Przedostatni spacer po Śródmieściu odbyłam w pojedynkę. Wystartowałam na przystanku tramwajowym Chmielna, planując rozpocząć wędrówkę od ulicy o tej samej nazwie. Najpierw jednak zeszłam z przystanku do tunelu, gdzie spędziłam dłuższy moment, zwabiona widokiem graffiti. Były już zniszczone, zarówno upływem czasu, jak i przez grafficiarzy mażących na ścianach przypadkowe napisy, ale mimo to udało się dostrzec ich główny koncept oraz dopatrzeć się gdańskich detali.



Wyszłam na Chmielną i rzuciłam okiem w kierunku północnym – poza wieżami znanych śródmiejskich budynków, od razu skupiłam wzrok na spichlerzach. W końcu Podwale Przedmiejskie przecinało na dwie części właśnie Wyspę Spichrzów. Idąc już na południe, natrafiłam na spichlerz znany powszechnie jako Błękitny Baranek, stanowiący jeden z oddziałów Muzeum Archeologicznego, który miałam nadzieję w przyszłości odwiedzić. Oficjalną nazwą spichlerza było jednak „Wisłoujście” i pochodził on z XVIII wieku.



Przy ogromnym budynku z czerwonej cegły biegła ulica Jaglana. Póki co rzuciłam w nią okiem i ruszyłam dalej Chmielną ku kolejnym pozostałościom spichlerzy. Po drodze trafiłam na ciekawostkę w postaci namalowanego na chodniku parkingu dla hulajnóg. Takowe powstawały w wielu miejscach w Gdańsku, aby okiełznać nieco porzucanie tych pojazdów jak leci, ale nie oznaczało to tym samym zmiany ludzkiej mentalności, czego dowodem była hulajnoga odstawiona może ze trzy metry dalej.


Na tym odcinku najbardziej zaintrygował mnie spichlerz „Gdańsk” i sąsiadujące z nim „Elbląg” i „Toruń” – całościowo dość obszerny kompleks, ale wyglądający nie zostawiony sam sobie i niezaadaptowany, pomimo tabliczek, że stanowiło to własność prywatną. Klimatyczne połączenie cegły z zielenią oczywiście było dla mnie inspirujące pod kątem estetycznym i fotograficznym, tym niemniej niszczejące i osamotnione zabytki to nic, co chciałby oglądać człowiek zafascynowany historią miasta. Dobór nazw też wydał mi się nieprzypadkowy, skoro te trzy miasta były w Prusach Królewskich nazywane „wielkimi”. Wszystkie trzy spichlerze przypisano według tablic jako XVIII-wieczne, przy kolejnym natomiast spichlerzu „Pod Koroną” znalazła się data roczna (1755 rok). Położonego kawałek dalej spichlerza nie opatrzono tabliczką z nazwą, natomiast nie zabrakło takich z ostrzeżeniami, że grozi zawaleniem i zakazami, które miały przyczynić się do zachowania bezpieczeństwa. Jednocześnie teren wokół niego ogrodzono.




Dużym kontrastem dla kilkusetletniej zabudowy była ta współczesna na końcu Chmielnej. W tym miejscu zawróciłam i weszłam we wspomnianą wcześniej Jaglaną. Bez większych przygód dotarłam nad wodę i „błądziłam” między zabudową ulic Wspornikowej i Owsianej, zaglądając uważniej w co ciekawsze zakamarki. Generalnie teren wyglądał tym ładniej, im bliżej Podwala się znajdowałam, ale nie był szczególnie zaadaptowany np. na cele spacerowe. W tym miejscu pod Podwalem dało się zarówno przejechać, jak i przejść, z czego skorzystałam, przy okazji mijając graffiti Lechii.



Wychodząc na drugą stronę, znalazłam się na ulicy Pszennej, gdzie pierwszy rzucił mi się w oczy hotel, a obok szereg nowych budynków (też mieszczących hotel) inspirowanych kształtem spichlerzy, tymczasem za nimi obrazek domykały widziane wcześniej dwa autentyczne spichlerze. Do tych ostatnich podeszłam bliżej. Teren wyglądał na plac budowy, więc byłam ciekawa, co w nich powstanie. Tymczasem były to po prostu ceglane mury bez okien, choć i bez nich wpisywały się w moją estetykę.


Bardziej nowocześnie wyglądała tutejsza część ulicy Chmielnej, którą przeobrażono jakoby w deptak spacerowy, dodając ławeczki i pojedyncze drzewka. Odbiłam w lewo na most Krowi, niezmiennie dziwiąc się, że drogowskaz kierował tu na Główne Miasto, wciąż nazywając je „Old Town” zamiast „Main Town” czy coś w ten deseń. Z mostu podziwiałam spichlerze Korzec i Biały Pies, odznaczające się budową szachulcową (bądź jej imitacją). Swoją siedzibę miał tutaj ZUS, co dało się przeczytać od frontu. Dwa kolejne spichlerze chciałam podejrzeć z bliska, sczytując ich nazwy z Mostu Zielonego, ale okazało się potem, że to jednak za daleko i nic nie widać.



Idąc dalej przez Żytnią, trafiłam na relikty jakiejś ceglanej zabudowy. A między Żytnią a Spichrzową tabliczka informowała o „Głębokich wykopach”, choć zza blachy wiele nie było widać. Na samej Spichrzowej pierwsza w oczy rzuciła mi się Willa Biała Lilia i wśród płaskorzeźbionych zdobień rzeczywiście miała lilię, która skojarzyła mi się momentalnie z dynastią Sobiesławiców. Towarzyszących jej popiersi jednak nie potrafiłam zidentyfikować. Skręciłam w lewo, mijając przy tym tajemniczy kufer i równie zaskakujące malunki.


Z kolejnego odcinka Chmielnej wyszłam na Stągiewną. Skierowałam się od razu ku Stągwiom Mlecznym, dawniej stanowiącym bramę miejską, opatrzoną trzema herbami – ten najmniej może rozpoznawalny, z mieczem w uniesionej ręce, należał do Prus Królewskich. Z mostu dało się dostrzec także znak wysokiej wody. Następnie przeszłam się wzdłuż mariny ulicą Motławską. Zrobiłam niejako pętelkę na tym cyplu. Na krańcu ceglany mur wkomponowano w nowszą zabudowę. Widać było, że cegły pochodziły z różnych okresów i sam sposób ich łączenia był nieco inny w różnych fragmentach. Nie obyło się też oczywiście bez sesji Motławy z Żurawiem i spichlerzami na Ołowiance. Tego widoki nigdy dosyć. Sołdek był akurat zabrany celem odnowienia.





Zrobiłam nawrotkę na południe wzdłuż nowoczesnej zabudowy, będącej swego rodzaju wariacją na temat historycznych spichlerzy. Część zaadaptowano na lokale gastronomiczne. To, co mnie cieszyło, to fakt, że teren zaadaptowano na spacerowy, a jeszcze parę lat temu nie wyglądał reprezentacyjnie. Zyskaliśmy także fajny punkt widokowy na Długie Nabrzeże z bramami wodnymi.



Przeszłam przez Most Zielony. W Zielonej Bramie sprzedawano tańczące choinki z muzyczką, choć mieliśmy dopiero początek listopada… Za to Długi Targ jak zawsze witał w pełnej krasie. Choć przechodziłam tędy w ramach spaceru śladami Fahrenheita, tym razem faktycznie postanowiłam zawiesić oko tu i ówdzie, choć przecież przechodziłam tędy setki razy. Na pewno na swojej liście do odwiedzenia w przyszłości miałam prywatne muzeum poświęcone historii Wolnego Miasta Gdańska. [w okresie między wycieczką a publikacją już to nadrobiłam] Obok warto było przyjrzeć się malunkom pod arkadami. Z tego miejsca przyjrzałam się także ulicy Pończoszników.

Na Długim Targu zatrzymałam wzrok na kamienicy przy samym skrzyżowaniu z ulicą Powroźniczą, bo zdobiły ją liczne malunki. Chwilę później weszłam jednak niemal naprzeciwko do Informacji Turystycznej. Planowałam obejrzeć Lwa Heweliona (WOŚP), którego mieli w środku. Tam pogadałam sobie z panią, że umieszczone na podłodze, prowadzące do niego odbicia lwich łapek to naprawdę fajny pomysł pod kątem dzieciaków. Pani uraczyła mnie informacją, iż aktualnie [2020] lwów mieli dwanaście, a kolejne dwa (Pirat, Handlarz) znajdowały się już w warsztacie rzeźbiarza. Dostałam też mapkę, która pomagała odszukać wszystkie lwy – choć widziałam je wcześniej, uznałam to za fajną pamiątkę gdańską. Poza tym co jak co, ale mapy to ja uwielbiam! 😉

Opuszczając budynek, przyjrzałam się ponownie południowej pierzei ulicy Długi Targ. Choć to kamienice o numerach 17 i 18 zaciekawiły mnie bardziej, w rejestrze zabytków znajdowała się fasada z przedprożem kamienicy pod numerem 19. Dodatkowo zdobiły ją malunki nawiązujące do znanych postaci, w tym naukowców – Kopernika i Heweliusza. Wyróżniająca się niebieską barwą kamienica obok miała z kolei ciekawe rzeźby atlantów.
Chciałam podejść także bliżej przedproża z Lwem Hewelionem Fahrenheitem, ale trwała akurat sesja ślubna i postanowiłam nie przeszkadzać. Natomiast szli sobie państwo, którzy zwrócili uwagę na termometr i barometr, więc postanowiłam ich uświadomić, że jest też Lew Fahrenheit, a oni zatrzymali się i odczytali temperaturę: 50˚F czyli około 10˚C. Gdy okoliczności pozwoliły, chwilę później rzeczywiście podeszłam i ja do Lwa Heweliona.



W obrębie północnej pierzei dół jednej z kamienic zajmował lokal gastronomiczny, więc malunek prezentujący ucztę pasował tam jak znalazł. Ale nie mniej ciekawa była tablica, do której udało mi się podejść. Upamiętniała ona Franciszka Kręckiego, działacza polonijnego, zamordowanego w Stutthofie. Przy tej okazji odwiedziłam także ulice Kuśnierską i Kramarską. Dom na skrzyżowaniu z tą drugą oznaczono jako Dom Eugeniusza Kwiatkowskiego, co mnie zaskoczyło i było dla mnie nowością.
Poświęciłam także chwilę, by przyjrzeć się enty raz, z bliska, Złotej Kamienicy, Dworowi Artusa, spędziłam chwilę fotografując Neptuna i Ratusz Głównego Miasta. Następnie ruszyłam ulicą Długą, biegnącą lekkim łukiem. Zaglądając z niej w Kaletniczą, przy tabliczce z nazwą wypatrzyłam stwora, który skojarzył mi się z diabełkiem. W dłoni trzymał sakwę, być może z pieniędzmi. Tymczasem kamienna tablica nieopodal upamiętniała Bernarda Filarskiego, który miał tu swój gabinet stomatologiczny. Była to kolejna ofiara Stutthofu, na której upamiętnienie natrafiłam tego dnia. Na końcu ulicy jawiła się już bryła Kościoła Mariackiego, kontynuowałam jednak przemarsz Długą.






Przeszłam się nią aż do Złotej Bramy przebiegając wzrokiem po obu pierzejach, bo ozdobnych detali tu nie brakowało. Wiele płaskorzeźbionych postaci, pilastry, skręcone kolumny, ozdobne gzymsy, medaliony i wiele, wiele innych. Odbiłam tylko na chwilę w Lektykarską, która dla kontrastu wydała mi się prosta i skromna, ale ciekawostką okazał się nieznany mi wcześnie malunek przedstawiający mężczyznę z gitarą.
Przy Tkackiej z kolei natrafiłam na tablicę, która przypominała sylwetkę Franka Meislera, który ocalał dzięki tzw. Kindertransportom i był autorem upamiętniających to pomników, z których jeden swego czasu, przed remontem dworca, znajdował się właśnie w jego pobliżu. Naprzeciw kamienicę opatrzono charakterystycznym hasłem: „Navigare necessum est, vivere non necesse” – jakże adekwatne dla miasta portowego.





Przy Złotej Bramie zajrzałam w Wełniarską, jakby na zaplecze Dworu Św. Jerzego, spacerując w pobliżu reliktów murów miejskich. Przez Bramę wyszłam na Targ Węglowy. Tablica upamiętniająca śmierć prezydenta Adamowicza była okolona kwiatami, analogicznie jak widziany podczas poprzedniego spaceru pomnik Sobieskiego. Podeszłam bliżej Wieży Więziennej i Bramy Wyżynnej, skąd Dwór Św. Jerzego wyglądał zdecydowanie okazalej i skąd widoczna była rzeźba samego świętego, uwiecznionego oczywiście w pozie walki ze smokiem. Stamtąd odbiłam w stronę Drzewka Milenium Gdańska, a dalej podeszłam pod mury i Basztę Słomianą. Ten zakątek był naprawdę uroczy i wydał mi się pomijany przez turystów, co mogło byś interpretowane zarówno jako wada, jak i zaleta.




Przeszłam obok Wielkiej Zbrojowni i koło Teatru Wybrzeże i tzw. Starej Apteki odkryłam jeszcze ulicę Teatralną. Zatrzymałam się na dłuższą chwilę przy portalu z lwami trzymającymi gdański herb, których jeszcze do niedawna nie dało się podziwiać w takiej krasie.
Wyszłam ostatecznie na ulicę Św. Ducha i odbiłam tam w prawo. Najpierw zajrzałam w Latarnianą, gdzie na wyobraźnię oddziaływały fragmenty murów, widziane jakby od wnętrza dawnych granic miasta. Kolejna na mojej trasie była Węglarska, na wejściu zaś mój wzrok przyciągnęły płaskorzeźbione zdobienia jednej z kamienic oraz obramowania okien tej, która z nią sąsiadowała.





Skręciłam wkrótce w Kołodziejską i dotarłam nią aż do Wielkiej Zbrojowni. Mnogość detali tego budynku prosiła się o opowieść z ust każdego mijającego ją przewodnika, a i mnie jako absolwentkę kursu przewodnickiego niezmiennie przyciągała i inspirowała. Zrobienie zdjęcia obiektu w pełnej krasie nie było zadaniem prostym, ale gdy osiągnęłam względnie satysfakcjonujący efekt, ruszyłam dalej Piwną, zaczynając od oglądania płyt przedprożowych już od pierwszych chwil. Budynek otwierający południową pierzeję miał również ciekawy portal, a podchodząc bliżej północnej strony, przystanęłam przy rzygaczu, skąd zrobiłam rzut na całą Piwną. Jeden z budynków zwracał także uwagę swoją rynną z herbem miasta.






Na moment zajrzałam w Kozią, przystając przy malunku głoszącym, iż „milczenie czasem potrafi zabić”, po czym ruszyłam dalej aż do Placu ks. Zator-Przytockiego, podziwiając na tym odcinku niejeden portal. W obrębie samego placu przyjrzałam się płaskorzeźbom na jednej ze ścian, poczułam ogrom Kościoła Mariackiego (do którego tym razem nie wchodziłam) oraz podeszłam do stosownie mniejszej makiety, a pozwalającej spojrzeć na świątynię w pełnej krasie mimo ludzkich rozmiarów. Przespacerowałam się wzdłuż południowych ścian świątyni, natrafiając przy tym na graffiti po przeciwnej stronie ulicy.






Za skrzyżowaniem Piwna zmieniała się w Chlebnicką, a pierwszą odnogą, na którą trafiłam, była Klesza, którą odwiedziłam bez większych przygód, ale drogowskaz z nazwą był interesujący. Kontynuowałam zatem spacer przez Chlebnicką. Całościowo ulica oferowała dużo ciekawostek, bo zaczynała się na tyłach Dworu Artusa, na dziedziniec dało się wejść, a nawet przed furtką znajdował się już zdrój z lwim motywem. Po drodze mijało się co i rusz inną przykuwającą wzrok kamienicę. Ulica kończyła się elegancką bramą wodną, ze znajdującym się nieopodal tzw. Domem Angielskim, znacząco wyższym od przeciętnej kamienicy. Widziałam tam dwóch panów, gdy akurat zatrzymałam się, by sfotografować ów najokazalszy z tutejszych budynków.
– Widzisz ten odrestaurowany wysoki dom po prawej? – zapytał jeden drugiego. – Tutaj jest akademik ASP.
– To jest Dom Angielski i to jest zabytek – wtrąciłam się z uśmiechem.
Pan spojrzał na mnie, po czym na kolegę i dodał:
– Widzisz? I tu się imprezowało.
Rozwalona jego szczerością, uśmiechnęłam się pod nosem, myśląc, jak ludzie potrafią się od siebie różnić. Odczekałam, aż panowie poszli i oddałam się fotografowaniu owej perełki.
Spędziłam chwilę, spacerując ulicą Grząską, ale obróciwszy się uznałam, że powalczę o jeszcze lepszy kadr z Domem Angielskim. Stamtąd podeszłam do samej bramy, wchodząc także pod jej sklepienie. Dalej ruszyłam ulicą Dzianą, która powiodła mnie aż do Mariackiej.








I tak przeszłam się Mariacką, prowadzącą od kolejnej z bram wodnych do Kościoła Mariackiego, a jednocześnie przez wielu uznawaną za jedną z najbardziej klimatycznych ulic dawnego Gdańska, z czym trudno się nie zgodzić. Na początek przyjrzałam się płytom przedprożowym przy remontowanym akurat Muzeum Archeologicznym, przy czym szczególnie zainteresowała mnie postać trzymająca czaszkę i druga z globusem. Po drugiej stronie Bramy Mariackiej zaczynała się ulica Mydlarska, wyróżniająca się kolejną zaadaptowaną zgodnie z nazwą tabliczką.



Ruszyłam następnie przez samą Mariacką, po drodze zaglądając w Mokrą i Krowią. Minęłam niejeden ciekawy architektonicznie budynek, w tym przystanęłam przy kolejnych płytach przedprożowych. Na Mariackiej mieściła się także biblioteka z gdańskimi zasobami i kawiarnia, w której spotykałam się ze znajomymi, którzy na co dzień mieszkając w Łodzi, regularnie odwiedzali Gdańsk. Oczywiście nie zabrakło stoisk z bursztynem i miejskimi pamiątkami. W oko wpadła mi także metalowa ozdoba przy wejściu do Domu Aktora.



Przez maleńką uliczkę Plebania wyszłam na Podkramarską, trafiając jednocześnie na herb Ferberów z trzema głowami dzików na mijanym portalu. Skręciwszy chwilę później w prawo, dotarłam ponownie do ulicy Św. Ducha. Spędziłam moment przed Kaplicą Królewską, uśmiechając się na widok upamiętnienia Sobieskiego, kojarzącego mi się momentalnie z moim ulubionym Heweliuszem, po czym podeszłam jeszcze do lwów wchodzących w skład Fontanny Czterech Kwartałów.



Kończąc powoli swój spacer, skierowałam się ulicą Św. Ducha ku tramwajom, po drodze odwiedzając jeszcze Szewską, gdzie na rogu znajdowała się tablica ku pamięci Floriana Ceynowy, a także zaglądając na moment w ulicę Złotników. Już bez większych przygód udałam się w drogę powrotną.


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z tego spaceru!
