Pruszcz Gdański – od archeologii po współczesność

Tyle lat mieszkania w Gdańsku, Pruszcz Gdański na wyciągnięcie ręki, a jednak kazałam mu na siebie czekać. Zajęło mi to 12 lat, choć miałam nawet znajomych w Pruszczu. Łatwiej było jednak spotkać się obu stronom po drodze, gdzieś pośrodku, w Gdańsku, niż peryferyjnie.

Nie planowałam zwiedzać miasta ulicę po ulicy, bo choć poprzednie tego typu projekty dały mi ogromną satysfakcję, to nie dla każdego miasta czułam potrzebę takiej dokładności. Już nie. Za to Pruszcz Gdański idealnie wpisywał się w otwarty projekt pomorski. Skoro tylko pojawiła się okazja, by znaleźć osobę chętną na taki wyjazd, zaczęłam szukać wspólnego terminu. Organizacja wyjazdu była dosyć prosta, a do tego niskobudżetowa (wydałam na wszystko dosłownie około 30 zł, łącznie z obiadem).

Do Pruszcza dało się dojechać np. autobusem z Dworca Głównego w Gdańsku. Tak też zrobiliśmy wraz z Michałem Harasimem (Gvidanto), kolegą z kursu przewodnickiego. Wsiedliśmy w autobus linii nr 132, bo jako jedyny o dogodnej dla nas porze mógł dowieźć nas w okolice Faktorii, gdzie planowaliśmy rozpocząć zwiedzanie miasta. Natomiast już po drodze (która minęła nam jak mrugnięcie okiem, tak się zagadaliśmy) mogliśmy obserwować tkankę miejską i jak miasto się rozbudowuje. Już na tym etapie urzekły mnie pruszczańskie przystanki autobusowe, opatrzone fotografiami atrakcji miasta. I już ten motyw pokazał, że ile osób, tyle perspektyw. Choć pierwsze zdjęcie, które nas oboje zaintrygowało, było tym samym kadrem, ja opisałam je jako kojarzące się z solarigrafią (przez kręgi na niebie), a Michał jako chatki z Faktorii, do której zmierzaliśmy. Dopiero podczas nawrotki na rondzie i przejazdu koło przystanku drugi raz, okazało się, że mówimy o tym samym zdjęciu.

Nim podeszliśmy do samej Faktorii, wykorzystaliśmy atrakcje w pobliżu. Dużym plusem był fakt, że Michał znał miasto naprawdę dobrze i potrafił polecić mi dodatkowe punkty godne uwagi, a jednocześnie poprowadzić nas od punktu do punktu właściwie niemal bez wsparcia mapy, którą ja jednak co jakiś czas podpierałam się dla własnej orientacji i ułatwienia przy pisaniu. Ogólny pokrój przestrzeni miałam w głowie, bo kilka dni wcześniej tworzyłam listę atrakcji, na których by mi zależało, by skonfrontować ją z oczekiwaniami Michała. Ostatecznie przyjęliśmy moją trasę z dwiema delikatnymi modyfikacjami Michała, by łatwiej było się przemieszczać w obrębie kładek na rzece i by dorzucić stację kolejową. Zaplanowałam również trasę tak, by zasugerowany przez Michała lokal gastronomiczny znalazł się na szlaku mniej więcej w porze obiadowej.

Wystartowaliśmy na przystanku z Faktorią w nazwie i przeszliśmy niemal od razu na drugą stronę drogi. Znajdował się tam budynek Prokuratury Rejonowej i Michał zasugerował mi sfotografowanie zabytkowej fasady. Prócz tego zaciekawiła mnie tablica, szklana (co jest estetyczne, ale średnio praktyczne dla fotografa), choć dawniej ponoć była kamienna. Informowała o tym, że w tym budynku hitlerowcy więzili patriotów polskich. Polacy w tym okresie byli mniejszością w Wolnym Mieście Gdańsku, a Pruszcz Gdański również do niego należał. Wywiązała się w sumie między nami dyskusja, od kiedy miasto ma w ogóle prawa miejskie. Przyjmuje się datę „1945 r.”, aczkolwiek wynika ona z faktu, że wówczas Pruszcz Gdański zaczął figurować w rejestrach miast jako samodzielna jednostka. Podobno nie zachował się żaden dokument nadający status miasta. Z ciekawostek, do których dogrzebałam się, szukając tej informacji, najbardziej zaintrygowało mnie, że marszałek Lefebvre właśnie z Pruszcza kierował zdobyciem Gdańska.

Dalej przemieszczaliśmy się przez moment szlakiem żółtym, choć nie on był naszym celem. Byliśmy już w pobliżu ogrodzonej części Faktorii, ale najpierw skierowaliśmy swe kroki ku elektrowni wodnej z 1921 roku. Stwierdziłam, że łatwo będzie mi zapamiętać tę datę, bo kojarzę ją z babcią. W związku z tym zapozowałam przed ceglanym budynkiem tak, by była widoczna data, z parasolem, bo przez pewien czas padało. Deszcz był dość ciepły, nie ulewny, a naprawdę poprawił mi samopoczucie, bo od rana czułam, że coś wisi w powietrzu i coś się dzieje z ciśnieniem. Po deszczu odczułam ewidentną poprawę. Michałowi kadr naprawdę wyszedł, a ujęcie domykała latarnia. Pewnie sama pstryknęłabym podobnie. W tym miejscu zaintrygował mnie podlatujący góra dół ciemny owad, podobny do mniejszej ważki, ale był tak szybki, że nie zdołałam mu się przyjrzeć bliżej. Zaciekawił mnie też nieznanego przeznaczenia budynek kawałek dalej wzdłuż ścieżki.

My jednak zawróciliśmy, przeszliśmy przy amfiteatrze i podeszliśmy do jednej z wież Faktorii, gdzie pokusiliśmy się o wspólne zdjęcie, ale tędy wejść się nie dało. Inną ścieżką ruszyliśmy ku właściwej bramie. Przed nią w nawierzchni widniał napis „Via Ambra 2006”, co momentalnie skojarzyłam z bursztynem, a datę Michał skomentował:

– Już wtedy były początki Faktorii.

A zatem weszliśmy i zakupiliśmy bilety. Zapytałam również w kasach o foldery lub przewodniki, a pani podarowała mi ulotkę z mapką. Od razu poczułam się pewniej w przestrzeni – Marta plus mapa to zgrany duet, a do tego z mapą w dłoniach lepiej potem kojarzę, co i gdzie widziałam 🙂 Pan zasugerował, że mają również audioprzewodniki, ale tym razem podziękowaliśmy, choć może skusiłabym się w innych okolicznościach. Za to Michał słusznie zauważył, że może moglibyśmy zostawić parasole nieopodal kas i państwo się zgodzili. Przez czas naszego zwiedzania nie zajmowały nam dłoni, a jednocześnie niemal wyschły na słoneczku. Większość czasu byliśmy pod chmurką, ale tylko przez moment kropiło.

Najdłużej zajęło nam zwiedzanie Chaty Wodza, ale też chyba najwięcej miała do zaoferowania. Gdy przekroczyliśmy drzwi, wyczuliśmy delikatny zapach drewna, co Michał skomentował:

– Tu jest tak sensorycznie.

To było bardzo przyjemne. Zaczęliśmy zwiedzać, a że byliśmy jedynymi gośćmi, uwaga pracującej tam pani w historycznym stroju skupiła się totalnie na naszej dwójce. Zaprezentowała nam przestrzeń wystawy, wprowadziła w temat i przekazała mnóstwo ciekawostek. Zauważyła, na co warto zwrócić uwagę, a gdy przyznaliśmy się, że obydwoje jesteśmy po kursie przewodnickim, choć sama z wykształcenia jestem biologiem, wywiązała się między nami ciekawa dyskusja o archeologii, muzeach i nie tylko. Przyznałam też, że chciałabym przygotować materiał na bloga, co bardzo ją ucieszyło i pomogła mi uporządkować dotąd przekazaną wiedzę. Była przesympatyczna, uśmiechnięta, bardzo gościnna i to jej postawa sprawiła, że z jeszcze większą frajdą zwiedzaliśmy całą resztę Faktorii, choć dalej nieszczególnie mieliśmy okazję do interakcji z ludźmi.

W Chacie Wodza mogliśmy zapoznać się z wystawą prezentującą znaleziska archeologiczne z Pruszcza Gdańskiego i okolic. Pierwsza gablota nawiązywała do kultury oksywskiej. Szczególnie zaciekawiły mnie popielnice, gdzie umieszczano prochy zmarłych i miecze, na które zwróciła nam uwagę właśnie pani z sali. Okazuje się, że były one zwijane tak, by umieścić je wraz ze zmarłym. Czasami znajdowano też groty – wierzono, że broń zostawia się przy szczątkach, by zmarły nie wrócił się o nie upomnieć. Dominowało wówczas żelazo i z tego materiału zachowały się np. elementy tarczy. W drugiej gablocie przedstawiono zabytki kultury wielbarskiej, związanej z Gotami, którzy przybyli tu ze Skandynawii i wędrowali dalej na południe. Jakiś czas później podzielili się na dwa plemiona – Wizygotów (leśnych) i Ostrogotów (polnych). Pani opowiadała, że gościli kiedyś u siebie Hiszpanów i zaskoczyły ich związki Wizygotów z wczesnymi hiszpańskimi dynastiami. Tymczasem jeden z Ostrogotów zasiadał nawet na tronie rzymskim, było to w okresie upadku Rzymu. Dla tej kultury ciekawe z mojej perspektywy były zabytki biżuteryjne oraz bursztyn, ponadto wykorzystywali oni chociażby srebro i brąz, a nawet emalię.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym jako biolog nie podekscytowała się szkieletem Gotki, który znaleziono niemal w całości, na terenie jednego z siedmiu cmentarzysk w Pruszczu. Prawdopodobnie było ich więcej, ale ich lokalizacja pod budynkami uniemożliwia badania. Szkielet znajdował się on pod przeszkleniem w podłodze i gdy pani tylko o tym wspomniała, kupiła nie większość, ale absolutnie całość mojej uwagi 😉 Jak to w przeszłości zażartowałam, stosując grę słów: „ożywiam się na widok czaszek [i szkieletów]”. Brakowało elementów dłoni, szeroka miednica świadczyła, że mamy do czynienia ze szkieletem kobiety, a mnie najbardziej zainteresowało, że drugi palec stopy miała dłuższy niż paluch (pierwszy palec), w przeciwieństwie do mnie, i stanowiło to genetycznie cechę recesywną, z tego co pamiętałam. Co ciekawe, archeolodzy znajdując groby z tego okresu, również po liczbie upięć potrafili określić płeć nieboszczyka. Kobiety miały trzy upięcia, dwa do sukni na ramionach i jedno do płaszcza na piersi, mężczyźni tylko jedno do płaszcza. W gablocie umieszczono również zachowane w pełni wisiory znajdowane przez archeologów.

Chwilę później obejrzeliśmy Kamienne Kręgi i przeszliśmy przez mostek, za którym mieścił się Plac Rekonstruktorów. Tam najbardziej zaintrygowało nas urządzenie z czterema koszami na stelażu, jednak zapomnieliśmy zapytać na koniec, do czego służyły i dlaczego je tak zawieszono. Przy kolejnej wieży było kilku mężczyzn pracujących w drewnie, a my dostrzegliśmy jeszcze miejsce na kramy rzemieślników wzdłuż palisady. Ciekawsza okazała się Wiata Grillowa, zwana też Wiatą Biesiadną. To w tym miejscu zorientowałam się, że w przestrzeni zawieszono kody QR i można o każdym obiekcie poczytać więcej. Zapozowałam w wiacie na tle Placu Rekonstruktorów, a naprzeciw zobaczyliśmy drewnianego konia, nawiązującego do konia trojańskiego.

Za kolejnym mostem znajdowały się zagrody ze zwierzętami. Przystanęłam, by zobaczyć kozła z dostojnymi rogami – ponoć były dwa, ale może drugi się schował. Tymczasem chwilę później dołączyłam do Michała, który podziwiał bażanty. Zauważył, że samiec był jeden, a samiczki aż trzy. Dostrzegłam również złożone jaja. Bażanty były chyba jednymi z pierwszych nieoczywistych ptaków, które nauczyłam się rozpoznawać w dzieciństwie.

Kolejnym punktem na trasie była Chata Kowala. Ponoć stanowiła wierną rekonstrukcję domostwa z epoki wpływów rzymskich. Przed wejściem można było obejrzeć chociażby narzędzia kowalskie. A co zastaliśmy po wejściu?

– Dwoje ludzi jest, co prawda sztucznych – zapoczątkował dyskusję Michał.

Rzeczywiście dostrzegłam panią, Michał jeszcze pana, oczywiście jako kukiełki, imitujące ówczesnych – kowala i jego żonę. W podwieszonym koszyku leżało także maleństwo otulone owczymi skórami. Wykonałam kadr, który chyba stał się moim ulubionym z tego dnia, działając na mnie absolutnie rozczulająco. Przyglądając się chacie, mogliśmy też dojść do wniosku, że w tym konkretnym przypadku żona kowala barwiła tkaniny, a barwniki pozyskiwano z natury. Kobiety często trudniły się także garncarstwem.

Minęliśmy kolejne Kamienne Kręgi i podeszliśmy pod wieżę, którą widzieliśmy na początku naszego spaceru. Wkrótce jednak rozpoczęliśmy zwiedzanie Chaty Bursztyniarza:

– O, i tu jest takie wyrośnięte dziecko – zauważyłam.

– Na kanapie. A nie, na łóżku, bo wtedy nie było kanap. Kanapek zresztą też nie.

Ostatnim punktem na terenie Faktorii była Hala Targowa. Po jej obejrzeniu uznałam, że musiały się tam bardziej odbywać warsztaty edukacyjne, bo pomijając stroje nawiązujące do tych z epoki, nie było tam zbyt wiele do oglądania, ale mnóstwo rzeczy wskazujących na aktywności dla dzieci. Mnie zaintrygowała piaskownica z plastikowymi kośćmi i pędzelkami do ich oczyszczania z piasku. Znalazłam nawet stopę! 😉

Opuszczając Faktorię, podziękowaliśmy obsłudze i odebraliśmy parasole. Minęliśmy też panią poznaną na początku i posłaliśmy sobie uśmiechy. To było naprawdę świetne miejsce godne polecenia!

Podeszliśmy do okolicznej, nowszej elektrowni, a następnie wyszliśmy ku ulicy Zastawnej, gdzie mieścił się cmentarz radziecki. Weszliśmy na jego teren, sfotografowałam jednak tylko ogólny rzut na nagrobki w kształcie gwiazd oraz pomnik naprzeciw głównego wejścia do nekropolii. Zaciekawiło mnie, że napisy na pomniku były po rosyjsku i po polsku, przy czym te drugie zostały częściowo wydrapane (?), w każdym razie zniszczone. Jakkolwiek rozumiem, że nastroje społeczne mogą być negatywne, jeśli chodzi o postrzeganie Niemców czy Rosjan, szczególnie w odniesieniu do wojen światowych, uważam, że nie było wyborem tych konkretnych żołnierzy, że ich szczątki spoczęły właśnie tutaj. Z historią trudno dyskutować, a nekropolie jako miejsca pochówku powinny wiązać się z szacunkiem dla zmarłych.

Niedługo później dotarliśmy do miejsca, od którego zaczynaliśmy i skierowaliśmy się na północ ulicą Wojska Polskiego. Na naszej trasie znalazł się zabytkowy zespół młyna, w którym wciąż można było zakupić mąkę. Zza drzew wychylała się już wieża kościelna, ale tymczasem przeszliśmy ku pobliskiej kładce, mijając przy tym oczko wodne z żabkami, co skojarzyło mi się z rodzinnym Lęborkiem.

Przy ulicy Grunwaldzkiej mieścił się Dwór Russotschin, zwany także Pałacem Winkerta albo Lipowym Dworem, który miałam chęć zobaczyć. Przy tej okazji Michał zwrócił uwagę na plakat na przystanku autobusowym, który był kolażem zdjęć, wykorzystującym herby Pruszcza jako miasta (czerwono-złotego, bo w heraldyce żółty interpretuje się jako złoty) i herb otaczającej go gminy wiejskiej (zielono-srebrny, bo biały byłby odpowiednikiem srebrnego, a zieleń symbolizuje charakter rolniczy).

Wkrótce wróciliśmy na Wojska Polskiego, ale nim podeszliśmy pod kościół pw. Podwyższenia Krzyża Św., naprzeciw znaleźliśmy budynek plebanii z 1755 roku. Zauważyliśmy, że miał cechy baroku klasycyzującego. Było okrągłe okienko przy szczycie, ale naczółek miał kształt trójkątny. Obecnie znajdowała się tam biblioteka. Gdy przeszliśmy na stronę, przy której mieścił się kościół, z niemałą fascynacją oglądałam otaczający teren kościelny ceglany mur z towarzyszącą mu roślinnością. Michał zauważył, że wymagałby renowacji, a mnie cieszyło, że jest taki zielony. Tak, uwielbiam kompozycje „zielony plus cegła” <3

Kościół zwrócił moją uwagę zewnętrznymi przyporami, ale nie byłabym sobą, gdybym nie ucieszyła się na widok wieży z zegarem. Przeszliśmy także wokół świątyni. Stojący nieopodal budynek dawnej kostnicy był zamknięty, więc zajrzeliśmy tylko przez dziurkę od klucza. Pierwszy kościół stanął tu jeszcze w XIV wieku. Były też okresy, gdy urzędowali tu protestanci. Tuż przed głównym wejściem mieściła się brama cmentarna, a z nazwą spójny był umieszczony nad jednym z przejść motyw czaszki.

Świątynia wydawała się wielka, a po wejściu do środka to wrażenie gdzieś znikło. Choć mogliśmy sfotografować wnętrze tylko z przedsionka, nie mogłam napatrzeć się na płaskorzeźbione balustrady chóru i ambonę. Obrazów było niewiele, ale prezentowały Trójcę Świętą oraz śmierć Chrystusa na krzyżu i miały bardzo żywe barwy.

Po pokonaniu kolejnego odcinka, przez kładkę i dalej ulicą Grunwaldzką, dotarliśmy do Urzędu Miasta. Budynek był nowy i bardzo estetyczny, a moją uwagę skupiły zdobienia na kształt pilastrów. Stamtąd przeszliśmy alejką na północ od Parku Centralnego, kierując się na dworzec kolejowy. Nie był to jednak jeszcze koniec naszej wyprawy. Obejrzeliśmy stację, a następnie tablicę na ścianie budynku. Upamiętniała polskich kolejarzy w Wolnym Mieście Gdańsku, którzy zginęli w obozach koncentracyjnych. Kawałek dalej mieścił się też pomnik upamiętniający kobiety, które były więźniarkami filii obozu Stutthof w Rusocinie.

Wkrótce znaleźliśmy się w okolicy wiaduktu z końca lat 70. lub 1980 roku według wiedzy Michała. W związku z jego stanem technicznym planowano modernizację tego konstruktu, a tymczasem ograniczono wagę pojazdów, które mogłyby tędy przejeżdżać. Był tam też „zarośnięty most na Raduni” czyli dawny przebieg ulicy Chopina. Gdy weszliśmy na wiadukt, mogliśmy obserwować z góry tory i pociągi. Przejechał nawet regionalny do Słupska, a w naszą stronę pociąg towarowy. Michał wskazał mi, że zewnętrzne tory przeważnie wykorzystywały pociągi towarowe, choć mogły jeździć po wszystkich, a na pewno przewozy pasażerskie wykorzystywały tylko te środkowe tory.

W widocznym z wiaduktu krajobrazie wyłaniał się komin i część zabudowy dawnej cukrowni, pod którą zresztą podeszliśmy niedługo później. Sfotografowaliśmy teren z zewnątrz, ale z niejednej perspektywy. Co ciekawe, podano datę jej założenia (1881 rok), ale zamknięcia już nie. I znów moje oko cieszyła kompozycja cegły i zieleni.

Kolejnym punktem na trasie był zbudowany w okresie międzywojennym dla katolików kościół Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Jego bryła nam obojgu niezależnie skojarzyła się z kościołem w gdańskim Krakowcu. Wnętrze było niewielkie i skromne, a wokół było dużo zieleni. Minęliśmy też źródełko, bramę i pomnik patronki okolony szeregiem tajemniczych liter. Po opuszczeniu terenu świątyni rozbawił mnie baner promujący mszę niedzielną o 19:00 dla młodzieży hasłem „19-stki Pruszcza”.

Wkrótce przyszła pora na obiad, skusiliśmy się na lokalną pizzerię. Nasyceni i zregenerowani, ruszyliśmy dalej ulicą Obrońców Poczty Polskiej, przechodząc z ciekawości przez targowisko. Chciałam podejść do tabliczek z nazwami ulic Gdańską i Gdyńską. Przy tej okazji zobaczyliśmy budynek Państwowej Straży Pożarnej.

Ostatnim punktem na naszej trasie był Dom Wiedemanna, również zabytkowy budynek, którego obie fasady warto było zobaczyć. Między pomalowanymi na zielono belkami znajdowały się cegły, a stolarkę okienną i drzwi pomalowano na szaro. [A <tutaj> zobaczycie, jak wyglądał wcześniej – zdjęcie podesłał mi Michał.] We wnętrzu budynku planowano zrobić muzeum. Odnowiono sale i klatkę schodową. Na parterze mieściła się także kawiarnia. Udało nam się zobaczyć wystawę czasową na temat obozów z okresu II wojny światowej, zlokalizowanych w okolicy oraz adaptacji terenów lotniska. Dodatkowo dwie gabloty prezentowały zabytki ruchome z tego okresu. Najbardziej zaintrygowała mnie umieszczona w korytarz tak, że wyglądała na porzuconą, płyta nagrobna.

Wycieczka do Pruszcza Gdańskiego, choć nieskomplikowana organizacyjnie, niskobudżetowa i do ogarnięcia w jeden dzień, okazała się niezwykle ciekawa. Zaspokoiła zarówno głód spaceru, jak i odkrywania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *