Zgodnie z założeniem, że potrzebuję dnia na odpoczynek, na ten dzień zaplanowałam lżejszą, mniej więcej trzygodzinną trasę. Koleżanka pojechała do Dusznik, ja walczyłam z porannym bólem głowy (chyba jeszcze byłam osłabiona po tym jak mnie przemoczyło dwa dni wcześniej), ale w południe zebrałam się na spacer.
Jakieś dziesięć minut od bazy natrafiłam na Centrum Szkoleniowo-Edukacyjne PNGS i dorwałam tam naklejkę z logo Parku oraz foldery, z których, z racji ograniczonego bagażu, wybrałam tylko dwa, choć seria liczyła przynajmniej osiem części. Z Karłowa planowałam iść asfaltówką, ale szybko okazało się, że kolory szlaków na mojej mapie i w terenie na tym obszarze nie współgrają ze sobą w 100%. Dlatego do Lisiej Przełęczy szłam szlakiem.


Opuściłam Karłów i szłam szlakiem żółtym na Białe Skały. Droga biegła przez przerzedzony las, czasem były kałuże, na pewnym odcinku szło się po kładce, nic szczególnego.




Przy kolejnym drogowskazie szlaki niebieski i żółty biegły razem (tędy przyszłam), zielony kierował gdzie indziej. W drugą stronę (czyli tam gdzie zmierzałam) wszystkie trzy przebiegały tak samo. Tak czy inaczej, dalej trzymałam się Białych Skał, a zatem szlaku żółtego. Zamiast pół godziny, pięćdziesiąt minut od startu byłam na parkingu Białe Skały koło Lisiej Przełęczy i musiałam przez niego przejść, aby od tej pory konsekwentnie trzymać się szlaku żółtego. W tym miejscu pozostałe biegły w prawo, ja szłam prosto.






Leśna droga była przyjemna. Natrafiłam na schodki w górę do Wiszącej Skały. Końca nie widziałam i zadawałam sobie pytanie, czy chce mi się tam iść, ale uznałam, że a nuż za rogiem będzie koniec, a potem będę żałowała, że nie weszłam. Po jakiejś minucie zaczęłam widzieć niebo nad drzewami. Po drugiej dotarłam do celu.


Żwawo zeszłam i ruszyłam dalej. W pewnym momencie ruch na wprost był zakazany a szlak skręcał w lewo przy strumyku i świetnych wielkich skałach. Jedynie dróżka stopniowo się zwężała. Pod tzw. Podmorskimi Tarasami znalazłam informację (ale z marca, w formie zalaminowanej kartki na ziemi), że część szlaku, w tym Podmorskie Tarasy jest zamknięta. Zagadałam jakichś Czechów, ale oni szli inaczej i nie umieli mi pomóc. Zaraz potem spotkałam polską rodzinkę i oni szli tak jak ja planowałam, tylko w drugą stronę. Zapewniali mnie, że wszystko po drodze było dobrze i śmiało można przejść.





Z utęsknieniem czekałam aż żółty szlak połączy się z zielonym, a finalnie na ów zielony przejdę. Jednak już samo dostrzeżenie go pozwalało namierzyć się na mapie i oszacować swój czas wędrówki.
– Czy tam na dole biegnie zielony? Taaak! – ucieszyłam się po niespełna półtorej godziny spaceru.
Po drodze pojawiła się kładka i kilka fajnych formacji skalnych. Gdy dotarłam do schodów w dół, z naprzeciwka szedł chłopak, którego poznałam przed Błędnymi Skałami:
– Dzień dobry – zawołałam.
– O, to pani – był lekko zaskoczony.
Zamieniliśmy parę zdań. Okazało się, że to ostatni dzień na górskim szlaku i dla mnie, i dla niego.


Kwadrans później dotarłam do drogowskazu. Ten odcinek był bardzo lekki do pokonania mentalnie, bo zielony szlak biegł samodzielnie tylko na krótkim odcinku. Według mojej mapy miałam raptem kwadrans do przebycia, a następnie znalazłabym się na niebieskim szlaku czyli rozpoczęłabym powrotną wędrówkę. I faktycznie mniej więcej tyle zajęło mi przedreptanie tego odcinka – trochę po wąskich, kamienistych ścieżkach, nieco wygodną kładką.



Gdy zeszłam na niebieski szlak, niemal od razu wyczaiłam głazy po lewej, na które można było spróbować wejść dla ładnych widoków. Tak też zrobiłam i dopiero wówczas udałam się w dalszą wędrówkę. Przerywałam ją jednak regularnie, bo odsłoniętych mniej lub bardziej oficjalnych punktów widokowych było w drodze powrotnej naprawdę sporo.

Jednym z najbardziej zachwycających okazały się Skały Puchacza. Tam też chyba najdłużej łowiłam fajne kadry, szczególnie, że akurat w tym miejscu natknęłam się na kilka grupek turystów. Przy kolejnym trzeba było przejść przez lekkie rozpadliny, żeby otworzyć się na widoki.





Dalszy odcinek był bardziej błotnisty i wymagał więcej sprytu, aby przejść suchą stopą. Do tego natrafiłam na jaszczurkę oraz węża. Oba zwierzaki jednak szybko czmychnęły.
Za to spotykałam więcej ludzi idących z naprzeciwka. Jakieś trzy dziewczyny śpiewały „Strasznie już być tym królem chcę” z „Króla Lwa”, ale chyba się speszyły, że szłam z naprzeciwka i chciały przestać. Dlatego dośpiewałam kolejny wers: „Wreszcie nikt nie wtrąca się”, uśmiechnęłyśmy się serdecznie i odpowiedziały mi: „Hakuna matata!” 😉

Jedną z moich ulubionych atrakcji tego dnia była na pewno Skalna Czaszka. Trzeba było zejść do niej po schodkach. Skała zrobiła na mnie jednak takie wrażenie, że absolutnie było warto i nie mogłabym sobie darować, gdybym nie zrobiła sobie z nią zdjęcia.


Im bliżej Narożnika, tym więcej było punktów widokowych, a nie był to tylko sam Narożnik, jak sugerowała mapa. Tam i w jego najbliższej okolicy jednak solidnie wiało. Na tamtym odcinku trafiłam też na tablicę upamiętniającą zamordowanych w tym miejscu w 1997 roku studentów, co nieco mroziło krew w żyłach. Resztę niebieskiego szlaku przeszłam częściowo lasem, ale już bez przygód.








Finalnie wracałam do Karłowa drogą asfaltową, co zajęło mi niecałe pół godziny. Cała wyprawa zajęła ponad cztery, choć według mapy miałam być w terenie ledwie trzy. Po obiedzie dotarłam do bazy i rozpoczęłam pakowanie przed wyjazdem kolejnego dnia w dalszą część podróży.

Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
