Szczecin #2 historia miasta w kilku aktach

Część pierwszą szczecińskiej wędrówki znajdziesz <tutaj> 🙂 A oto ciąg dalszy:

Szczecin miał do wyboru sporo ciekawych muzeów, ale mając ograniczone możliwości czasowe i znając także swoje zdolności zwiedzania muzealnych wystaw „całe wieki”, musiałam wybrać jedno, maksymalnie dwa. Muzeum Narodowe w Szczecinie w oddziale zlokalizowanym w Ratuszu Staromiejskim oferowało przekrojowo historię miasta, a poznanie jej wydało mi się najistotniejsze. Istotniejsze niż zapewne również ciekawe oddziały etnograficzne czy prezentujące dzieła sztuki.

Weszliśmy zatem przez ładny portal do wnętrza budynku, mijając przy tym rzeźbę „Wielki Łuk”. W środku pierwszy rzucił mi się w oczy polichromowany tryptyk Najświętszej Marii Panny w otoczeniu świętych. Wystawy zlokalizowano na kilku piętrach.

Na początek tematyka oscylowała wokół archeologii i pierwszych śladów osadnictwa na terenie obecnego Szczecina. Grzebienie, igły, garnki, ale też stroje i wyroby biżuteryjne, w tym tak ważny dla Pomorza bursztyn – to wszystko można było obejrzeć na parterze. Ze względu na prowadzone przez  mieszkańców wojny, znalazły się także gabloty z bronią białą czy końskimi podkowami. Moją uwagę zwróciły makieta miasta, modele statków, ale również monety i instrument astronomiczny zwany kwadrantem. Bardzo spodobało mi się zestawienie rycin prezentujących zawody oraz gablot wystawienniczych z przedmiotami charakterystycznymi dla danej profesji. Nie byłabym też sobą, gdybym nie przystanęła dłuższą chwilę przy mapie.

Niemal opuszczając tę strefę, dopatrzyłam się nóżki pucharka typu Römer, o którym uczyłam się na gedanistyce (wsiadłam zresztą w pierwszy pociąg do Szczecina po kolejnym ze zjazdów). Zresztą na późniejszym etapie zwiedzania zobaczyłam także szafę, którą przyporządkowałam do kategorii szafy niemieckiej, właśnie dzięki temu, że dzień wcześniej usłyszałam o tym na zajęciach. Byłam doprawdy dumna, że udało mi się to zapamiętać i rozpoznać „na żywym organizmie”.

Kolejne strefy miały za zadanie zaprezentować Szczecin w okresie książęcym, szwedzkim, ale też pruskim i niemieckim. Spodobała mi się część gablot osadzona w obudowie przypominającej kształtem ceglane budynki. Niewątpliwym walorem tej strefy była też bardzo estetyczna, malarska panorama miasta, z opisem przedstawionych budynków na ramie obrazu. Pojawiły się tutaj też znane w historii Europy nazwiska – były i portrety carycy Katarzyny oraz Marcina Lutra, i rzeźba Fryderyka Wielkiego, a spośród polskich władców wizerunek Jana III Sobieskiego. Sportretowano także (choć w formie płaskorzeźby, ale obiekt opisano jako portret) Fryderyka Wilhelma III i jego żonę Luizę, przy okazji ich wizyty w Szczecinie w 1806 roku.

To w tej części muzeum mieściła się wspomniana szafa, z którą nawet zapozowałam, ale nie mniej spodobał mi się ozdobny kufer. Zobaczyłam też tłoki do pieczęci oraz okolicznościowe medale. Dalej przestrzeń obfitowała w obrazy – zarówno portrety, krajobrazy, jak i scenki rodzajowe. Część wystawy wydzielono jako muzealne atelier Eugena Dekkerta. Tam również wzrok przykuwały eleganckie meble, a niedługo później uśmiechnęłam się na widok barometru z termometrem, prawdopodobnie przez skojarzenie z jednym z moich ulubionych gdańskich naukowców – Fahrenheitem. Przystanęłam też na dłuższą chwilę przez aparatami fotograficznymi. A niemałą ciekawostką okazał się dozownik do musztardy… szczecińskiej. Na archiwalnych fotografiach wypatrzyłam przedstawienie fontanny z Placu Tobruckiego, której pozostałości widzieliśmy rano. Tutaj górowała nad nią wciąż postać Sediny.

Ostatnia część muzeum była o tyle intrygująca, że pokazywała przemianę Szczecina i jego dwa oblicza: niemieckie sprzed 1945 roku i następujące po nim polskie. Uwidoczniono to także, dzieląc każde zagadnienie na dwie części: niemieckojęzyczną, z pamiątkami po ludności niemieckiej, a także polskojęzyczną, dotyczącą Szczecina powojennego. Poruszano tu zagadnienia takie jak: szkolnictwo, życie rodzinne, kultura, handel, sport, produkcja statków oraz motocykli. Pojawił się tu akcent gdański – pod postacią modelu Sołdka. Z przyjemnością spojrzałam też na zdjęcie Szczecina z lotu ptaka, pochodzące z końca XX wieku oraz zaintrygowała mnie kapsuła z 2012 roku, wypełniona pocztówkami z zamiarem ich odczytania po stu latach. Jednocześnie jedną ze ścian poświęcono na kalendarium dziejów miasta w XX wieku.

Po opuszczeniu muzeum przysiedliśmy na ławce nieopodal pompy wodnej, bo potrzebowaliśmy odpocząć i podjeść. Dołączył do nas ciekawski wróbelek – być może liczył na jakiś przysmak, ale nie mieliśmy nic dla niego właściwego, bo przecież ptaków nie karmi się chlebem 😉 My tymczasem mogliśmy podziwiać kamieniczki przy Rynku Siennym, dawniej Placu Rzepichy, w tym kamienicę Moninów.

Po przerwie ruszyliśmy ku Kamienicy Loitzów, a minąwszy ten budynek z XVI wieku, skierowaliśmy się spacerkiem ku Bazylice Archikatedralnej Św. Jakuba, która również wysoko znajdowała się na mojej liście priorytetów. Raz, że była to jedna z najważniejszych świątyń w mieście, ale przede wszystkim zależało mi, by zdążyć na punkt widokowy.

Sam portal bazyliki był już na tyle zdobny i ciekawy, że warto było zatrzymać na nim wzrok, ale i po wejściu wiedziałam, że chcę przejść się przez cały kościół. Choć w środkowej nawie dominowała prostota, spacer wzdłuż kaplic zaspokajał apetyt na detale. Dodatkowo spojrzałam w górę, na sklepienie, jak również na posadzkę, po której stąpałam. Moją uwagę zwróciła także płaskorzeźbiona droga krzyżowa.

Miałam poczucie, że tam, gdzie detale się znalazły, tam naprawdę o nie zadbano. Witraże bardzo wpasowały się w moje poczucie estetyki, rzeźby w ołtarzu głównym również. Obrazy świętych były ze sobą spójne. Kaplice o walorach historycznych miały każda inną tematykę – w jednej z nich znalazło się nawet popiersie Eugeniusza Kwiatkowskiego, w innej wspominano poległych w walkach, w tym powstańczych, ale też zmarłych w obozach koncentracyjnych, podczas II wojny światowej. Na pewno niesamowicie intrygującym miejscem było, niestety zamknięte, wejście do krypty.

Przyszła też oczywiście pora na widoki z góry. Wjechaliśmy windą na 56 metrów. Całość zasłaniały szyby, zapewne ze względów bezpieczeństwa, ale w każdej części tej strefy umieszczono także zdjęcia obiektów, które dało się dostrzec, a pogoda tego dnia również nam sprzyjała. Część budynków widzieliśmy już wcześniej z bliska, część jeszcze mieliśmy w planach. Udało mi się napstrykać sporo zdjęć, samej zapozować, ale także zrobić krótkie nagranie, wykorzystując moment, gdy innych turystów było mniej, a ci, którzy byli tam w tym czasie, co my, gadali wystarczająco cicho między sobą.

Zjechaliśmy na dół i ruszyliśmy w stronę Placu Orła Białego, zwanego dawniej Rynkiem Końskim od sprzedawanych tu w przeszłości koni, ale i współczesna nazwa nie była przypadkowa. Poza całkiem ciekawą rzeźbą Flory, mieściła się tam fontanna zwieńczona figurą orła. Jeszcze bardziej zachwycający był stojący obok tzw. Pałac pod Globusem, przebogaty w detale architektoniczne, a mieszczący aktualnie Akademię Sztuki. Przemek zauważył zresztą, że ta przestrzeń gromadziła różne galerie, ale też sklepy z artykułami plastycznymi. Mi spodobała się jeszcze narożna kamienica Zespołu Szkół Muzycznych. Na końcu ulicy Staromłyńskiej minęliśmy jeszcze jeden z oddziałów Muzeum Narodowego i Muzeum Sztuki Współczesnej.

Idąc dalej, wypatrzyliśmy w oddali Bramę Królewską. Minęliśmy także Domki Profesorskie. Chwilę później wchodziliśmy już na teren Zamku Książąt Pomorskich. Na wejściu witała nas rzeźba Bogusława X i Anny Jagiellonki. Przekroczyliśmy bramę przy Wieży Dzwonów i płaskorzeźbie prezentującej Ottona z Bambergu. Skrzydło po naszej prawej stronie mieściło Urząd Marszałkowski oraz informację turystyczną, tymczasem my przeszliśmy kolejną bramą na dziedziniec zamkowy na planie kwadratu.

Część przeznaczono na sale muzealne, ale tym razem nie zdecydowałam się na zwiedzanie ze względu na porę, natomiast rozejrzeliśmy się wokół, stojąc na dziedzińcu. Jego część zastawiono krzesłami przed czymś na kształt sceny. Za nią była najciekawsza dla mnie ściana południowego skrzydła, z zegarem, do którego planowaliśmy podejść jeszcze chwilę później.

Tymczasem sfotografowałam tablicę upamiętniającą Barnima III i wykonaną na zlecenie Barnima XI. Dyby były niedostępne dla turystów, bo znajdowały się za ogrodzeniem, oddzielającym przechodnia od terenu prac remontowych. Na ścianie skrzydła między małym a dużym dziedzińcem wypatrzyliśmy z kolei zegar słoneczny opatrzony także łacińskim napisem Vita brevis czyli „życie jest krótkie”, a poniżej płaskorzeźbę z herbem, będącą, jak się okazało, płytą erekcyjną z rezydencji Barnima XI. Natknęliśmy się również na tablicę upamiętniającą wizytę króla Stanisława Leszczyńskiego na zamku w 1711 roku.

Na ścianie skrzydła południowego umieszczono najciekawszy jak dla mnie obiekt – zegar pochodzący z końca XVII wieku, na którym znajdowały się też daty renowacji: 1736 i 1864. Tablicę zdobiły maszkaron, błazen, gryfy i lwy. Choć z dołu bym tego nie powiedziała, według tablicy miała aż 7 metrów wysokości i około 3 m szerokości. Błazen bił w gongi – w jeden co kwadrans, w drugi co godzinę. Prawdopodobnie dlatego znajdowały się tam dwie tarcze – ze wskazówką godzinową, którą śledziły oczy postaci pośrodku, a poniżej ze wskazówką kwadransową. Na zegarze był też element, który miał wskazywać fazy księżyca.

Opuszczając Zamek Książąt Pomorskich, wróciliśmy na tzw. mały dziedziniec, gdzie była makieta całości. Ten obiekt również trafił do mojego filmu. Wkrótce podeszliśmy do drugiego wyjścia, gdzie zwieńczeniem czterech słupów były panoplia. Podeszliśmy jeszcze na moment pod dawną stajnię książęcą.

Opuszczając Zamek Książąt Pomorskich, wróciliśmy na tzw. mały dziedziniec, gdzie była makieta całości. Ten obiekt również trafił do mojego filmu. Wkrótce podeszliśmy do drugiego wyjścia, gdzie zwieńczeniem czterech słupów były panoplia. Podeszliśmy jeszcze na moment pod dawną stajnię książęcą.

Ruszyliśmy na drugą stronę ulicy, w stronę Placu Solidarności. Mural na ziemi nie pozostawiał wątpliwości, że właśnie tam jesteśmy, ale dodatkowo nie dało się przeoczyć pomnika w formie anioła, dedykowanego Ofiarom Grudnia 1970. Na jednej ścianie Placu stały budynki Filharmonii Szczecińskiej i ceglany budynek Komendy Wojewódzkiej Policji. Tymczasem my podeszliśmy pod świątynię pw. św. Piotra i Pawła, należący do kościoła polsko-katolickiego. Weszliśmy też do środka, ale tylko na chwilę.

Następnie skierowaliśmy się w stronę Wałów Chrobrego. Swoje gmachy miały tu m.in. Akademia Morska oraz główny oddział Muzeum Narodowego. My przeszliśmy jednak bliżej wody. Rozciągał się tu widok na Łasztownię po drugiej stronie rzeki. Rozpoznawałam już obiekty, widziane rano z bliska.  Podeszliśmy też na tzw. Tarasy Hakena, które nazwę tę zyskały od nazwiska dawnego burmistrza miasta Sklepienie ozdobiono płaskorzeźbionymi elementami, całości dopełniał herb z orłem, ale pomyślano też o jednorodnych kolumnach.

Ulicą Szczerbcową dotarliśmy początkowo do Placu Mickiewicza z pomnikiem wieszcza. Stąd widzieliśmy też cerkiew Św. Mikołaja. Wówczas wkroczyliśmy do Parku im. Żeromskiego, natrafiając na dzień dobry na głaz upamiętniający Synów Pułku. Park wyglądał na nieco pozostawiony sam sobie, ale miał ciekawą historię, bo powstał w miejscu dawnego cmentarza.

Ze względu na późną porę, powoli kończyliśmy zwiedzanie, by zdołać wrócić do Gryfina. Kilka rzeczy przełożyliśmy na następny poranek, tymczasem przespacerowaliśmy się w kierunku Bramy Królewskiej, a zmierzając do Parku im. Andersa, natrafiliśmy na kwitnące różowe tulipany. Sam park również był dawniej nekropolią, w obrębie której spoczywali m.in. jeńcy francuscy. Zgodnie z sugestią Przemka zapozowałam też z Ławeczką Czekanowskiego.

– Czekaj! Jak on siedzi? Noga na nogę – starałam się upodobnić.

Od Przemka dowiedziałam się, że Czekanowskiego można nazwać afrykanistą, antropologiem, choć był w swej pracy dość interdyscyplinarny, zajmował się bowiem także chociażby statystyką. Ławeczka znalazła się w Szczecinie, w mieście, w którym naukowiec zmarł osamotniony i zapomniany, pomimo licznych tytułów i bogatego dorobku.

Niedługo później minęliśmy dwa kościoły – Najświętszego Serca Pana Jezusa oraz Św. Wojciecha, a następnie znajdujący się nieopodal pomnik Konrada Ujejskiego. Przy Bramie Portowej przeszliśmy na drugą stronę ulicy na światłach, mając naprzeciwko dawny dom towarowy Posejdon. W drodze na dworzec minęliśmy jeszcze siedzibę Zespołu Szkół Ekonomicznych.

Na dworcu ponownie chciały się z nami zaprzyjaźnić wróbelki, a gdy dotarliśmy do Gryfina, powoli zachodziło słońce. Przemek pokazał mi jeszcze jeden z obiecanych obiektów – była to Brama Bańska. Obok niej biegł fragment murów obronnych. Po tak pełnej atrakcji wyprawie przyszła pora na solidną regenerację!

Interesują Cię miasta wojewódzkie? Zajrzyj <tutaj> 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *