Aby lepiej rozłożyć siły na resztę wyjazdu, poranek spędziłam na pisaniu, a koło 11.00 pociągiem podjechałam do Kudowy. Tam postanowiłam najpierw przejść się ulicą Nad Potokiem, aby dotrzeć do kościoła Św. Katarzyny Aleksandryjskiej z 1679 roku. Po drodze minęłam kilka ciekawych domów, a fotografując je zwracałam na siebie uwagę przechodniów. Natomiast sama świątynia była dostępna w całości i siedziały tam tylko dwie panie. Sufit okalały malowidła, droga krzyżowa też była malowana, ołtarz i ambona miały charakterystyczne kolumny i warto było się również obrócić w kierunku organów. Na ścianie przy wejściu od zewnątrz widniała figura patronki, a na terenie wokół kościoła pochowano kilku księży. Dwóch nosiło to samo nazwisko, co mnie zaintrygowało. Ale być może byli braćmi, bo dzieliło ich tylko kilka lat.








Zawróciłam do niebieskiego szlaku i podążałam nim do Parku Zdrojowego. Minęłam pomnik upamiętniający zesłańców, ciekawą Willę Diament oraz klasztor sióstr służebniczek. W Parku Zdrojowym uwagę momentalnie zwracała altana kamienna. Następnie przeszłam się wśród zadbanych rabatek. Trawnik akurat był koszony i jakaś dziewczynka pokazywała rodzicom, że „pan jeździ motorówką” 😉 podeszłam do pomnika skrzypka, a następnie do wykutych w metalu instrumentów: fortepianu, harfy i wiolonczeli.







Wyszłam na ulicę Zdrojową i minęłam cechowy pomnik szczęścia przedstawiający Liczyrzepę. W punkcie informacji turystycznej naprzeciwko zasięgnęłam języka i kupiłam (a jakże!) pocztówki. Wówczas wróciłam do Parku i przespacerowałam się przy Teatrze pod Blachą oraz pijalni wód, gdzie upamiętniono kilka związanych z nią postaci w formie tablic. Była też ławeczka ogrodnika i pomnik Moniuszki. Tymczasem retro wózeczek z jedzeniem o nazwie Cafe Sissi przywołał mi na myśl Wiedeń.





Wyszłam koło sanatorium Polonia na ulicę Moniuszki. Tam natrafiłam na skały wyrzeźbione na kształt głowy i dłoni jakiejś postaci, jakby wynurzała się ze wzgórza. Dalej podążałam tak jak biegła ulica, aż dotarłam do Kaplicy Czaszek w Czermnej. Planowałam ją odwiedzić kolejnego dnia, ale ze względu na niepewną aurę wolałam to zrobić od razu i nazajutrz wybrać krótszy szlak plus nie ograniczać się godziną otwarcia tego miejsca.




Kolejki w tym miejscu były arcydługie. Wpuszczano po 50 osób raz na 15-20 minut. Byłam tuż za pierwszą pięćdziesiątką, więc weszłam z drugim rzutem. Dzięki temu mogłam stanąć blisko przewodnika i ołtarza z wyeksponowanymi szczególnymi czaszkami (o znanej tożsamości lub nietypowym charakterze). Widziałam też to, o czym przewodnik opowiadał, choć dał potem gościom czas na obejrzenie całości.





Zaczął od historii obiektu. Podkreślał, że wszystkie czaszki i inne kości są ludzkie, a ludzie ci, choć nie zawsze zgodni ideowo, znaleźli tu razem miejsce wiecznego spoczynku. Były to ofiary wojen i epidemii z XVII oraz XVIII wieku. Przykładowo cholera tak zdziesiątkowała ludność, że brakowało zdrowych, którzy chowaliby zmarłych. Groby były masowe i płytkie. Gdy w te rejony przybył czeski ksiądz Wacław Tomaszek, wybudował kaplicę, zainicjował wydobycie szczątków, w czym pomagał mu grabarz Langner oraz parafianie i po zdezynfekowaniu kości trafiły tutaj. Było ich kilka tysięcy w kaplicy i ponad 20 tysięcy pod nią. Kilka czaszek wyeksponowano na ołtarzu: grabarza, sołtysa, żony sołtysa, Tatara, Mongoła i weneryka (były guzy świadczące o kile). Przewodnik pokazał trzy kości udowe: jedną, która zrosła się bez nastawienia, drugą z dziurą po postrzale, być może z kuszy i trzecią nadzwyczajnie długą, więc może należała do Szweda (>2m). Również kości samego księdza były tutaj, ale nie było jasne, które to. Dodatkowo kaplicę zdobiły dwa anioły wieszczące: „Powstańcie z martwych” i „Pójdźcie na sąd”.
We wnętrzu nie wolno było fotografować, dlatego po wyjściu zakupiłam folder i pocztówkę w kiosku prowadzonym przez siostrę zakonną. Ciekawostką było to, że przewodnik żegnał się z każdym w jego języku i znaleźli się także goście z Portugalii, bo rozpoznałam portugalskie „Obrigado” czyli „Dziękuję”.
Zajrzałam także do kościoła, po czym zawróciłam do miasta. Przeszłam się przez Park Zdrojowy, ale aż za daleko, do stawu, który był co prawda malowniczy, ale znajdował się dalej niż moje miejsce noclegu. Zostawiłam na szybko rzeczy i poleciałam zgodnie z godziną rezerwacji do Ekocentrum Parku Narodowego Gór Stołowych czyli czegoś na kształt muzeum przyrodniczego. Niestety nie sprzedawali tam wydawnictw ani innych pamiątek.






Zanim rozpoczęła się projekcja w sali audiowizualnej, mogłam zajrzeć do sali roślin. Znalazły się tam także stanowiska dotyczące grzybów czy porostów. Zaprezentowano gatunki roślin, które można znaleźć na łące. Kilka gatunków umieszczono w formie ususzonej pod szkłem powiększającym. Stanowiska mikroskopowe nie działały, ale na tablicach zaprezentowano w powiększeniu to, co miało być tam do obejrzenia (paproć i przekrój przez igłę sosny). Rośliny zarodnikowe znalazły się również w odrębnej gablocie. Opisano jeszcze torfowiska.






Film opowiadał z kolei historię Gór Stołowych i zaadaptowania ich na cele turystyczne. Miał formę gawędy, którą opowiada sam uczestnik zdarzeń, cofając nas w czasie, a potem głos przejął przewodnik, który oprowadzał turystów współcześnie. Spodobał mi się ponadto cytat z Goethego: „Góry są poza dobrem i złem”. Dodatkową atrakcją tej sali były lokalne gatunki roślin, grzybów i zwierząt, opisane na jednej ze ścian.




Na piętrze najpierw znaleźliśmy się w sali geologicznej. Czas pomiędzy czterema projekcjami można było przeznaczyć na obejrzenie skał, legendy, a także różne gry (typu przejście labiryntu czy rozpoznanie, która skała przypomina dane zwierzę).





Minęliśmy tzw. panoramę. Ostatnia była sala zwierząt, gdzie czas nie był niczym ograniczony. Prezentowano, jak inaczej widzą różne zwierzęta. Pomiędzy stanowiskami roiło się od ciekawostek. Można było ułożyć łańcuchy pokarmowe, zgadnąć, czego dotykamy, bez użycia wzroku, dopasować zwierzęta do zajmowanej niszy czy poznać lepiej rozród kilku zwierząt (znalazły się tam sarna, bocian, żaba i chrząszcz). Fajną zabawę stanowiły dla mnie quizy dotyczące przystosowań zwierząt.
















Po wyjściu obejrzałam jeszcze fragment ścieżki edukacyjnej Płazy, który biegł wokół oczka wodnego, ale krawężniki i piasek pomiędzy, wyglądający na ubity walcem, dawały wrażenie, jakby dopiero tę ścieżkę kładziono. Finalnie uznałam, że dużo już dziś zobaczyłam i ruszyłam w miasto. Zjadłam obiad w restauracji Sjesta, gdzie obsługa była arcymiła i miała naprawdę postawę pro-klient, co miałam okazję obserwować na wielu przykładach. Na koniec dnia zrobiłam jeszcze zakupy, bo nazajutrz zmieniałam bazę na miejscowość, w której sklep działał w dość nieprzewidywalnych godzinach. Kolejny dzień miał być wyzwaniem, dlatego trzeba było dobrze naładować baterie.


Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
