Tym razem bagaż ważył 11,3 kg. Cały czas dążyłam do tego, by zejść poniżej 10 kg, ale było to niezwykle trudne. Choć po pierwszym zebraniu wyjazdowego dobytku udało mi się przemyśleć raz jeszcze całość i zrezygnować z kilku rzeczy, to jednak ani zimna wiosna (grubsze ubrania), ani tendencja do zabierania zbyt dużego prowiantu (ale dzięki temu rzadsze wizyty w sklepach już na miejscu i miejsce na pamiątki zabierane z powrotem) nie pomogły mi w spełnieniu początkowego założenia. I tak cieszyłam się, że poza prowiantem wszystko zmieściłam w swój górski plecak, który zwiedził już ze mną niejeden park narodowy 🙂
Podróż pociągiem upłynęła spokojnie i komfortowo. Na szczecińskiej ziemi przywitał mnie Przemek Kuryło, u którego miałam nocować na początku wycieczki, dzięki gościnności jego rodziców. Pomyślałam, że gdybym pojechała do Wolińskiego Parku Narodowego we wrześniu, na trzydziestkę, tak jak planowałam, to nie miałabym szansy na lokalnego przewodnika, bo jeszcze się wówczas nie znaliśmy.

Na trasie Gdańsk-Szczecin ucieszyło mnie coraz bardziej błękitne niebo za oknem, bo poprzednie dni raczej były pochmurne. Nim minęłam rodzinny Lębork i zanurzyłam się w nieznanych jeszcze krajobrazach, urzekła mnie kompozycja wiosennej zieleni, błękitu i białych chmurek. Złapałam także w kadr bociana! Stwierdziłam, że w mojej subiektywnej opinii okolica dworca w Sławnie jest ładniejsza od słupskiej, a w zachodniopomorskim ustawiono całkiem sporo wiatraków i nieco paneli słonecznych. Już we dwójkę, nadrabiając kilkumiesięczną przerwę od ostatniego spotkania, zagadani, ale bez większych przygód, pokonaliśmy ostatni odcinek ze Szczecina do pierwszej bazy wypadowej u Przemka w Gryfinie, aby zaaklimatyzować się i naładować akumulatory na intensywną niedzielę w stolicy województwa 🙂



Nazajutrz rano wystartowaliśmy w Gryfinie, gdzie między dwoma ramionami Odry połać zieleni stanowiła właściwie jednocześnie park krajobrazowy (Dolina Dolnej Odry) i bufor dzielący polskie miasteczko od niemieckiej granicy. Uważnie przyglądałam się zarówno pozostałościom ceglanych konstruktów, jak i zieleni w Parku Miejskim im. Stanisławy Siarkiewicz, który wiódł prosto na dworzec. Jeszcze nim wsiedliśmy w pociąg do Szczecina, zobaczyłam elegancki budynek poczty i Urząd Miasta, dawniej (jeszcze w czasach niemieckich) Starostwo Powiatowe (Landkreisstamt). Dziesięć, może piętnaście minut później pociąg wjechał już na obrzeża Szczecina. Szczególnie zainteresowała mnie nazwa dzielnicy: Podjuchy, kojarząc mi się z podobną nazwą (Stare Juchy) miejscowości na Mazurach. Podjuchy stanowiły kiedyś bazę niemieckiej jednostki wojskowej, według wiedzy mojego towarzysza, ale i dziś była to dzielnica garnizonowa.



A w Szczecinie zaczęłam szaleć 😉 Nie dość, że kręciłam urywki do swojego filmu, to jeszcze pstrykałam mnóstwo zdjęć (tego dnia wyszło ich ponad 1700, ale w dużej mierze wynikało to – spojler – z wizyty w muzeum) i, wykorzystując przygotowanie merytoryczne mojego kompana, także nagrywałam sporo na dyktafon. Rozpisany przez niego plan oraz właśnie tak bogaty materiał zebrany przeze mnie, zdecydowanie ułatwiły mi teraz pisanie, bo i same plany na ten dzień były przeobfite. „Program wycieczki po Szczecinie” miał 69 punktów, z czego niektóre Przemek rozpisał jeszcze na kilka etapów. Nie byłam pewna, nie znając za bardzo topografii miasta, czy natkniemy się też na Hanza Tower, ale sama nazwa zrobiła na mnie wrażenie, choć natknęłam się na nią przypadkiem. Słowo „hanza” kojarzyłam oczywiście w kontekście historii Gdańska, który zawsze pozostawał bliski memu sercu, nawet gdy zwiedzałam odległe miejsca. Startując na dworcu głównym w Szczecinie, również tam zaczęłam nagrywać. Staliśmy dość długo w jednym miejscu, bo stałam z mikrofonem, a Przemek wyglądał, jakby mi udzielał wywiadu 😉 Dowiedziałam się, że był to jeszcze dworzec poniemiecki, ulokowany przez Niemców w pozostałościach fortu pruskiego. Jego powstanie przypadło na rozwój przemysłu i kolei, został otwarty w 1843 roku, a gdy zagłębiłam się w ten temat głębiej, okazało się, że w Berlinie był nawet Dworzec Szczeciński, z którego pociągi kursowały właśnie do Szczecina, a tutejszy nazwano z kolei Berlińskim.

Dostrzegłam, iż z jednej strony przestrzeń znajdowała się jakby na górce. Za ceglanym <3 murem oporowym biegła ulica, a u szczytu tego krajobrazu stał niezwykle ciekawy architektonicznie budynek z cudnymi pilastrami. Podczas rewitalizacji dworca, już sam mur wywołał mnóstwo kontrowersji, a dokładniej jego żółty kolor. A właśnie takiej barwy był w oryginale, tylko prawdopodobnie przechodząc w różne ręce, wiedziony rozmaitymi nomen omen kolejami losu, mógł być przemalowywany. Na pierwszym peronie dodatkowo zostawiono historyczne kolumny, by upamiętniały dawny charakter dworca. A kamienice na górce niewykluczone, iż służyły jako zabudowa mieszkalna dla pracowników kolei. Dziś kolejowy charakter zachował wspomniany budynek z pilastrami, obecnie należący do PKP. Z bliska zauważyłam, że miał jeszcze wtopione kolumny zwieńczone liśćmi akantu.
Gdy wyszliśmy z dworca właśnie tam, naszym oczom ukazał się jeszcze mural z nazwą miasta. Odbiliśmy w lewo, dreptając dalej ulicą Owocową. Nasze debaty nad mikrofonem budziły zainteresowanie taksówkarzy, ale i przechodniów.


Przy tej samej ulicy mieścił się ponoć kultowy lokal – Ceglana, w chwili mojego pobytu w rozbudowie. Przy nim mieścił się dzwon, a na budynku kawałek dalej namalowano mural. Obraz wyglądał niczym rama lustra bądź kartusza herbowego, które zresztą wraz z girlandami zdobiły budynek PKP naprzeciw. Tymczasem na jego tyłach, pomijając umieszczenie tu jakiegoś klubu z palemkami w klimacie hawajskim, dopatrzyliśmy się śladu niemieckiego w postaci napisu nad drzwiami: Königliche Eisenbahn Direktion. Powyżej napisu mieścił się balkonik z bogato zdobionym portalem. Przemek zwrócił mi także uwagę, że na ulicznych drogowskazach zaraz po nazwie polskiej widniały nazwy niemieckie, a dopiero później angielskie.






Niedługo później wędrowaliśmy przez dworzec na jego drugą stronę. Przy tej okazji zobaczyliśmy mozaikę prezentującą polskie pobrzeże, jak również zabezpieczony fragment zabytkowego stropu. Tymczasem po wyjściu od strony rzeki, natknęliśmy się na Pomnik Kolejarza – postać przekładała zwrotnicę.






Dalszy plan zwiedzania był nieoczywisty, bo musieliśmy jechać tramwajem na Pomorzany. Przemek nie chciał mi zdradzić więcej ponad to, że zobaczę tam murale i będzie w tym akcent trójmiejski.
– Czy to robił Looney, Tuse albo Krik? – próbowałam zgadywać.
– Jak Ty się znasz – usłyszałam w odpowiedzi.
– Znam tylko tych trzech w Trójmieście.
I choć nie o to chodziło, i tak nie mogłam się doczekać, a i po dotarciu na miejsce miałam się cieszyć jak dziecko. Dosłownie zaczęłam piszczeć! Akcentem trójmiejskim okazała się jedna z namalowanych tutaj postaci – Eugeniusz Kwiatkowski na tle Dworca Morskiego (dziś Muzeum Emigracji) w Gdyni. A że rok jego urodzenia (1888) widniejący na malunku skojarzył mi się z rokiem działalności Kuby Rozpruwacza w Anglii, to czułam, że tak zakotwiczoną w mózgu informację (i to liczbową) już raczej zapamiętam. Wśród innych postaci dostrzegłam: Bekkera, Kosackiego, Sendzimira, Bryłę, Mościckiego, Puławskiego, Szczepanika, Pilata, Drzewieckiego i Skłodowską-Curie. Zresztą dwoje ostatnich było patronami ulic w Gdańsku. Namalowano tu także lokalny port, choć trudno powiedzieć z jakiego okresu, bo stały i dźwigi, i baszta, a nie miałam punktów odniesienia. Przy postaciach opisano lub namalowano ich wynalazki – kupiła mnie towarzysząca Kosackiemu nazwa „walcarka planetarna”. W pewnym sensie był tu wybór z panteonu naukowców myśli technicznej przełomu XIX i XX wieku. Naprzeciwko mieścił się jeszcze kościół Św. Józefa, którego ciekawą i bogatą w detale bryłę sfotografowałam z wiaduktu.








Następnie zawróciliśmy ulicą Kolumba. Przy tej okazji zaczęliśmy rozmawiać o tym, iż Szczecin ma dzielnicę o nazwie Pogodno. Skojarzyłam to z zespołem muzycznym, którego jakąś jedną piosenkę kiedyś poznałam. Przemek uświadomił mnie, że zespół pochodził właśnie stąd i zainspirował się nazwą dzielnicy.
Kierowaliśmy się na tzw. Szczecińską Wenecję. Zabudowa tutaj wyglądała na dość starą. W jednym z budynków zaintrygowały mnie zakratowane okna parteru, bo miały monogram w obrębie wspomnianej kraty – była to litera R, jak również łukowane wnęki nad oknami najwyższej kondygnacji. Byliśmy w sumie blisko dworca, więc nie dziwiły wtopione w ulicę pozostałości torów, a ich przedłużeniem w chodniku były płytki innego koloru.





Utworzenie „Wenecji” wpisywało się w realizowaną w Szczecinie szerszą ideę „waterfront” czyli łączenia lądu z wodą i z wykorzystaniem występujących tu kanałów, aby udostępniać tereny lokalnej przemysłowej zabudowy turystom także z poziomu wody. Zresztą i nam udało się wejść pomiędzy budynkami na jeden z mostów, skąd widoki były nawet lepsze niż od strony ulicy. Poza wspomnianymi budynkami poprzemysłowymi, rzeka biegła dalej w stronę dworca, a na murku dopatrzyłam się roześmianej… czaszki. Oczywiście w formie graffiti.




Idąc dalej, minęliśmy zwiedzony wcześniej budynek dworca, skręcając dopiero w ulicę Nową, która doprowadziła nas do Placu Tobruckiego. Już na wejściu ucieszyły mnie mijane ceglane budynki, zielony skwer wyglądał (według słów mojego przewodnika) „niczym z pocztówki”, a pierwsza wybijała się w tym obrazie mocno niebieska pompa wodna z XIX wieku. W tle wypatrzyłam dwie wieże wieńczące budynki Rektoratu Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Bazyliki Św. Jakuba. Tymczasem jednak Przemek ubolewał nad faktem, iż szczecinianie często zapominają o Placu Tobruckim, a miejsce to jest ważnym elementem niemieckiej, XIX-wiecznej historii miasta. Postawiono tu tak ważne budynki jak poczta (jej cegła zachwyciła mnie na wejściu), tzw. Stara Drukarnia z charakterystyczną kopułą, a przede wszystkim Czerwony Ratusz budowany dla tzw. Nowego Miasta, popruskiego.






Bryła Czerwonego Ratusza, zwanego w związku z tym także Nowym Ratuszem, była doprawdy niezwykła i zachwycająca. Mnogość detali mogłaby pewnie sama w sobie stanowić podstawę długiego tekstu z zakresu historii czy architektury. Dość powiedzieć, że regularność bryły pomimo tych rozlicznych i tak zróżnicowanych smaczków, wpisywała się w moje poczucie estetyki, więc ilość tychże nie wydała mi się przesadzona. Aczkolwiek najciekawsza była druga strona, gdzie obecnie pod pięknymi arkadami mieściło się główne wejście do budynku. Tutejszy ruch, zarówno pieszy, jak i samochodowy, stanowił nie lada wyzwanie, żeby móc zamknąć w kadrze (ale przede wszystkim nagrać w formie wideo) to, co chciałam, ale wytrwałość popłaciła. I zapozowałam pod arkadami, i zrobiłam nagranie z rzeźbionymi alegoriami Szczecina – Przemysłem, Rolnictwem, Żeglarstwem i Wiedzą. Urzekło mnie także to, że trzymaczami herbu u szczytu budynku były lwy.









Obrazu Placu Tobruckiego dopełniała Fontanna Manzla (od nazwiska autora), pod którą wróciliśmy. Znajdował się tu pomnik z kotwicą z końca XIX wieku. Dawniej stała tu postać w zwiewnej szacie – Sedina, pochodząca jeszcze z historii antycznych. Na ramieniu miała bom z żaglem, drugą rękę opierała na kotwicy, a łódź pchały mityczne bóstwa. Po wojnie ostały się tylko kotwica i archiwalne zdjęcia. Pomnik był nawiązaniem do portowego charakteru miasta.
Wędrowaliśmy już blisko trzy godziny, a byliśmy na 7. punkcie z listy mojego przewodnika, czego chyba żadne z nas się nie spodziewało. Na jednej z tamtejszych ławeczek zrobiliśmy przerwę regeneracyjną i posililiśmy się. Dzień robił się coraz cieplejszy, co też było zaskakujące, biorąc pod uwagę różnicę temperatur w odniesieniu do poprzedniego dnia.

Gdy odpoczęliśmy, podeszliśmy pod budynek wspomnianego już Rektoratu PUM. Co ciekawe, stanął on na początku XX wieku w miejscu dawnej siedziby opata cystersów z Kołbacza, a po II wojnie światowej stał się siedzibą uczelni medycznej. Następnie minęliśmy Książnicę Pomorską, ale budynek wydawał się w całości współczesny. Podczas dalszej wędrówki moją uwagę zwrócił mural z wilkiem. Ciekawostką była tablica dotycząca pasażu Turnera – artysta odwiedził Szczecin i uwiecznił w swoich pracach, a obecną ulicę Jagiellońską dawniej nazywano od jego nazwiska. Tymczasem gdy dotarliśmy pod kościół Św. Jana Ewangelisty, na budynku naprzeciw zaintrygował mnie podświetlany napis „Wolne Miasto Szczecin”.




Jeśli chodzi o sam kościół, teren pod budowę świątyni jeszcze w XIII wieku otrzymali franciszkanie od księcia Barnima I. Był to najcenniejszy i najstarszy zabytek Szczecina. Wewnątrz znajdowała się tablica z szerzej rozpisaną historią – mi rzuciły się w oczy dwie kwestie: zmiana patrona w pewnym okresie na Jana Chrzciciela, a także fakt, iż w 1899 roku kościół zamknięto, bo groził zawaleniem, ale po prawdzie wyniesiono wyposażenie kościelne i zrobiono tam magazyn dla wojska. Łatwiej było zebrać środki na postawienie nowego kościoła dla ewangelików na Łasztowni niż odremontować ten, dlatego zajęło to około 30 lat, nim podjęto się odbudowy. Na szczęście nie ucierpiał podczas wojny, aczkolwiek w 1956 roku przekształcono go ponownie w kościół katolicki. Ze względu na trwające nabożeństwo, weszłam tylko na parę kroków do wnętrza, więc nie zobaczyłam „najstarszego wizerunku gryfa”, o którym Przemek wspomniał w swoim programie wycieczki.




Następny odcinek był dość długi, bo nazwa mostu Długiego nie wzięła się znikąd 😉 Zobaczyliśmy z niego Nabrzeże Wieleckie, a zmierzaliśmy na drugą stronę – ku Łasztowni. Po drugiej stronie Odry Zachodniej momentalnie spodobał mi się budynek obecnej Izby Administracji Skarbowej, choć byłam ciekawa, co mieściło się w nim dawniej. Widniały tam daty (na ile udało mi się wytężyć wzrok: 1905-1907) oraz orzeł. Jednocześnie zaniepokoiło mnie, że nigdzie nie było przejścia dla pieszych, bo oznaczało to, że chcąc zobaczyć północną część Łasztowni będziemy musieli zawrócić od punktu docelowego na tym etapie aż za Most Długi i dopiero tam skierować się na północ. Wydało mi się to totalnie bezsensowne i zaskoczyło mnie, że nikt o tym nie pomyślał. Ale żeby przeważyć szalę na stronę plusów, zaciekawił mnie baner firmy Gryf z hasłem „Szczecin pachnący czekoladą” i ponoć po deszczu rzeczywiście ten zapach stawał się wyczuwalny.


Tymczasem przez ulicę Energetyków dotarliśmy do ulicy Floriana, a na drogowskazie jako dzielnicę wskazano: Międzyodrze – Wyspa Pucka. Kościół Św. Trójcy zbudowano tu pod koniec XIX wieku na miejscu dawnej świątyni gotyckiej. Kiedyś nosił wezwanie Św. Gertrudy. Po prawdzie dopiero dzięki Przemkowi oraz tablicy w obrębie posesji zorientowałam się, że nie jest to kościół katolicki. Z zewnątrz wyglądał dość „klasycznie”. Chwilę kombinowałam, jak tu go sfotografować, żeby nie dać się pokonać padającym akurat od strony kościoła promieniom słońca, a do tego nie mieć w kadrze stojącego tam auta. A bryła była doprawdy niesamowita, nawet wejście i sąsiednie okna miały laskowania, potęgujące wrażenie monumentalności. Dopatrzyłam się przeróżnych detali nawiązujących do gotyku (w końcu świątynię zbudowano jako neogotycką), ale serduszko Marty i tak kupił zegar na wieży. Samym faktem, że był.
Miałam nadzieję wejść także do środka, ale świątynia okazała się zamknięta. Nastąpił tu jednak nagły zwrot akcji i jakkolwiek spontaniczność nie jest moją najsilniejszą cechą, tutaj szybka decyzja okazała się słuszną. Minęło nas dwóch mężczyzn. Starszy był proboszczem, młodszy kościelnym. Nawiązałam rozmowę z tym drugim, który zaoferował nam wejście do wnętrza kościoła. Mogłam przyjrzeć się, jak różniło się od znanych mi świątyń katolickich, a jednocześnie zadawać pytania. Kościelny zdradził nam później, że sam też uczy się, aby zostać w przyszłości księdzem ewangelickim. Mnie najbardziej interesowały różnice między wyznaniami – co nieco już wiedziałam po gedanistyce. Gdy nasz przewodnik powiedział, że ewangelicki pastor może mieć żonę i dzieci, ciekawiło mnie, czy podobnie jak u grekokatolików jest to zależne od faktu, czy miał żonę w momencie święceń i jeśli nie, to czy musi być celebsem przez resztę życia. Z tego, co zrozumiałam, tu nie miało to znaczenia. Przemek był z kolei zainteresowany życiem parafii w praktyce i jak można zostać ewangelikiem, jeżeli jest się innego wyznania bądź dotąd nie było się wyznawcą żadnej religii. Nasz rozmówca podał nam też adres strony internetowej parafii, gdybyśmy chcieli na nią zajrzeć w poszukiwaniu informacji.
Na pierwszy rzut oka kościół nie różnił się samą bryłą czy rozmieszczeniem przestrzennym, ale wyglądał o wiele skromniej przez biel ścian między ceglanymi elementami i brak obrazów, co jak się okazało, było spowodowane faktem, że zgodnie z nauką Lutra, nie ma tu kultu świętych, jak również kultu maryjnego. Samo prezbiterium również zorganizowano prosto. Ołtarz wyglądał tak, jakby kapłan stał tyłem do wiernych, a w nastawie ołtarzowej widniał jedyny obraz w całym kościele – prezentujący modlitwę Jezusa w Ogrójcu. Obok była tablica z hasłami przyświecającymi luteranom: „Tylko Chrystus”, „Tylko Pismo”, „Tylko Słowo”, „Tylko z łaski przez wiarę”. Jak sprawdziłam później, na stronie parafii rozpisano szerzej każde z haseł, żeby było wiadomo, jak jest ono rozumiane. W porównaniu ze świątyniami katolickimi, brakowało też tabernakulum, bo luteranie wierzą, że przemiana chleba i wina w ciało i krew Chrystusa zachodzi tylko w momencie przeistoczenia. Z tego też powodu nie klęka się po wejściu do świątyni, bo nie ma tam Najświętszego Sakramentu.
Otrzymaliśmy mnóstwo informacji i dopiero w pewnym momencie wpadłam na to, że może jednak wypada poprosić o zgodę na nagrywanie tego, bo dane były na tyle dla mnie nowe, że nie nadążyłabym spamiętać. Jednocześnie, gdy już poprosiłam o tę zgodę, nie nagrywałam wszystkiego, co już usłyszeliśmy, ale spytałam raptem o kilka rzeczy. Niezwykle zaintrygowało mnie, czym są wypełnione liczbami tabliczki po obu stronach prezbiterium. Usłyszeliśmy, że pierwszy rząd u góry to introit czyli fragmenty psalmów odczytywane naprzemiennie przez księdza i przez zbór, a poniżej są numery pieśni ze śpiewnika ewangelickiego. Dlatego poprosiłam o pokazanie ksiąg i wyjaśnienie, jak to wygląda w odniesieniu do katolickich psalmów. Śpiewniki stały z tyłu na regaliku, a niemal w tym miejscu, ale ponad nami, mieściły się organy, dawniej zlokalizowane w okolicy prezbiterium.
Podziękowaliśmy naszemu przewodnikowi, a opuszczając teren kościoła, wymieniłam się z nim jeszcze numerem telefonu, by poinformować go o publikacji tekstu (i rzeczywiście to potem zrobiłam). Zawracając już w stronę mostu, chwyciłam za dyktafon i wspólnymi siłami wraz z Przemkiem staraliśmy się jak najwięcej odtworzyć z tej wizyty, bym nie miała w natłoku informacji problemów z opisaniem pobytu tam i by jak najmniej zgubiło się w zakamarkach pamięci. Wspólnota ewangelicka była niewielka, część ludzi miała niemieckie korzenie, ale też współpracowali z Niemcami, a czasem odprawiali również nabożeństwa po niemiecku, zależnie od tego, kto przychodził. Zaś sama liturgia (tzw. pomorska, rozciągająca się zresztą aż do Pomorza Gdańskiego) tu realizowana opierała się na niemieckiej, w przeciwieństwie do tzw. cieszyńskiej. Co ciekawe, proboszcz był wybierany w wyborach i mógł zasugerować i poddać głosowaniu, którego typu obrządek będzie realizowany przez dany zbór. Żona obecnego proboszcza była z kolei diakonem.
Zastanowiło mnie, ale dopiero później, więc nie miałam jak o to zapytać na żywo, czy ewangelicy mają wszystkie sakramenty tak jak katolicy, np. bierzmowanie i czy przywiązują się do swoich patronów, także od chrztu, skoro nie ma u nich kultu świętych. Zadałam to pytanie kościelnemu rok później, tuż przed publikacją. Dowiedziałam się, że z racji braku kultu świętych takiego przywiązania do swoich imiennych patronów nie ma, aczkolwiek sam chrzest już jak najbardziej. Drugim sakramentem jest Sakrament Ołtarza (Wieczerzy Pańskiej). Nie występuje I Komunia Św. i bierzmowanie, a zamiast nich w wieku naszych bierzmowanych ewangelicka młodzież przechodzi Konfirmację, deklarując swoją wiarę i wtedy też po raz pierwszy przyjmuje Komunię, pod dwiema postaciami.
Generalnie to było niezwykle miłe, że pomimo upływu czasu, mężczyzna wciąż nas pamiętał! 🙂













Tymczasem, wracając do szczecińskiej wycieczki, za mostem przeszliśmy na północną stronę głównej drogi i ruszyliśmy ku właściwej części Łasztowni. Po stronie bliżej zwartej zabudowy miejskiej znajdowała się aleja Żeglarzy z wyeksponowanymi instrumentami nawigacyjnymi, ale my ruszyliśmy żwawo nad wschodni brzeg. Zastany tam termometr wskazywał 24˚C. Przemek stwierdził później, po całym dniu, że jem jak wróbelek, ale było tak gorąco, że naprawdę miałam mniejszy apetyt.




Na Łasztowni pokusiłam się o kolejne dłuższe nagranie, nawiązując do nazwy i podobieństwa z gdańską Lastadią. Przygotowałam sobie zresztą parę informacji wcześniej. Minęliśmy tam również ogrodzenie z blachy, za którym rosło Morskie Centrum Nauki. Samo ogrodzenie wykorzystano natomiast do prezentacji historycznych zdjęć Łasztowni, ale i teraz widoki na przeciwległy brzeg i mijane murale aż prosiły się o zdjęcia. Niewątpliwą atrakcją były też tzw. Dźwigozaury. Zrobienie tam zdjęcia bez ludzi graniczyło z cudem. Dźwigi pomalowano kolorową farbą i choć wyobrażałam je sobie inaczej, wnioskując po nazwie (że w jakiś sposób upodobniono je do dinozaurów), samymi gabarytami też robiły wrażenie. Dalej urzekły mnie historyczne zabudowania, a z wąskiego mostu sfotografowałam wejście do portu.














Gdy zawróciliśmy, wiedzieliśmy już, że musimy zagęścić ruchy i na pewno nie odwiedzimy w środku wszystkich zaplanowanych muzeów. W związku z tym wybrałam jako priorytetowe muzeum w Ratuszu Staromiejskim, prezentujące historię Szczecina. [cdn]




Interesują Cię miasta wojewódzkie? Zajrzyj <tutaj> 🙂
