz oko fotografa – podsumował.

Oczywiście równie chętnie pozowałam, zarówno na tle wodospadu (kolegę też namówiłam), jak i pomiędzy skałami, gdzie wypatrzyłam ciekawą wnękę. Pierwsi ludzie pojawili się w tym miejscu dopiero, gdy my już się zbieraliśmy.

– Bardzo dobrze, że wyskoczyłaś z tym śniadaniem o 6:30.

My byliśmy na Kamieńczyku niespełna pół godziny, wchodząc około 8:20 (8:19 przy kasie, jak odnotował kolega, a ja spojrzałam na czas, gdy przechodziliśmy przez bramkę o 8:22), także cały pobyt upłynął nam bez przepychania się między ludźmi, natomiast gdy wychodziliśmy, kolejka do kasy była już całkiem spora.

Za to kolejki nie było, gdy kupowaliśmy bilet na trzy dni w Karkonoskim Parku Narodowym. I tak skierowaliśmy się dalej czerwonym szlakiem. Naszym celem była Szrenica. Kamienista droga pięła się dość mocno w górę. Później kamienie zastąpiły płytki chodnikowe, a trasa coraz bardziej się wypłaszczała, ale jeszcze ciut dawała się we znaki. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy ławeczkach po prawej stronie, bo dopatrzyłam się tam tablicy. Nie wiedziałam, o co chodzi z terenami poklęskowymi, tzw. Czarnym Trójkątem i widocznymi na zdjęciu kikutami drzew, ale okazało się, że nazwa dotyczyła przestrzeni na pograniczu Polski, Czech i Niemiec, gdzie skrajnie kwaśne (pH około 2) deszcze zniszczyły drzewostan w latach 80. Dopiero później zrealizowano nowe nasadzenia.

Dalej zaciekawił nas kącik z dużym, płaskim kamieniem, wyglądającym niczym stół. Kolega zaśmiał się, że może to tutaj Liczyrzepa podliczał pieniądze. Ale kim był ów Liczyrzepa? Okazało się, że Duch Gór, znany mi już jako Karkonosz, był też ponoć znany pod drugim imieniem.

Mój kompan wypatrywał każdego cieku wodnego, choćby drobnego strumyka, tymczasem ja zaśmiałam się, że jestem „Marta – łowca tablic”. Na najbliższej wypatrzyłam bardzo sugestywny napis „Kocham te góry” 😉 Podłoże zmieniło się już na naszej trasie kolejny raz i teraz szliśmy niby dalej po płytkach, ale miały one w sobie fragmenty skał.

Chwilę później na horyzoncie dopatrzyliśmy się już budynku i zaskoczyło nas, jak szybko dotarliśmy do schroniska na Hali Szrenickiej, położonego na wysokości 1200 m n. p. m. Tam ogarnęłam pocztówki, pieczątki i łazienkę. Zauważyłam nawet nalepkę z herbem Gdańska na drzwiach pośród kilku innych! <3 Posiliłam się na szybko batonikiem musli (to nie był jeszcze silny głód) i oczywiście nie obyło się bez pamiątkowych zdjęć zrobionych sobie nawzajem. Nawet zostałam poproszona przez dwie panie, raczące się piwkiem, żeby i je sfotografować. Zastanawiały się, jak się ustawić, więc zasugerowałam im, która powinna stanąć z której strony i cyknęłam parę fotek. Naprawdę fajnie było stąd widać przewyższenie i jaki odcinek już pokonaliśmy.

Podczas tego przystanku zaintrygował nas też starszy pan, wyposażony tylko w butelkę wody, który podpytywał parę osób o dalszą drogę i ruszył naprawdę zdrowym tempem przed nami. Utrzymywaliśmy wciąż porównywalną odległość aż do kolejnego checkpointu, więc biorąc pod uwagę nasze fotografowanie, musiał się poruszać niewiele wolniej od nas.

Wkrótce wspięliśmy się na Szrenicę. Podziwialiśmy roztaczający się krajobraz i nie obyło się bez zdjęć, także na pobliskich skałkach. Powtórzyłam też pocztówkowy rytuał i nabyłam całkiem fajny przewodnik po Szklarskiej Porębie i okolicy. Wówczas powędrowaliśmy dalej.

Przy Trzech Świnkach zastanowiło nas, co autor nazwy miał na myśli. Żadne z nas świnek się w nich nie dopatrzyło, choć urodziło się w mojej głowie animalistyczne porównanie – szczyt jednej skały skojarzył mi się ze smokiem rodem z „Mulan”. Na dalszym odcinku też co chwilę miałam jakieś wizje zdjęciowe 😉

– O, tu by jeszcze było fajne zdjęcie, jak idę z plecakiem ścieżką, tyłem (…). Ty to się ze mną masz.

– Spodziewałem się gorszego. Że będziesz przystawać, kontemplować. A idziemy całkiem sprawnie i robisz raczej takie konkretne zdjęcia.

Wkrótce byliśmy przy Twarożniku, także można powiedzieć, że dotarliśmy do granicy z Czechami, momentami ją przekraczając. Kawałek dalej zauważyłam też słupek na skale i kolega powiedział, że to właśnie tam biegnie granica państw. Rzeczywiście, zaczęły się pojawiać czeskie tabliczki i w sumie dla nas, Polaków, ten język brzmi dość zabawnie. Przy tabliczce „Pozor, pozor” czyli „Uwaga, uwaga” przykucnęłam. Mój kompan pstryknął mi fotkę z zaskoczenia, gdy słoneczko przygrzewało, więc chowałam bluzę, jednocześnie potrzebując już wyciągnąć powerbank. Nadał nawet zdjęciu roboczy tytuł „Przeorganizowanie na trasie”.

Pośrodku ścieżki nieopodal natrafiliśmy na kolejną inspirację. Kamień oznaczono kolorem szlaku. Ustawiłam stopy blisko.

– No widziałem właśnie, że masz zamiłowanie do stóp – powiedział kolega.

– To wynika z mojej nazwy bloga Palcem po mapie, stopą po ziemi – zaśmiałam się.

– No to jeszcze mapa by się przydała.

Zatem położyłam mapę pośrodku, myśmy stanęli po obu stronach kamienia i tak powstało okolicznościowe zdjęcie 🙂 Dalej zobaczyłam kamień z literką C.

– Jesteśmy w Czechach? – zapytałam.

– W tym momencie tak – potwierdził mój towarzysz.

Na szczęście najbardziej interesujące tabliczki uwzględniały trzy języki i dowiedziałam się z polskiej wersji, że formacja skalna Violik oferowała unikalne gatunki porostów. Niemal białe skały pokryte jasnozieloną warstwą również wyglądały ciekawie.

Kolejne schronisko już od pewnego momentu jawiło się na horyzoncie, ale musieliśmy przejść do niego jeszcze spory kawałek. Było nieczynne, mieściło remontowany akurat Radiowo-Telewizyjny Ośrodek Nadawczy. Równia nad Śnieżnymi Kotłami, bo taką nazwę przypisano owej przestrzeni, mieściła się na wysokości 1489 m n. p. m. Rozciągał się tam widok na Jelenią Górę, ale przede wszystkim wrażenie robiły Śnieżne Kotły. To było chyba jedno z najpiękniejszych ujęć, jakie udało mi się sfotografować tego dnia. Podziwiałam widoki, co chwilę szepcząc pod nosem „wow”, a co lepsze kadry pokazywałam koledze, za każdym razem w odpowiedzi słysząc: „rewelacja”. Oj tak, było czym się zachwycać.

Zrobiliśmy sobie na trawce dłuższą przerwę na posiłek i rozłożyliśmy mapę. Właściwie zrealizowaliśmy plan na ten dzień, a mieliśmy raptem trzynastą (gdy skończyliśmy jeść). W związku z tym zastanawialiśmy się, czy zawracamy po prostu żółtym, czy porywamy się na kolejny odcinek. Sił nam nie brakowało, pogoda dopisywała, zatem długo się nie zastanawialiśmy, trzeba korzystać!

Podnieśliśmy się i ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem. W ten sposób mogliśmy podejść jeszcze w kilka punktów widokowych nad Śnieżnymi Kotłami i naprawdę powstała z tego obfita galeria zdjęć. Obydwoje oddawaliśmy się bez reszty fotograficznej pasji. Krajobrazy były tak malownicze, że co i rusz uwieczniałam je w kadrze, natomiast postanowiłam również wykorzystać wiezionego specjalnie selfiesticka. To było idealne miejsce, aby go wykorzystać i zrobić sobie także wspólne zdjęcie. Niezwykle ciekawą paletę barw tworzyło nie tylko podłoże, ale i chmury, sterując niejako zasięgiem światła padającego na zielone połacie. Wyglądało to tak, jakby góra ocieniała swoje podejście, ale zdecydowanie było to tylko złudzenie.

Czerwony szlak wiódł nas do momentu, gdy w lewo odbijał niebieski. Ten odcinek był jakby kamienną ścieżką szerokości kilku średnich głazów. Bieliły się, wyróżniając się tym samym ze swego otoczenia. Śmiałam się:

– Tutaj niektóre skały to są takie Chybotki!

Za winklem kolega wskazał mi szczyt ze schroniskiem i powiedział, że była to Śnieżka. Nie była jednak ona celem tej wyprawy (tę część Karkonoszy zostawiłam na inny wyjazd, który mam nadzieję w przyszłości zrealizować). Odbiliśmy na niebieski szlak. Zaintrygowało nas, że na tym rozdrożu rozsiedli się ludzie, choć wcale nie było tam szczególnie szeroko. Swoimi wyborami mieli nas jeszcze tego dnia zaciekawić kilkukrotnie. Tymczasem bez większych przygód wędrowaliśmy coraz niżej i niżej… Wykorzystaliśmy ten czas na debaty o fotografii. Kolega tłumaczył mi jak dzieli się kadr, według zasady trójpodziału lub złotego podziału, gdzie zetknięcia pionowych i poziomych linii tworzą tzw. mocne punkty i tam powinny się znaleźć kluczowe obiekty. Brzmiało to dla mnie trochę jak czarna magia.

– W ogóle tak nie robię, bo się na tym nie znam, nie zwracałam na to uwagi – stwierdziłam.

– Ty masz to naturalnie wrodzone.

Może i tak jest. Gdy układałam kolejne kadry, totalnie intuicyjnie, zauważałam później, że rzeczywiście niektóre obiekty znajdują się w określonej części zdjęcia. Natomiast moje komponowanie częściej polegało na tym, aby dany obiekt się w kadrze mieścił lub był takim akcentem domykającym. I naprawdę analizowanie tego zajmowało mi może jakąś mikrosekundę, bo tuż po niej umysł podpowiadał mi już kolejny kadr 😉

Kierunek mieliśmy zmienić na Rozdrożu Pod Wielkim Szyszakiem, ale zaskoczył nas drogowskaz na Śnieżne Kotły, choć w sumie właśnie nad nie mieliśmy ochotę podejść. Tylko z drugiej strony patrząc, dopiero co zeszliśmy ze Śnieżnych Kotłów? Różnica polegała na tym, że na części drogowskazów równię, z której zeszliśmy, opatrzono dodatkowo adnotacją o obecności Radiowo-Telewizyjnego Ośrodka Nadawczego, co już rozwiewało wątpliwości. Drugim niepewnym elementem była strzałka na szlak zielony w kierunku, z którego przyszliśmy, ale okazało się, że po prostu obie ścieżki biegły aż tak blisko siebie. Dopatrzyłam się stosownego znaku na drzewie i ruszyłam przodem.

Wędrówka miała ponoć zająć kwadrans, spojrzałam zatem z ciekawości na czas. Przez chwilę spacerowaliśmy sobie spokojnie, później pojawiły się miejsca, gdzie jednak robiliśmy już więcej zdjęć. Niespodziewanie zobaczyłam też tablicę edukacyjną i zaśmiałam się z samej siebie:

– A kto się ucieszy? 🙂

– Tablica z roślinkami.

– Może się jeszcze czegoś nauczę.

Chwilę przed tym jak na horyzoncie zaczął się wyłaniać pierwszy ze zbiorników, mój kompan zapytał, jak nam idzie czasowo. Odparłam, że minęło siedemnaście minut. Uznaliśmy jednak, że to i tak całkiem niezłe tempo, jak na pstrykanie fotek po drodze.

– Ze zdjęciami jesteśmy przeciętni – zauważyłam. – Ale gdybyśmy nie robili zdjęć, to byśmy byli ponadprzeciętni.

Nad pierwszym ze Śnieżnych Kotłów wypatrzyłam sobie kadr ze zbiornikiem zza kamienia. Kolega szedł na tym etapie przodem i w pewnym momencie obrócił się i rzucił niespodziewanie:

– Zostań. Nie uciekaj!

I skończyło się na „fotografii wzajemnej” 😉

Obydwa zbiorniki niezwykle mi się podobały i choć przejście wzdłuż nich biegło po bardzo nieregularnie wyprofilowanych skałach, sporo turystów uznało to miejsce za idealne na przerwę regeneracyjną 😉 Cóż… Daliśmy radę przejść, ze zdjęciami bez ludzi było ciut więcej kombinowania. Kamienie pod wodą układały się w bardzo ciekawy sposób, generując przy tym grę barw, której aparat w telefonie totalnie nie oddawał, a to skłoniło kolegę do „sprzedania” mi kolejnej garści ciekawostek ze świata fotografii. Niektóre skały ponad taflą zwężały się ku górze na kształt piramid, co też wydało mi się ciekawe.

Dalszy odcinek pokonany zielonym szlakiem wyglądał już zupełnie odmiennie. Dopatrzyliśmy się konarów przypominających te z tablic o terenach poklęskowych. Moim pierwszym skojarzeniem było słowo „cmentarz”, natomiast jeden z uszkodzonych pni wydał mi się podobny kształtem do pyska wilka.

– Jakby taki przedłużony – zauważył mój kompan.

– A może to jest mrówkojad?

Trasa zrobiła się wkrótce kamienista, a my znaleźliśmy się na wysokości Łabskiego Szczytu, jakby na jego stoku. Zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek. Ruszyliśmy i nie minęło wiele czasu, a dopatrzyliśmy się już dachów budynków. Byliśmy w pobliżu Schroniska Pod Łabskim Szczytem. Kamienista droga, ułożona w płaską ścieżkę, a kawałek dalej schodki, doprowadziła nas do celu. Tak jak w poprzednich schroniskach wpadłam po pocztówki i czułam się spełniona. Pani sprezentowała mi jeszcze drewniany magnesik 🙂

Ostatni odcinek w stronę Szklarskiej Poręby planowaliśmy pokonać żółtym szlakiem. Pierwszym obiektem po drodze były Kukułcze Skały. Ponownie żadnych kukułek się w nich nie dopatrzyliśmy. Za kładką droga była właściwie szeroka, leśna, udeptana i totalnie niewymagająca, pomijając krótki kamienny odcinek z resztkami spróchniałego drewna pośrodku. Za drugą kładką, przy której kolega zatrzymał się, aby zerknąć na tutejsze gatunki mchów, trasa biegła zupełnie gładko.

Wyszliśmy przy drogowskazie z drewna (wykonano ich w Szklarskiej Porębie kilkanaście), kierującym na Łabski Szczyt i Śnieżne Kotły. Obok dopatrzyłam się głazu z mrówkami, jak dzień wcześniej z biedronkami. Ulicą odbiliśmy w lewo i gdy skręcaliśmy do siebie, odkryliśmy, że miała uroczą nazwę, bowiem była to ulica… Urocza 😉

Całkiem uroczy wydał mi się też dziecięcy toi toi, ozdobiony malunkiem animowanej farmy. Miał też jakiś słodki napis, ale niestety nie zapamiętałam, a zdjęcie nie pozwalało go odczytać. Całkiem ciekawe, choć grubsze w kłębie, były rzeźby kóz na Skałkach Mariankach. Obok mieścił się zbiornik wodny ze skałą wchodzącą jakby w jego głąb. Ponoć był to amfiteatr, a ławki mieściły się po przeciwnej stronie tafli. Wreszcie dopatrzyłam się też jakiegokolwiek ptactwa wodnego, chyba brakowało mi tak dobrze znanych kaczek.

Podeszliśmy pod wyciąg na Szrenicę, wciąż rozważając plany na kolejny dzień. Inny szlak od Szrenicy, a może wycieczka bardziej objazdowa? Mieliśmy jeszcze czas, by się zastanowić. Jedno było pewne, że zrobiliśmy pierwszego dnia więcej niż podejrzewaliśmy, że zrobimy. Wróciliśmy do pensjonatu, żeby się odświeżyć i jeszcze na wieczór zaplanowaliśmy odwiedzić jedno miejsce, po czym pójść na kolację. Wyszliśmy jednak nie tak prędko, bo właścicielka, z którą byliśmy umówieni, żeby się rozliczyć tego dnia, postawiła sobie za punkt honoru opowiedzieć nam o lokalnych atrakcjach. Była niezwykle zaskoczona, ile już zobaczyliśmy w jeden wieczór i niecały dzień. Rzucała nazwami, które próbowałam kodować, choć wiedziałam, że to kolega ogarnia lokalną topografię terenu i każdy pomysł trzeba będzie poddać dyskusji.

Ostatecznie wyjechaliśmy, dla odmiany autem po tylu godzinach na nogach, gdy jeszcze było jasno. Wysiedliśmy na parkingu obok dojścia do Wodospadu Szklarki. Drogi biegły w prawo i w lewo, przy czym wszyscy wychodzili od lewej strony. Zaczęliśmy analizować mapkę, ale w tym przypadku niewiele nam dała i zasugerowałam, że być może ta ścieżka tworzy jakąś pętelkę.

– Pętelki się lubią zacieśniać – zripostował mnie mój kompan, po czym odbił pod prąd względem wszystkich mijanych ludzi.

Okazało się jednak, że rzeczywiście tam znaleźliśmy wodospad. Niezwykle mi się spodobał, bo woda płynęła jakby dwoma pionowymi spadami. Zrobiliśmy zdjęcia, podeszliśmy nieco wyżej, nacieszyliśmy oczy, ale zaczynało powoli zmierzchać. Dopatrzyliśmy się wrzuconych tu monet i uznałam, że chyba nigdy nie zrozumiem tego fenomenu. Bardziej niesamowite było jednak dla mnie to, że idąc przy kaskadzie, słyszeliśmy bardzo wyraźnie szum wody, a dosłownie mijając ją, mogliśmy doświadczyć niezwykłej ciszy. Nad spokojną taflą wody powyżej niej latały nietoperze! Zdjęcia jedne wyszły lepiej, inne gorzej, natomiast zawracaliśmy po ciemku. Na szczęście droga biegła tak, że nie szło się zgubić. Mieliśmy upatrzone miejsce na kolację, po drodze dopatrując się rzeźby stóp w granicie, ale nie nawykłam do jedzenia o 21:00 😉 Ciepły posiłek, dość solidna porcja, niedospanie jeszcze po podróży i spory wysiłek na świeżym powietrzu tego dnia – to wszystko sprawiło, że energia bardzo szybko zaczęła ze mnie uchodzić. Miałam wręcz poczucie, że zasnę nad tym talerzem 😉 Nawet mój towarzysz się śmiał z tego kontrastu, jaka byłam rześka jeszcze pół godziny wcześniej, a ja żartowałam, że po mnie zawsze bardzo widać, że się źle czuję albo już jestem zmęczona. Myślał, że mu zasnę w aucie, ale byłam pewna, że nie. Dotrwałam do pensjonatu i nawet pokrótce omówiliśmy plan na kolejny dzień, choć szczegółami obiecałam się zająć rano 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *