Ojcowski Park Narodowy – na Szlaku Orlich Gniazd

Sobota miała być najbardziej wymagająca, jeśli chodzi o dystans i liczbę obiektów godnych uwagi. Pierwszy z nich, zamek w Ojcowie, był jednak dość blisko i otwierano go o 9.00, więc nie musiałyśmy zrywać się o brzasku 😉 Tak naprawdę nie narzuciłyśmy sobie presji czasu, skoro byłyśmy na urlopie. I tuż przed 9, to my dopiero wyszłyśmy. Ruszyłyśmy z naszego lokum na północ, mijając przy tym drewnianą zabudowę, dawniej być może mieszkalną, dziś raczej zostawioną samą sobie poza jednym budynkiem zaaranżowanym pod turystów. Naprzeciwko znalazłyśmy tablice opowiadające o tym, że Ojców był kiedyś uzdrowiskiem. Wypatrzyłyśmy także punkt gastronomiczny oferujący lody włoskie, ale zwący się „Bazar warszawski”, co uznałam za geograficzną ciekawostkę 😉 Postanowiłyśmy podejść tam na koniec dnia, w nagrodę po długiej trasie.

W parku przy Ekspozycji Przyrodniczej OPN czytałyśmy tabliczki dotyczące rosnących tu roślin. W głębi trawnika dostrzegłyśmy też kamień ogrodzony drewnianym płotkiem, co robiło wrażenie miejsca upamiętnienia, ale stojąc na ścieżce nie byłyśmy w stanie niczego się doczytać. Za to wymarzyłam sobie tego dnia, że zapozuję w koszulce, którą dostałam na 28. urodziny od mojej przyjaciółki. Stała się ona dla mnie czymś wyjątkowym, bo z przodu widniał adres mojego bloga, a z tyłu przyjaciółka kazała umieścić moje nazwisko i nr 8 (pomyliła się, bo moją ulubioną cyfrą jest 9, ale pocieszyłam ją, że w swojej szkolnej karierze miałam w dzienniku numery 5, 8 i 9, więc ta ósemka nie jest tak od czapy 😉 i też do mnie pasuje). Zabrałam zatem tę koszulkę w podróż, bo w sportowych ubraniach super się wędruje, a poza tym nie miałam jeszcze okazji tak naprawdę się nią nacieszyć, bo urodziny miałam we wrześniu, a poprzedni sezon biegowy skończyłam w sierpniu. No i tak pojechała ze mną do Ojcowa i już w drodze do zamku podjęłam pierwszą próbę uwiecznienia jej.

Pierwszym obiektem, jaki tego dnia zwiedziłyśmy, były właśnie ruiny zamku w Ojcowie. Przy prowadzących do nich schodach znalazł się głaz upamiętniający partyzantów Armii Krajowej, których rozstrzelano tu w 1944 r. U góry najpierw zobaczyłyśmy dwie tabliczki. Pierwsza informowała, że budowa zamku była częścią prac fortyfikacyjnych zleconych przez Kazimierza Wielkiego, a nazwa miała upamiętniać tułaczkę jego ojca, Władysława Łokietka. Na drugiej mogliśmy zobaczyć cały Szlak Orlich Gniazd, na który składało się 11 zamków i o czym uczyliśmy się w ramach geografii na kursie przewodnickim. Ze względu na długość szlaku (ponad 160 km) miałyśmy w planie 2 zamki, ale chciałyśmy wędrować właśnie ich szlakiem, oznaczonym na mapie jako czerwony.

Weszłyśmy na teren ruin i ucięłyśmy sobie pogawędkę z panem sprzedającym bilety. Był przemiły. Następnie zabrałyśmy się za zwiedzanie. Do dziś przetrwały zaledwie brama wjazdowa, wieża i fragmenty murów. Urzekł mnie jednak szkic prezentujący jak zamek wyglądał w przeszłości i chyba w tym miejscu zatrzymałam się najdłużej. Spacer po ruinach przypominał nieco chodzenie po parku, były tu nawet tablice przyrodnicze. Ponadto oglądałam mury, na tle jednego dałam się sfotografować, zaglądałam na dno studni i opowiedziałam koleżance, że zamki wyżynne przyjmowały kształt wzgórza, a nizinne budowali głównie Krzyżacy na planie prostokąta lub kwadratu. Podeszłyśmy na punkt widokowy przy wieży, skąd rozciągał się widok na Dolinę Prądnika. Podobało mi się, że w większości tego typu miejsc Ojcowski Park Narodowy postarał się o tabliczki wskazujące, na co się patrzy. Dopatrzyłam się także chorągiewki z datą 2018 nad bramą wjazdową zamku, ale zapomniałam zapytać pana o jej znaczenie. Za to nie zabrakło dat wewnątrz wieży, bo mieściła się tam niewielka wystawa o historii zamku i jego makieta. Wieża była dawniej izbą straży, która zajmowała się też otwieraniem i zamykaniem bramy wjazdowej. Wychodząc, życzyliśmy sobie z panem miłego dnia. Zrobiłyśmy sobie też kilka zdjęć przed wejściem, a na kamiennej ławce dostrzegłam nawet herb, którego jednak nie umiałam rozszyfrować mając do dyspozycji pulę herbów sfotografowanych na wystawie.

Wróciłyśmy na szlak czerwony, na tym odcinku wspólny z niebieskim. Dość płaską, wąską ścieżką pośród krzewów dotarłyśmy do kaplicy „Na Wodzie”, inaczej Św. Józefa Rzemieślnika. Kościółek był zaaranżowany jak na ślub i nawet tasiemką ogrodzono teren parkingu, by nikt inny nie zatrzymał tam auta. Dalej minęłyśmy źródło św. Jana, sąsiadujący z malutkim budynkiem z datą 1933. Po niezłych przebojach, wędrówkach po błocie, które nie zdążyło tu przeschnąć po zeszłotygodniowych deszczach, wyszłyśmy zgodnie z mapą na główną drogę na wysokości młyna i tartaku wodnego.

W tym miejscu szlak wzbudził w nas największe emocje, bo sugerował spacer fragmentem głównej drogi, gdzie jeździły auta, a zakręt przed nami był dość ostry i miał prawie paraboliczny kształt, a biegnąca wewnątrz tej paraboli skała totalnie ograniczała widoczność. Szłyśmy gęsiego jak najbardziej z boku drogi, ale i tak momentami miałyśmy stracha. Dopiero za skrzyżowaniem dało się znów wejść na leśne ścieżki, początkowo o dużym skosie.

Na naszej trasie minęłyśmy stanowisko przyrodnicze, z wisienką stepową i astrem gawędką. Nieopodal znajdował się kolejny punkt na naszej trasie – Pustelnia Błogosławionej Salomei (córki Leszka Białego). Teren był otoczony murem, a uwagę zwracała już brama wejściowa. Na murze widniały rzeźby postaci znanych z historii, głównie męskich (Bolesław Wstydliwy, św. Kinga, Koloman Węgierski czyli mąż Salomei, Henryk Brodaty), ale wypatrzyłam też jedną wyglądającą znajomo i słusznie zauważyłam, że “to jest chyba święta Jadwiga [Śląska], bo trzyma kościół” 😉 Ponadto pośrodku stała Kolumna Błogosławionej Salomei. Zaciekawiło mnie również wnętrze kościoła Wniebowzięcia Marii, maleńkiego, ale zdobnego (podziwiałam np. witraże ze św. Marcinem i św. Hubertem). Podejrzewałam, że mógł być barokowy. Za nim schodziło się do monumentu ze słoniem u podstawy (wzniesiony został na pamiątkę odsieczy wiedeńskiej), a ścieżka prowadziła do potrójnej groty – Jaskini Marii Magdaleny, Pustego Grobu Marii i Jaskini Św. Jana Chrzciciela.

Dalej czerwony szlak ponownie łączył się z główną drogą. Na tym odcinku minęłyśmy Skały Wdowie. Przy nich znów wchodziło się w las, a potem wędrowało bocznymi ścieżkami. Raz spytałyśmy mieszkańca o drogę, poszłyśmy bowiem za daleko i znalazłyśmy się już na czarnym szlaku (w Wielmoży). Nim bez wątpliwości dotarłyśmy do Pieskowej Skały.

Zakupiłyśmy bilety, podbiłyśmy pieczątki i nabyłyśmy kolejne pamiątki – w moim przypadku pocztówki i książeczkę o Szlaku Orlich Gniazd. Zrobiłyśmy kilka zdjęć ogólnych i poszłyśmy zwiedzać wystawy wewnątrz… których nie można było fotografować. Dodatkowym ewenementem w porównaniu do dotąd odwiedzanych przeze mnie muzeów było nakładanie specjalnych kapci z gumką na własne buty. Momentami podłoga zdawała się śliska, ale poza tym nie było to szczególne utrudnienie, a nawet żałuję, że nie zrobiłam fotki jak toto wyglądało na nogach 😉

Skoro zabroniono robić zdjęcia wnętrzom i eksponatom (najbardziej żałowałam rzeźb gotyckich i zegarów), to postanowiłam robić notatki. Sale były zaaranżowane według stylów, a kolejną wystawę poświęcono historii obiektu. Zwiedzający otrzymywali spis dzieł, który miało się w rękach podczas zwiedzania kolejnych sal, co ułatwiało oglądanie, ale i ja poczyniłam zapiski tam, gdzie coś interesowało mnie szczególnie:

– Sepecik inkrustowany

– Reflektor mosiężny Gdańsk XVII wiek, na nim przedstawione ukrzyżowanie i ostatnia wieczerza, a u góry jeszcze Chrystus jako triumfujący.

– Szafa Gdańsk 1700 r.

– Późny barok zegar francuski, sekretarzyk niemiecki

– Niemiecki mały, tzw. zegar wieżyczkowy

– Rokoko, posąg konny Fryderyka Augusta III, rzymskie 1736 r.

– Quit ut deus na tarczy, archanioł Michał walczy z diabłem

– Tafelki z majoriki

– Zegar ścienny obrazowy, wkomponowany w obraz, sala klasycyzm, nr 50

– Sala secesja, nr 47, dar Karoliny Lanckorońskiej

– Historia: Szafrańcowie herbu Starykoń, XV-XVI wiek, nadał go Ludwik Węgierski, potwierdził Jagiełło

– Potem Zebrzydowscy herbu Radwan w XVII wieku, aż weszli Szwedzi w 1655 r.

– Wielopolscy herbu Starykoń po Szwedach, potem pożar w 1718 r., odwiedziny Poniatowskiego w 1787 r.

– Mieroszewscy herbu Ślepowron od 1842 do 1896 r.

– Tablica z wykutym napisem po łacinie jedno S lustrzanie zapisane

– Po wojnie już w 1947 r. wiadomo było, że wyremontują i zrobią muzeum, podlega
pod Wawel od 1963 r.

Po opuszczeniu zamku skierowałyśmy się ku Maczudze Herkulesa. Zrobiłyśmy sobie całą sesję zdjęciową z tą niezwykłą skałą, co nie było prostym zadaniem, bo wielu turystów wpadło na ten sam pomysł 😉

Chwilę przysiadłyśmy nad mapą, by zastanowić się nad inną drogą powrotną i wybrałyśmy żółty szlak, częściowo pokrywający się z niebieskim. Trasa była bardzo prosta, czasem wręcz banalna. Ale choć na dłuższych odcinkach szłyśmy asfaltem lub chodnikiem, nie były to zbyt ruchliwe ulice. Większy problem stanowiły oznaczenia szlaku. Żółty kolor nie zawsze było łatwo dostrzec, a ścieżki w kilku miejscach biegły niejednoznacznie i ze dwa razy użyłyśmy nawet GPS-a.

Na naszej drodze znalazł się kościół Św. Katarzyny w Sąspowie z datą 1925 przy furtce, a także kilka źrodełek, m.in. Źródło Harcerza. Zapozowałyśmy z kilkoma ciekawymi skałami i natrafiłyśmy na przystanki ścieżki przyrodniczej o ptakach i bobrach. Szczególnie ostatni odcinek (niespełna 3 km) przeszłyśmy bardzo szybko. Po całym dniu Endomondo koleżanki wskazywał 25,12 km. Całkiem niezły rezultat. Czułyśmy to nieco w nogach. Widziałyśmy też, że po całym dniu na świeżym powietrzu pojawiły się zaczątki opalenizny. Z dumą stwierdziłyśmy, że wykonałyśmy plan na dziś ze sporą nadwyżką, co pozwoliło nam nieco zmienić plany na kolejny dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *