Duszniki-Zdrój

Drugiego dnia wyjazdu planowałam przejść pieszo z Polanicy do Dusznik i po zostawieniu bagażu przejść się przez same Duszniki-Zdrój. Jak na wyjście na szlak, wyszłam dość późno, bo o 9.20. Szło się jednak całkiem przyjemnie, a na pewno wygodniej niż dzień wcześniej, bo po przejedzeniu części prowiantu, reszta zmieściła się w główny plecak. Wystartowałam na Krynicznej, przechodząc jeszcze przed Parkiem Szachowym. Z ulicy Jana Pawła II skręciłam w aleję 1000-lecia i przeszłam na Piastowską. Tamtędy biegł szlak żółty i tego koloru miałam się trzymać na całej trasie.

Droga biegła głównie przez las. Kwadrans od wyjścia byłam na tzw. Złotym Widoku, który był bardziej rozdrożem niż widokiem, ale w tym miejscu żółty i niebieski szlak rozchodziły się. Niedługo później natrafiłam na spacerowiczów z psem:

– Czy to już Polanica?

– Tak jeszcze z pół godziny.

Tymczasem ja dotarłam do wiaty i ławeczek. Obok było też miejsce na ognisko. Zrobiłam sobie przerwę na batona i nawodnienie, a koło 10.00 ruszyłam dalej z Piekielnej Przełęczy. Stamtąd miałam około trzech godzin marszu do Schroniska Pod Muflonem, a prawie cztery do stacji kolejowej w Dusznikach. Moja baza znajdowała się na żółtym szlaku pomiędzy nimi.

Znów weszłam w las. Natrafiłam na charakterystyczny stosik kamieni – nie widziałam takich nigdzie poza górami. Ucieszył również widok wrzosów. Droga była raczej łagodna, momentami z białym piaskiem jak w lesie nad morzem, ale w pewnym momencie zrobiło się skaliście i wąsko. Za to widoki wynagradzały wszystko.

Najpierw trafiłam na formację o nazwie Kamienne krzesła:

– Ale fajne, ale super! – zawołałam do siebie.

Zastanawiałam się i oczywiście sprawdziłam, czy dało się tam usiąść i jaki byłby widok z kamiennego krzesła 😉 Dziesięć minut później natrafiłam też na spore nagromadzenie skał po prawej stronie, ale nie znalazłam ich nazwy. Zachwycały rozmiarem, ułożeniem i dużą ilością mchu wokół.

Około 10.40 byłam przy zamku w Leśnej. Najpierw zahaczyłam o punkt widokowy, ale platforma widokowa była do remontu. Rozejrzałam się, wykorzystując szczeliny i skały, na które dało się bezpiecznie zejść, po czym skierowałam się na zamek. Godziny zwiedzania były nietypowe, nie było to też możliwe każdego dnia, ale na szczęście ja i tak tego nie planowałam tym razem. Zrobiłam sobie rundkę wokół, przyglądając się zarówno starej tkance murów, jak i nowoczesnym dodatkom takim jak anteny. Mur z blankami umożliwiał spojrzenie na miasteczko z góry.

Po przerwie regeneracyjnej ruszyłam dalej żółtym szlakiem około 11.20. Za bramką najpierw znajdowało się sporo schodów w dół, dopiero potem była ścieżka. Minęłam ściankę wspinaczkową Widokowa, gdzie rzeczywiście jakaś para podjęła się wspinaczki. Tymczasem ja schodziłam coraz niżej i niżej, aż dotarłam do miejscowości Szczytna. Natrafiłam na teren rekreacyjny, a naprzeciw niego na gęsi. Przy ruchliwej drodze krajowej nr 8 przeszłam na światłach, choć szlak tego nie wymagał, ale wypatrzyłam kościelną wieżę i uznałam, że podejdę do świątyni z XVIII wieku. Po drodze znalazłam plac z ławeczkami Zagłoby i Szwejka. Minęłam dwór renesansowy z 1545 roku z momentalnie rzucającymi się w oko kolumnami, po czym ruszyłam ku ulicy Kościelnej. Wspięłam się po niej, a następnie po schodach do kościoła pw. Św. Jana Chrzciciela. Z przedsionka można było zajrzeć do środka, a uwagę zwracały przede wszystkim malowidła naścienne, ale obejrzałam także płaskorzeźbę w przedsionku i sfotografowałam tablicę z historią obiektu. Na zewnątrz były m.in. lapidarium, nagrobki kapłanów i kapliczka maryjna. Po terenie spacerowali także dwaj starsi panowie:

– A ta pani też turystka. Jak my – rzucił jeden do drugiego.

– Zdecydowanie – odpowiedziałam i uśmiechnęliśmy się do siebie.

Malowniczą alejką nad rzeką przeszłam znów ku krajowej ósemce, gdzie zielone światło kazało na siebie długo czekać. W tym miejscu wróciłam na żółty szlak i ruszyłam przez miasteczko ku stacji kolejowej. Liczyłam, że w tym miejscu ogarnę łazienkę, ale budynek stacji był nieczynny. Akurat podjechał pociąg w przeciwnym kierunku niż sama zmierzałam i wsiadło tam sporo ludzi, a nieco mniej wysiadło. Zagadałam do jednej z pań, bo zmierzała w moją stronę i zapytałam o łazienkę. Odparła, że może gdzieś na mieście, ale generalnie jest to problematyczna kwestia, natomiast, jeśli się nie krępuję, to może zaproponować u siebie. Byłam pod wrażeniem jej gościnności.

Magda, bo w pewnym momencie zaproponowała przejście na ty, pytała skąd i dokąd idę. Gdy przyznałam, że to część większego planu, podziwiała, że chcę tyle przejść na własnych nogach, ale zapytała czemu tak.

– Bo mam taki kaprys – zażartowałam. – Zawsze tak chciałam od bazy do bazy.

Magda spytała, czy nie obawiam się być na szlaku sama w razie zasłabnięcia itp.

– Jako mama czwórki dzieci bym nie puściła samemu.

Śmiałam się, że na szczęście jestem już dorosła, trzeba słuchać ciała i jak się okaże, że to dla mnie za dużo, to nazajutrz zamiast szlakiem, to do Kudowy dotrę pociągiem, bo na jeszcze następny dzień trzeba zgromadzić siły. Magda zaprowadziła mnie do siebie. Mieszkała bardzo blisko. Ucięłyśmy sobie jeszcze krótką pogawędkę i ruszyłam dalej.

Ze stacji kolejowej do schroniska według drogowskazu miałam iść niecałe dwie godziny. Była 12.30. Szłam początkowo asfaltem pośród zabudowy. Natrafiłam na tabliczkę Nowe Bobrowniki. Dalej teren był nieco leśny, nieco trasa biegła przez łąki. To dawało szansę podziwiać różne formy zieleni. Na tym odcinku dwa podejścia dały mi się mocno we znaki.

Kolejna tabliczka oznajmiała, że miejscowość nazywała się Stare Bobrowniki. Parę minut później byłam na Rozdrożu pod Nawojową i widząc na drogowskazie 25 minut do Schroniska Pod Muflonem, wiedziałam, że raczej dotrę tam szybciej. I rzeczywiście. Po kwadransie znalazłam się u celu, a na trasie mogłam także podziwiać widoczki.

W schronisku postanowiłam zatrzymać się na obiad, kupiłam pocztówki (ze względu na wagę plecaka postanowiłam ograniczyć zakup cięższych pamiątek) i przybiłam pieczątkę w swojej książeczce. Spotkałam tam pana, co mi powiedział, że pieczątki się zbiera do innej książeczki, bo schronisko leży powyżej 700 m n.p.m., a to już nie jest turystyka piesza i on jest weryfikatorem. Powiedziałam, że zbieram to dla siebie, pierwsza książeczka mi się skończyła, dlatego zorganizowałam sobie taką, jaka była dostępna. Okazało się ponadto, że pan zrobił Główny Szlak Beskidzki w 16 dni i teraz robi Koronę Gór Polski. Pytał mnie o różne miejsca, w których byłam i była to ciekawa rozmowa, ale za Chiny nie pamiętałam po kolorach szlaków, którymi szłam 6 lat temu.

Ze schroniska dość ostrym zejściem dotarłam do bazy na tę noc, po drodze mijając dwa małżeństwa:

– Daleko na Śnieżnik?

– Ja nie ze Śnieżnika, to nie wiem, ale za 5-10 minut jest schronisko – odpowiedziałam.

Panie odetchnęły z ulgą i uznały, że dalej nie idą. Miałam podobne myśli, gdy po prawie 6 godzinach w terenie znalazłam się w swojej bazie. Ale jednak chęć skorzystania z pobytu tutaj i przejścia się po Dusznikach zwyciężyła. Zrobiłam sobie pół godziny przerwy i ruszyłam ulicami Wojska Polskiego i Sprzymierzonych w kierunku zabytkowego młyna, mieszczącego Muzeum Papiernictwa. Budynek był zachwycający!

Pierwszą część wystawy zwiedzało się z audioprzewodnikiem. Danych było tyle, że trudno spamiętać wszystko, ale zdecydowanie warto taki spacer sobie zrobić. Na poziomie parteru, co obejmowały nagrania, były dawniej pomieszczenia mieszkalne i administracyjne. Przeszliśmy się kolejno po pięciu salach, w każdej nagranie włączało się osobno.

Pierwsza opowiadała o poprzednikach papieru – tapa, pergamin i papirus były używane dużo wcześniej. Na jednej z pocztówek wykonanych z tapy dopatrzyłam się żółwia. Ale nawet sam papier wytwarzano początkowo inaczej niż myślimy o tym dzisiaj. Cai Lun uważany jest za wynalazcę – wykorzystywał łyko drewna, odpady konopne i pozostałości sieci. Przez wieki po nim nadal zbierano szmaty i to z nich powstawał papier. Maszyny, które do tego służyły i proces oznaczania wytwórcy również opisano w tej sali. Kamienny portal prowadzący do kolejnej był oryginalny.

W drugim pomieszczeniu były portrety jednych z właścicieli młyna, a także stary herb miasta z czasów, gdy nazywało się Reinerz. Pośrodku wyeksponowano fragment polichromii ze ściany młyna. W tej sali opowiedziano o papiernictwie w Polsce i niemałą ciekawostką była dla mnie mapa, bo zaznaczono na niej Kolibki, Kamienny Potok, a nawet… Przymorze! Aczkolwiek były tam też miasta, a nie dzisiejsze dzielnice, jak Gdańsk czy Słupsk. Najdłużej działała papiernia w Jeziornie pod Warszawą (dziś Konstancin-Jeziorna). W tym miejscu zwróciłam baczniejszą uwagę na fakt, że na oknach rozpisane były miasta z datami – jak zakładałam, mógł to być czas założenia papierni.

Już na tej dusznickiej skupialiśmy się w trzeciej sali. Podzielono powstanie młyna jako budynku na etapy. Opowiedziano tam też więcej o kolejnych właścicielach. Herb jednym z nich – Kretschmerom – nadał Habsburg, a dokładniej Rudolf II w 1607 roku. Młyn stał się muzeum od 1968 roku. Ostatni właściciel (Carl Wiehr) chciał, by umieszczono tu muzeum, ale nie doczekał realizacji tej idei.

Czwarte z pomieszczeń opowiadało o tworzeniu papieru z pomocą maszyn, o urządzeniach do badania jego właściwości i o tym, jak zmieniały się materiały, z których w ogóle papier otrzymujemy. Zapamiętałam przede wszystkim kilka faktów. Po pierwsze, że współcześnie maszyny robią 2 km papieru na minutę. Po drugie, że gdy zrezygnowano ze szmat, to używano słomy, ale finalnie to gniazda os były inspiracją, by użyć drewna czyli wytwarzać papier z celulozy. Aczkolwiek papier otrzymuje się także z lnu oraz bawełny i banknoty powstają właśnie z jednego z nich. Ciekawostką było także to, że zbieramy makulaturę dlatego, że włókien można użyć nawet siedmiokrotnie.

W ostatniej sali dowiedziałam się, że muzeum współpracuje z wrocławskim zoo i wytwarzają papier pół na pół z makulatury oraz odchodów słonia – tzw. papieru słoniowego nie znajdzie się nigdzie indziej. Dodatkowo w gablotach umieszczono produkty z papieru – zeszyty, modele do składania, origami, puzzle, zabawki itp.

Na dolnej kondygnacji mieściła się czerpalnia papieru i organizowano warsztaty. Jakaś pani z dziećmi nawet na nie oczekiwała, ale ja tylko obejrzałam sprzęt z poziomu barierek i cofnęłam się na parter. Z niego ruszyłam jeszcze wyżej – na wystawy czasowe.

W jednej z sal prezentowano prace artystów, dla których papier był tworzywem, a nie tylko nośnikiem dzieła. W dniu moich odwiedzin prezentowano prace Armina Göhringera. Dalej dotarłam do wystawy na temat insurekcji kościuszkowskiej.

Na kolejnej kondygnacji prezentowano makietę młyna i jego historię w zarysie. Była też sala kinowa. Najciekawsze okazały się jednak dwa puste pomieszczenia, bo odkryto w nich polichromie. Przedstawienie biblijnej sceny z Józefem ponoć nawiązywało do jednego z właścicieli, Josepha.

Na koniec obejrzałam jeszcze wystawę „Polski pieniądz papierowy”. Dowiedziałam się wreszcie, że banknoty wytwarza się z bawełny. Prezentowane były pieniądze z różnych okresów – z dzieciństwa pamiętałam np. 1000 zł z Kopernikiem i również ono się tu znalazło. Ponadto opisano sposoby zabezpieczania banknotów i metodę ich wytwarzania krok po kroku. Po obejrzeniu całości oddałam słuchawki i wyszłam z budynku.

Na świeżym powietrzu były jeszcze sklepik muzealny z wyrobami papierniczymi (ale ograniczyłam się do pocztówek) oraz pracownia historycznego druku i dawnego drzeworytu. Stamtąd wróciłam na Kłodzką i dotarłam nią do kościoła Św. Apostołów Piotra i Pawła z XVII wieku. Przy okazji natrafiłam na baner informujący, że Duszniki-Zdrój obchodzą swoje 700-lecie (założono je w 1324 roku). Tymczasem historię świątyni opisano w jej wnętrzu. Ciekawostkę stanowiła ambona w kształcie wieloryba i mogłam nawet przybić sobie pieczątkę z nią. Odrębna tablica dotyczyła także figury Jana Nepomucena. Opisano również ołtarz 14 wspomożycieli z kaplicy bocznej. W tym miejscu moją uwagę przykuło także malowidło na suficie. Nawę główną ozdobiono w sposób jeszcze bardziej wystawny. Na koniec obejrzałam jeszcze organy.

Następnie minęłam rynek i wyszłam na ulicy Słowackiego, gdzie spodobał mi się portal pod numerem 1. Docelowo szłam jednak obejrzeć kolejny kościół, tym razem polskokatolicki, pod wezwaniem Matki Boskiej Różańcowej. Można było do niego zajrzeć tylko z „przedsionka przed przedsionkiem”. Poświęciłam chwilę uwagi również pomnikowi dla budowniczych świątyni.

Będąc już tak blisko, postanowiłam podejść na dworzec kolejowy z 1906 roku. Na tym etapie wiedziałam już, że nazajutrz podjadę jednak do Kudowy-Zdrój pociągiem, dlatego chciałam się upewnić, czy godziny odjazdów znalezione w sieci są aktualne oraz oszacować czas na dojście. Po drodze trafiłam jeszcze na mural „Ognisty splot”, przekonałam się, jak trudno przejść przez skrzyżowanie ze Świerczewskiego, ale za to dojście do dworca oznaczono w sposób barwny i ciekawy.

Pokonałam liczne schody, skręciłam wraz z nimi w lewo i dotarłam na stację. Budynek był w dużej mierze drewniany, z jednej strony zaniedbany, a gdy zajrzałam z drugiej, usłyszałam:

– Tu są mieszkania.

Przechodząc zatem na drugim krańcu na stronę z torami, zostałam zagadana przez wędrowca, który również szukał wejścia na perony, ale szybko uświadomiłam go, że sama pojawiłam się w tym miejscu zaledwie chwilę wcześniej. Pogadaliśmy przez moment, ale ruszyłam w drogę powrotną. I pomyślałam, że jak na wyjazd w pojedynkę, to mam naprawdę dużo kontaktu z ludźmi.

Zawróciłam aż do rynku, tym razem poświęcając mu więcej czasu. Sfotografowałam figurę wotywną, pręgierz, fontannę i kamieniczki. Na jednym z budynków zawieszono baner promujący tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Chopinowski, odbywający się już po raz 79. Idąc dalej, zatrzymałam się przy portalu z barankiem przy placu Warszawy. Minęłam przepływającą kawałek dalej Bystrzycę Dusznicką i figurę Jana Nepomucena.

Wkrótce znalazłam się w alei Fryderyka Chopina. Najpierw minęłam tor wrotkarski, później stopniowo pojawiały się uzdrowiska. Natrafiłam także na źródełko Agata, a plac wokół zaaranżowano na kształt fortepianu. Kostki chodnikowe miały różne kolory jak klawisze, a murek zaokrąglał się podobnie jak wspomniany instrument. Źródełko otrzymało imię księżnej raciborskiej, która odwiedzała tutejsze uzdrowisko.

Wreszcie dotarłam do Parku Zdrojowego. Znalazł się tu Dworek Chopina i pomnik artysty. Stała też wystawa plenerowa o pianiście Janie Smeterlinie. Ponadto wokół było zielono, a zadbane rabatki dodawały kolorów. Nie zabrakło także fontanny. Kawałek dalej znalazł się budynek pijalni wód. Ludzi wokół można było podzielić na dwie grupy – turyści ubrani wygodnie, luźno albo eleganccy, wypachnieni spacerowicze, którzy ewidentnie gościli na trwającym właśnie Festiwalu Chopinowskim.

Na koniec wyczerpującego dnia wspięłam się jeszcze po schodach do kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, którym opiekowali się franciszkanie (klasztor zobaczyłam chwilę później, wracając do bazy). Świątynię obejrzałam tylko z przedsionka, ale jej historię opisano na dostępnej z tego miejsca tablicy. Czułam, że tego dnia zobaczyłam i przedreptałam naprawdę sporo. 29 tysięcy kroków i niemal 20 kilometrów, z czego sporo z plecakiem i solidne zakwasy – to mówiło samo za siebie.

Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *