Podróż pełna detali: Świemirowo

W połowie listopada, mimo niepewnej pogody, udało mi się wyciągnąć w teren kolegę. Wysiedliśmy na SKM Sopot Wyścigi. Już na starcie pojawił się akcent wieszczący, co mieściło się w okolicy. Przy wyjściu z tunelu namalowano dżokejów na koniach. I rzeczywiście, hipodrom znajdował się całkiem niedaleko. Jednak nasza trasa przebiegała po przeciwnej stronie torów, stąd też od razu skręciliśmy na Jana z Kolna w prawo.

Podążaliśmy wzdłuż łuku ulicy, na moment opuszczając ją, by przejść w kierunku toru gokartowego. Po drodze znaleźliśmy kilka firm przemysłowych, w tym sprzedające węgiel. Następnie zawróciliśmy ku ulicy i przeszliśmy w stronę alei Niepodległości. Na tym odcinku udało nam się znaleźć sklep z „galanterią drewnianą”, skup złomu, metali i makulatury, kwiaciarnię połączoną z firmą ogrodniczą, warsztat naprawiający skutery wodne, a także fryzjera.

Chwilę później wkroczyliśmy na Rzemieślniczą. Tam z kolei znajdowały się hurtownia wielobranżowa i przychodnia, dwa sklepy odzieżowe i skup złomu. Dalej wypatrzyliśmy hostele oraz warsztat samochodowy. Na naszej trasie znalazła się także Sopocka Szkoła Wyższa. Minęliśmy również restaurację, hurtownię tkanin i siedziby kilku zakładów przemysłowych.

Wkrótce dotarliśmy do Platanowej, gdzie mieścił się zakład o nazwie pochodzącej od tej, którą ochrzczono ulicę, a prócz tego zakłady motoryzacyjne i warsztat samochodowy. Kolega zaczął się zastanawiać:

– Jakby zapytać kogoś o patrona jego ulicy, to dziewięć na dziesięć osób by nie wiedziało kto to. Chyba, że to byłby ktoś znany, na przykład Piłsudski.

Ta myśl stała się początkiem rozmowy historycznej, którą toczyliśmy w kolejnych minutach, przechodząc najpierw ku Kasztanowej. Ulica skręcała, by biec dalej wzdłuż torów. Nie zachęcała nas jednak szczególnymi widokami, oferując jedynie błotniste kałuże. W związku z tym szybko zawróciliśmy.

Na ostatnim odcinku Rzemieślniczej wciąż dominowała branża motoryzacyjna. Ostatecznie przeszliśmy pomiędzy stacją paliw a KFC ku alei Niepodległości. Pośrodku niej, na pasie zieleni, ustawiono reklamy w kształcie koni. Nie było w tym przypadku – promowały zawody na hipodromie.

Skręciliśmy w lewo. Minęliśmy, położone za stacją paliw, myjnię i karczmę. Zbliżaliśmy się do granicy z Gdańskiem. Skrzyżowanie przypominające kształtem rondo, ale rondem niebędące, obeszliśmy naokoło. Akurat tam, gdzie mielibyśmy najkrótszą drogę, planiści nie umieścili przejścia dla pieszych. Przecięliśmy przy tym Drogę Zieloną, aleję Grunwaldzką, wreszcie Czyżewskiego. Znaleźliśmy się po drugiej stronie alei Niepodległości. Minęliśmy dwie bramy, zza których wyłaniały się drogi niby ku dawnym dworkom. Jedna z nich wiodła do Szpitala Gruźlicy i Chorób Płuc, zaś druga do hospicjum. Dalej wypatrzyliśmy jeszcze warsztat samochodowy, salon masażu oraz sklep z artykułami do wystroju wnętrz.

Gdy dotarliśmy do Smolnej, natknęliśmy się na kolejnego mechanika, ale znaleźliśmy również myjnię samochodową, pralnię, studio urody i przychodnię dietetyczną. Dalej droga skręcała łukowato, nie ukazując swego końca. Po lewej mijaliśmy jedynie drzewa, ale zaintrygowały nas widoki po prawej. Najpierw konstrukcje, których celu nie potrafiliśmy się domyślić, ale mniemaliśmy, że mogły mieć coś wspólnego z elektrycznością. Chwilę później zobaczyliśmy grządki, z których tylko jedną zdobiły kwiaty. Kolega porównał owe rabatki do studenckiej lodówki. Nie od dziś wiadomo, że stereotyp głosi, iż więcej w takiej lodówce światła niż artykułów spożywczych. Okazało się jednak, że był to zaledwie fragment terenu należącego do firmy ogrodniczej. Wreszcie dotarliśmy do większego rozwidlenia z restauracją stojącą pomiędzy odnogami drogi. Wówczas zawróciliśmy aż do Świemirowskiej.

Tam stały głównie budynki mieszkalne, a że ulica nie należała do najdłuższych, szybko znaleźliśmy się ponownie na alei Niepodległości. Idąc wzdłuż głównej drogi, cofaliśmy się do Smolnej, chcąc nabrać pewności, że nic nas nie ominie. Znaleźliśmy salon samochodów luksusowych, sklepy meblowe i budowlane, fryzjera i gabinet rehabilitacyjny, a także serwis rowerowy.

– Jednym z minusów tego, że Sopot jest taki mały – zagaiłam, gdy zawracaliśmy i dochodziliśmy do przystanku autobusowego – jest to, że dalej nie ogarniam komunikacji.

Pokazując koledze przystanek, nagle dokonałam nadrzewnego odkrycia. Wisiała tam para butów. Chyba nigdy nie zrozumiem fenomenu wrzucania obuwia na drzewa czy linie wysokiego napięcia.

– A spojrzałam tylko dlatego, że ci mówiłam o przystanku – zauważyłam.

Chwilę później minęliśmy stację paliw z myjnią, gabinet stomatologiczny, po drugiej stronie ujrzeliśmy piekarnię, aptekę i sklep z kominkami, a dalej fryzjera oraz sklepy mięsny i spożywczy. W ten sposób dotarliśmy do skrzyżowania z Armii Krajowej i Leśną. Odruchowo ruszyliśmy ku przejściu dla pieszych i cierpliwie czekaliśmy na zielone światło. Chwilę później okazało się jednak, że nasz ruch nie był zbyt przemyślany. Po naszej stronie przez Armii Krajowej nie wiódł chodnik, lecz ścieżka rowerowa. Miejsce dla spacerowiczów uwzględniono po przeciwnej stronie. Musieliśmy przejść przez ulicę ponownie.

Minął ledwie moment, a już kroczyliśmy ulicą Reja. Znaleźliśmy warsztat samochodowy, po czym odbiliśmy lekko w lewo. Zobaczyliśmy altanę, a za nią zbiornik wodny, ponad którym przelatywały ptaki. Podeszliśmy bliżej. Nad stawem pozwoliliśmy sobie na dłuższą sesję.

Wędrowaliśmy dalej ulicą Reja, mijając jedynie bar. Wiedziałam, że docelowo dotrzemy do ogródków działkowych, a spora część drogi będzie wyłączona z ruchu samochodowego, bo zbliżaliśmy się do tak zwanej „kolarskiej Mekki”. Wkrótce rzeczywiście ukazały się ogródki i stosowne znaki drogowe. Jedynie działkowcy dostali dyspensę na wjazd dalej. Teren należał do Nadleśnictwa Gdańsk i określono go mianem „lasów oliwsko – darżlubskich”. Czytając ów drugi człon nazwy, przypomniałam sobie gdańską wycieczkę po Łostowicach. Zmartwił mnie widok rozrzuconych miejscowo śmieci, równoważąc radość z widoku figlarnie skaczącej pośród drzew wiewiórki. Jej rude futerko wybijało się na tle bladobrązowych liści.

Stanęłam do zdjęcia, chcąc potem pokazać bratu – kolarzowi, że dotarłam do miejsca, o którym on jak dotąd jedynie słyszał, choć pewnie miałby chęć tu zawitać. Zresztą, chwilę później mijał nas rowerzysta w sportowym stroju, co zdołałam uwiecznić, dzierżąc już aparat we własnych dłoniach.

Nie przeszliśmy jednak całej pętli. Szacunkowo oszczędziliśmy jakieś dwa kilometry. W pewnym momencie, widząc wciąż las, las i jeszcze raz las, a po drugiej stronie wyłącznie ogródki działkowe, dałam się skusić tabliczce sugerującej obecność punktu widokowego czterysta metrów dalej, w głębi lasu. Podążyliśmy więc na Zajęcze Wzgórze, nie znajdując jednak poszukiwanego obiektu, a ostatecznie natrafiając tylko na kolejną tabliczkę. Był to plan rezerwatu, pozbawiony jednak jakże istotnego punktu „Tu jesteś”. Cóż było robić. Pogdybałam, gdzie najbardziej optymalnie byłoby nam wyjść i zastanawiałam się, którą ulicą z trzech narysowanych okaże się ta widoczna w oddali. Po drodze zamykałam w kadrze artystyczne wizje prezentujące okoliczną roślinność i załamywałam się, że botanik ze mnie żaden.

Trafiliśmy na Kasprowicza, a więc znaleźliśmy się w najlepszym z możliwych miejsc. Ponownie rozważaliśmy znajomość patronów przez mieszkańców danych ulic, co tym razem przerodziło się w dyskusję o literaturze. Trzeba przyznać, byliśmy tego dnia naprawdę wszechstronni.

Przez ścieżkę będącą kontynuacją Długosza przeszliśmy na Słowackiego, gdzie skręciliśmy w prawo. Chwilę później ruszyliśmy Wyspiańskiego. Mieścił się tam żłobek, ale generalnie krążyliśmy pomiędzy prywatnymi posesjami. Przez Reja przeszliśmy ponownie na Słowackiego. Swoje usługi oferowali tam producenci pieczątek i grawer. Dotarliśmy do Długosza i przeszliśmy ku Armii Krajowej. Stwierdziłam tam, że nawet lekko zaniedbane domy miały w sobie jakieś intrygujące akcenty.

Będąc już na Armii Krajowej, odwiedziliśmy najpierw jej część biegnącą do Kochanowskiego. Znaleźliśmy tam zakład zajmujący się elektryką samochodową. Zawróciliśmy i rzuciliśmy okiem w dwie drobne odnogi po lewej na wysokości Długosza. Idąc dalej, natrafiliśmy na szkołę językową i salon fryzjersko-kosmetyczny.

Niedługo później wyszliśmy na aleję Niepodległości. Naprzeciwko zobaczyliśmy studio tatuażu, szewca, bar dla kulturystów i pracownię krawiecką. Skręciliśmy w lewo, mijając przy tym sklep z antykami, fryzjera i sklep budowlany oferujący okna. Po przeciwnej stronie znajdowały się sklep jubilerski, a dalej Biedronka, Lidl i Rossmann. Wkrótce dotarliśmy do pasażu. Tutaj dopiero atrakcji było bez liku. W obfitej wyliczance znalazłyby się sklepy meblowe, budowlane, monopolowy, mięsny, warzywniak, pizzeria, punkt ksero, Żabka, fryzjer i piekarnia. Na ostatnim pokonanym odcinku alei Niepodległości ulica oddzielała nas od warsztatu samochodowego i apteki.

Pokonaliśmy światła, by chwilę później znaleźć się na 3 Maja. Po lewej stronie, prócz sklepów budowlanych, takiego z kapeluszami i pizzerii, znajdował się Sopocki Cech Rzemiosł Różnych. Odnogi po prawej prowadziły między innymi do wspominanego na początku toru gokartowego czy myjni. Przeszliśmy pod wiaduktem. Doszliśmy do skrzyżowania 3 Maja i Kościuszki. Zgodnie stwierdziliśmy, że zrealizowany plan nas satysfakcjonuje i mimo dobrego czasu, na skutek ewidentnie niesprzyjającej pogody, uznaliśmy podążanie ku SKM-ce za najlepszy pomysł.

A po więcej zapisków z Sopotu zapraszam <tutaj>

5 thoughts on “Podróż pełna detali: Świemirowo

  1. Kudłaty says:

    🙂 Na Rzemieślniczej dodał bym jeszcze Hotel Lalala 🙂

    Odpowiedz
  2. Michał says:

    Z Platanową to było nazwanie ulicy od zakładu – zauważ, jaka jest krótka. 😉

    Mnie też śmieszy nazwa owej „kolarskiej mekki” – od Mekki, ale małą literą (jak imię cesarza Mecenasa dało rzeczownik pospolity „mecenas ” czy Rudolfa Diesla – określenie „diesel” dla silników 😉 ). Otóż trasa w lesie w mediach jest nazywana „Pętlą Reja”, przez co wielu może ją mylić z pętlą autobusowo-trolejbusową. 😀 Zresztą trasa w rejonie ul. Leśna Polana denerwuje mieszkańców terenów nadleśnictwa i stawiali oni przeszkody rowerzystom. Są artykuły o tym. A do pętli „Sopot Reja” jeździły do 1960 r. tramwaje z Oliwy. 🙂

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Dzięki Michale za komentarz jak zawsze pełen ciekawostek. Zakładam, że jesteś pośród czytelników, którzy prześledzili wszystkie wpisy o Sopocie 😉

      Odpowiedz
      1. Michał says:

        Akurat bez poprzedniego, więc muszę przeczytać. 😉 W ty miałem nadzieję na znalezienie przez Ciebie domku na drzewie przy ul. Smolnej, choć odkryłem go w 2017 r. i nie wiem, jak długo istnieje (i czy obecnie też).

        Odpowiedz
        1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

          Nie da się odkryć wszystkiego za jednym razem, dlatego odkrywanie jest tak fajne i dlatego można gdzieś spacerować wielokrotnie 🙂

          Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *