PN Gór Stołowych – od Szczelińca po Korunę

Nasza baza wypadowa znajdowała się w Karłowie tuż przy czerwonym i żółtym szlaku. Tego dnia na początek planowałyśmy się trzymać żółtego. Zmierzałyśmy aż do Koruny po czeskiej stronie, a wycieczkę szacowałyśmy na jakieś 7 godzin.

Pierwszym must-see podczas tej wędrówki miała być ścieżka turystyczna wokół Szczelińca Wielkiego. Stanowiła jednocześnie główną część ścieżki Skalnej Rzeźby. Ten odcinek przebiegał jednokierunkowo, a po zrobieniu pętelki znalazłybyśmy się w punkcie wyjścia. Większość szlaku żółtego wyposażono w schody i kładki, co było sporym ułatwieniem. W pewnym momencie szlak żółty odbijał w lewo, a my miałyśmy iść na prawo, w stronę Schroniska na Szczelińcu. Po drodze minęłyśmy punkt pierwszy (Ucho Igielne) oraz inne intrygujące skały:

– Jak to się trzyma przy tak złożonej bryle? – zastanawiałam się.

– Pytanie, czy to nie jest jedna bryła – odpowiedziała moja towarzyszka.

– Pewnie tak i erozja zrobiła swoje.

W schronisku szukałam pieczątki, koleżanka tymczasem poszła na taras widokowy. Przy okazji podekscytowałam się tablicą upamiętniającą obecność w tym miejscu Goethego (przyjaźnił się z Johanną Schopenhauer, którą uwielbiam) oraz Johna Adamsa (prezydenta USA, wspomnianego w jednym z moich ulubionych musicali „Hamilton”). W następstwie tego, gdy ja spacerowałam wokół, moja towarzyszka z kolei weszła do środka na kawę i nie widząc jej nigdzie dookoła założyłam, że już poszła dalej. Gdy obejrzałam wszystko, wysłałam jej wiadomość, zakupiłam bilet i ruszyłam. Finalnie złapałyśmy się niedługo później.

Na początek zobaczyłam Kaczęta. Wokół rosły wrzosy, których widok zachwycił mnie po raz kolejny podczas tej podróży. Naprzeciwko schody prowadziły na Tron Liczyrzepy, najwyższy punkt Szczelińca Wielkiego o wysokości 919 m n.p.m. Widoki z góry były fajne, choć po deszczach dzień wcześniej sporo skryło się za mgłą i niskimi chmurami.

Na dalszej trasie najpierw trafiłam na Wielbłąda. Pokonywałam kolejne przesmyki i podziwiałam ciekawe kształty skał. Niektóre miały dziurki, jakby wydrążone narzędziem, tak były gładkie i regularne. W jednej z nich wypatrzyłam… precelka.

Przy Małpoludzie także były fajne widoki z góry, między skałami znajdowały się przepaści, a na turystów czekały wąskie schody z dół z łańcuchami dla wsparcia. W tym miejscu dogoniła mnie koleżanka i zrobiłyśmy sobie nieco zdjęć. Także jeden pan zaproponował, że sfotografuje nas razem.

Zeszłyśmy do miejsca o niesamowitej nazwie:

– Idziemy do piekła – usłyszałam.

– Piekiełko, to takie małe – odczytałam nazwę z tabliczki. – Aaa! Osy! Dla mnie to już jest piekło.

Po chwili koleżanka zasugerowała, że mamy piekielną scenę, a ja zrobiłam tam parę obrotów. Z tyłu usłyszałyśmy rozmowę dwóch nastolatków:

– Mama mnie straszyła piekłem, to idę.

Wkrótce jednak wspięłyśmy się znów z łańcuchami ku górze, a tam było Niebo i bajeczne widoki 🙂 Dalej dotarłyśmy kolejno do Kołyski, Kwoki i Końskiego Łba. Wówczas znalazłyśmy się w miejscu, gdzie były trzy możliwości do wyboru. Okazało się, że dwie prowadzą na punkty widokowe, a trzecia to droga powrotna. Gdy wchodziłyśmy na pierwszy punkt, częściowo szłyśmy nawet skalnym tunelem i dziewczynka z rodzinki właśnie wychodzącej stamtąd, zawołała:

– Tato, tu zaczynają się ludzie!

Obejrzałyśmy widoczki z obu, po czym minęłyśmy Słonia i Gadające Głowy. W drodze powrotnej pokonałyśmy z całą pewnością setki schodów, a w głowie rodziło się pytanie, czy ktoś je kiedyś policzył. Na dole zrobiłyśmy sobie krótką przerwę i widząc tabun ludzi na żółtym szlaku, zmieniłyśmy plan i wybrałyśmy nieco błotnisty, ale poza tym dość płaski i przyjemny niebieski szlak wokół Szczelińca Małego, co sprzyjało rozmowom. Zaciekawił mnie kolor wody w kałużach, taki jakby rudawy, ale poza tym bez przygód dotarłyśmy do kolejnego drogowskazu. W ten sposób ponownie znalazłyśmy się na żółtym szlaku w kierunku Pasterki, do której dzieliło nas 20 minut.

We wsi Pasterka znalazła się tablica opowiadająca jej historię oraz stary kościół z zegarem. Przed nim mieścił się cmentarz. Na teren kościelny dało się wejść, ale sama świątynia pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela była zamknięta. Kilka minut później minęłyśmy hostel z krową na dachu garażu, a jeszcze kawałek dalej znajdowało się Schronisko na Pasterce. Zajrzałyśmy tam na chwilę, ale planowałyśmy tu wrócić na obiad. Na łączce naprzeciwko znajdował się nagrobek „serca pozostawionego w Pasterce” 😉

Stamtąd dzieliło nas pół godziny do Machowskiego Krzyża, już po stronie czeskiej, ale tak naprawdę połowa tego odcinka niebieskiego szlaku przebiegała wzdłuż granicy i dostawałam ciągle powiadomienia od operatora sieci komórkowej o zmianie państwa. Trasa zaczynała się pośród łąk z belami siana, a dalej wchodziła w las. Sporo leżało tam skał i dużo z nich było ładnie pokrytych mchem. Nie zabrakło też słupków granicznych. Na miejscu była tablica z nazwą „Ĉeská Republika” oraz wiata, ale krzyża nie dostrzegłyśmy, choć powinien tam być.

Następnie ruszyłyśmy na wprost czerwonym szlakiem. Co ciekawe, Czesi nie oznaczali odcinków do przebycia z użyciem czasów przejścia, lecz kilometrów. Kolejne niecałe pół godziny szłyśmy przez las, w pewnym momencie przechodząc pod wzniesieniem o nazwie Božanovský Špičák.

Z czerwonego szlaku zeszłyśmy w prawo w zielony, choć początkowo biegły razem. Moja towarzyszka zasugerowała:

– Możesz sobie wybrać kolor.

– No to zielony, nie? Będziemy zaraz schodzić nim.

I rzeczywiście finalnie oba kolory szlaków się rozdzieliły. Zielonym szłyśmy tak długo, aż natrafiłyśmy na drogowskaz z nazwą Koruna. Ten odcinek stanowił łącznik między szlakami zielonym i żółtym, na którego końcu znajdowała się docelowa Koruna. Po drodze dostrzegłam oczyma wyobraźni w skałach także swoje ulubione zwierzęta:

– To wygląda jak dwa żółwie. Ja wiem, że tylko ja tu widzę żółwie, ale są, jakby zwrócone buźkami do nas.

Na ostatnim odcinku przed Koruną, idąc już żółtym szlakiem, poczułam te wszystkie kilometry w nogach i pięć godzin na szlaku, szczególnie, że rozpoczęła się wspinaczka. Tempo mi spadło, a wizja powrotu przynajmniej 2-3 godziny (choć z przerwą obiadową) nie poprawiało mi morali. Moja towarzyszka z kolei dostała skrzydeł, bo marzyła o Korunie i czekała na rozwieszoną tam huśtawkę. Rozumiałam jej entuzjazm, ale niestety huśtawki nie było. Koleżanka podsumowała krótko:

– Huśtawka dla wtajemniczonych.

Tak czy inaczej, widoki były piękne (choć krajobraz określiłabym jako rolniczy) zarówno na szczycie, jak i na punkcie widokowym kawałek wcześniej i dla nich warto było ten punkt odwiedzić, choć faktycznie ciało odczuło, że długa to była wędrówka… Rozglądając się wokół, zauważyłam kamień z kaligraficznie wydrążonym „MH”.

– O, patrz! Moje inicjały.

– Ty już tu byłaś i wydrążyłaś w skale – usłyszałam w odpowiedzi.

Potrzebowałam jednak przerwy. Koleżanka delektowała się widokami, ja próbowałam posiłkiem, ale usiadłam w trzech różnych miejscach i do każdego od razu zlatywały się osy. Podobnie, gdy podjęłyśmy się próby zrobienia takiego przystanku na tym niższym punkcie widokowym. Pozostało zatem ruszać w drogę powrotną, a że naprawdę czułam potrzebę zjeść cokolwiek, chwyciłam wafle i jadłam przez chwilę po drodze.

Początek trasy był jeszcze nowością. Kontynuowałyśmy spod Koruny szlak żółty na południe aż doszłyśmy do biegnącej po łuku i nieco pod górę drogi rowerowej oznaczonej kolorem niebieskim. Część odcinka biegła na tyle wysoko, że oferowała fajne widoczki w gratisie 😉 W ten sposób wróciłyśmy na szlak czerwony, a czerwonym do Machowskiego Krzyża, gdzie już byłyśmy. Przebytym wcześniej niebieskim, wzdłuż granicy krajowej, dotarłyśmy do Pasterki. Tam zjadłyśmy obiad i złapałyśmy oddech.

Należało jeszcze wrócić do Karłowa, co szacowałyśmy na około godzinę. Żeby nie powielać trasy w stu procentach jeszcze w Pasterce odbiłyśmy na szlak zielony. Drogowskaz sugerował, że pokonamy ten odcinek w 40 minut, ale najpierw przedzierałyśmy się przez pokrzywy, a potem droga okazała się być jednocześnie strumieniem, bo solidna porcja wody wyciekała gdzieś z boku i wartko płynęła po kamieniach. Było w tym jednak coś uroczego, aż miało się ochotę zakrzyknąć „ahoj, przygodo!” Pod koniec zobaczyłam znajomy krajobraz:

– Czy to są te Karłowskie Łąki, przez które szłam?

Chwilę później ta hipoteza się potwierdziła i opowiadałam, jak to miejsce wyglądało dzień wcześniej, po ulewie.

– Karłów, 10 minut. O, na Błędne Skały ktoś tabliczkę przybił, a ja ją wczoraj opierałam, bo leżała.

Już bez przygód wróciłyśmy do bazy, ale muszę przyznać, że 9 godzin w terenie, 31 tysięcy kroków, co dało jakieś 21 km, to było dla mnie bardzo dużo. Nazajutrz potrzebowałam czegoś lżejszego, co pozwoli podładować akumulatory na kolejne dni.

Zajrzyj też do zakładki dotyczącej parków narodowych 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *