Podróż pełna detali: Sopot Wyścigi

Dla równowagi na ostatnią wycieczkę zabrałam koleżankę. Pogoda nie zapowiadała się zbyt optymistycznie. Od rana popadywało. Mimo niesprzyjającej aury, a jednocześnie chcąc zaoszczędzić na czasie koleżanki i własnych funduszach, wyruszyłam chwilę wcześniej niż planowałyśmy się spotkać. Nie kupowałam biletu na SKM-kę, lecz wykorzystując kartę miejską, podjechałam komunikacją publiczną na granicę Gdańska i Sopotu. Przekroczyłam rondo przy Drodze Zielonej, po czym ruszyłam Łokietka na północ.

Po prawej znajdował się plac Dwóch Miast z Ergo Areną. Wkrótce pojawiły się ogródki działkowe. Zatrwożyło mnie, że zza ogrodzenia w ich obrębie widoczne były miejsca z rzuconymi niechlujnie śmieciami. Za to pewien perfekcjonizm dało się odnaleźć w budynkach mieszkalnych kawałek dalej. Jednocześnie po lewej na niemal całej długości mojej dotychczasowej trasy rozciągały się tereny należące do Hipodromu. Dopiero później pojawiły się zabudowania, a pośród nich między innymi firma kosmetyczna. Zmierzając wciąż na północ, wypatrzyłam jeszcze szkołę językową. Zdołały mnie także zaintrygować wszędobylskie tabliczki „Uwaga samochód”.

Zbliżałam się do skrzyżowania Łokietka i Polnej, jednak zamierzałam iść ku SKM-ce przez Sportową. Zapytałam przechodzące starsze małżeństwo o nazwę ulicy wyłaniającej się po lewej i okazało się, że to jej właśnie szukałam. Jednak doczłapałam do skrzyżowania i dopiero tam przeszłam na drugą stronę, by zawrócić ku Sportowej. W jej obrębie znalazłam warsztat samochodowy oraz przedszkole, po czym wyszłam na Polnej.

Gdy skręciłam w lewo, natrafiłam na niewielkie rondo na wysokości Głowackiego. Wciąż jednak podążałam na wprost, dzięki czemu natknęłam się na pomnik upamiętniający wizytę Jana Pawła II na terenie sopockiego Hipodromu. Za kolejnym skrzyżowaniem znalazłam rynek, kiosk, a także sklepy spożywcze i mięsny. Niemal na końcu drogi znajdowała się brama Hipodromu, nie zezwalająca jednak na wjazd. Natomiast zbliżenie się umożliwiło mi odczytanie, że obiekt istniał od 1897 roku.

Wreszcie zaczęłam wspinaczkę po schodach na końcu Polnej. Rozważałam możliwość, że nie będę miała jak przeciąć ulicy Jana z Kolna, ale moje obawy szybko zostały rozwiane. Gdy stałam u szczytu schodów, dokładnie naprzeciw mnie ukazały się białe pasy przejścia dla pieszych. W związku z tym bez problemu podeszłam na peron SKM, by odebrać koleżankę. Na peronie dopatrzyłam się wbitych w chodnik podków z herbem miasta. To ciekawe, że nie zauważyłam ich, gdy wysiadałam tam uprzednio.

Już w towarzystwie, ruszyłam wschodnią częścią ulicy Jana z Kolna. Gdy droga zataczała łuk, zauważyłam stolarza i grawera, a koleżanka śnieguliczkę.

– Puczpuczki! – zakrzyknęła pełna entuzjazmu, nazywając roślinę po swojemu.

To nie była nasza pierwsza wędrówka z udziałem białych kuleczek, które tocząc się po ziemi, zdawały się same prosić o ich przydeptanie. Udzieliła mi się radość koleżanki i pozwoliłyśmy sobie przy tym nawet na małą sesję.

Dalej po lewej rozciągał się stadion Klubu Sportowego Ogniwo, gdzie trenowano rugby. W tym momencie jednak nie poświęciłyśmy mu więcej uwagi, lecz skręciłyśmy w ulicę Klenczona, u wylotu której znajdowała się Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej. Jedną z jej ścian pokrywało graffiti, a na ogrodzeniu swoim widokiem zaskakiwał… wieszak, rodem z szafy.

Po chwili zawracałyśmy już Głowackiego i kontynuując przemarsz na wprost nawet po przecięciu ulicy Jana z Kolna, mogłyśmy przyjrzeć się bliżej wspomnianemu boisku. Zaciekawiło mnie, czemu bramki znajdowały się w pozycji leżącej. Wypatrzyłam także podpisaną lożę dla gospodarzy czy namalowaną sprayem nazwę drużyny. Szłyśmy wciąż prosto, bo zamierzałam dotrzeć do przychodni.

– Przeczytałam „Zajączka” – powiedziałam, wskazując drogowskaz informujący, że stąpałyśmy ulicą Zajczonka.

Jeszcze teren przychodni, a może już budynek dla sportowców, był odgrodzony, ale mężczyzna idący przodem, zostawił dla nas uchyloną furtkę. Więcej mi nie było trzeba. Przedostałam się na drugą stronę, uwieczniłam zabudowania i dopiero wtedy zawróciłyśmy do Jana z Kolna, by skręcić w lewo i minąwszy pensjonat, chwilę później kroczyć już Racławicką.

Zamierzałam pokonać ją całą, a zawracając metodą harmonijki obejść Mierosławskiego i Langiewicza. Przy pierwszym ze skrzyżowań zagadali nas panowie wyglądający na robotników, chociaż spacerowałyśmy w niedzielę. Kpili, jaką to mamy „piękną i idealną pogodę na spacery”.

– Cudowną! – odparłam radośnie, nic sobie nie robiąc z ich sarkazmu.

Ileż rzeczy by mnie ominęło, gdybym zawsze przejmowała się pogodą!

Na Polnej znalazłyśmy kolejną bazę noclegową. Na skrzyżowaniu z Łokietka odruchowo przeszłam przez pasy i wiedziałam już, że z metody harmonijki nici. Widziałam bezcelowość przechodzenia całych wspominanych ulic, gdyż zaglądając w nie z obu końców dało się przejrzeć je na wylot i nie dopatrzyłyśmy się niczego poza domami jednorodzinnymi i kilkoma zakładami od strony Łokietka.

Spacerowałyśmy więc w stronę Skarpowej. Minęłyśmy ulicę Joselewicza i zaintrygowało mnie imię Berek. Okazało się, że ma żydowskie korzenie, ale sprawdziłam to dopiero po powrocie. Tymczasem minęłyśmy sklep monopolowy, odzieżowy, spożywczy, piekarnię i klub dziecięcy. Wreszcie skusiła nas ulica Skarpowa, gdzie wśród zabudowań mieszkalnych dało się dostrzec dość ekstrawaganckie, a przez to przykuwające uwagę, wille. Kolejna droga za nią wiodła do Szkoły Podstawowej nr 8. Zawracając ku Władysława IV, natknęłyśmy się na głaz upamiętniający Hannę Domańską, pisarkę i publicystkę, dawniej mieszkankę jednego z okolicznych domów.

Przez ulice Jana z Kolna, a następnie Króla Jana Kazimierza, dotarłyśmy do Syrokomli. Droga przyjmowała kształt zaokrąglonej literki Y, w której ramionach „schował się” skwer Andrzeja Grubby z placem zabaw. Zawędrowałyśmy do Władysława IV, gdzie wypatrzyłyśmy warsztat samochodowy i poradnię psychologiczno-pedagogiczną. Zawracając drugim ramieniem Syrokomli, minęłyśmy pensjonat. Skręcając na Króla Jana Kazimierza w lewo i przechodząc przy tym obok sklepu spożywczego i restauracji, znalazłyśmy się na 3 Maja.

Niemal od razu ruszyłyśmy w prawo. Podeszłyśmy bliżej kościoła Świętego Michała Archanioła. Zaciekawiła mnie tabliczka o kawiarence, sugerująca jej istnienie wewnątrz budynku. Dopatrzyłam się jeszcze interesującego cytatu w jednej z naściennych gablotek: „Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to kim jest; nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi”. Pamięć mnie nie myliła – były to słowa papieża Jana Pawła II. Chwilę później wykorzystałyśmy zadaszenie, by pomimo deszczu nanieść na mapę naszą trasę, po czym ponownie chwyciłyśmy parasole. Po drugiej stronie ulicy zobaczyłyśmy jeszcze hostel i kiosk, ale kontynuowałyśmy przemarsz w prawo.

Dotarłyśmy w ten sposób do odnogi 3 Maja naprzeciwko Sobieskiego. Stanęłyśmy, potulnie czekając na zielone.

– Właściwie dlaczego czekałyśmy na zielone, jeśli i tak skręcamy w prawo? – zapytałam, gdy zapaliła się wyczekiwana lampka.

I rzeczywiście, droga w bok nie miała chodnika, a auta nie jechały, więc śmiało mogłyśmy wędrować poboczem. Zresztą na tym odcinku nie było zbyt wiele do oglądania. Posesje miały charakter prywatny, aczkolwiek ozdobienie jednej naścienną rzeźbą jakiejś antycznej postaci mogło być mylące. Bynajmniej nie był to pensjonat, którego reklamę ujrzałyśmy przy skrzyżowaniu.

Zawróciłyśmy i ruszyłyśmy w prawo, by dotrzeć na Okrzei. A tam już czekały na nas sklep rowerowy i apteka. Koleżanka wyczuła pewien dysonans w połączeniu męskiego patrona ulicy i nadania części zabudowań nazwy Osiedla Marii Ludwiki. Moją uwagę w pełni pochłonął wypatrzony na samym końcu samochód. Nie dość, że wyróżniał się błękitną barwą, to dodatkowo zdobił go napis I ♥ Trójmiasto. Nie mogłam się powstrzymać. Czułam się, jakby ktoś wyjął mi te słowa z ust. Przecież mój projekt był tego dowodem. Czyż nie jest tak, że kochając, pragniemy poznawać kogoś lub coś coraz lepiej i lepiej?

Zawracając Karlikowską, znalazłyśmy przychodnię weterynaryjną oraz sklepy mięsny i spożywczy. Na dalszym odcinku 3 Maja znajdowały się monopolowy, odzieżowy i księgarnia.

Wkrótce skręciliśmy w ulicę Bitwy pod Płowcami. Graffiti „Libre arbitre?” rzuciło mi się w oczy jako pierwsze. Chociaż znaczenie łacińskiej sekwencji (Wolnej woli?) odkryłam dopiero po powrocie do domu, intrygowało mnie użycie tego klasycznego języka, a także pytajnik na końcu. Kawałek dalej, minąwszy jedynie zegarmistrza, znalazłam następny fascynujący malunek. Przedstawiał okno, które opatrzono hasłem „Nie zamykaj się”. I rzeczywiście, pozwalamy się zniewalać przedmiotom, ludziom, nawykom. Prawdą jest również to, że wielu z nas odcina się, tłumiąc w sobie problemy i wierząc, że gdy o czymś nie mówimy, to w magiczny sposób zniknie. Sztuka uliczna potrafi czasem skłonić do refleksji.

Utrzymałyśmy się w tym stanie metafor i niedosłowności. Zobaczyłam na chodniku skórkę od banana, którą uwieczniłam niczym zdjęcie z miejsca zbrodni. Gdy skręciłyśmy w ulicę Na Wydmach, pośród liści odkryłyśmy kolejne „zwłoki”. Tym razem naszą NN była piłeczka tenisowa.

Na wysokości sklepu spożywczego skręciłyśmy na moment w lewo, by poznać niezbadany dotąd fragment Grunwaldzkiej do Kilińskiego. Największą furorę zrobił hotel, przed którym stały samochodziki dla jego gości. Żałowałyśmy, że nie należałyśmy do ich grona. Równie fascynujące okazały rzeźby starożytnych wojowników i inne ozdoby od frontu. Szczególnie zastanawiałyśmy się, czy fragment koralowca był nim rzeczywiście, a może miałyśmy do czynienia z niesamowicie łudzącą imitacją. Oprócz hotelu wypatrzyłyśmy zakłady oferujące stemple oraz firany.

Następnie zawróciłyśmy i dalszym odcinkiem ulicy Na Wydmach zbliżyłyśmy się do morza. W pasie nadmorskim przeważały pensjonaty, co właściwie było do przewidzenia i nie powinno nikogo dziwić. Już na tym odcinku znalazłyśmy takie dwa, a towarzyszyły im lokale gastronomiczne. Zdecydowałyśmy się także podejść nad samą wodę, gdzie próbowałam fotografować mewy, a na nas uwagę skupił rozbiegany psiak. Obyło się bez kolizji.

Odetchnąwszy jodem, zawróciłyśmy do Emilii Plater, gdzie znalazłyśmy ciekawą kawiarnię. Początkowo sądziłyśmy, że nazwano ją „Filiżanka”, lecz po chwili dostrzegłyśmy drobny dopisek poniżej „…i kubek”. Uznałyśmy z przymrużeniem oka, że nie tylko nasze miejsca pracy były sfeminizowane. Kawiarnia sąsiadowała z pensjonatem, zaś naprzeciw nich wypatrzyłyśmy centrum szkoleniowo-rehabilitacyjne Politechniki Gdańskiej.

Droga prostopadła do Emilii Plater wiodła w lewo ku morzu, do hotelu i baru, zaś w prawo na Plac Rybaków. Przecięłyśmy go alejką biegnącą przez sam środek. Na tym odcinku znalazłyśmy punkt noclegowy i centrum treningowe skupione wokół pamięci i koncentracji.

Będąc już na Bitwy pod Płowcami, lekko cofnęłyśmy się w prawo, gdzie znalazłyśmy jedynie pensjonat. Następnie ruszyłyśmy do ronda Płażyńskiego. Po lewej naszym oczom ukazało się coś na kształt parku linowego. Wkrótce pokonywałyśmy już ostatni odcinek Bitwy pod Płowcami, mijając Zdrój Świętego Wojciecha, by ostatecznie dotrzeć do ulicy Hestii i granicy gdańsko-sopockiej. Przy okazji znalazłyśmy kilka hoteli, restauracji, sklep spożywczy, przychodnię i Dom Studencki nr 9 należący do Uniwersytetu Gdańskiego.

Zawróciłyśmy do ronda, gdzie od strony Polnej umieszczono restaurację. Dalej puste, zielone pole nazwano Sopockimi Błoniami i określono jako miejsce rekreacji, co wydało mi się zwrotem mocno na wyrost. Chwilę później jednak skupiłyśmy się na ulicznym lusterku i, wynikającej z klasycznej głupawki, chęci zrobienia sobie w nim zdjęcia. Średnio udanego. Dalej mieściła się restauracja z reklamą w formie zdjęcia w sepii. Zrobiłyśmy sobie mały wywód, kogo przypominają nam uwiecznione w wieczorowych strojach postaci. Koleżanka powędrowała myślami w sferę bardziej prywatną, zaś ja wspomniałam jednego z prowadzących na studiach.

Kolejnym rozważaniom poddałyśmy czerwone pasy na drodze, będące niejako kontynuacją ścieżek rowerowych biegnących chodnikiem. Chociaż koleżance nie przypadły do gustu, idealnie komponowały się z jej butami w zbliżonym odcieniu czerwieni. Uwieczniłam to na zdjęciu, po czym skręciłyśmy w Pogodną. Po chwili zawracałyśmy już ulicą Architektów. Brak czegokolwiek poza prywatnymi posesjami skłonił nas do rozmów o równie prywatnych gustach kulinarnych, budzącym zdziwienie połączeniu sera żółtego z dżemem czy substytucie klasycznego polskiego obiadu, gdzie w rolę surówki postanowiła wcielić się równie słonecznej barwy kukurydza.

Popłynęłyśmy trochę w naszych wizjach, ale wróciwszy na Polną, nieco się uspokoiłyśmy. Tylko na moment. Gdy ruszyłyśmy Joselewicza, za szybą jednego z zaparkowanych aut wypatrzyłam pluszowego Małego Głoda. Ożywiłam się także na widok mozaikowej kompozycji na jednym z murków.

Chwilę później wyszłyśmy na Łokietka, by zawrócić do Polnej. Nim podążyłyśmy ku SKM-ce, cofnęłyśmy się kilkanaście metrów. Chciałam sprawdzić, co reklamowała niebieska tabliczka widoczna przy wyjściu z Architektów. Okazało się, że klinikę stomatologiczną.

Dopiero wówczas czułam, że projekt został domknięty, co wyraziłam umieszczeniem w kadrze napisu „Stop” przy skrzyżowaniu Łokietka i Polnej. Przenikające ciało zimno sprawiało, że jakaś część mnie wołała „Nareszcie”, jednak inny wewnętrzny głos z niedowierzaniem krzyczał „Dlaczego już?!?” Ukończyłam Sopot. Tym razem nie było we mnie euforii towarzyszącej zwiedzeniu całego Gdańska. Towarzyszyło mi bardziej niedowierzanie. I zaduma, co począć ze sobą dalej… Odprowadziłam koleżankę na pociąg i pełna sprzecznych myśli przespacerowałam się tą samą trasą, którą pokonałam samotnie na samym początku ostatniej z sopockich wypraw.

A po więcej zapisków z Sopotu zapraszam <tutaj>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *