Po lekkim śniadaniu na szybko zebrałam się z całym swoim ekwipunkiem i zeszłam na czerwony szlak. Tym razem na celowniku były Błędne Skały i według oznaczeń na mapie powinnam się tam znaleźć po 2,5 godzinie, a zatem tuż przed południem. Przez miasto szłam żwawym krokiem, mijając przy tym drogowskaz, na którym faktycznie ten czas się potwierdzał.



Gdy zabudowa się rozluźniła, natrafiłam jeszcze na drewnianą dzwonnicę z połowy XIX wieku. Niedługo potem szlak skręcał i miał wchodzić w las. Zobaczyłam tam czteroosobową rodzinkę, którą widziałam już chwilę szybciej, ale zatrzymali się, by zaaplikować spray na owady i uznałam, że to dobry pomysł już teraz.
– Na Błędne? – zapytał mnie pan.
– Tak.
– I gdzie dalej?
– Karłów.
– I Szczeliniec…
– Mam nadzieję jutro, na razie baza w Karłowie.
– A to wędrownie.
– Tak.
– To super, mało bagażu.
– Swoje waży, jakaś jedna piąta mnie 😉
– Do zobaczenia.
– Pewnie się będziemy widzieć.
Chociaż państwo byli daleko, kawałek za kapliczką dogoniłam ich i wyprzedziłam. Pan się śmiał:
– Widzę, że tu pociąg ekspresowy.
– Zobaczymy, jak długo – dodałam z pokorą.

Faktycznie jednak tempo miałam dobre. Początkowe podejście dało mi się mocno we znaki, ale na wypłaszczeniach solidnie nadrabiałam. Minęłam jeszcze dwie kapliczki, a kawałek dalej szlak biegł między gospodarstwami. Spodobała mi się brama z motywem koni. W tym miejscu tabliczki wyglądały na zrobione przez lokalsów, a nie PTTK, ale kierowały jasno. Aż do rozwidlenia, gdzie główna nitka szła dołem, za to z naprzeciwka górą szły jakieś dziewczyny i dzięki temu nie skręciłam źle. Zaśmiałam się:
– Dobrze, że jesteście.






Idąc dalej pomyślałam, że rzeczywiście czerwone znaki mogłyby być rozlokowane gęściej. Za to ja dotarłam niczym buraczek do tabliczki „Nad Jakubowicami”. Gdzieniegdzie między drzewami były tam fajne widoki. Dalej znów szłam gęstszym lub rzadszym lasem aż do kolejnego drogowskazu. Teoretycznie pokazywał 15 minut do Błędnych Skał, ale ten jeden drogowskaz nie zgadzał się z rzeczywistością. Ten odcinek pokonywałam zdecydowanie dłużej.











Najpierw było strome podejście, ale szybko się wypłaszczyło. Gdzieniegdzie zrobiono przejścia na drewnianych kłodach. Dalej jednak trzeba było pokonać szereg kamieni i wspinaczka wymagała czasu. Finalnie wyszłam na drodze asfaltowej, a czerwone znaki zniknęły. Podeszłam pod tablicę informacyjną, podobnie jak młody chłopak i śmiałam się:
– Widzę, że pan również ma konsternację.



Przez chwilę szukaliśmy drogi wspólnie, chłopak uznał jednak, że spróbuje szczęścia i przeszedł całą zieloną ścieżką, ja finalnie też się do niej cofnęłam, ale tylko na tyle, by wrócić na drogę asfaltową. Zagadałam jednego z przejeżdżających kierowców, czy to droga na Błędne Skały, a ten potwierdził. Przed wejściem do samego labiryntu podeszłam na punkt widokowy i do łazienki, po drodze trafiając na chłopaka po raz drugi. Później spotkaliśmy się jeszcze dwa razy na trasie przez Błędne Skały.







W drodze do kasy moją uwagę zwrócił głaz przypominający psa. Po zakupieniu biletu weszłam na oficjalną trasę, na której wyróżniono 9 opisanych punktów. Przy pierwszym z nich, o nazwie Skalne Siodło, znajdował się punkt widokowy. Pomijając takie odnogi, droga przez labirynt okazała się dość oczywista. Przeważnie szło się po kładkach. Natomiast wyzwaniem było przeciskanie się przez skały o różnorodnych kształtach. Szczególnie, że miałam na sobie napchany górski plecak. W paru miejscach musiałam go zdjąć i przenieść w rękach.



Oczywiście starałam się jak najwięcej uwiecznić. Ciekawe formacje skalne, wąskie przejścia, miejsce, gdzie było bardzo nisko, że mogłam dotknąć sufitu rękoma (potem okazało się, że w jednym musiałam iść niemal na czworakach).
W związku z robieniem zdjęć czasem przepuszczałam turystów, ale też zwracałam na siebie uwagę i grupa Czechów nazwała mnie „panią fotografką”. Starałam się być uważna na innych:
– Państwo chcą wyprzedzić?
– No chyba tak – odpowiedział ojciec pewnej rodzinki.
Na trasie, choć biegła jednokierunkowo, przez te mijanki niektóre twarze pojawiały się wielokrotnie. Spotkałam również państwa, z którymi poznaliśmy się jeszcze w Kudowie.
Za to jakoś nie zakodowałam skały z numerem drugim – Stołowego Głazu. Wraz z innymi turystami dopatrzyłam się kształtu statku w głazie o nazwie Okręt. Dwunożny Grzyb budził w niektórych dwuznaczne skojarzenia, ale w sumie nie wiedziałam, dlaczego. Tymczasem Kurza Stopka była doprawdy urocza, a do tego zastanawiało mnie, jak ciężki kamień trzyma się na takim przewężeniu. Jednym z fajniejszych, choć bardziej wymagających punktów był Długi Pasaż. Jak wskazywała na to nazwa, wydawał się ciągnąć i ciągnąć, a do tego był niezwykle wąski. Wszyscy jednak mieli frajdę z każdej kolejnej przeszkody, a potem satysfakcję z jej pokonania. Podobnie trzeba było przejść przez Przesmyk Liczyrzepy i to tam znalazł się odcinek do przebycia na kolanach. Finałem trasy była tzw. Furtka. Tuż za nią wychodziło się z labiryntu Błędnych Skał.











Szybko zorientowałam się, gdzie dokładnie jestem i weszłam na czerwony szlak w kierunku Karłowa. Według drogowskazu dzieliła mnie godzina dwadzieścia. Jednak gdzieś w oddali zagrzmiało. Na szczęście przemieszczałam się w dół, ale dźwięk grzmotów zdawał się przemieszczać nade mną od lewej do prawej i z powrotem, co budziło niepokój.




Z jednej strony w żadnej z trzech prognoz pogody, które sprawdzałam, w tych widełkach godzinowych nie miało padać… Z drugiej miałam tak czy inaczej osłonkę na plecaku, lekką kurteczkę przeciwdeszczową, a nawet stuptuty na buty terenowe, by nie przemokły. Jednak ulewa, która nadeszła niespełna pół godziny później przemoczyła mnie tak czy inaczej, a jedynie ograniczyłam „straty”. Gdy wyszłam z lasu na asfalt, byłam przekonana, że to już droga na Karłów i myślałam tylko o tym, by nie być pod drzewami. Nawigacja wariowała, więc próbowałam zatrzymać kierowców i spytać o drogę, ale było ich raptem kilku, ulica płynęła i rozumiałam, że nikt nie chciałby wziąć przemoczonego człowieka do auta, a mogli myśleć, że dlatego macham. Gdy chwilę później, mocno sfrustrowana, spróbowałam się znów dogadać z nawigacją, okazało się, że tej drogi nie było na papierowej mapie, ale wiodła ku czeskiej granicy.

Cofnęłam się zatem i pokornie wróciłam na czerwony szlak. Gdy szłam lasem, jeszcze padało i to dalej dość solidnie. Wkrótce jednak znalazłam się na Karłowskich Łąkach i deszcz przestał padać równie nagle jak zaczął. Oczywiście to były teraz „podmokłe łąki” i ostrożnie stawiałam nogi, ale gdy dotarłam do tabliczek i zobaczyłam „Karłów 10 minut” poczułam się fantastycznie. Faktycznie szybko znalazłam się w miejscowości docelowej, a że brzuch zasygnalizował, że potrzebny mu obiad na cito, weszłam na pierogi do restauracji od razu przy szlaku. Zdjęcie z siebie plecaka i kurtki uświadomiło mi, że i tak jestem przemoczona, a do tego zmarzłam. Gdy dotarłam do bazy, od razu wzięłam ciepły prysznic, ale tak czy inaczej na wieczór już mnie łamało i czułam gardło. Później dotarła do mnie koleżanka i kolejny dzień zaplanowałyśmy już we dwie.




Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
