Tatrzański Park Narodowy – koziczka Marta w drodze do Morskiego Oka

Plan na ten dzień był najambitniejszy na tle całego pobytu w Zakopanem. Wstałyśmy o 6, by po 7 łapać busa do Palenicy. Gdy jednak wstałyśmy i zobaczyłyśmy, co się działo za oknem, odezwał się głos rozsądku. Było ciemno, a niedługo później lunęło. Dolinę Pięciu Stawów Polskich i Morskie Oko odłożyłyśmy na kolejny dzień, bo pogoda zapowiadała się lepsza. Tymczasem postanowiłyśmy zjeść niespiesznie śniadanie i wykorzystać ten dzień na odhaczenie pozostałych atrakcji Zakopanego lub najprostszą trasę górską, gdyby jednak przestało padać. Zabrałam się też za wypisywanie pocztówek.

Dyskutowałyśmy o komunikacji publicznej w Zakopanem i w Zawoi. W Zakopanem pani zapowiadała kolejne przystanki i pytała, kto wysiada, a kierowcy wręcz sami łapali klientów. W Zawoi turyści machali na busy, licząc, że jakiś podjedzie w ogóle, a kierowcy mówili, gdzie wysiąść tylko na specjalną prośbę turysty. Przystanki były opisane co któryś, a niektóre miały formę słupka dwa metry od drogi.

L (do W): Załóż ruch „Rewolucja w Zawoi”, masz mój głos. Byłabyś świetnym ambasadorem tej akcji.

Wreszcie koło południa wyszłyśmy w miasto. Odhaczyłyśmy pocztę, po czym poszłyśmy na Stary Cmentarz na Pęksowym Brzyzku. Ewenementem okazał się fakt, iż trzeba było zapłacić za wstęp do nekropolii. Znajdowały się tam groby takich znanych osobistości jak Kornel Makuszyński, Karol Szymanowski, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Helena Marusarzówna czy Bronisław Czech, którego ulicą szłyśmy dzień wcześniej.

Następnie miałyśmy zamiar przejechać się kolejką na Gubałówkę, ale uznałyśmy, że nie kalkuluje nam się wydawać tyle kasy na bilet przy tak słabej widoczności. Przeszłyśmy się po okolicznych kramikach, dziewczyny zakupiły pamiątki i zastanawiałyśmy się nad kawiarnią, najpierw jednak musiałyśmy przeczekać ulewę. I tak całkiem solidnie zmoczyłyśmy buty, choć największe oberwanie chmury udało nam się spędzić pod częściowym zadaszeniem.

Udałyśmy się do Cafe Tygodnik Podhalański, które to miejsce również polecił mi mój znajomy. Dziewczyny doczekały się normalnej kawy po kilkudniowej przerwie, a ja wypiłam najlepszą herbatę w życiu – „Jak marzenie” (czarna z miodem, imbirem, goździkami, cytryną, limonką i pomarańczą) była przepyszna! Dobrałyśmy do tego po kawałku ciasta. Naprzeciwko nas siedziało małżeństwo z kilkuletnią córeczką, która urzekła mnie swoją dociekliwością i dedukcją.

Dziewczynka: Mamo, a co to?
Mama: Reklama (taka stojąca na stoliku, okrągła jak odcięty kawałek pnia drzewa).
Dziewczynka: A dlaczego ona jest kółkiem i się nie toczy?

Fenomenem był też Pan Kelner. Zajęłyśmy miejsca w niewielkiej, osłoniętej z trzech strony wnęce. Najpierw podszedł do nas i zadał bardzo nietypowe pytanie:

Pan Kelner: Co tu panie robicie?

Potem W wzięła menu i nam przyniosła. Po chwili Pan Kelner przyszedł odebrać zamówienie, ale jeszcze nie byłyśmy zdecydowane. Gdy dokonałyśmy wyboru, poszłam zrobić zdjęcia z tarasu (zamglone góry też były urzekające), tymczasem W podeszła zamówić. Gdy wróciłam do stolika, okazało się, że Pan Kelner odprowadził ją do stolika i dopiero tu odebrał zamówienie. Jeszcze bardziej zakręcony okazał się, gdy chciałyśmy zapłacić (pomijając już fakt, że inna pani z obsługi wołała go po imieniu „chodź, panie chcą się rozliczyć”). Zawołała go W, gdy pojawił się na horyzoncie.

W: Możemy?
Pan Kelner: Nie ma za co (…) Myślałem, że pani mówi „dziękujemy”, a co pani mówiła?
W: Możemy?
Pan Kelner: A co by pani chciała?
W: Rachunek.
Pan Kelner: Aa, jasne.

Później mój post na fanpage’u polubiła sama kawiarnia! Nawet skomentowali, dziękując za rekomendację i określając tę herbatę niejako specjalnością zakładu 🙂

Paskudna pogoda w ogóle sprzyjała uporządkowaniu zdjęć. Sama wrzucałam je na swoją stronę (tu link) na bieżąco, ale dziewczyny rano bawiły się w tworzenie z nich kolaży. Wieczorem pomogłyśmy L wrzucić je na Facebooka, chociaż niektóre fotki są zabawne i wychodzimy na nich niepoważnie, ale co tam, wiek to tylko liczba xD Szczególnie fajnym połączeniem był kolaż z czterech zdjęć – jedno L ze mną, drugie z W, jedno przyrodnicze i jedno widokowe.

L: Nie mogę podpisać „Zakopane”, prawda?
M: No nie, bo to nie tylko te góry.
W: Dlatego napisałam Góry 2018.
L była nieprzekonana.
W: To napisz mountain.
M: Po angielsku, jaki szpan.
L: Jak można inaczej nazwać góry? Wzniesienia!
M: Też o tym pomyślałam.
W: Napisz wakacje.
M: Urlop. Chillout.
L: Chillout! Jak to się pisze? Napiszę w cudzysłowie.

Reszta wieczoru rzeczywiście wpisywałaby się pod hasło chillout, ale noc nas już zastała i trzeba było iść spać, by mieć nazajutrz siły na to Morskie Oko 😉

Rano uwijałyśmy się dość żwawo, by zdążyć na busa po 7. Czuć było rześki powiew poranka.

M: Wcale nie żałuję, że ubrałam długie spodnie. Ale potem będzie ciepło.

Wystawiłam twarz do słońca.

W: Ta siódma trzydzieści jest taka neutralna, że już pojawia się słońce.

Podjechałyśmy busem do Palenicy Białczańskiej. Po drodze widziałyśmy ciekawe budownictwo, drewniane, ale podmurowane chaty. Już za Cyrhlą jechałyśmy przez przerzedzony las. Jakiś czas później zaczęło mi towarzyszyć poczucie zatykających się uszu. Wysiadłyśmy i zaczęłyśmy spacer Doliną Białki, która wiodła asfaltem.

L: Chodzimy prawą stroną.
M: Tak?
W: Nawet widziałam kartkę. Tutaj wyprzedzę i zejdę.
M: Wypełnimy niszę.

Rozmawiałyśmy z W o nerkach takich do przypinania na biodro.

M: Szkoda, że nie ma takich z żółwiami (których jestem absolutną fanką).
W: Pewnie są, tylko jeszcze nie widziałaś (…) widziałam taką stronę, co robili na zamówienie, tylko były drogie.
L: Wpiszesz w wyszukiwarkę „nerka na zamówienie”, a na następny dzień policja.

Dotarłyśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza. Zastanawiałyśmy się nad trudnościami tras w przewodniku oznaczonych gwiazdkami. Przewodnik sugerował, że odcinki do Doliny Pięciu Stawów Polskich i do Morskiego Oka zasłużyły na dwie gwiazdki z pięciu, a trasa powrotna od Morskiego Oka na zero.

W: Ja myślę, że to był poziom zero i zaraz będzie przeskok na dwa.
L: Ja bym chciała wiedzieć, jaki oni mają klucz do oznaczania.
M: „Klucz do oznaczania”, jak biologicznie.

Dolina Roztoki, którą kontynuowałyśmy przemarsz, była już bardziej kamienista. Odczuwało się tu, że dzień wcześniej padało. Niemal na początku odbiłyśmy w bok do strumienia o niesamowitych barwach, zdominowanych przez zieleń, otoczonego przez białe kamienie. Szłyśmy jakby wąwozem, mijając gdzieniegdzie potok, a po bokach mając zazielenione pasma gór, czasem z nagimi czubkami.

Minęłyśmy rozwidlenie szlaków. Mogłyśmy wybrać czarny, bardziej stromy, do Doliny Pięciu Stawów Polskich lub ten biegnący na wprost, do wodospadu Wielkiej Siklawy. Celowałyśmy w wodospad. Po drodze usłyszałyśmy nad głowami helikopter TOPR-u, po raz pierwszy z trzech tego dnia.

Wkrótce dotarłyśmy do wodospadu. Oczywiście obowiązkowo trzeba było zrobić całą serię zdjęć, po czym przyszedł czas na wspinaczkę. Nie było to łatwe zadanie, wchodzić po dużych, płaskich skałach, gdzie nie było wiadomo, jak stabilnie ustawić stopę. U góry była jednak satysfakcja. Ożywcza mgiełka od wodospadu też dawała trochę radości 😉 A po kolejnym odcinku wreszcie dotarłyśmy do Doliny Pięciu Stawów Polskich.

Stwierdzam, że absolutnie kocham wodę. Jezioro, morze czy potok, to nie ma znaczenia, zawsze działa na mnie kojąco. Stawy były doprawdy piękne i obfotografowałam je, ile się dało, oczywiście też pozowałyśmy na ich tle, kombinując, gdzie tu stanąć. Głazów było co niemiara, ale momentami ludzi też. Zrobiłyśmy sobie chwilę przerwy przy schronisku, nie zdecydowałyśmy się jednak na obiad, widząc te kolejki i mając ze sobą swój prowiant. Zahaczyłyśmy jednak o łazienki. L wypatrzyła plakat PTTK z drogowskazem na Stare Marudy.

L: Chcesz tam ze mną iść? To ta nazwa nabierze nowego znaczenia.

Zebrałam pieczątki, sfotografowałam tabliczki i przysiadłyśmy na ławeczce, by podjeść. Po posileniu się szukałyśmy kontynuacji szlaku (przez Świstówkę) i okazało się, że początkowo biegł wzdłuż stawu. Sporo czasu zajęło nam dotarcie do najwyższego punktu na tym odcinku. Przechodziłyśmy między innymi przez skały, które walały się jak piłeczki w basenie z kulkami, jakby nie było nic pod nimi i trudno było pośród nich dopatrzeć się jednej konkretnej trasy. Potem następowały momenty, gdy nie dało się iść inaczej niż gęsiego. Wreszcie znalazłyśmy się na górze, gdzie trzej panowie fotografowali się wzajemnie, ale poprosili W o zrobienie im zdjęcia. Wykorzystałam tę okazję, byśmy i my miały gdzieś wspólne zdjęcie w całości. Minęli nas jeszcze później za szczytem, posyłając nam przy tym serię uśmiechów.

Pan: Rozmijamy się.
M: Pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz.

Okazało się jednak, że ostatni. Widoki po drodze były super, najpierw na stawy z góry, potem bardziej zielone.

M: Idę do przodu zrobić zdjęcie i poczekam na Was.

Po chwili, słysząc słowa W, zorientowałam się, że miała analogiczny pomysł.

W: Gdyby Marta nie była w kadrze, byłoby miło.
L: Marta jest zawsze w kadrze, Marta ma monopol na bycie w kadrze.

Później nastąpił mój ulubiony etap całej wyprawy. Trzeba było przejść przy stromej, niemal pionowej ściance. Czmychnęłam pierwsza i stanęłam nieopodal, zastanawiając się, czy asekurować dziewczyny, ale dały sobie radę.

W: Gorzej jak na Sarnią.
L (do mnie): Zrób mi zdjęcie pt. „L weszła„.
W: Już nam robiła, jak zawisłyśmy.
M: Ja też chcę.
W: To idź.

Biegłam z entuzjazmem, znów mi się buzia sama cieszyła.

L: Ta jaki pajęczak.

Mam zdjęcie z zacieszem, jak przylgnęłam do ścianki ^^

Kolejny odcinek dodawał mi pędu, zbiegałam i to było naprawdę super! Przede mną
na trasie był jeszcze jeden taki gość, co nie uszło uwadze W.

W: Pan biegał jak Marta. Nie ma to jak skakać z telefonem i się nie zabić (to już o mnie, bo trzymałam telefon i mapę w ręku).

Po kolejnej fazie rozpędu zorientowałam się, że trochę im uciekłam i chwilę na nie czekałam.

W (zza winkla): Nie wiem, gdzie ona jest, ale zgaduję, że…

M: Tu jestem.

Po chwili dziewczyny stwierdziły, że byłam niczym Pan Kozica. Tymczasem ja stwierdziłam, że znowu to była lepsza droga, niż gdybyśmy wędrowały w drugą stronę. Wreszcie dotarłyśmy do samego Morskiego Oka. Tylu turystów naraz to ja dawno nie widziałam, ale nie wszyscy przybyli tu ze szlaków. Część przespacerowała się pewnie asfaltem (tak jak my zamierzałyśmy wracać) lub nawet podjechała bryczkami (współczułyśmy tym konikom, raz tylko spojrzałam łaskawym okiem na panią z kilkuletnim dzieckiem na rękach, które usnęło. Trudno byłoby pokonać 10 km, trzymając je w ramionach.). My jednak należałyśmy do grona tych przybyłych ze szlaku.

L: Przeżyłam.

Piąteczka! Ścisnęłam jej dłoń tak po kumpelsku.

W: Dać Ci koronę i medal?
M: Deser z koroną.

Postanowiłyśmy iść w nagrodę na gofry lub lody po powrocie. Należało się nam po przebyciu już dotąd 16,5 km i spaleniu 1412 kcal (po całym dniu 27 km i ponad 2000 kcal). Tymczasem nagrodą były piękne widoki, trudne jednak do uwiecznienia przy takim tabunie ludzi.

Wracałyśmy asfalcikiem, na spokojnie. Szli czterej panowie. Jeden się ekscytował przebytą trasą jak ja, drugi mówił, że może jak wspomni to za miesiąc, to będzie zadowolony. Spytałam L jak ona i odparła, że ona za rok to doceni.

M: Na ten wodospad wejść to jeszcze, ale zejść. To było trudne, ale satysfakcjonujące.
L: I kto to mówi, człowiek pająk.
M: Spiderwoman.

W nagrodę za trud tego dnia i także z ciekawości kupiłyśmy sobie z L modne w tym sezonie slushe czyli jakby zmrożone napoje. Ona wybrała jagodowy, ja asekuracyjnie cytrynowy, nie chcąc zafarbować aparatu.

L: Stwierdzam, że to nie jest warte swojej ceny.
M: Ja też, ale chciałam spróbować.
L: No ja też.
M: Mi to przypomina, jak w dzieciństwie mroziłam sok w plastikowym kubeczku i potem to kruszyłam.
L: Mroziłaś sok?
M: Tak, mieliśmy takie czerwone, plastikowe kubeczki w owocowy wzór. Dwa, jeden dla mnie, drugi dla mojego brata.

Podróż powrotna upłynęła nam na rozmowie i przeglądaniu zdjęć, których tego dnia powstała rekordowa ilość.

M: Dziś nawet ja jestem zmęczona.
L: Jak nawet pajęczyca się zmęczyła, to czuję się lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *