Cóż jeszcze warto zobaczyć w Szklarskiej Porębie, sprawdziłam w przewodniku zakupionym dzień wcześniej w jednym ze schronisk na naszej trasie. Swoją drogą debatowaliśmy też o tym, że ciekawa byłaby taka wędrówka z plecakiem z noclegiem codziennie w schronisku za kolejnym odcinkiem trasy. Pomyślałam, że może kiedyś rzucę sobie takie wyzwanie 🙂
Tymczasem wystartowaliśmy na „naszej” ulicy, bo właśnie tam mieściło się Karkonoskie Centrum Edukacji Ekologicznej KPN. Nie kryliśmy jednak rozczarowania faktem, że było zamknięte. Z jednej strony mogliśmy się tego spodziewać, bo wiele placówek podczas epidemii nie funkcjonowało lub działało na innych zasadach. Natomiast zaskoczyła nas niespójność komunikatów na drzwiach wejściowych. Jedna kartka sugerowała liczbę turystów, mogących jednocześnie przebywać wewnątrz, druga z kolei informowała o tym, że obiekt jest nieczynny, bez wyjaśnienia, czy to chwilowa awaria czy dłuższa niedostępność.


Postanowiliśmy zatem skorzystać z eksponatów zewnętrznych. W ramach obrotowych plansz przejrzeliśmy informacje o różnych parkach narodowych – zarówno już istniejących w Polsce, jak i tych dopiero planowanych (choć wydawało mi się, że planuje się cztery, a tu były trzy). Prowokowało mnie to do snucia planów na przyszłość (w przyszłym roku byłam pewna, że odwiedzę Woliński i Słowiński, ale miałam apetyt na więcej), jednocześnie budząc wspomnienia z dotychczasowych wypraw (Wyspa Zamkowa na Jeziorze Góreckim, odwiedziny w Kampinoskim Parku Narodowym miesiąc wcześniej). Przyznałam się też koledze, że podczas kursu przewodnickiego uczyliśmy się lokalizacji parków narodowych w Polsce, ich siedzib i lat powstania, a moje wcześniejsze zainteresowanie tematem okazało się w tym przypadku pomocne.
Dalej przeszliśmy się wzdłuż drewnianych tablic z namalowanymi gatunkami roślin, jakie występowały na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego. Dopatrzyłam się tam naparstnicy purpurowej, którą sfotografowałam rok wcześniej, żeby w toku pisania sprawdzić, cóż to za roślina. Kolega myślał, że uwieczniłam ją po prostu dlatego, że mi się spodobała. I tak sobie szliśmy wzdłuż rzędu tablic, które z botanicznych „przebranżowiły się” w zoologiczne ku mojej uciesze. Niestety dwie kwestie nas rozczarowały. Dalszy przebieg ścieżki był odgrodzony taśmą. Kolega był natomiast zaskoczony, że w sektorze z gatunkami zagrożonymi lub wymarłymi oba człony nazw gatunkowych pisano wielką literą, czego nie praktykuje się w naukowej nomenklaturze. Zawracając, natrafiliśmy na pinezkę i zastanawiałam się, gdzie ją wrzucić, bo pośród pojemników nie było „zmieszanych”, a jednak poza metalową „igiełką” reszta pinezki była plastikowa. Ostatecznie włożyłam to w drewnianą wnękę pojemników tak, żeby nikt przynajmniej nie wszedł w pinezkę nogą.





Cofnęliśmy się po auto i ruszyliśmy ku granicy polsko-czeskiej. Z jednej strony samo jej minięcie nie odbywało się w spektakularny sposób, ale czułam ekscytację. Pierwszy raz w Czechach! Byłam spokojna ze względu na swojego towarzysza, ale także ciekawa, jak różni się kraj naszego południowego sąsiada, czy będzie to odczuwalne i czy jako Polacy będziemy się wyróżniać.
Harrachov okazał się uroczym miasteczkiem, gdzie nawet budynek urzędu miasta wydał mi się jakiś taki „regionalny”. Znaleźliśmy parking i zaskoczyło mnie, że pan biegle mówił po polsku. W pierwszej chwili myślałam, że może to Polak, ale później równie lekko nawijał po czesku, więc już sama nie wiedziałam. Opłat dokonywało się w koronach czeskich, na co ze względu na spontaniczność tej części wyjazdu nie byłam przygotowana, ale kolega dysponował walutą i mogłam nawet obejrzeć banknoty i monety, które akurat miał w swoich zasobach. Pomyślałam, że ciekawe kim byli ci ludzie, których wizerunki tam umieszczono. Nie wydawało mi się, by pochodzili z rodów królewskich, jak nasi panowie z banknotów, ale przecież kiedyś i nasze pieniądze prezentowały chociażby Kopernika. Tymczasem Ema Destinnová okazała się śpiewaczką, Božena Němcová – pisarką, a František Palacký – historykiem i politykiem.





Najpierw skierowaliśmy się na Mumlavský vodopád. Już na początku zaintrygowały mnie krawężniki jakby ze szlifowanego kamienia. Dalej musieliśmy przejść kładką nad ruchliwą ulicą i gdy weszliśmy w las, szybko okazało się, że szlak jest popularny wśród turystów i zaadaptowany na ścieżkę edukacyjną. Ucieszyło mnie, że przynajmniej tablica na wejściu miała polską wersję językową. Po prawej stronie drogi była ścieżka z lisimi motywami, ale postanowiliśmy tam zajrzeć później, tymczasem skierowaliśmy się jeszcze kawałek prosto i odbiliśmy za lewy skraj drogi.
Gdy podeszliśmy do tablic edukacyjnych, w dole po drugiej stronie drogi runęło drzewo, zgarniając ze sobą co najmniej dwa kolejne. Rozlegający się przy tym huk zwrócił nie tylko naszą uwagę. Plansze były po czesku, więc ciutkę rozumiałam, kolega wyłapywał całkiem sporo i postanowiliśmy rozszyfrowywać tutejsze zagadki dla dzieci 😉 Pierwszym etapem było zawsze zrozumienie, na czym polega zadanie na planszy. Na pierwszej namalowano rzekę z różnymi zwierzakami i należało odpowiedzieć, co nie pasuje do obrazka. Oczywiście jako biolog zaczęłam analizować, które gatunki rozpoznam (udało mi się cztery, a że mój towarzysz to praktyk, to i poznał wszystkie) i próbowałam analizować to, co o nich wiedziałam. Neonek skojarzył mi się z akwarium, dlatego jego typowałam. Odpowiedź okazała się jednak przewrotna, bo na obrazku namalowano także puszkę 😉
Druga plansza prześmiewczo opowiadała o rybie, która nie umie pływać 😉 Głowacz, bo o nim mowa, był niczym odpowiednik dzika na lądzie. Gdyby stworzyć jej niedużą barierę, to już sobie nie poradzi i nie popłynie choćby nad nią. Dowiedziałam się też od mojego kompana, że składa jaja jakby w „jaskiniach” z kamieni. Zadanie polegało na znalezieniu drogi pary głowaczy do siebie między kamieniami.
Na trzeciej planszy nie do końca wiedzieliśmy jak rozwiązać zadanie. Było ono bardziej zagadką matematyczno-logiczną, ale nie mając możliwości pisania po planszy, nie wiedzieliśmy, co wyszłoby z nanoszonych według numeracji linii, nawet pomimo faktu, że liczba nanoszonych linii była dla nas jasna. Domyślaliśmy się jednak odpowiedzi 😉




Wędrując dalej ścieżką, dotarliśmy nareszcie do wodospadu. Darowaliśmy sobie osaczony turystami mostek na wprost kaskady i zaczęliśmy piąć się w górę równoległą do potoku drogą. Po raz kolejny w Karkonoszach zachwycił mnie wodospad <3 Widziałam już trzeci, ale doprawdy nie umiałabym powiedzieć, który był najpiękniejszy, tak bardzo różniły się od siebie! Każdy był uroczy na swój sposób. Tutaj wspinaliśmy się coraz wyżej i wyżej, bo do licznych kadrów inspirowały zarówno spływy, jak i wypłaszczenia. Różnorodna kolorystyka, wynikająca z barwy skał, roślinności, głębokości, padania światła, to była istna uczta dla oczu! Gdzie się dało, tam wchodziliśmy na skały, czatując na coraz to ciekawsze zdjęcia. Spędziliśmy na tym masę czasu i gromadziliśmy nie tylko kolejne stopklatki,
ale też coraz obszerniejsze pokłady radości 🙂
– Coś dla Ciebie – powiedział w pewnym momencie kolega, dopatrując się ludka z kamieni. – Ma nawet berecik z antenką.
– Jak w bajce „Sąsiedzi”.
Podeszliśmy bliżej, a potem już kombinowaliśmy, jak tu wejść na ścieżkę i zejść ponownie bliżej owego konstruktu, bo jednak potok biegł tak, że nie dałoby się inaczej suchą stopą. Zdecydowanie Czesi tworzyli bardziej skomplikowane od polskich kamienne „piramidy”. Na tym etapie zawróciliśmy po… ponad półgodzinnym spacerze nad wodospadem.









Natknęliśmy się na wyglądającą znajomo żółtą roślinkę i zaznaczyłam sobie, by po powrocie sprawdzić, czy nie jest to jakaś tojeść, jak zasugerował kolega, ale żaden z gatunków jakoś mi nie pasował do zdjęcia.
Minęliśmy budynek z pamiątkami i uznałam, że materiały były całkiem ciekawe. Szczególnie ten z wykazem gatunków Karkonoskiego Parku Narodowego, opatrzonym jednocześnie ilustracjami. Szkoda tylko, że wyłącznie po czesku – żeby chociaż dodatkowo po łacinie! Intrygujący był też sam wystrój wokół budynku – na płocie pozawieszano mnóstwo kubków, a każdy inny. Barwy doniczek też świetnie się komponowały, a na drabince dodatkowo usytuowano figurki kotów. Kolorystycznie przestrzeń wykreowano genialnie! Ciekawostką była drewniana rzeźba węża wokół poręczy.
Tak jak sobie postanowiliśmy wcześniej, przeszliśmy kawałek lisiej ścieżki. Pokonaliśmy tylko kawałek, ale na tablicach zobaczyliśmy informacje o lisiej diecie, mieszkaniu i tropach. Ciekawostką była też konstrukcja na kształt niedźwiadka, gdzie można było wejść do rury w miejscu jego brzuszka. Okazało się, że to nie miało nawiązywać do brzuszka, ale do norki 😉 Natchnęło mnie też na kadr z dłonią opartą o korę drzewa, co nieco zaskoczyło mojego towarzysza.




Kolejnym naszym celem była wspinaczka pod skocznię mamucią, zatem podążyliśmy w jej kierunku. Szybko warunki pogodowe skłoniły nas do przymusowej przerwy regeneracyjnej. Schowaliśmy się przed ulewą pod wiatą przystanku autokarowego. Gdy deszcz zaczął przechodzić i wyłoniło się słońce, kolega zasugerował, bym spojrzała na linię lasu. Tam, gdzie słońce jeszcze nie docierało, korony drzew były ciemniejsze, a przebijające się promienie tworzyły jakby jaśniejszą plamę, która przesuwała się wraz
z przesuwaniem się chmur.
Na naszej trasie był między innymi kościół Św. Wacława. Nie byłabym sobą, gdybym nie zajrzała do środka, ale zwiedzanie było utrudnione. Sznurkiem wygrodzono niewielki fragment, gdzie dało się wejść, a dalej ponoć działał alarm i straszyli policją 😉 Za to znaleźliśmy gablotę z informacjami o tym, że kościół w obecnej, murowanej formie powstał w latach 20. XIX wieku, natomiast stulecie wcześniej postawiono tu drewnianą świątynię. Tymczasem pierwsza wioska w miejscu obecnego miasteczka, była wzmiankowana od XVII wieku.
Na dalszym odcinku podziwialiśmy piękną zabudowę. Natrafiliśmy na kolejny domek z kubkami na płocie, właściwie na każdej sztachecie. Gdy dostrzegliśmy cały drewniany plac zabaw, zaintrygowało nas, czym jest pokryta zjeżdżalnia, aby swobodnie dało się po niej zjeżdżać. Wewnątrz dostrzegliśmy normalną blachę, znaną z większości placów zabaw.
– Przyjechały turysty i robią zdjęcia zjeżdżalni – zaśmiałam się.







Próbowałam po drodze czytać także czeskie napisy:
– Zmrzlina – łamałam sobie język, wymawiając słowo „lody”.
– Można się bardzo zdziwić jak się zamówi lody „jahodove”, bo jakby jagodowe, a się dostanie truskawkowe.
– Już się skumałam, że jak oni piszą „h”, to to jest nasze „g”.
– Jesteś bystra.
Wkrótce zobaczyliśmy wyciąg, ale choć mój kompan pytał, czy nie chcę podjechać, popatrzyłam na mapę i zaserwowałam nam wspinaczkę. Teren wyglądał początkowo niepozornie, ale był taki moment, że nawet trudno stawiało się stopy, o sapaniu nie wspominając. Natknęliśmy się nawet na głaz, że ktoś zmarł tu tragicznie w latach 80. Kąt pokonywanego skosu był na pewno większy niż 30˚. Bardzo czuliśmy to w łydkach i w kolanach. Kto by się spodziewał! Gdy chciałam nagrać sobie tę myśl na dyktafon, z przejęzyczenia zamiast „skocznia” powiedziałam „stocznia” (od razu się poprawiając) – chyba jednak Gdańsk miałam cały czas w serduszku 😉
Na szczęście dalej były już „tylko” skałki i korzenie 😀 I tak uznałam, że te trzy dni będą tak intensywne, że moje mięśnie zapamiętają je jeszcze przez tydzień! Szliśmy cały czas zielonym szlakiem, który może pomijając ów początek nie był szczególnie skomplikowany, ale mocno meandrował. Początkowo natrafiliśmy na mniejszą skocznię i już tam były ciekawe widoki w kierunku miasteczka. Skoczkowie doprawdy muszą mieć stalowe nerwy!
Tymczasem my podchodziliśmy coraz wyżej i wyżej, wchodząc na wszystkie konstrukcje
po drodze poza tymi z zakazem wejścia. Na pewnym odcinku ustawiono metalowe schodki. Był też płaski fragment terenu, gdzie miasteczko było widać jak na dłoni – nie obyło się zatem bez zdjęć 🙂




Oczywiście największą satysfakcję mieliśmy pod samą skocznią mamucią. Tutaj dochodził też odrębny wyciąg, z pojedynczymi krzesełkami. Założyliśmy, że nimi podjeżdżali na szczyt skoczkowie – nikt by im nie kazał się tak wspinać, jak zrobiliśmy to my 😉 Na skocznię oczywiście wejść się nie dało, ale byliśmy tuż pod nią i mogliśmy odczuć te gabaryty. W telewizji odbiera się to zupełnie inaczej. Z jednej strony sama skocznia wydaje się tam większa, przynajmniej w moim odczuciu, bo prezentują nam jej wycinki.
Z drugiej jednak dopiero tutaj uświadomiłam sobie, jak wysoko w powietrzu lecą skoczkowie. I to naprawdę robi wrażenie! Dawno, dawno temu sama oglądałam skoki narciarskie, ale wiedziałam, że i obecnie mam w domu rodzinnym kibiców, więc cieszyłam się, mogąc im wysłać zdjęcie.
Po zejściu, stanowczo prostszym od wejścia, choć na stromym odcinku i tak wymagającym, stanęliśmy u stóp obu skoczni – mniejszej i mamuciej. To było nieziemskie uczucie, uzmysłowić sobie, że byliśmy hen, hen wysoko, tam na górze. Tak wysoko, że prawie nie widać z dołu.





Gdy wędrowaliśmy, jedynym mankamentem była pogoda. Początkowo założyłam kurtkę, ale gdy ledwie ją zdjęłam, a to się znów rozpadało, to już mi się nie chciało co chwilę zmieniać garderoby, bo wymagało to ściągania również plecaka. Wycwaniłam się i okryłam mapą, skoro była laminowana, ale po dość intensywnym użytkowaniu jej od samego początku wyjazdu (a nawet jeszcze wcześniej, podczas ustalania szczegółów telefonicznie z dwóch krańców Polski), chyba laminat nie trzymał już tak super i przy intensywnych opadach wilgoć weszła trochę do środka.
Zresztą, gdy zeszliśmy, rozpadało się tak bardzo, że schowaliśmy się w tunelu po drodze, ale zażartowałam:
– Skończyliśmy pod mostem.
Kolega uznał, że to idealna okazja do zrobienia zdjęcia właśnie pod takim roboczym tytułem i aż pan stojący obok ze swoją rodziną się uśmiechnął, słysząc nas. Kilka grupek turystów współdzieliło z nami tę przestrzeń. Najbardziej było mi przykro z powodu tych, którzy nie schodzili, ale dopiero mieli zamiar wybrać się na skocznię i pogoda popsuła nie tylko ich plany, ale tymczasowo także widoki.
Gdy deszcz nieco osłabł, ruszyliśmy do restauracji, o znajomo brzmiącej nazwie Varšavianka. Wystrój jednak wcale nie skojarzył mi się z polską stolicą, ale był ciekawy. Intrygujące było także to, że pan mówił po czesku, my po polsku, a wszystko zagrało 😉 Menu było w drewnianej okładce, a analizowanie czeskich zapisków znów wywołało uśmiech na mojej buzi (choć może trudno mówić o wywołaniu, skoro z niej nie schodził?). Jadłam tradycyjne danie, polecone przez mojego kompana: smażony ser, do tego grubsze frytki i sos tatarski. Dorzucili do tego ciut zielonego. Zjadłam naprawdę ze smakiem i kolejny raz miałam poczucie, że te porcje to są ponad moją pojemność żołądka! Z ciekawostek dodam, że w korytarzu na ścianie wisiały długie sanki.


Gdy wracaliśmy do auta, kolejny raz mogliśmy dostrzec mamucią skocznię od dołu.
– Że my tam wleźliśmy! – powiedziałam z niedowierzaniem, ale i z satysfakcją.
Już w Polsce skierowaliśmy się na skraj Szklarskiej Poręby. Za Zakrętem Śmierci był punkt widokowy, prawdopodobnie skałka zwana Skałą Teściowej. Akurat tutejsze widoki nie były bardzo spektakularne, bo widzieliśmy głównie las, ale trafiliśmy akurat na moment, gdy para młoda szykowała się do sesji ślubnej. Co ciekawe, z ich rozmowy wynikało, że planowali zdjęcia tutaj albo… na plaży 🙂


Cofnęliśmy się, żeby zaparkować przed Zakrętem Śmierci i udać się na żółty szlak. Natrafiliśmy na drogowskaz oraz tabliczkę, która wyjaśniała, skąd nazwa zakrętu. Miał około 180˚, mieszcząc się przy tym na wysokości 775 m n. p. m. i będąc miejscem licznych wypadków samochodowych. Powstał natomiast jako obiekt o znaczeniu militarnym w latach 1935-1937 i umieszczono w nim komory minerskie, które można było w każdej chwili w trakcie działań wojennych załadować i wysadzić, powstrzymując wrogą armię.
Zmierzając najpierw na punkt widokowy zlokalizowany nad zakrętem, natrafiliśmy na ciekawy drewniany konstrukt z pięcioma metalowymi uchwytami, co wyglądało jak rączki do otwierania skrzyń. Skojarzyło mi się to z, otwartymi co prawda, ale zbliżonego rozmiaru, pojemnikami na śmieci widzianymi rano przy Karkonoskim Centrum Edukacji Ekologicznej KPN. Nie było tylko nalepek, do którego co wyrzucić, zatem uznaliśmy, że podejdziemy bliżej, by się przyjrzeć. Konstruktu nie dało się jednak otworzyć, a po chwili zobaczyliśmy regularne wgłębienia w poprzek i zorientowaliśmy się, że to… stojak rowerowy. Ale się daliśmy nabrać!
Po odwiedzeniu punktu widokowego z ilustracją panoramy zeszliśmy też nad samą jezdnię, bo kolega, kierując autem, dopatrzył się tam ławeczki. Nawet rozważaliśmy jakąś fotkę, ale była tak wysoka, że trudno byłoby usiąść. Zaczęliśmy zatem przemarsz żółtym szlakiem. Podjęliśmy dyskusję na temat oznaczeń kolorystycznych, które wbrew przekonaniu wielu turystów nie oddają ich trudności. Szlaki czerwone to główne trasy, z najważniejszymi atrakcjami. Niebieskie można by nazwać „dalekobieżnymi”, a zielone i żółte „dojściowymi”. Z kolei czarne szlaki często wiodą najkrótszą trasą, co w górach może być właśnie złudne, bo może to wymagać ostrzejszego podejścia. Być może dlatego kojarzą się z utrudnieniami.





Tymczasem na naszej trasie postanowiłam sprawdzić odległości między żółtymi oznaczeniami na drzewach, bo choć teoretycznie nie było innych opcji wędrówki, to jednak wydawało mi się, że najbezpieczniej, gdy podchodząc do jednego znaku, już widzi się drugi na horyzoncie. Tutaj zdecydowanie tak nie było i jeden z odcinków pokonywaliśmy aż 5 minut! Natomiast kolejny pojawił się wręcz niespodziewanie szybko, jakby chciał poprawić moje statystyki 😉
Na pewnym odcinku wędrowała też rodzinka z dwójką dzieci.
– Dzieci dają radę, to i my musimy. Tylko dzieci nie mają tylu kilometrów w nogach od wczoraj – zauważyłam.
– I pewnie spały do południa – dopowiedział kolega.
Spojrzałam też z politowaniem na moją „okaleczoną” po deszczu mapę. Zdecydowanie miała ciemniejsze kolory tam, gdzie dotarła woda.
– To wygląda jakby nad nią chmury robiły ten cień [jak nad lasem] – uznałam.
– W sumie te chmury były nad nią.


Pierwszym punktem, gdzie zatrzymaliśmy się na dłużej była skała oznaczona jako „Mnich. Dzwonnica”. Towarzyszyła jej tablica z fraszką Sztaudyngera. Kawałek dalej droga meandrowała i częściowo osłaniały ją gałęzie, więc stwierdziłam:
– To miejsce wygląda, jakby się droga kończyła.
– Właśnie się zastanawiałem, czy tu trzeba będzie przejść jakoś naokoło.
– Tutaj jest taki zakręt.
– Błotko.
– Trzeba obejść brzegiem 😉
– Zapamiętaj, bo będziemy wracali tą samą drogą po ciemku.
– [Białe gałęzie] będą świecić od światła księżyca.
Za to tuż za meandrem był słupek pośrodku drogi z oznaczeniem szlaku, więc zdecydowanie punkt dość charakterystyczny i łatwy do zapamiętania.


Przy kolejnej skałce robiliśmy sobie zdjęcia i miałam poczucie, jakbym pozowała przy jakimś pomniku, bo kamień miał jakby płaski przód, a do tego teren przed nim pokrywały krzewy. A niedługo później dostrzegliśmy już budynek schroniska przy Wysokim Kamieniu (w budowie), zatem tak jak się spodziewaliśmy, dochodziliśmy do przecięcia z czerwonym szlakiem. Całość pokonaliśmy szybciej niż zakładały drogowskazy.
Mieliśmy apetyt na więcej, ale tuż pod Wysokim Kamieniem zaczęło niemiłosiernie wiać, zbierało się na deszcz i czułam po sobie, że coś się ewidentnie działo z ciśnieniem. Zamiast spacerować dalej i dotrzeć do Kopalni Kwarcu Stanisław, zdecydowanie zasugerowałam podejście pod schronisko i zawrócenie żółtym szlakiem jeszcze „za jasnego”, szczególnie przy niepewnej pogodzie, a co za tym idzie, samopoczuciu.
Z dumą zapozowałam przy tabliczce wieszczącej wysokość 1058 m n. p. m., po czym wspięliśmy się po schodach. Schronisko nie było czynne, ale w małej budce była pani oferująca prowiant, gorące napoje i tym podobne rzeczy. Standardowo skusiłam się na pocztówki (w tym piękną z widoczną Drogą Mleczną!) i podbiłam pieczątkę. Rozciągały się tam także świetne widoki, więc pozwoliliśmy sobie jeszcze na sesję zdjęciową.





Bez większych przygód wróciliśmy żółtym szlakiem do auta i chcąc jeszcze ciut skorzystać z tego wieczoru, bo warunki się poprawiły, uznaliśmy, że przejdziemy się wieczorem po Szklarskiej Porębie. Zaparkowaliśmy przy ulicy Sikorskiego i postanowiliśmy się przespacerować ulicą Jedności Narodowej. Już wcześniej, z okien auta i dzień wcześniej w drodze po znaczki pocztowe, wyhaczyłam tam kilka arcyciekawych budynków. Najczęściej powtarzanym słowem było chyba „laubzegi”, które mój kompan zapamiętał do dziś, choć minął już rok 😉
Kolega zaskoczył mnie, wspominając o konstrukcjach szachulcowych. Niezwykle przypadł nam obojgu do gustu gmach poczty, ale zachwyciłam się także jednym z domów wypoczynkowych. Poza tym podeszliśmy pod Skałkę Karczmarz. Na naszej trasie znalazły się różnorakie rzeźby, a ta uliczna galeria miała chyba zachęcić do kupna, bo były podane telefony. Osobiście i tak najbardziej ucieszyłam się na widok kolejnych zwierzaków na kamieniach. Tym razem padło na sówki, a ja zrobiłam sobie tam „selfie z nowymi koleżankami” 😉 Spędziliśmy parę chwil przy pobliskiej mapie, a nieco dłuższy przystanek mieliśmy na Skwerze Obrońców Granic z budką wartowniczą przy pomniku. Pobawiliśmy się tam w sesję zdjęciową, ale moja wizja była arcytrudna do oddania, pewnie lepiej byłoby nagrać filmik.






Kolejny długi, intensywny dzień za nami. Aż trudno było uwierzyć zarówno w to, że tyle udało się zobaczyć w tak krótkim czasie, jak i w to, że został nam tylko jeden.
