Nocując w Kostrzynie, nie moglibyśmy odpuścić przejażdżki po samym mieście. Choć w wyniku wypadku z dnia poprzedniego stanowiła większe wyzwanie. Pokonaliśmy 14 km, z czego nie wszystko rzeczywiście jadąc. Miejscami prowadziłam rower, bo na nierównej nawierzchni trzęsło i zwyczajnie sprawiało mi to ból.
Pierwszy punkt do odhaczenia paradoksalnie wcale nie był oczywisty. Michał trafnie jednak zauważył, że skoro park narodowy nazywa się „Ujście Warty”, to fajnie byłoby zobaczyć owo ujście. Miejsce, gdzie Warta wpadała do Odry, było położone za terenami przemysłowymi i miałam moment, gdy zastanawiałam się, gdzie wolno nam wjechać. Jednak jadąc zgodnie z nawigacją, nie musieliśmy przekraczać terenów żadnych zakładów, a nieopodal rzeki trafiliśmy nawet na dzieciaki na rowerach, więc trasa nie mogła być aż tak niepopularna.
A miejsce było doprawdy malownicze. Spoglądaliśmy na tzw. Cypel Kostrzyński czyli ostatni fragment lądu, który rozdzielał obie rzeki. Po obu stronach znajdowały się też słupy graniczne – stojąc koło polskiego musieliśmy się jednak przypatrzeć, gdzie umieszczono niemiecki, bo stał na tle drzew, a ponadto odległość też była znaczna.

Następnie podjechaliśmy do Amfiteatru im. J. Trepczyka. Dwa dni wcześniej jedliśmy późny obiad po jego drugiej stronie, ale nie widzieliśmy samego obiektu i Michał zasugerował, byśmy to nadrobili. Pośrodku skweru był jeszcze jakiś dziwny, żółty konstrukt, co zaintrygowało Michała, moją zaś uwagę skupiły na sobie rosnące wokół roślinki.


Finalnie znaleźliśmy się jednak w tzw. Starym Kostrzynie. Samej Twierdzy (w rozumieniu muzeum) nie udało się nam odwiedzić ani poprzedniego wieczoru, ani jeszcze dzień wcześniej, bo byliśmy tu po prostu za późno. Choć teraz znaleźliśmy się na miejscu koło 11:00, w poniedziałki muzeum nie funkcjonowało. Nic jednak nie stało na przeszkodzie, żeby przejechać się bądź przejść po fortyfikacjach tam, gdzie okazałoby się to możliwe.
Wjechaliśmy przy ulicy Spichrzowej. Podłużny budynek pełnił funkcje hotelowe, ale zachował tradycje tego miejsca w swojej nazwie: Bastion. Urzekły mnie stare (bądź stylizowane) latarenki, a Michała metalowe stoliki i krzesła, które wyglądały na nitowane i stały koło restauracji. Napisy na sklepie tytoniowym były w dwóch językach – polskim i niemieckim. Czuło się, że jesteśmy na pograniczu. Mijało nas zresztą sporo aut na niemieckich blachach.



Przed wjazdem na teren właściwej Twierdzy znajdowała się jeszcze wystawa plenerowa, upamiętniająca wprowadzenie stanu wojennego, reakcje w regionie i w konsekwencji gorzowski 31 sierpnia 1982 roku, co poszerzało informacje zdobyte w Gorzowie Wielkopolskim. Oboje docenialiśmy również, że nieopodal ustawiono tablicę informacyjną z planem. Nazwano tam Stary Kostrzyn „kostrzyńskimi Pompejami”. Miasto uległo zniszczeniu w 1945 roku i nigdy nie zostało odbudowane. Zachował się układ ulic między ruinami pochowanymi częściowo pośród zieleni.

Na wprost jechaliśmy ulicą Jana z Kostrzyna, więc pierwszy drogowskaz na przecięciu dróg stał przy ulicy Gimnazjalnej, ale na wszystkich znajdowały się także napisy w języku niemieckim – tu była zatem Schulstraße. Nie wszystkie nazwy były jednak kalką 1:1. Królewskiej odpowiadał Kommandantenstraße, a plac Ratuszowy nazwano po prostu Markt. W tym miejscu skręciliśmy w lewo.




Dalej pojechaliśmy ulicą Kominiarską (Schornsteinfegerstraße) i po jej przebyciu poczułam, po co się tu znaleźliśmy. Cegła i zieleń – moje ukochane połączenie. Brama Chyżańska zachwyciła mnie od pierwszego spojrzenia! Nie obyło się bez zdjęć na jej tle, a także zachwytów sklepieniami, gdy prowadziłam rower przez przejazd w bramie. Wyszliśmy bowiem na moment poza Twierdzę, by popodziwiać ją z zewnątrz. Michał wjechał na wał, na co i mnie później namówił. Stamtąd był całkiem fajny widok na Odrę i miło było widzieć satysfakcję lubego z odkrycia 🙂 Ale mój wzrok kierował się w drugą stronę, bo dla mnie to uchyłek rzeki opływający Twierdzę, no i sama Twierdza razem z zielenią wokół – to było to, po co chciałam zobaczyć Stary Kostrzyn i więcej nie było mi potrzeba. Choć przyznaję, chciałam też tej cegły dotknąć i zobaczyć, jaki wątek ceglany wykorzystano (nie był jednorodny, jakby uzupełniano luki). Miałam frajdę, szukając bliżej i dalej ciekawych kadrów. Dopełniały je rosnące tu maki.








Po dłuuuższej chwili wróciliśmy jednak na teren Twierdzy i wykorzystaliśmy stromo idącą ścieżkę obok Bastionu Filip (tu mieściły się wystawy stałe muzeum). Znaleźliśmy się na promenadzie Kattego, gdzie właściwie za murkiem non stop mieliśmy Odrę na oku 😉 Gdy jednak pojawiły się schodzące po dwóch stronach stopnie, warto było się zatrzymać i zejść na dół. Mieściła się tam tablica pamiątkowa odsłonięta w 2015 roku. Upamiętniała Hansa Hermanna von Katte, ściętego w wieku zaledwie 26 lat za pomoc w próbie ucieczki następcy tronu – Fryderykowi. Obok tablicy znajdowało się przejście w murze, prowadzące do przystani. Michał dostrzegł fotogeniczność tego miejsca i ustawił mnie na tle cegieł – najlepiej 🙂










Zjechaliśmy gdzieś za Bastionem Brandendenburgia, natrafiając na tablice dotyczące ścięcia porucznika von Katte. Skierowaliśmy się następnie ku ruinom kościoła farnego. Obok znajdował się zaułek Aptekarski (Apothekergasse), którym Michał przejechał, aby sfotografować pozostałości zabudowań na placu Ratuszowym, ja tymczasem skupiłam się na tym, co się ostało ze świątyni. Mogłam jedynie przespacerować się wokół, nie bezpośrednio na jej terenie, bo stosowna tablica informowała, że byłoby to zwyczajnie niebezpieczne. Ale i tak była to nie lada gratka. Fragmenty ceglanych ścian, roślinność, która wkroczyła na mury i pomiędzy nie, pokazując siłę natury, krzyż jako jedyny widoczny element wyposażenia… To budziło emocje, ale też wyzwalało chęci ubrania tego wszystkiego w niebanalne, może z lekka artystyczne kadry. Spędziłam tam dłuższą chwilę, delektując się nią niespiesznie.






Następnie podeszłam w stronę zamku. Według tablicy obowiązywał zakaz wchodzenia na ruiny, ale wydało mi się to tak oczywiste, że nie byłam pewna, czy nie dotyczy to także placu pomiędzy ścianami i po prostu tam nie wchodziłam, lecz sfotografowałam każdą ścianę jakby „od wejścia”. Właściwie nie pięły się one wysoko, a poza nierównymi rzędami cegieł można było dostrzec także pojedyncze okienka, a w kilku miejscach schody. Wówczas skierowałam się pod pomnik, który, jak się okazało, upamiętniał margrabiego brandenburskiego Jana, żyjącego w XVI wieku.




Znów połączyliśmy siły z Michałem i ruszyliśmy dalej w stronę Bastionu Król. Wjazd na jego szczyt nie był możliwy – tablica przestrzegała przed zawaleniem się obiektu. Jednak od niego aż do Bramy Berlińskiej biegł dobrze zachowany, wysoki mur, a w jego dwóch wnękach umieszczono jeszcze tablice edukacyjne. Zainteresowały nie tylko nas, ale także przejeżdżających tam akurat dwóch starszych Niemców. Pierwsza opowiadała o Katarzynie Brunszwickiej, która okazała się żoną wspomnianego już margrabiego Jana. Druga z kolei dotyczyła właśnie owego Jana, który okazał się też patronem ulicy Jana z Kostrzyna. To on jako margrabia uczynił ze Starego Kostrzyna swoją siedzibę, na jego polecenie przebudowano zamek i inne tutejsze zabudowania, a także rozpoczął wznoszenie Twierdzy. Można powiedzieć, że w tym miejscu udało się połączyć kropki i historia zaczęła się splatać w jedną całość 😉




Bardzo fajnym dopełnieniem była wystawa plenerowa, na którą natrafiliśmy w przejeździe Bramy Berlińskiej (która sama w sobie zachwycała podobnie jak Chyżańska). Dzieje Twierdzy zostały tu wzbogacone o liczne plany i ilustracje. Chociaż nie odwiedziliśmy muzeum, mogliśmy zasmakować tego miejsca i zapoznać się z podstawami jego historii.





Przez Bramę Berlińską wyjechaliśmy z Twierdzy i mając jeszcze czas do pociągu, zrobiliśmy sobie przystanek w Parku Miejskim. Przysiedliśmy w okolicy fontanny. Po przerwie minęliśmy jeszcze jeden cykl rzeźbiarski – „Grające dzieci”, choć zobaczyliśmy tylko dwie rzeźby: dziewczynka grała na skrzypcach, a chłopiec na harmonii. Po opuszczeniu parku Michał tak nas poprowadził, żebym mogła jeszcze zobaczyć Dom Turysty. Wiedział, że mi się spodoba, bo był… z cegły 🙂



Dotarliśmy na stację. Perony w Kostrzynie miały zagmatwaną numerację, a nasz peron był w remoncie, więc musieliśmy podejść na inny. Znajdował się pod torami biegnącymi niemal prostopadle i przejeżdżające nad naszymi głowami pociągi dawały upiorne wrażenia. Sam peron też był wąski i obrócenie rowerów pomiędzy ludźmi nie należało do najłatwiejszych.



Po dwudziestu minutach jazdy przesiadaliśmy się w Rzepinie. Mając niespełna pół godziny nie poznaliśmy miasteczka, ale obejrzeliśmy najbliższą okolicę dworca. Sfotografowaliśmy np. samą stację (urzekły mnie kolumny w stylu korynckim oraz grafiki nawiązujące do kierunków) i ustawioną tam lokomotywę. Na ławce siedziało dwóch ochroniarzy – byłam święcie przekonana, że jednego z nich skądś znam i gdy potem usłyszałam fragment rozmowy, okazało się, że jechał do Gdyni, więc nie było to wykluczone.


Dalszy etap podróży nie wymagał przesiadek, ale nie nazwałabym go spokojnym przejazdem. Miejsc na rowery było na styk i podsiadła nas niemiecka młodzież – której jednak grzecznie, ale stanowczo powiedziałam, że to nasze numery miejsc. Mogliśmy usiąść, a czułam, że potrzebuję podparcia dla pleców. Zmęczeni i z delikatnym opóźnieniem dojechaliśmy do Gdańska. Ta podróż była dla mnie jedną z bardziej wymagających, a z konsekwencjami urazu walczyłam przez kolejne tygodnie. Ale i tak miałam sporo satysfakcji z naszego wspólnego rowerowego wyjazdu! I nie mówiłam „nie” kolejnym 😉
