Ojcowski Park Narodowy – uczymy się o przyrodzie i wchodzimy w głąb jaskini

Po raz pierwszy w życiu moja wyprawa była jednocześnie tak planowana i tak spontaniczna. Co mam na myśli?

O tym, że odwiedzę Ojcowski Park Narodowy, wiedziałam jeszcze w sierpniu 2018 roku. Przebywając w górach z dwiema koleżankami, zostałam zapytana, jaki park będzie kolejny na celowniku. Jedna z dziewczyn zasugerowała, że z chęcią wyjechałaby ze mną ponownie w góry. Był to dla mnie duży komplement, bo nie każda wyprawa cieszyła się tak dużym uznaniem z jej strony. Wypoczynek na łonie natury, mniej muzeów i przestrzeni miejskich – to wpisywało się jednak w jej gusta. A że i wytrzymałości jej nie brakuje, momentalnie się zgodziłam. Szybko też oszacowałyśmy termin na okolice maja.

Dziś wiem (po kursie przewodnickim), że Ojcowski Park Narodowy oficjalnie należy do parków wyżynnych, co nie zmieniło jednak zdania żadnej z nas. I chyba nigdy wcześniej aż z takim wyprzedzeniem nie wiedziałam, z kim pojadę 😉 Natomiast muszę przyznać, że kurs przewodnicki zaabsorbował mnie tak bardzo, że nie miałam kiedy przygotować się do wyjazdu w każdym detalu, jak to czyniłam dotąd. Nie przygotowałam zatem konkretnych tras. Przejrzałam stronę OPN, by mniej więcej orientować się, na co się piszemy i co warto zobaczyć przy założeniu, że na zwiedzanie mamy dwa i pół dnia. Kupiłam również dobrą mapę. Mapy uwielbiam i nie waham się w nie inwestować <3 Ostatnimi czasy doceniam wersje zalaminowane 😉 Tydzień przed wyjazdem zaczęłam kompletować bagaż według ustandaryzowanej listy, stworzonej jeszcze przed odwiedzinami w pierwszym, Pienińskim Parku Narodowym. I korzystam z niej tak naprawdę przed każdym większym wyjazdem, modyfikując szczegóły w razie potrzeby.

Wyjeżdżałyśmy z Trójmiasta porannym pociągiem i od razu wpadłyśmy w wir ploteczek. Znamy się już niemal dekadę, ale dorosłość i jeden z jej aspektów – praca, nie pozwala widywać się tak często jak dawniej. Do Warszawy w wagonie było dość cicho, więc gdy na stacji Warszawa Centralna dosiadła się japońska (?) wycieczka, poczułam się w tym gwarze, jakbym była w zatłoczonym tramwaju albo przybyła do jakiegoś dużego miasta. Wcześniej jednak mało kto poza nami rozmawiał i wysiadający w Warszawie pan z sąsiedztwa, postanowił zagadać do nas tuż przed wyjściem. Podzielił się swoją opinią o Muzeum Emigracji w Gdyni, by wyrazić, że jest odmienna od mojej – ja z każdą wizytą jestem tym miejscem coraz bardziej zafascynowana, on zraził się już w pierwszej sali i moim zdaniem przelał to przekonanie także na kolejne. Uznałam jednak, że ma prawo myśleć inaczej 😉

A w kolejce do łazienki ucięłam sobie pogawędkę z panem z Japonii (śmialiśmy się, że zgadłam, bo w Polsce mamy taki stereotyp, że japoński turysta ma wszędzie aparat i że przez to znajomi też mnie tak nazywają ;)). Okazało się, że są na 8-dniowej wycieczce od Estonii, przez Łotwę, Litwę, po Polskę. Jeden pan, czatując na wolną łazienkę, parę razy oglądał się i posyłał mi porozumiewawczy uśmiech, aż mój rozmówca zapytał, czy się przyjaźnimy 🙂

Wysiadłyśmy w Krakowie i skierowałyśmy się do wyjścia, którym jeszcze żadna z nas nie wychodziła. W stronę przeciwną do dworca autobusowego. Po wyjściu w miasto, skręciłyśmy w prawo i przeszłyśmy pieszo w stronę placu przy Dworcu Towarowym. Po kwadransie znalazłyśmy się w miejscu, z którego miał odjeżdżać nasz bus do Ojcowa. Czas oczekiwania (blisko godzinę) spędziłyśmy na ławeczce pobliskiego przystanku tramwajowego, na pogaduszkach i wygrzewaniu się na słonku.

Podróż busem przebiegała bez zakłóceń, nie utknęliśmy w żadnych korkach i szybko znalazłyśmy się u celu. Spora grupa pasażerów znała się, nie był im też obcy nasz kierowca. Rozbawiło nas, że jedna z pań zagadała go i skomentowała nawet na jednym z przystanków tuż przed Ojcowem ilość wysiadających pasażerów:

– Ale tego nazbierałeś, idą jak gęsi!

Same wysiadłyśmy w pobliżu zamku w Ojcowie i kierowałyśmy się na południe, by zostawić bagaże w miejscu noclegu. Na naszej trasie znalazła się także Ekspozycja Przyrodnicza Ojcowskiego Parku Narodowego. Postanowiłam sprawdzić, jakie są szanse wejścia, gdyż wyczytałam na stronie internetowej Parku, że wystawa jest niedostępna dla indywidualnych, gdy zajmują ją wycieczki szkolne, a nawet gdy jest wolna, to musi się uzbierać 5 osób. Z naszej perspektywy ten zapis regulaminu był bardzo niewygodny. Trochę podłamało mnie, gdy pani w kasie stwierdziła, że do końca dnia mają już grupy, a i nazajutrz było ich sporo w planach. Nawet gdybyśmy przyszły w chwili, gdy ich nie ma, jaka była szansa, że znajdą się kolejne trzy osoby poza nami i nie zmarnujemy sobotniego poranka na czekanie, podczas gdy mogłybyśmy już być na szlaku? Na szczęście zlitowała się nad nami przewodnik, która przywitała właśnie kolejną grupę i pozwoliła nam szybko zostawić bagaże i dołączyć do wycieczki.

Usiadłyśmy na początek w ciemnej sali, gdzie puszczano film o powstaniu w tym miejscu Doliny Prądnika oraz o Parku. Przyznam jednak, że w tym pośpiechu i emocjach niewiele z niego zapamiętałam. Zakodowałam nieco informacji lokalizacyjnych plus utwierdziłam się w swojej fascynacji skałą o nazwie Rękawica <3 Na filmie prezentowano ją podczas różnych pór roku. W kolejnych salach mój poziom skupienia na szczęście wzrósł, a dzieci, choć rozbiegane, w większości bacznie obserwowały zdarzenia wokół i tylko w jednej sali hałasowały na tyle, że utrudniało to odbiór. Ponadto nasze wspólne zwiedzanie było raczej niekolizyjne.

Faktyczne zwiedzanie rozpoczynało się od tematyki geologicznej. W gablotach mieściły się skały i formy krasowe. Można było tam także obejrzeć amonity, belemnity i małże. Pośrodku sali niektóre okazy szczególnie wyeksponowano, a nawet znalazł się model pokazujący przekrój warstw skał i gleb w tym regionie.

Dalej przenieśliśmy się do wnętrza jaskini. Opowiadano tam, m.in. o różnicach między stalagmitem (naciek tworzący się od dołu), stalaktytem (naciek tworzący się od góry) i stalagnatem (połączone dwa nacieki, górny i dolny, ostatecznie biegnące przez całą wysokość). Dużą frajdę miałam i ja, i dzieciaki, gdy dopatrzyliśmy się figurki nietoperza.

Następne pomieszczenie podobało mi się najbardziej. Pośrodku znajdowała się makieta, na której smuga światła wskazywała obiekty, o których mówił lektor. Ponadto w dwóch gablotach pokazano fragmenty szczątków mamuta i niedźwiedzia jaskiniowego, a w kilku kolejnych znaleziska archeologiczne. Ostrogi, kafle piecowe, naczynia, narzędzia itp.

Dalej czekało mnie największe rozczarowanie. Ekspozycja poświęcona prof. Szaferowi, który był jednym z inicjatorów powstania placówki, a dziś jest jej patronem, została umieszczona po drodze do kolejnej sali i właśnie tam bez chwili refleksji pobiegła młodzież. Przepuściłam ich przodem, by móc zrobić chociaż orientacyjne zdjęcia.

Dalej mieściły się infokioski przedstawiające florę i faunę Parku, jakby na antresoli sali z dioramą. Ogółem diorama była atrakcyjna i ciekawa, natomiast robiła nieco mniejsze wrażenie niż by mogła ze względu na fakt, że w niemal każdym dotąd odwiedzonym muzeum parku narodowego widziałam takie dioramy. Niemniej jednak obejrzałam ją z przyjemnością, zachwyciłam się zimorodkiem, szpakami, zającami czy kretem, bacznie też obserwowałam wskazywane gatunki, choć w przypadku roślin miałam problem z ich zakodowaniem. Zawsze powtarzam, że jestem bliższa zoologii niż botanice. I to było w sumie ciekawe, bo towarzysząca mi koleżanka miała totalnie odwrotnie, zafascynowana rzucała nazwami różnych roślin zielnych, szczególnie w terenie, gdy opuściłyśmy muzeum. Przed wyjściem zaopatrzyłam się w foldery dotyczące fauny (szkoda, że tylko kręgowców) i znaczek Parku (taki do przypinania, podczas gdy celowałam w nalepkę, by wkleić ją jak poprzednie do segregatora z zapiskami z tego projektu).

Na zewnątrz dokonałyśmy kilku odkryć „natury cywilizacyjnej” 😉 Po pierwsze, chcąc odszukać adres pensjonatu w GPS-ie, zorientowałam się, że internet nie działa (za to później w środku lasu łapał bez problemu). Wizja zielonego detoksu była całkiem ciekawa, ale potem okazało się, że wieczorami w pensjonacie możemy skorzystać z wi-fi. Także nie był to detoks weekendowy, ale rzeczywiście korzystałyśmy z sieci dużo mniej niż na co dzień, postanowiłam także oszczędniej wrzucać zdjęcia na swoją stronę na Facebooku, a nadrobić to już z Gdańska 😉 Za to według map Google nastawiałyśmy się na spacer 3 km do najbliższego sklepu, podczas gdy w Ojcowie były sklepy spożywcze, pamiątki i całkiem sporo punktów gastronomicznych.

Pensjonat udało się znaleźć, szybko się ulokowałyśmy i ruszyłyśmy na południe. Przeszłyśmy wzdłuż pstrągarni, podziwiałyśmy formacje skalne wokół i czułam w sobie niezwykłą wolność. Tego wieczora chyba z dziesięć razy powtórzyłam, że naprawdę podobała mi się ta przestrzeń 🙂

Pierwszym obiektem typu „must be” była Brama Krakowska. Naprawdę piękna, a uformowane naprzeciw siebie spore formacje skalne tworzyły przejście, które rzeczywiście mogło się kojarzyć z bramą. Rozbawiło mnie podłożenie w szczelinie z jednej strony gałęzi, co dawało wrażenie, jakby miały podtrzymywać skałę. Dalej zaczynały się nareszcie ścieżki bardziej terenowe, z dala od aut, rowerów, a i pieszych spotkaliśmy dopiero w pobliżu jaskini, do której i my zmierzałyśmy. Po drodze zrobiłyśmy obie naprawdę sporo zdjęć. Biegnące częściowo razem niebieski i czarny szlak doprowadziły nas do Groty Łokietka.

Nie mogłabym sobie darować opuszczenia tego miejsca. Raz, że jeszcze nigdy wcześniej nie byłam w prawdziwej jaskini, a dwa, że znałam legendę o genezie nazwy chociażby z kursu przewodnickiego. Na początek pani przewodnik wprowadziła nas w temat i opowiedziała, co wspólnego z tą jaskinią miał Władysław Łokietek. Furtka z wzorem pajęczej sieci znalazła się w miejscu pajęczyny z legendy. Ponoć polski władca ukrywał się i wszedł do groty górą, pozostawiając sieć nienaruszoną, co zmyliło pościg. Zresztą, z perspektywy furtki wejścia do jaskini nawet nie było widać.

Weszliśmy do środka i momentalnie poczuliśmy przenikliwy chłód, pogłębiony wszechobecną wilgocią. Ze stropów nawet czasem kapało. Grota miała długość 320 m, ale my mieliśmy do przejścia krótszy, ponoć najbardziej atrakcyjny jej odcinek. W jaskini średnia roczna temperatura wynosi 7,5 stopnia Celsjusza. Hibernują tam też nietoperze, które zimą mają tu dość stałe warunki w zakresie temperatury i wilgotności. Z tego powodu sezon turystyczny trwa tutaj krócej niż w innych, okolicznych obszarach.

Pierwsza z większych sal jaskini nazwana została Salą Rycerską i ponoć tutaj Łokietek odebrał przysięgę od swoich poddanych. Kilka zlokalizowanych w tej części skał miało swoje nazwy: Łokietkowy stół, Sarna znana też jako Żyrafa oraz Wodospad.

Kolejna część groty okazała się najwyższym punktem jaskini. Zwano ją potocznie Kuchnią. Było w niej widać fazy wypłukiwania i pęknięcia na skutek procesów górotwórczych. Znalazł się tam łokietkowy kominek, ale mógł on stanowić problem, bo w całej jaskini nie stworzono systemu oddymienia. Ciekawostką był zachowany stalagnat i maszkaron.

Kolejna część była idealna do opowiadania interdyscyplinarnie o tym miejscu. Stalaktyty, wyglądające jak sopelki, tu zwano makaronem. Na obecną chwilę były dosyć małe. Pani utrwaliła nam informację z muzeum, że 1 cm nacieku tworzy się nawet 200-250 lat! Wskazała nam też skałę Łóżko Łokietka, chociaż trudno sobie wyobrazić, by król żył w takich warunkach. Skała w kształcie „orła w locie” bardziej przypominała nam smoka jak z bajki Mulan. Ponadto dowiedziałyśmy się, że wapień utlenia się na biało, obecny tutaj miał zaś różne kolory, nawet rudy od żelaza lub brązowy od manganu. Dodatkowo wewnątrz było dużo sadzy. Pospacerowaliśmy kilkoma tajemniczymi alejkami. Okazało się na koniec, że wykuto nowy korytarz, by zwiedzający znaleźli się znów przy stole Łokietka, bo wychodziło się z tej samej strony.

Po opuszczeniu groty, na zewnątrz wydało się nam niezwykle ciepło, a był ostatni dzień mocno kapryśnego maja i okolice wpół do 19.00. Wróciłyśmy żwawym krokiem do Bramy Krakowskiej i za nią odbiłyśmy lekko w prawo, a potem przeszłyśmy na szlak zielony. Dość strome początkowo podejście, później oferowało kilka punktów widokowych, w tym na Rękawicę 🙂 Koleżanka śmiała się, że znów zbiegałam niczym kozica, jak w Zakopanem. Zauważyłam przy tym, że podawany szacunkowy czas przejścia każdego odcinka robimy zwykle szybciej od podanego. Wywnioskowałam, że mamy całkiem niezłe tempo, lepsze od standardu czyli mamy ciut lepszą kondycję od przeciętnej.

Ostatecznie zeszłyśmy ze szlaku na wysokości Jaskini Ciemnej, tego dnia już zamkniętej i powoli kierowałyśmy się już z pamięci, znanymi sobie ścieżkami, do naszego pensjonatu. Tego dnia pokonałyśmy 11,29 km według tego, co pokazywało koleżance Endomondo, więc byłam przekonana, że będziemy spały jak dzieci 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *