Ostatniego dnia zebraliśmy się ciut później do wyjścia.
– Jak prawdziwi turyści – żartował mój towarzysz.
Wybraliśmy się autem. To dość ciekawe, że pierwszy dzień właściwie niemal w pełni był pieszy, drugiego posiłkowaliśmy się już autem, a trzeciego wycieczka miała być zdecydowanie bardziej objazdowa, o czym za chwilę. Na trasie parę razy udało się nam zatrzymać na paręnaście sekund, żebym cyknęła fotkę. Wreszcie dopatrzyłam się budynków z werandami i miałam okazję zamknąć je w kadrze. Wcześniej były to tylko szybkie mijanki, a już w drodze z dworca zanotowałam pierwsze!

Na parkingu w okolicy szlaku na Zamek Chojnik były niesamowite pustki, według doświadczeń mojego kompana „takie się tam nie zdarzały”. Czynnikiem warunkującym taki stan rzeczy najpewniej była pogoda. Wiało, rano się już nieco wypadało, ale prognozy mówiły, że może nas jeszcze złapać deszcz bliżej południa.
Powędrowaliśmy niebieskim szlakiem w prawo, a naszym oczom ukazała się asfaltowa ścieżka podzielona jakby na dwa pasy. Nie wiedziałam, o co chodzi, póki nie zobaczyłam namalowanego ludzika z dziwnym sprzętem na nogach. Okazało się, że to nartorolki i natrafiliśmy na jednego przedstawiciela dyscypliny w drodze powrotnej. Tymczasem zastanowiło nas, że gdy rozpoczęła się zabudowa, na całej szerokości tej podwójnej ścieżki był szlaban. Ciekawe, czy żaden nartorolkarz nigdy w niego nie wpadł.



Na skrzyżowaniu odbiliśmy w lewo. Zresztą trudno było nie dostrzec licznych drogowskazów. Kolega zasugerował, że w pobliżu mieści się Dyrekcja Karkonoskiego Parku Narodowego i tam też kierowaliśmy się, gdy tylko dostrzegliśmy stosowny napis. Od razu w wejściu w tę uliczkę zaciekawiła nas drewniana willa, będąca prawdopodobnie pensjonatem. Nie dość, że budynek był okazały i ciekawy architektonicznie, to jeszcze przed wejściem do domu stały rzeźby lwów, a po obu stronach bramy umieszczono rzeźbione sokoły, z czego jeden trzymał w szponach upolowanego gryzonia. Dodatkowo w ogrodzie stały kamienne grzybki.
Po drodze zobaczyliśmy też pasące się owce, ale wyglądały nieco inaczej niż nam znane. Ich sierść była prosta i opadała na dół, prawie jak uczesane włosy 😉 Przed samym budynkiem dyrekcji (też był uroczy!) stało auto i nasza obecność zaciekawiła pana, który przy nim działał. Widząc, że i tak dojdzie do interakcji, zagadałam pierwsza. Zapytałam, czy można u nich nabyć nalepki z logo parku. Okazało się, że pan trzyma takowe w dłoniach, ale… w rozmiarze jak na auto. W środku był jednak sklepik, a przemiła pani dała mi nie tylko nalepki (ze starym logo, ale na moje potrzeby nie stanowiło to przeszkody – wklejam sobie po prostu nalepki do segregatora z parkowymi zapiskami), ale także foldery, które sobie wybrałam. Akurat były darmowe, ale nie brałam wszystkich rodzajów, zdecydowałam się na dwa najbardziej przekrojowe – o faunie i florze.





Niedługo później wystartowaliśmy na czerwonym szlaku (na tym etapie połączonym z czarnym). Częściowo tamtędy przebiegała ścieżka przyrodnicza, zatem fotografowałam kolejne tabliczki, na które natrafialiśmy. Przy Płaskim Kamieniu (420 m n. p. m.) szlaki się rozdzielały, a my ruszyliśmy czerwonym. Biegł przy Źródełku Kunegundy. Ponoć była ona córką kasztelana, która miała jednak dość spore wymagania wobec kandydatów na męża. Można powiedzieć, że mieli do pokonania istny tor przeszkód 😉 I tak kolejni śmiałkowie odpadali w przedbiegach, aż nagle jednemu się udało. Uznał jednak Kunegundę za bezduszną i wzgardził możliwością jej poślubienia. Zrozpaczona dziewczyna rzuciła się w przepaść.
Przy Głazowisku odbiliśmy na zielony szlak, aby dojść do Przełęczy Żarskiej. Ten odcinek nawet podpisano na mapie jako „Ścieżkę Kunegundy”.
– Dominująca buczyna – usłyszałam z ust mojego kompana.
Rzeczywiście, las ten różnił się od iglastych, którymi wędrowaliśmy w poprzednich dniach. Zaintrygowały mnie też patyki, które podłożono, jakby miały podtrzymywać głazy. To ciekawe, dlaczego ludzie je tak wkładają. Przełęcz Żarska zaprezentowała się nam szybciej niż to zakładaliśmy i mieściła się na wysokości 575 m n. p. m. Gdy do niej dotarliśmy, kawałek musieliśmy zawrócić.








Odbiliśmy na żółty szlak i tutaj już z każdym krokiem byliśmy coraz wyżej i wyżej. Widoczne różnice wysokości zmotywowały nas oboje do fotografii z motywem wspinaczki. Zastanowiły mnie wysokie stopnie na ostatnim odcinku przed zamkiem. Przecież dawniej ludzie byli niżsi niż obecnie, a nawet nam nie wspinało się po nich jakoś naturalnie. Wkrótce dotarliśmy do kamiennej bramy. Po jej przekroczeniu ścieżka była raczej płaska. Natrafiliśmy na drogowskaz informujący, że za minutę będziemy na zamku, mieszczącym się na wysokości 627 m n. p. m.
Podobał mi się już z zewnątrz. I wcale mnie to nie zdziwiło, bo mam słabość to takich budowli, starych murów itp. Kamiennej twierdzy początek dał drewniany zameczek już z końca XIII wieku! Przeszliśmy przez basztę bramną zlokalizowaną między dwoma bastionami. Na jej piętrze sprzedawano bilety z zapisaną skróconą historią zamku i mapką obiektu. Po przekroczeniu kolejnej bramy zobaczyliśmy biletera, młodego chłopaka, który dziurkował bilety. Poprosiłam, by zrobił dziurkę w takim miejscu, żeby mapka została nienaruszona, a on wyraził zrozumienie i z uśmiechem przychylił się do mojej prośby.







Skierowaliśmy się na początku w prawo, jak się okazało – do dawnej stajni, choć nikt by się pewnie tego nie domyślił. W sąsiednim „pomieszczeniu” stały tablice, a mój wzrok powędrował już na lewo.
– Jestem zafascynowana tą basztą – stwierdziłam jednoznacznie.
Od razu ku niej podeszłam, za nic mając sobie numerki na mapie dla zwiedzających, przez co poszliśmy jakby pod prąd. W środku znaleźliśmy tzw. loch głodowy, gdzie dostrzegliśmy wrzucone monety.
– Potem się dziwić, że w obiegu brakuje groszówek – kolega rzucił żartobliwie.
Wyszliśmy drzwiami z drugiej strony, aż wędrując międzymurzem natrafiliśmy na wejście do kazamat. Ze swoim wzrostem ledwie tamtędy przeszłam. Miejsce było naprawdę ciekawe, o zaokrąglonym kształcie, z drobnymi okienkami, ale co nas zaskoczyło, to bardzo niskie przejście z drugiej strony – nie sięgało mi nawet do pasa. To skłoniło nas do kolejnych zdjęć.





Chwilę później na schodkach widziałam ptaszka, choć siedział jakby w cieniu i bardziej stanowił plamkę na tle muru zamku. Próbowałam jednak go sfotografować, mrucząc pod nosem:
– Kim Ty jesteś ptaszku? Czy zdążyłam Cię sfotografować? O, odleciałeś…
Kawałek dalej przejście miało ostre zwieńczenie. Mój kompan zapytał, czy chcę mieć zdjęcie w bramie.
– Jak będę miała fotkę w każdej bramie, to będziemy zwiedzać trzy godziny.
Ale rzeczywiście, warto było je chociażby uwieczniać bez pozowania, bo każde przejście miało inny kształt. Ta różnorodność wydała mi się zastanawiająca.
Międzymurze nie przebiegało cały czas płaskimi przejściami, ale natrafiliśmy zarówno
na wielki głaz, na który trzeba było się wspiąć (i gdzie zwiało mi czapkę!). Przy tej okazji obróciłam się i zobaczyłam strzałkę z kierunkiem zwiedzania. Jak już wspomniałam, szliśmy odwrotnie.
– Kierunek jest ten sam, tylko zwrot inny – zaśmiałam się. – Coś jeszcze pamiętam z fizyki!
Zastanawiające było także umiejscowienie drzwiczek wyżej od poziomu gruntu, ale i tak były zamknięte. Korzystając z wysokości, zrobiliśmy parę zdjęć z panoramą, po czym zaaranżowanymi współcześnie schodkami zeszliśmy, momentalnie odczuwając różnicę w sile wiatru. Tutaj kolejny raz zwróciłam uwagę na „okienka” – te były doprawdy maleńkie i rosły w nich roślinki! 🙂
Zatoczyliśmy niemal koło, po czym przeszliśmy przez arsenał i weszliśmy do kaplicy, a w pomieszczeniu określanym jako pałacowe aktualnie mieściła się tablica będąca wspomnieniem z wizyty papieża-Polaka w czasie, gdy jeszcze był zwykłym kapłanem. Ponadto jeden z napisów informował, że dawniej mieściły się tu tablice upamiętniające poległych z rodu Schaffgotschów (podczas I wojny światowej), który to ród przez wieki był w posiadaniu zamku.






Na tym etapie pojawiło się więcej turystów, więc na współczesnych schodach do wieży obronnej zrobiła się kolejka. Dodatkowo schody były kręte i zahaczyłam o nie głową podczas wspinaczki. Na samej wieży kolejkę delikatnie rozładowywał fakt, że wchodziło się innymi schodami niż schodziło. Przeczekaliśmy kulminację, zwłaszcza, że wypatrzyłam ciekawy kadr. Schowana już pod dachem, widząc kolegę stojącego niczym na balkonie przy barierkach, oczyma wyobraźni dodałam do zdjęcia kawałek muru nad sobą.
– Masz oko do takich nietypowych kadrów – zauważył mój towarzysz.
Na szczycie było kilkoro ludzi, ale mimo to zabraliśmy się za fotografowanie, a gdy był moment, że zostaliśmy tylko we dwójkę, trzeba było tym bardziej wykorzystać czysty kadr. Kolejny raz zrobiłam też użytek z selfiesticka. Naprawdę wspinaczka była warta tych widoków i pamiątkowych ujęć.
Zejście miało również niskie stropy i wręcz uznaliśmy, że powinno być jakieś ostrzeżenie – ktoś wyższy lub „większy” (np. szerszy w ramionach) mógłby zblokować jednostronną trasę. Na dole jednak ucieszył mnie przede wszystkim widok ściany skrywającej schody wejściowe, która spodobała mi się już wcześniej, ale tym razem nie oblewały jej promienie słońca:
– O jaki ładny i nieprześwietlony kadr, cudownie! – ucieszyłam się.
Po przejściu na główny dziedziniec zamku zwróciłam od razu uwagę na ciekawe rośliny wyglądające jakby pięły się po murze. Za barierką ustawiono armaty. Pośrodku placu stały pręgierz i studnia. Do kuchni i piekarni nie można było wejść, a tabliczka informowała, że z obawy przed pożarami budynek kuchni był zawsze na zamkach czymś odrębnym. Za to kusiły nas już schodki do piwnic.
– Schodzimy do podziemi? – zapytał kolega.
– A można wejść?
Nie było zakazu, więc zeszliśmy, czytając na tabliczce po drodze, że piwnica pełniła rolę chłodni na żywność.
– Za dużo tu nie ma – zauważyłam.
– No nie ma.
Po powrocie na plac usłyszeliśmy narrację z głośników. Z jednej strony miałam takie poczucie, że dlaczego narracja pojawiła się dopiero teraz, z drugiej jednak i tak trudno było się na niej skupić, bo o tej porze było już więcej turystów, także z dziećmi. Weszliśmy zatem do sali rozpraw, a po jej odwiedzeniu zaczęliśmy się kierować ku bramie, gdzie był pan bileter. Po naszej prawej ominęliśmy rzekomo mieszkanie komendanta, ale żadnego mieszkania to myśmy tam nie widzieli.
Minęliśmy bramę i skierowaliśmy się najpierw na bastion po lewej, a później po prawej, gdzie miała być restauracja i sklepik z pamiątkami. Moim celem był oczywiście ten drugi. W międzyczasie natknęliśmy się na głaz upamiętniający 50-lecie lokalnego oddziału PTTK.










Podeszliśmy do karczmy i była tam tabliczka o bastei. Przypomniałam sobie w ten sposób z kursu przewodnickiego, czym różniła się basteja od baszty, a baszta od wieży i podzieliłam się swoją wiedzą z moim kompanem. Basteja wydaje się bardziej krępa, bo jest niższa i umocniona ziemią. Baszta jest jakby okrągła i otwarta z jednej strony, zwykle połączona z murem, a wieża, często bardziej „kanciasta”, może być samodzielną budowlą, ze wszech stron zamkniętą. Widząc ponadto drzwi do karczmy, zastanowiło mnie, jaki to rodzaj łuku (okazało się, że „ośli grzbiet”), bo też uczyliśmy się o nich na zajęciach z architektury. Wnętrze sklepiku też było ciekawe pod kątem sklepień, namalowanych na ścianach różnorakich herbów i zamkniętej w witrynie reguły rycerskiej.
Po opuszczeniu zamku skierowaliśmy się inną drogą niż podeszliśmy – czerwonym szlakiem. Trasa przez długi odcinek była przygotowana ewidentnie pod turystów, z ułożonych na „gładko” kamieni. Nieco bardziej skomplikowana ścieżka przez obecność korzeni i nieregularnych skał, zaczęła się za tzw. Skalnym Grzybem (520 m n. p. m.). Zatrzymaliśmy się na chwilę na punkcie widokowym i przy każdej z kolejnych tablic edukacyjnych, ale tak naprawdę oczy mi się zaświeciły, gdy zobaczyłam głazy z ogromną wnęką pośrodku. Niestety, nie tylko ja wpadłam na pomysł, by tam wejść i zapozować
w środku. Część turystów przeszła, ale pojawiali się kolejni. Szła chociażby grupa dorosłych z dziećmi i jeden chłopiec podekscytował się:
– Tu się można schronić (…). Co tu można udoskonalić…
– Postawić Mc Donald’s – rzucił jeden z opiekunów.





Byli jednak także państwo, którzy zrobili nam tam zdjęcia, a niedługo później ścieżką wspięliśmy się jakby nad te skałki. Spędziliśmy tam chwilę i powędrowaliśmy dalej, schodząc na czarny szlak. W pewnym momencie drogowskaz pokazał nam, gdzie znajdowała się Jaskinia Dziurawy Kamień.
– Nawet nie pytam – rzucił mój towarzysz.
– Bo znasz odpowiedź.
Wspięliśmy się, ale okazało się, że wejście było tak wąskie, że nie dało się wejść do środka jaskini. A szkoda. Dzieciaki wspinające się z drugiej strony też były zawiedzione. Dalej minęliśmy taśmy ostrzegawcze o obecności os w pobliżu i zwróciliśmy uwagę na zgrubienia korzeni. Czytałam kiedyś, że jest to efekt zdeptywania.


Wróciliśmy ze szlaku do auta i ruszyliśmy w stronę Siedlęcina, który polecała nam moja przyjaciółka. Już za Jelenią Górą, gdy dopatrzyłam się tabliczki „Park Krajobrazowy Doliny Bobru”, naszła mnie taka refleksja, że to ciekawe, że rzeka Bóbr się odmienia inaczej niż nazwa zwierzęcia. A na miejscu zaparkowaliśmy pomiędzy starymi zabudowaniami, wyglądającymi na gospodarcze i powędrowaliśmy na Wieżę Książęcą.
Na każdym etapie wspinaczki było inne pomieszczenie do obejrzenia. Budynek był dość przestronny, a każde piętro miało plan rozrysowany na umieszczonej na sztaludze tablicy. Na parterze była też mapa Polski z wbitymi chorągiewkami w miejscach, z których przybywali turyści – Pomorze Gdańskie miało dość silną reprezentację 🙂 Na dole znajdowała się też sala warsztatowa z wystawką prac – wież z gliny. Piwnica miała intrygującą ławę z wyżłobieniem, biegnącą wzdłuż ścian pomieszczenia. W budynku mieściły się także między innymi jedyne zachowane malowidła średniowieczne o sir Lancelocie i akurat w sali z freskami siedziała grupa, a przewodniczka opowiadała o poszczególnych fragmentach malunku, często odnosząc się do postaci świętych w swojej narracji. Było piętro, na którym zaaranżowano miniwystawę sztuki współczesnej. Po drodze widzieliśmy sówkę jak na ulicy Jedności Narodowej w Szklarskiej Porębie, a także dawny kominek. Najciekawsza wydała mi się jednak ostatnia z kondygnacji. Choć spodziewałam się tarasu widokowego, to widok konstrukcji dachu od wewnątrz też okazał się ciekawy, a do tego treść tablicy wspominała o attykach i blankowaniu, więc znów mogłam się popisać zdobytą w czasie kursu wiedzą.
Po zejściu przeszliśmy za fosą ku ulicy, przy której znajdował się kościół pw. Św. Mikołaja. Niestety był zamknięty, miał tylko boczne drzwi, a na terenie wokół natknęliśmy się na kilkanaście nagrobków. Brakowało figury św. Floriana (była inna jego figura, bardziej współczesna, na budynku ochotniczej straży pożarnej), za to stał św. Lionhardus – kimkolwiek był. Zaintrygowało nas też, że z poziomu parkingu widzieliśmy dwie wieże, zupełnie inne. Cóż mogło być tą drugą wieżą? Czy to mógł być kolejny kościół? Na rozwiązanie zagadki przyszło nam jeszcze poczekać.
Nim opuściliśmy tę część miejscowości, uprosiłam kolegę, byśmy podeszli nad Bóbr na drogę, którą przyjechaliśmy, bo upatrzyłam sobie kadr z kamieniami w rzece 😉 Później mieliśmy na celowniku śluzę elektrowni wodnej, ale nie dało się podjechać bezpośrednio do niej.















Kierując się już autem w stronę gościńca Perła Zachodu natrafiliśmy na kościół NMP Nieustającej Pomocy, którego wieżę widzieliśmy z oddali. Był zresztą powiązany z parafią Św. Mikołaja, czyli tym pierwszym. Miał dość prostą, białą bryłę, z wysokimi oknami, miał różne architektoniczne ozdobniki oraz tablicę z informacją o jego renowacji z budżetu województwa. Nieopodal stała szkoła i zobaczyłam, że otrzymała imię Polskich Nauczycieli Tajnego Nauczania.

Sam gościniec był całkiem elegancki, ale większe wrażenie robiło jego położenie jakby na skarpie, co można było zobaczyć ze schodków w stronę rzeki albo z mostu. My zdecydowaliśmy się zejść na drugim brzegu rzeki, by w kadrach zamknąć jednocześnie gościniec i most, ale pod tym kątem, pod którym było to możliwe, widok na skarpę nie był już tak spektakularny – przynajmniej na zdjęciu 2D 🙂
– Klon, dąb, plus dwa do botaniki – zażartowałam z własnej pięty achillesowej, wskazując rozpoznane rośliny, gdy byliśmy już po drugiej stronie.
Znalazłam uroczy zakątek, z którego mogliśmy dostrzec to, co chcieliśmy zmieścić w kadrze. Trzeba było podejść bliżej brzegu jeziora, ale mój towarzysz zwęszył w tym okazję nie do przepuszczenia. Okazało się, że jest tam dużo ciekawych roślin i kolega jako praktyk postanowił podzielić się ze mną wiedzą, która mi po studiach niestety totalnie uleciała. Jakoś fakty roślinne nigdy się mnie długo nie trzymały. Nad wodą spędziliśmy dłuższą chwilę i mój towarzysz zrobił mi powtórkę z botaniki, co było wbrew moim wcześniejszym obawom całkiem zabawne.
Sama zobaczyłam nawłoć i zastanawiałam się, czy kanadyjską, czy pospolitą, bo te dwie nazwy pamiętałam. Zaciekawiły nas duże żółte kwiaty (rudbekia), które wizualnie kojarzyły nam się bardziej z ogródkami niż jeziorami. Z kolei niecierpek gruczołowaty, jak podpowiedział mi kolega, skojarzył mi się paradoksalnie ze storczykami, a nawet przypomniałam sobie ze studiów pojęcia „warżka” i „ostroga”, spoglądając na nietypowy kształt kwiatów – natomiast byłam niemal pewna, że coś, przynajmniej częściowo, pokręciłam 😉 Widzieliśmy też krokusy, które akurat nie kwitły. Dostałam też do potarcia
i powąchanie listek mięty wodnej, ale choć zapach wydał mi się znajomy, to zwątpiłam, że to mięta, bo miała inne listki od tej klasycznej.
Kolejna zagadka i mój tok rozumowania, aby ją rozwiązać, były dość nietypowe. Kolega wskazał mi roślinę burej barwy, bardzo powszechną i miałam w sobie przekonanie, że nazwa rozpoczynała się od R lub S. I kiedy rzucił mi nazwą łacińską Rumex, momentalnie uznałam, że polska nazwa będzie na S i ku zdziwieniu mojego towarzysza rzuciłam krótkie, aczkolwiek trafne:
– Szczaw.
Sama dopatrzyłam się babki zwyczajnej, a potem pochyliliśmy się ponownie nad taflą.
– A to rzęsa, tak? – zapytałam.
– Ale jaka?
– No nie wiem jaka. Wodna? – zaśmiałam się.
– Rzęsa drobna.
Pośród kolejnych zagadek były między innymi sit rozpierzchły, rzęśl (już sama nazwa zastanowiła mnie, jak ją zapisać), manna (miała płaską łodygę i języczek przy łódeczkowatym liściu), rogatek (miał szorstkie liście wychodzące co jakiś czas z węzła), wywłócznik (skojarzył mi się z lekkością piórek). Moczarkę rozpoznałam sama, bo była smakołykiem mojego żółwia, ale i tak kolega był dumny, że coś odgadłam 😉
Gdy wróciliśmy przez most pod gościniec, rozpoznaliśmy wspólnymi siłami jeszcze trzy roślinki: wypatrzone przeze mnie jeżynę i pokrzywę kolega uzupełnił o gwiazdnicę z białymi kwiatkami.
– Jak na to, że prawie nic nie umiem, to mogę się pochwalić, że pokrzywę pamiętam po łacinie. Urtica dioica.
– Brawo.
– Na coś się przydało pięć lat studiów.
A tak na poważnie, zdecydowanie inne dziedziny biologii szły mi lepiej.







Po wspięciu się do poziomu drogi uznaliśmy, że wejdziemy jeszcze na taras gościńca, szczególnie na najwyższy jego punkt, górujący niczym wieża, choć dojście nie było takie oczywiste. Przy tej okazji minęliśmy charakterystyczny krzew:
– A to są hortensje – wskazałam.
– Tak? A tego nie znam.
– Pamiętam, bo moja siostra je uwielbia.
Widoki były ciekawsze po drodze niż z samej góry, ale zaintrygowało mnie powieszenie pod dachem wieżyczki godła z orłem. Po krótkiej sesji widokowej zeszliśmy i skierowaliśmy się do auta. Byłam jednak uważna na pozornie już znane widoki po drodze:
– To jest w ogóle urocze – stwierdziłam na widok ustawionych w skale trzech niebieskich garnków, które pełniły rolę doniczek.
Następnym celem było Jezioro Pilchowickie i kilka obiektów z nim związanych. Najpierw postanowiliśmy obejrzeć most, który planowali wysadzić zagraniczni filmowcy na potrzeby filmu „Mission Impossible 7”. W porę zaangażowano jednak konserwatora, który wstrzymał te działania, bo ponoć obiekt miał już status zabytku. My zobaczyliśmy jedynie ogrodzenie z tabliczką, że to własność PKP i wstęp jest wzbroniony, ale zdecydowanie most robił furorę, bo przybyło tam sporo ludzi, by robić z nim sobie całe sesje zdjęciowe.
Kawałek dalej rzeczywiście znajdowała się stacja kolejowa Pilchowice Zapora, jej teren jednak wykorzystywany był jako samozwańczy parking, a obiekt pozostawiono sam sobie poza umieszczeniem po drugiej stronie drogi tabliczki informacyjnej, choć napisano w niej, że i ten obiekt jest „pod ochroną w randze zabytku”.




Wkrótce spacerowaliśmy już po potężnej zaporze, wybudowanej tu w 1912 roku, co podkreślała stosowna tablica, umieszczona w setną rocznicę budowy. Z kolejnej tablicy wynikało, że miała znaczenie przeciwpowodziowe i powstawała przez osiem lat. Spacerując na drugą stronę zbiornika, rozglądaliśmy się, co widać z zapory. Obiekty elektrowni wyglądały z góry naprawdę imponująco, a tafla jeziora po przeciwnej stronie wręcz bajecznie z zielenią wokół domykającą kompozycję.
Okazało się, że kolega wie również, jak dotrzeć pod zaporę. Początkowo obawiałam się, czy na pewno można tam schodzić, ale wystawa urządzeń do obsługi zapory rozwiała moje wątpliwości. Minęliśmy po drodze jakieś gospodarstwa, dopatrując się przy tym rzeźb: lipienia na płocie, a także wolnostojącej – pstrąga „pancernego”, która to nazwa była oczywiście nie tyle gatunkową, co artystyczną, powiązaną z materiałem, z którego ową rybę wykonano (zardzewiała blacha). Kadry z tej części spaceru były jak dla mnie najfajniejsze, jeśli chodzi o zaporę i przestrzeń wokół. Można by z takich zdjęć zrobić puzzle 😉 Poza tym znaleźliśmy wieżę z kamyczków na wodzie, mnóstwo wodorostów i ciut owadów,
co skłoniło nas do kolejnych biologicznych debat.






W drodze ku Szklarskiej Porębie natrafiliśmy na ciekawy kościół, przed którym umieszczono głaz upamiętniający 800-lecie Pilchowic. Kto by pomyślał, że istniały od 1217 roku! Przy kościele pw. Matki Boskiej Bolesnej znajdowały się też nagrobki z gotycką czcionką, opisane po niemiecku i pomnik upamiętniający dawnych mieszkańców. Mi przypadła do gustu wieża z hełmem.
Na wynurzenia architektoniczne pozwoliłam sobie przy kolejnym kościele – pw. Apostołów Piotra i Pawła w Pasieczniku. Obecny stał ponoć od XVI wieku, ale pierwszą świątynię w tym miejscu wzmiankowano już w 1323 roku! Obok mieścił się nieduży, bardziej współczesny cmentarz, a przed wejściem, z płytek chodnikowych innego koloru niż reszta, ułożono rybę i napis Ichtis. W tamtej miejscowości ciekawostką był także budynek Ochotniczej Straży Pożarnej, istniejącej tu od 1901 roku.



Już w Szklarskiej Porębie, w drodze na kolację, dopatrzyłam się na jednym z parapetów żabki – wędrowniczki 😉 A sam posiłek był niezwykle smaczny. Wybrałam jarskie kotleciki, których byłam po prostu ciekawa i herbatę z konfiturą różaną, choć nie piłam takiej nigdy wcześniej i nie przemyślałam tego, czy powinnam ową konfiturę aplikować w jakiś szczególny sposób 😉 Po kolacji kolega odwiózł mnie do pensjonatu, a sam wracał już do domu. Mój pociąg odjeżdżał nazajutrz, więc czekało mnie jeszcze pakowanie. Aż trudno było uwierzyć, jak szybko minęło tych kilka dni.
Rano zjadłam śniadanie, dopakowałam ostatnie rzeczy i podziękowałam za gościnę i smaczne posiłki. Właścicielka pensjonatu Gencjana zapytała, czy nie zechciałabym wydać opinii w Google i z przyjemnością to zrobiłam 🙂 W kierunku dworca wędrowałam sobie niespiesznie pieszo, posiłkując się GPS-em i pstrykając jeszcze kilka zdjęć po drodze. Ogółem przywiozłam ich z tego wyjazdu ok. 3400, a i kolega pewnie kilkaset. Ulica Jedności Narodowej przy słonecznym poranku, jeszcze pustawa, wyglądała cudnie! Stromą schodziło się całkiem nieźle, ale pod górkę ulicą Słowackiego wcale nie było łatwo z plecakiem i w kurtce.


W drodze powrotnej w pierwszym pociągu nadrobiłam nieco prywatnych zapisków oraz prywatnych spraw, które cierpliwie przeczekały wyjazd. We Wrocławiu miałam niespełna pół godziny na przesiadkę, więc ogarnęłam szybko łazienkę i znalazłam peron, na którym stał już pociąg do Gdyni. Z okna pociągu, prawdopodobnie na wylocie z Wrocławia, dostrzegłam mural z samolotem u szczytu ściany oraz podobnych rozmiarów okiem poniżej. Na dalszej drodze wypatrzyłam w Jarocinie lokomotywę stojącą dla ozdoby w okolicy dworca, a sam budynek dworca, cały ceglany, urzekł mnie w Mogilnie. Zmęczenie dawało się jednak we znaki, nie za wiele zatem pisałam czy czytałam, a chyba ze dwie godziny spędziłam zamyślona, słuchając muzyki i przypatrując się właśnie widokom za oknem – aż niepodobne do mnie 😉 To chyba tylko pokazuje, że wykorzystaliśmy ten wyjazd na maksa! 🙂
