Przedostatni park narodowy (kiedy to minęło!) zaplanowałam odwiedzić podczas długiego urlopu sierpniowego. Po rekonwalescencji związanej ze złamaniem żebra wiedziałam, że wędrówka z plecakiem będzie wyzwaniem i choć wyjeżdżałam na 12 dni, musiałam się w ten jeden plecak zmieścić. Pierwszą próbę podjęłam na kilka dni przed wyjazdem, ale choć wagowo 9-10 kg byłoby całkiem ok, musiałam zejść z objętości jakieś 20%. To wymagało sporego wyjścia ze strefy komfortu, ale finalnie, pakując się dzień przed, zmieściłam się w górski, 30-litrowy plecak, a z przodu w osobnym plecaku-worku doczepiłam prowiant, zabezpieczając go pożyczoną od Michała elastyczną siateczką. To pomogło, ale jakie było moje zdziwienie, gdy teraz bagaż ważył sumarycznie równiusieńkie 13 kg, choć przecież go objętościowo odchudziłam. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia…
Na dworzec podjechałam autobusem. Tam nie słyszałam komunikatu, gdyż akurat wjeżdżała SKM-ka. Okazało się, że mój wagon jest na początku peronu i musiałam całkiem sporo podbiec. Już po takim poranku kark odczuł ciężar bagażu, ale wiedziałam, że stopniowo będę z niego schodzić i być może będę miała jeszcze jeden taki dzień, gdzie uzupełnię prowiant na dłużej niż z dnia na dzień, więc będę musiała się przemęczyć ze zbliżoną wagą.
Przez większość trasy obok siedział nastolatek, który kulturalnie powiedział mi „dzień dobry” i „do widzenia”. Pociąg zajechał z ponad 20-minutowym opóźnieniem do Wrocławia, gdzie planowałam zjeść obiad. Finalnie musiała mi starczyć kanapka na wynos, ale za to zeszłam z około kilograma własnego prowiantu.


Po przesiadce do Kolei Dolnośląskich konduktor, który kontrolował bilet, sprawdził mi również, czy sugerowana przesiadka na stacji Kłodzko Główne (jak na bilecie) będzie optymalna, czy lepiej wybrać Kłodzko Miasto. To było miłe, że wykazał taką inicjatywę. Po ponad dwóch godzinach dalszej podróży dotarłam do Polanicy-Zdrój. Po kolejnej półgodzinie do swojego miejsca noclegu.
Zeszłam przy dworcu schodkami oznaczonymi kolorami szlaków i serduszkami. Wyszłam na skrzyżowaniu alei Zwycięzców i ulicy Warszawskiej. Od razu moją uwagę zwróciły ciekawe, niebieskie drogowskazy. Wiele kolorów miał też mijany pensjonat Wolność, trudno było przejść obojętnie. Natrafiłam także na dwa pomniki: pierwszy poświęcono zesłańcom, drugi upamiętniał powrót Dolnego Śląska do macierzy.





Na trasie czułam, że idę przez najbardziej turystyczną część miasta. Gdy weszłam na ulicę Zdrojową, miałam poczucie, że mijałam całą lokalną gastronomię. Były też sklepy z pamiątkami, choć dopiero w którymś z kolei dorwałam pocztówki. Spacer deptakiem, w okolicy rzeki, przekraczanie mostków biegnących nad Bystrzycą Dusznicką, ciekawa zabudowa – to sprawiało, że odbierałam to miejsce jako malownicze mimo sporej rzeszy ludzi.






Finalnie zobaczyłam Teatr Zdrojowy i sfotografowałam go wraz z figurką niedźwiadka stojącą kilka metrów przed nim. Nie wchodziłam do tutejszego parku, bo tereny zielone zaplanowałam na spacer już po zameldowaniu się w swojej bazie. Z tego samego powodu przeszłam tylko wzdłuż Parku Szachowego ulicą Kryniczną.



Pani prowadząca pensjonat powiedziała, że chciała mi dać pokój na górze, ale widząc mój plecak dała mi jedynkę, więc miałam do przejścia tylko jedne schodki. Złapałam oddech, przepakowałam się i już na lekko, z mapą pod ręką, poszłam na spacer po Polanicy-Zdrój.

Zaczęłam od wspomnianego Parku Szachowego. Ludzi trochę było, więc musiałam uzbroić się w cierpliwość, by ustrzelić wybrane kadry. Jednemu panu z kolei ja z kadru uciekłam i mimo obecności żony skomentował, że wtedy kadr byłby jeszcze piękniejszy. Poza trzema fontannami były tu alejki kwiatowe i naprawdę wyglądało to bardzo ładnie. A na końcu faktycznie znalazły się wielkie (ale ruchome) figury szachowe.



Nieco inny klimat miał drugi park. Jak wskazywała nazwa – Leśny. Pośród wysokich drzew wyznaczono kamienne alejki. Tablice edukowały na temat gatunków rosnących tu drzew i ich roli w przyrodzie, gdy są już martwym drewnem. Finalnie chciałam dotrzeć w konkretne miejsce. Znalazłam tam jednak nie tylko pomnik niedźwiedzia, do którego zmierzałam, ale również głaz upamiętniający przewodników górskich i oczko wodne z tryskającą fontanną.







Wówczas zawróciłam do największego z parków – Zdrojowego. Natrafiłam na pomnik Mickiewicza (tych rysów trudno nie rozpoznać, bo przedstawia się go dość charakterystycznie). Minęłam źródełko z wodą niezdatną do picia oraz słup z wizerunkiem niedźwiadka, po czym wróciłam na główną aleję, bo wiodła do altanki z poidełkiem. Cały czas byli tam ludzie, ale udało mi się sfotografować detale – np. kamienne tablice informacyjne. Spróbowałam także wody – była mocno zmineralizowana i… gazowana.





Aleję ustrojono kwiatami, a gdzieniegdzie poza główną arterią były także donice w kształcie parasoli. Załapałam się akurat na przejazd kolejki. Ciekawostką był pomnik w kształcie Ziemi, który się kręcił. Państwo poprosili mnie o zdjęcie i odwdzięczyli się tym samym. Przy okazji ucięliśmy sobie miłą pogawędkę.


Przeszłam się przy budynku sanatorium Wielka Pieniawa i muszli koncertowej, po drodze natrafiając na jeszcze jedno oczko wodne z fontanną oraz rzeźbę dwóch polaniczan – byli to Zbigniew Horbowy oraz Wiesław Malka.




Kolejnym punktem był Dom Zdrojowy z pijalnią wód, gdzie do zakupienia były produkty rodem z uzdrowiska. Dopiero po 19.00 udało mi się po sąsiedzku znaleźć miejsce, gdzie dało się zjeść coś sensownego na ciepło. Muzyka była tam jednak tak głośna, że ledwie słyszałyśmy się z panią i zdecydowałam się zjeść na ogródku.



Nasycona pierogami ruszyłam przez ostatni odcinek Parku Zdrojowego w kierunku kościoła Wniebowzięcia NMP z 1910 roku. Nie było łatwo go znaleźć, spotkałam po drodze dwa ciekawe koty, zobaczyłam pomnik poświęcony himalaistom, sama pokonałam wiele schodów (z ciekawym kalendarium po drodze!), ale finalnie obejrzałam świątynię z każdej strony. Usatysfakcjonowana wróciłam do miejsca noclegu, by zaplanować dokładniej trasę na kolejny dzień i nabrać na nią sił.







Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂
