Z moją wizytą w Łodzi wiąże się ciekawa historia. Jego znam od 5 lat. Poznaliśmy się na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. I rok później wciągnęłam go nawet w projekt gdański! Po prostu spotkaliśmy się pod Żurawiem, powiedziałam mu, nad jakim przedsięwzięciem pracuję i spytałam, czy chciałby być jego częścią. Jakiś czas później poznałam ją, jego dziewczynę 🙂 Polubiłyśmy się właściwie od razu. A jako para odwiedzają Gdańsk dwa razy w roku, za każdym razem traktując spotkanie ze mną jako obowiązkowy punkt programu, co jest niezwykle miłe i co prowokowało nas niejednokrotnie do rozmów, kiedy z kolei ja odwiedzę Łódź.
Wybranie się tam zajęło mi rok czy dwa i potrzebowałam dodatkowego impulsu, który zablokuje termin w kalendarzu. Spektakl w Teatrze Muzycznym, o czym opowiem więcej później, był czynnikiem, który z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem zdeterminował moment mojej rewizyty 😉 Jednak to było też coś niesamowitego, bo cała nasza trójka miała kilka miesięcy frajdy z odliczania i bycia z myślami, że to wydarzy się naprawdę!

Choć uwierzyłam w to dopiero w pociągu, chodziłam podekscytowana już na kilka tygodni przed. Jednocześnie czułam się dziwnie z faktem, że to znajomi mieli być moimi przewodnikami po Łodzi, w której miałam gościć po raz pierwszy, bo najczęściej to ja planuję wyjazdy z ludźmi niemalże od A do Z. Stworzyłam więc swoją własną listę „zobacz koniecznie”, mając mgliste pojęcie, co warto i co damy radę zobaczyć, zdając się zatem w tym temacie na znajomych. Miałam jednak ten komfort, że znając ich tyle lat, wiedziałam, że zawsze będę mogła do Łodzi wrócić, by zobaczyć więcej. Moja lista została przefiltrowana przez ich pomysł na wspólne zwiedzanie, o czego efektach już za moment.
Droga upłynęła mi spokojnie. Pociąg bardzo przypominał wewnątrz Pendolino, tylko jechał 5-6 godzin, a na dodatek zajechał do Łodzi spóźniony 25 minut. Siedziałam przez większość drogi sama i w spokoju przeczytałam ponad 300 stron 400-stronnicowej książki. Dawno nie czytałam czegoś o tak dopiętej na ostatni guzik fabule, pomimo poruszania wątków medycznych, psychologicznych, społecznych, kryminalnych, a jakby tego było mało, osadzenia całości w końcówce XIX wieku, która to epoka jest moim zdaniem również interesująca ze względu na ówczesne odkrycia. Dla mnie ta mieszanka była idealna, zatem polecam „Dyskretne szaleństwo”. Do Gdańska wróciłam z lekturą doczytaną do końca 😉
Na trasie pojawił się też nieco zabawny z racji rymu, ale ważny ze względu na problem społeczno-środowiskowy, akcent. Pan z Warsu naliczył Państwu cenę za dwie kawy i stawka ewidentnie Państwa zaskoczyła. W odpowiedzi usłyszeli:
– Teraz kasujemy za pokrywki jak w Biedronce za zrywki… Bo weszła ta cała ekologia.
Przed Zgierzem zaczęłam już więcej popatrywać za okno, pan za mną nieco odsłonił naszą wspólną roletę, a ja wodziłam oczami w poszukiwaniu kolorów jesieni, o czym pisałam niedawno na fanpage’u.

Wreszcie znalazłam się w Łodzi! Była bardzo ładna pogoda jak na październik 🙂 Koleżanka odebrała mnie z dworca, zrobiła mi też zdjęcie na jego tle. Z poziomu fotela pasażera, chłonęłam pierwsze łódzkie krajobrazy. Zaskoczyła mnie bryła „białego kościoła”, który ponoć nawet mieszkańcy tak nazywają. Znajdował się przy przelotówce (ulica Paderewskiego), a w połączeniu ze sklepami po przeciwnej stronie, droga skojarzyła mi się z odleglejszymi od centrum odcinkami ulicy Morskiej w Gdyni. Z drugiej strony dając się tak wozić, czułam się jak w Ełku, gdzie mam rodzinę, ale prawie nigdy nie chodziłam samodzielnie i kojarzę raczej punkty niż trasy. Zastanowiło mnie też i było dla mnie czymś wyjątkowym, że numery bloków były tu bardzo wysokie, trzycyfrowe, nawet na mniejszych ulicach. Okazało się, że numeracje niekoniecznie zaczynają się od 1.
Rozpakowałam się u koleżanki, gdzie miałam nocować i spędziłyśmy nieco czasu na posileniu się, malowaniu paznokci (paradoksalnie jest to motyw ważny i do niego wrócę) i babskich ploteczkach, aż dołączył do nas kolega. Wówczas okazało się, że musimy wyjść z domu o określonej porze, bo przyszykowali niespodziankę!


Podjechaliśmy w okolice Piotrkowskiej, po drodze mijając przystanek zwany lokalnie stajnią jednorożców. Zapadł już zmrok, więc byłam średnio zadowolona ze zdjęć kamienic na tej najsłynniejszej z łódzkich ulic, ale co nacieszyłam oczy to moje! <3 Zachwycałam się architekturą, ale nie mniej ciekawe były rzeźby przy poidełkach. Jedno z nich okalały figury dzieci i suma. Poza tym natknęłam się na pierwszy z pomników w ramach Galerii Wielkich Łodzian – kuferek Reymonta. Sfotografowałam się tam także nazajutrz, spoglądając pisarzowi w notatki 😉





Wkrótce po naszej prawej, przy numerze 120, pojawiło się wejście w ciekawy zaułek. Tym bardziej rozbudził on moją ciekawość co do niespodzianki. Nim dotarliśmy do celu, natrafiliśmy na podwieszone kolorowe parasole, co przywoływało dodatkowo uśmiech na moją buzię.

Niespodzianką okazał się Virtual House. Miejsce, gdzie uzbrojeni w gogle VR, słuchawki i po joysticku w każdej dłoni, mogliśmy grać w dowolnych przestrzeniach, stojąc tak naprawdę na zwyczajnych platformach (na moje oko jakieś 2×2 m). Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z taką technologią, ale podeszłam do tego z dużym zainteresowaniem. Jedyną moją obawą było to, czy zmieszczę swoje okulary wewnątrz gogli, ale się udało. Na rozgrzewkę grałam samodzielnie w zestrzeliwanie kosmicznych dronów i ciachanie owoców mieczami samurajskimi, ale tak naprawdę największą frajdę miałam podczas dwóch gier, gdzie mogliśmy grać wspólnie. W pierwszej z nich byliśmy broniącymi zamku trzema łucznikami. W drugiej wraz z koleżanką znalazłyśmy się w niezwykle realistycznym saloonie rodem z westernu i kryłyśmy się za filarami i beczkami, byleby nie dać się zestrzelić. Bilans był 1:3, ale uważam, że jako nowicjuszka dałam sobie radę całkiem nieźle. O realności widzianej przestrzeni niech zaświadczy fakt, że gdy po „stracie życia” przeniosło mnie w miejsce bez żadnej osłony, na strzał koleżanki zareagowałam odskoczeniem w bok. To było silniejsze ode mnie, choć wiedziałam, że nie powinnam tego robić. Później obsługa z sympatią śmiała się, jakobym prawie wleciała w ścianę, natomiast nie zdążyłam przekroczyć granicy platformy (wtedy pokazuje się specjalna siatka) i nikt nie musiał mnie łapać, jak zostało to anegdotycznie przedstawione 😉 Na koniec poprosiłam o zrobienie mi zdjęcia w pełnym uzbrojeniu i uzyskałam zgodę na publikację sfotografowanego logo na blogu 😉


Powróciliśmy na Piotrkowską i prócz licznych eleganckich kamienic dopatrzyłam się mnóstwa tabliczek historycznych. W jednej z witryn było również historyczne ogłoszenie, że „szukają super panien” 🙂 Za to osobiście znalazłam ławeczkę Tuwima. Przysiadłam się do poety, który trzymał w ręku tomik Kwiaty polskie, o którym rozmawialiśmy z moimi znajomymi kilkadziesiąt metrów wcześniej.


Dotarliśmy do Kamienicy pod Gutenbergiem, na której sfotografowaniu bardzo mi zależało. Mnogość detali skłoniła mnie do sugestii, byśmy wrócili tam nazajutrz, w świetle dnia.
Po przeciwnej stronie ulicy jedną z kamienic zdobiła za to płaskorzeźba… nóg. A kawałek dalej, przy fortepianie Rubinsteina, polskie piosenki przygrywał… gitarzysta. Całkiem nieźle mu szło.


Warto było spojrzeć pod nogi, bo i Łódź ma swoją aleję gwiazd. Została zdominowana przez branżę filmową. Były nazwiska, które odczytywałam po raz pierwszy, ale również znane (Wajda, Polański) czy kojarzące mi się z Gdańskiem (Cybulski).

Zajrzeliśmy z ciekawości do sklepiku z motywami folkowymi. Kupiłam tam łódzkie pocztówki i obejrzałam regionalne pamiątki, choć niekoniecznie tylko łódzkie. Najbardziej łódzkim i myślę, że znanym sporej rzeszy nie-łodzian akcentem były hasła wymieniane między lokalnymi klubami piłkarskimi, umieszczone na magnesach. W sezonie przedgrypowym może podam na przykład, że według napisów na murach „Widzew szczepi się na katar”, zaś „ŁKS śpi w skarpetkach”. A jakie Wy metody stosujecie? 😉


Na dalszym odcinku solidną porcję uśmiechu zagwarantowały nam siedzące przy szybie lokalu gastronomicznego dwie dziewczynki, które machały przechodniom.
– Pomachaj dziewczynkom – zasugerowała koleżanka, choć nie wiedzieliśmy, do kogo z nas kierowała te słowa.
Pomachałam i w zamian zostałam obdarzona dwoma promiennymi uśmiechami! 🙂 One rozświetliły nasze buzie, a miasto dawniej rozświetlał lampiarz, którego również ustawiono przy Piotrkowskiej w formie pomnika.

Kolejnym ciekawym zaułkiem był Pasaż Róży przy Piotrkowskiej 3. Ściany pokryto tam mozaiką z lusterek, co było mega fajne w nocy, ale wyobrażałam sobie , jak cudnie grałoby tu światło w dzień. Myślę, że zajrzę tu podczas kolejnej wizyty.


Tymczasem my zbliżaliśmy się do Placu Wolności, z charakterystycznym pomnikiem, o którym mówiliśmy już po drodze.
– Tadeusz.
– Kościuszko.
– Ten od insurekcji – dodał kolega.
– I w pewnym sensie „kumpel Pułaskiego” – zauważyłam.
– No tak – powiedział kolega.
– Znamy się trochę z Tadziem – uśmiechnęłam się.
– Mówiliśmy, że będziesz. Mówił, że poczeka – usłyszałam od koleżanki.
– Że mu się nie spieszy – dodał kolega.
Podeszliśmy pod sam pomnik, gdzie uwieczniono też kilka wydarzeń historycznych. Pojawienie się postaci Waszyngtona skojarzyło mi się z musicalem Hamilton, bo właśnie za jego rządów toczy się akcja spektaklu.


Następnie obejrzeliśmy budynki wokół, w tym kościół Zesłania Ducha Świętego. Zawróciliśmy Piotrkowską. Ciekawostką, którą przegapiłam wcześniej była tablica upamiętniająca Aptekę Pod Białym Orłem. Obejrzeliśmy też pozostałe gwiazdy wspomnianej alei.


Udało się nam też natrafić na pierwszą z rzeźb w ramach Łodzi Filmowej – Misia Uszatka. Może średnio przepadałam za tą bajką i z większym zaciekawieniem chciałam zobaczyć inne rzeźby z serii. Ale to jednak klasyk klasyków, no i mieliśmy po drodze. Poza tym spodobało mi się towarzyszące mu hasło „Łódź misię podoba” i plecak, który nosił 🙂

A ostatnią rzeźbą i zarazem ostatnią atrakcją wieczoru był… jednorożec. A raczej jego połowa, jakby druga gdzieś została w portalu z innego świata. Warto zaznaczyć, że budzi on mieszane uczucia w samych mieszkańcach. Jedno, co trzeba mu przyznać, to że jest zlokalizowany idealnie, bo obok… „stajni jednorożców” 😉

Drugiego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie rano z kolegą. Przejechałam się po raz pierwszy łódzkim tramwajem, gdzie bilety kupuje się w środku. Z okna zobaczyliśmy między innymi instalację, która do złudzenia przypominała mural, ale ptaszka stworzono z odpadów.


Wysiedliśmy w okolicy EC1, jakby od zaplecza, ale zostawiłam je sobie na kolejny raz. Tymczasem kierowaliśmy się ku jednej z największych stacji kolejowych w Europie. Łódź Fabryczna została gruntownie odremontowana, a po wejściu robiła swoimi gabarytami wrażenie sporego lotniska. Są też plany połączenia ze stacją Łódź Kaliska, pod ziemią niczym metro. Stacja nie pozostawiała obojętnym z jeszcze jednego powodu – ogromne przestrzenie były niemal puste. Nie spotkaliśmy na swojej drodze nawet 20 osób, a byliśmy tam dobry kwadrans. Za to sfotografowałam ciekawe i zadbane graffiti oraz niemałą ciekawostkę – kamienice wewnątrz dworca (choć raczej pełniące funkcję estetyczną niż mieszkalną).


Następnie skierowaliśmy się do Łódzkiego Domu Kultury, przed którym umieszczono pomnik Piłsudskiego. ŁDK też opisano zresztą jako „dom-pomnik marszałka”. Znaleźliśmy tam również kolejną rzeźbę rodem z bajki. Na „Zaczarowanym ołówku” dosyć mi zależało, bo faktycznie jako dziecko lubiłam tę bajkę. Planowałam zobaczyć jeszcze dwie rzeźby, choć było ich więcej. Natomiast nie zamierzałam nadkładać drogi przy tak małych zasobach czasowych dla bohaterów, których ledwo kojarzyłam.


Minęliśmy pomnik Piłsudskiego i podeszliśmy pod jedną z piękniejszych budowli w Łodzi. Choć częściowo była ogrodzona i było to widać na zdjęciach, urzekła mnie całą sobą. Gdybym miała możliwość, chętnie zajrzałabym do środka. Cerkiew, bo o niej mowa, nosiła imię Aleksandra Newskiego.



Ulicą Narutowicza udaliśmy się w stronę Teatru Wielkiego, przed którym mieściła się sporych gabarytów fontanna. Ponoć łodzianom kojarzyła się jednoznacznie, ale jako kobieta bardziej przyglądałam się rzeźbom mężczyzn przy wejściu jednej z kamienic na Narutowicza 😉 Była to Kamienica Pod Atlasami, choć zapisałam błędnie adres w notesie i do powrotu do domu myślałam, że to jedynie obiekt o analogicznej genezie. Przyglądałam się lokalnej architekturze i zaświeciły mi się oczy, gdy zobaczyłam zabytkowy tramwaj. Kolega powiedział, że będziemy mieli jeszcze okazję poruszać się linią, którą jeździł.



Tymczasem zgodnie poszliśmy zdobyć prowiant i z nowa porcją sił zaczęliśmy poszukiwać synagogi. Umieszczono ją pomiędzy zabudową mieszkalną, przy ul. Rewolucji 1905 roku 28. Trzeba było wejść w zaułek oznaczony tym numerem i było warto. Żałowałam jedynie, że ponownie nie mogliśmy wejść do środka, bo wielość wyznań była dla mnie czymś intrygującym i to całkiem ciekawe poznawać różne oblicza kultury. No i tego, że obok parkowały samochody i trzeba było się ciutkę nakombinować, żeby w kadrze znalazło się ich jak najmniej.

Na terenie Łodzi Fabrycznej zobaczyliśmy także budynki Collegium Anatomicum, Grand Hotel, Hotel Polonia, a zza Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina wychylał się też szyld dawnego Kina Bałtyk.
Tramwajem pojechaliśmy do Parku „Na Zdrowiu” (im. Piłsudskiego). Pani w tramwaju się przesiadła, żebyśmy usiedli obok siebie z kolegą, bo zostały same pojedyncze miejsca. To było niezwykle miłe!
– Dziękuję bardzo – powiedziałam i posłałam jej uśmiech 🙂
– Nie ma za co – odpowiedziała staruszka, odwzajemniając uśmiech.

Ta krótka wymiana zdań dodała mi jeszcze więcej entuzjazmu. Drugim takim akcentem było minięcie ulicy Gdańskiej, w końcu sercem jestem zawsze tam 🙂 Kolega opowiadał mi po drodze dużo ciekawostek, dla osoby świeżej w temacie często niestety ulotnych, ale szkielet wiedzy o Łodzi wciąż się tworzył. Bardzo fajne było, gdy pokazywał mi, do czego prowadzą różne drogi, np. wskazał trasę na Arturówek – las w środku miasta. Wspomniał też, że Retkinia to głównie tereny zielone. Zapowiedział, że tramwajem „będziemy przejeżdżać przez środek parku, jest tam ZOO i ogród botaniczny kiedyś był i jeszcze lunapark…”. Jako ciekawostkę dodał, że to mega tania atrakcja, bilet kosztuje kilka złotych (no ok, tu Gdańsk zostaje w tyle, ale i tak lubię nasze ZOO) i robią coraz więcej inwestycji (np. pawilony). Opowiadał też, jak chciał kiedyś adoptować sowę, tzn. dokładać się do jej utrzymania.
Do getta, o którym na pewno będę pamiętała podczas kolejnej wizyty, prowadziłaby Aleja Włókniarzy. My jednak pojechaliśmy jeszcze dalej, wysiadając przystanek za basenem. Okazało się, że kolega nie bez przyczyny mi tyle opowiadał o terenach zielonych, bo chciał mi udowodnić, że parkami Łódź stoi 🙂 Rzeczywiście, spacer pośród jesiennych krajobrazów, dał nam dużo radości i pozwolił nieco zwolnić tempo, dodatkowo stając się przyczynkiem do rozmów o życiu. Ponadto kolega pokazał mi schron i fragmenty murów w miejscu dawnych straganów.



Przy rzeczonym basenie też się znaleźliśmy, bo przed wejściem ustawiono rzeźbę Pik Poka. Jakoś od dawien dawna z bratem lubimy pingwiny, a i tego bohatera darzyłam sympatią 🙂 Pamiętam swój uśmiech, gdy pojawił się podczas zwiedzania Kielc (a te już wkrótce na blogu!).

Ponownie udaliśmy się na przystanek tramwajowy.
– Siódemka, za trzy minuty – sprawdził kolega.
– Czyżbym miała szczęśliwe fluidy?
– Albo dobrego logistyka.
– Jaki skromniacha – zaśmiałam się.
Ostatecznie jednak pojechaliśmy dziewiątką, bo siedziała siódemce na ogonie, a była zabytkowym pojazdem 🙂 Choć gdańskie zabytkowe tramwaje mają głębsze korzenie 😉


Dojechaliśmy na Stare Polesie, po drodze natrafiając na plakat spektaklu, od którego obejrzenia dzieliły nas ledwie godziny… Następnie zajrzeliśmy na cmentarze prawosławny i katolicki, ale okazało się, że kolega miał na myśli inny, prawdopodobnie żydowski. Jednak i tak byliśmy blisko kolejnego celu – Manufaktury. Bardzo lubię ceglane budynki, więc przestrzeń dawnej fabryki Izraela Poznańskiego podobała mi się szczególnie, ale muszę przyznać, że kolorowe akcenty też przypadły mi do gustu.


Moją szczególną uwagę zwróciła charakterystyczna ceglana brama z zegarem (dwa uwielbiane akcenty w jednym miejscu!). Nim jednak pod nią zapozowałam, wstąpiliśmy po prowiant. Było zaskakująco ciepło, temperatury dochodziły niemal do 20 stopni Celsjusza, więc strasznie chciało się nam pić. Woda, którą w ostatnich miesiącach z lubością piję naprzemiennie z herbatą, to było za mało. Potrzebowałam cukru. Kupiłam zatem sok typu „Kubuś” i wierzcie mi, byłam zaskoczona, jak słodkie rzeczy piłam kiedyś! Jednak po pierwszym szoku pochłonęłam pół dużej butelki naraz, bo naprawdę potrzebowałam takiego zastrzyku energii, a nagła fala ciepła ograniczała apetyt.
Kolejnym punktem na naszej trasie był główny budynek Muzeum Miasta Łodzi czyli Pałac Izraela Poznańskiego. Zależało mi, by w ten weekend zobaczyć choć jedno muzeum, bo taki trochę muzealny ze mnie „zwierz” i początkowo myślałam o Muzeum Włókiennictwa i Pałacu Herbsta, które ostatecznie odwiedzę innym razem. Czy byłam tym zawiedziona? Absolutnie nie! Jeśli miałabym polecić, to kolega wybrał najlepszą opcję z możliwych na pierwsze odwiedziny miasta 🙂 Z jednej strony mogliśmy obejrzeć jak dawniej mieszkali i pracowali słynni łodzianie. Każdy z nich miał swój „pokój”. Szczególnym zainteresowaniem obdarzyłam pamiątki związane z Tuwimem i Rubinsteinem. Widziałam ciekawe meble, zdjęcia, rzeźby i obrazy, a nawet maszyny do pisania.




Natomiast nie ukrywam, że najbardziej zaciekawiła mnie druga ze stałych ekspozycji, bo fascynuje mnie wielokulturowość Łodzi. Zaprezentowano, jak w przestrzeni jednego miasta przeplatały się losy Polaków, Niemców, Rosjan i Żydów. Na koniec zrobiliśmy quiz na temat poszczególnych kultur i historii Łodzi. Wspólnymi siłami daliśmy radę 🙂


Dodatkowym walorem była makieta Łodzi przedwojennej zlokalizowana w pobliżu kas. Lubię takie rzeczy. Na parterze minęliśmy też kominek, nad którym był obraz namalowany na kafelkach! No i nie ukrywam, architektonicznie budynek muzeum też robił wrażenie!



Pieszo skierowaliśmy się na Piotrkowską, od strony Placu Wolności. Łapałam w kadr niektóre obiekty widziane już dzień wcześniej, ale miałam teraz okazję zrobić zdjęcia w świetle dnia. Szczególnie zależało mi na przebogatej fasadzie Kamienicy pod Gutenbergiem.

Dotarliśmy także do rzeźby o nazwie Twórcy Łodzi Przemysłowej, choć spotkałam się też z określeniem Pomnik Trzech Fabrykantów. Byli tam Karol Scheibler, Henryk Grohman i znany nam już Izrael Poznański. Można było przysiąść się do ich stolika.
– Przytulę się do pana Poznańskiego, skoro nawet byliśmy u niego w domu – zażartowałam i zaczęłam pozować z filuternym uśmiechem 😉

Dalej zobaczyłam jeden z ciekawszych spośród łódzkich murali, ale muszę przyznać, że mam w tym obszarze jeszcze spore zaległości. Zależało mi jeszcze na sfotografowaniu tego przy Teatrze Muzycznym, ale w emocjach zupełnie o tym zapomniałam.

Nim jednak spędziliśmy kulturalny wieczór, została nam do odwiedzenie okolica Księżego Młyna. Tak naprawdę zrobiliśmy sobie tam mały spacer, korzystając z pięknej pogody, bo na Pałac Herbsta nie wystarczyłoby nam czasu. Kupiłam drobne pamiątki, a znajomi pomogli mi znaleźć najbardziej poszukiwaną z serii bajkowych rzeźb. Jako dziecko z niekłamaną przyjemnością oglądałam „Przygody kota Filemona”, ale z wiekiem wcale nie nabrałam powagi Bonifacego 😉 Gdybym nawet spojrzała na siebie współcześnie, to jak zapewniłam znajomych „byłabym Filemonem, bo wszędzie mnie pełno i jestem ciekawska” 🙂


Ostatnią atrakcją turystyczną, a na pewno taką, która doprecyzowała termin mojego wyjazdu, był musical „Miss Saigon” grany na deskach Teatru Muzycznego w Łodzi. Dla mnie oglądanie musicali jest jedną z największych przyjemności i sprowokowało mnie już do kilku podróży. Poza tym my kobietki lubimy się też czasem szczególnie wystroić, a wyjście do teatru jest do tego idealną okazją. Koleżanka już latem zapowiedziała mi, że pomaluje mi w Łodzi paznokcie, bo jest to jej pasja (zajrzyjcie na Receptura na pazura i sami zobaczcie!), a że sama to lubię, z chęcią na to przystałam. Dzień wcześniej pazurki nabrały barw, teraz doszły śliczne wzorki 🙂

Wszyscy troje byliśmy eleganccy. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć przed teatrem. Spektakl „Miss Saigon” był w Łodzi grany po raz pierwszy, co precyzował napis nad wejściem. Stając na jego tle niechcący podkreśliłam tym kadrem, że i ja wizytuję tu pierwszy raz 😉


A sam musical? Prezentował ciekawą historię z wojną w Wietnamie w tle. Opowieść o międzykulturowej miłości nie była bardzo szablonowa, a zakończenie niemal nieprzewidywalne. Przeżyłam delikatny szok, nie spodziewając się początkowych scen w klubie nocnym, za to znając wcześniej trzy piosenki, zaspojlerowałam sobie kilka późniejszych faktów z fabuły. Co nie sprawiło bynajmniej, że spektakl nie trzymał mnie w napięciu. Szczególnym zadowoleniem zareagowałam na dwójkę bardzo lubianych aktorów w głównych rolach. Kim grała Sylwia Banasik, a Chrisa Janek Traczyk. Ponadto byliśmy wszyscy pod wrażeniem gry aktorskiej Tomasza Steciuka w roli Szefa. Z oglądanej obsady znałam jeszcze Edytę Krzemień, ale w programie, który kupiłam (po raz drugi w życiu, ale jako fanka musicali chyba powinnam robić to częściej, bo jest tam multum ciekawostek!) pojawiło się więcej znanych nazwisk, po prostu nie znaleźli się w obsadzie tego konkretnego spektaklu. Była też jedna, choć niema, rola dziecięca. Biorąc pod uwagę, co działo się na scenie, byłam pod ogromnym wrażeniem opanowania chłopca. Także z całego serducha polecam, jeśli lubicie takie klimaty. Żałuję jedynie, że nie ma płyty z musicalowymi utworami, bo pomijając jedną ckliwą piosenkę, naprawdę podobała mi się muzyka. Jeden fragment spodobał mi się na tyle, że zapisałam go sobie na kartce po ciemku! Może po prostu pasuje do mojego indywidualizmu?
„Ty będziesz tym, kim będziesz chciał.
Ty swój własny los wybierzesz sam.”
Na pewno mając do wyboru opcję kolejnej wizyty w Łodzi, będę na tak! 🙂







