Na pierwszy listopadowy spacer wybrałam się z kolegą. Zwiedzaliśmy niespiesznym tempem, a przy tym rozmawialiśmy dość refleksyjnie, jak przystało na Dzień Zaduszny.
Naszym założeniem było dokończenie Górnego Sopotu, więc wystartowaliśmy przy rondzie Niemena, od razu wkraczając na Abrahama. Nazwa miesiąca nie wzięła się znikąd: wokół roiło się od sprzątających opadłe liście mężczyzn w odblaskowych kamizelkach. Minęliśmy Moniuszki i bez większych przygód dotarliśmy do rozwidlenia. Pomiędzy obiema odnogami znajdował się dość mocno zarośnięty pomnik naszego narodowego wieszcza. Nie wybraliśmy jednak drogi po lewej, która doprowadziłaby nas w końcu do ulicy Mickiewicza, lecz skierowaliśmy się w prawo w Żeromskiego.

Pośród prywatnych posesji dostrzegłam tabliczkę z napisem Pediatra – alergolog. Kolega był nią szczególnie zaintrygowany. Gdy go o to zapytałam, wyjaśnił:
– Przeczytałem Pediatra – archeolog.
Wędrowaliśmy dalej, szurając liśćmi i zwracając przy tym uwagę na pomysły architektów czy przebiegające koty. Zajrzeliśmy w ulicę Prusa. Kolejnym skrzyżowaniem było to z ulicą Herberta. Tym razem to ja się ożywiłam. Jeśli poznałeś moje gdańskie perypetie, to już wiesz, Drogi Czytelniku, że poezję Herberta pokochałam bardziej niż jakiekolwiek inne wiersze. Nie powinno więc dziwić, że oddałam aparat w ręce kolegi i w podskokach ruszyłam ku tabliczce z nazwą ulicy, by przy niej pozować. Na skrzyżowaniu znajdowała się także szkoła językowa.

Skręciliśmy w prawo, w stronę lasu. Minąwszy restaurację dysponującą także pokojami gościnnymi i stokiem narciarskim, przeszliśmy przez drewnianą bramkę naprzeciw. Zapytałam kolegę, czy woli rozpocząć od Łysej Góry czy od cmentarza radzieckiego i wybrał drugi obiekt. W związku z tym pokonaliśmy schody wiodące w górę. Przy okazji pozwoliliśmy sobie na małą sesję. Ruszyliśmy na wprost, szukając ścieżki po prawej. Nie zauważyliśmy tej właściwej, położonej tuż za najwyższym ze schodków. Kolejna doprowadziła nas już ku ulicy Moniuszki. Nadłożyliśmy więc nieco drogi, ale jesienny spacer przypadł nam obojgu do gustu. Oboje uwiecznialiśmy krajobraz wokół, a pokonując długie odcinki bez czegokolwiek poza drzewami, mogliśmy śmiało skupiać się na rozmowie, a nie tylko na mapie i projekcie.

Wreszcie ruszyliśmy ścieżką po lewej, wiodącą od Moniuszki w górę. To droga, przy której zakończyłyśmy w koleżanką poprzednią wycieczkę. Tym razem pokonaliśmy ją w całości, dyskutując o niedawnym Halloween. Wyrażałam swój sceptycyzm co do formuły i niepolskości tego święta. Bynajmniej nie zabraniałam nikomu jego obchodzenia, po prostu nie rozumiałam zapału co niektórych, by uczynić mnie częścią tych obchodów. Zupełnie nie ujmuje mnie ta idea.
Tymczasem trwał 2 listopada, a więc Dzień Zaduszny. Zgodnie stwierdziliśmy z kolegą, że to właściwszy niż Wszystkich Świętych dzień, aby odwiedzać cmentarze, a mimo to w tradycji utarła się data 1 listopada. Myślę, że to nie data była tutaj najistotniejsza. Smucił mnie fakt, że niektórym potrzebny jest jakikolwiek zapis w kalendarzu, by przypomnieć sobie o wizycie na grobach najbliższych.

W planie naszej wycieczki również znalazło się miejsce na chwilę zadumy. Radziecki cmentarz, który wyłonił się niedługo później pomiędzy drzewami, był jedynym znalezionym dotąd sopockim cmentarzem, na który postanowiłam wejść. Paradoksalnie nie było to wcale takie oczywiste. Wydawało się, że teren ogrodzono. Po chwili jednak zauważyłam, że na bramce nie ma żadnej kłódki, a w jej miejscu znajdował się zaledwie rygiel. Pręt łatwo dał się wyciągnąć, po czym przełożyłam go przez kółeczko od strony otwartej bramki. Kolega lekko się wahał, ale przekonałam go, że prawdopodobnie chodziło tylko o to, by teren cmentarza nie był otwarty na oścież. Weszliśmy i z należnym miejscom ostatniego spoczynku szacunkiem spacerowaliśmy powoli w obrębie cmentarza. Był relatywnie niewielki. Przy wejściu znajdowała się tablica informująca, że pochowano tam żołnierzy radzieckich poległych w walkach o Sopot w marcu 1945 roku. Dalej minęliśmy dwa krzyże: katolicki i prawosławny. Na końcu środkowej alei ustawiono pomnik dedykowany walczącym. Gdy szliśmy pomiędzy nagrobkami, próbowałam sobie przypomnieć cyrylicę. Chociaż nie znam rosyjskiego, poznałam alfabet w wersji ukraińskiej, różniącej się kilkoma znakami. Było to jednak ładnych parę lat temu i pamiętając bardzo niewiele, odczytałam ledwie kilka słów i znalazłam pomiędzy pochowanymi Wiktora i Teodora. Gdy opuściliśmy teren cmentarza, zamknęłam furtkę, zostawiając ją w takim stanie, w jakim ją zastałam. Kolega przy okazji uwiecznił moją „bramkową zabawę”.

Podążaliśmy ścieżką dalej, by powrócić ku Herberta. Na jej końcu znaleźliśmy schody, którymi wspinaliśmy się wcześniej i szybko zrozumieliśmy nasz błąd. Schodząc, przekazywaliśmy sobie aparat i przeprowadziliśmy dalszy ciąg sesji. Na dole skierowaliśmy się w prawo, w poszukiwaniu Łysej Góry.
– To co, idziemy na Górę Przeznaczenia? – zapytał filmowym tonem kolega.
– Nie wiem jak ty, ale ja nie zamierzam łysieć – odparłam, odbierając jego pytanie zbyt dosłownie.
– Nie to miałem na myśli. Chciałem ją nazwać Krwawą Górą, ale to zbyt oklepane.
Jakiej by nazwy nie użyć, zmierzaliśmy w stronę naszego celu. Po lewej rozciągał się wspominany stok narciarski, jeszcze nieczynny z racji warunków atmosferycznych. Tymczasem ścieżka lekko odbijała w prawo, tworząc następnie coraz słabiej zarysowany łuk w lewo. Ostatecznie znaleźliśmy się pomiędzy drzewami i wydawało się, że droga się kończy. Kolega zasugerował, że może Łysą Górą jest lekkie wzniesienie po lewej, które widzieliśmy od samego początku. Zdezorientowana, nie chcąc wierzyć w jego wersję, wyciągnęłam GPS – a. Okazało się, że miał rację. Zresztą chwilę później dostrzegliśmy postawioną kilkanaście metrów od wzniesienia tabliczkę. Łysa Góra jak nic. Ledwie 110 m powyżej poziomu morza. Niemniej jednak pozowaliśmy pod drogowskazem niczym dumni zdobywcy.

Chwilę później przenieśliśmy się z sesją na Łysą Górę. Nim nasze oczy poddały się widokom, chłonąc je z pełnym zapałem, zadziwiło nas ustawienie śmietników na rzeczonym pagórku. Jeszcze bardziej zaskakujące było powieszenie na jednym z nich różańca. Niczym nie umiałam tego wyjaśnić. Postanowiliśmy więc cieszyć się przestrzenią wokół. Dostrzeżonym w oddali morzem, wszechobecnością drzew i wyłaniającymi się gdzieniegdzie ze swą małością zabudowaniami. Pragnęliśmy stać się na moment częścią tej przestrzeni, tworząc coraz to nowsze kadry. W pewnym momencie, pozując, dostrzegłam kamerę i lekko mnie to onieśmieliło, ale bynajmniej nie zniechęciło. Sesja nie mogła jednak trwać w nieskończoność i zeszliśmy niespiesznie ku Herberta.
Odwiedziliśmy następnie koniuszek Żeromskiego. Na tym odcinku zaintrygował mnie jedynie łaciński napis Cave canem na jednym z domów. Po powrocie sprawdziłam, że oznaczało to najzwyklejsze Uwaga, zły pies. Z dalszego odcinka Herberta zajrzeliśmy w Tuwima, gdzie stacjonował kardiolog. Dopiero wówczas ruszyliśmy ku Mickiewicza.
Tam skręciliśmy w prawo, by obejść całą tworzoną na końcu ulicy pętlę. Po drodze natknęliśmy się na znak zakazujący parkowania. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że i tak nie znalazłoby się wystarczająco dużo przestrzeni. Nieopodal znaku i ustawionych pojemników powstał bowiem samozwańczy i nieokiełznany śmietnik.
– Ja bym nie chciała tu parkować – skomentowałam.
Idąc dalej, w obrębie samej pętli znaleźliśmy plac zabaw i stół do gry w szachy, po czym zawróciliśmy. Kontynuowaliśmy przemarsz Mickiewicza. Tuż za skrzyżowaniem z Herberta odkryliśmy ciąg lokali, a pośród nich gabinet stomatologiczny, salon fryzjersko-kosmetyczny, piekarnię, warzywniak i sklep spożywczy. Fotografowanie sklepów nie było czymś powszechnym i zaczęło zwracać uwagę ludzi, szczególnie starszych, ale nikt się do nas nie odezwał ani słowem.
Wkrótce dotarliśmy do ronda, od którego odbiegała ulica Prusa. Przy skrzyżowaniu znajdowały się kiosk oraz siedziba Sopockiego Domu Seniora i Domu Pomocy Społecznej. Rozejrzeliśmy się na prawo i lewo, zdecydowaliśmy się jednak podążać prosto. I zapewne wędrowalibyśmy tak aż do Abrahama, gdyby po prawej nie wyłoniły się schody. Tak jak podejrzewałam, wiodły ku ulicy Struga.
Wspinając się najpierw po schodach, a następnie idąc ścieżką wzdłuż ogrodzeń, napotkaliśmy intrygującego kota. Na każde wypowiedziane przeze mnie słowo reagował miauknięciem i rozdziawianiem pyszczka. Chcąc uwiecznić czworonoga z otwartą buzią, prowokowałam go wypowiadając kolejne kwestie. Reagował za każdym razem. Gdy kolega również spróbował sztuczki, ale kociak nic sobie z tego nie robił, poczułam się niczym zaklinacz zwierząt.

Przez Struga przeszliśmy bez większych przygód i wyszliśmy na krańcu Abrahama. Oczekiwałam gmachu kościoła, a tymczasem przed oczyma miałam tylko prywatne domy i zadrzewioną drogę po prawej, wiodącą ku Stadionowi Leśnemu. Wiedziałam, że nie tego szukam. Jednocześnie byłam przekonana, że kościoły nie znikają z powierzchni miast ot tak i za wszelką cenę chciałam zdobyć informacje.
– Przepraszam, czy jest pani tutejsza? – zagadnęłam kobietę, która wypakowywała właśnie z auta zakupy.
Kobieta nie usłyszała. Podeszłam bliżej i powtórzyłam:
– Przepraszam, czy jest pani tutejsza?
Spojrzała na mnie zdziwiona i przytaknęła. Pokazując mapę, opisałam czego szukam. Okazało się, że wystarczyło przejść jeszcze drobniejszą ścieżynką, niemal naprzeciw Struga, by wyjść pod samym kościołem Świętego Bernarda. Zaciekawiła mnie także drewniana rzeźba świętej Weroniki trzymającej płótno z wizerunkiem twarzy Jezusa. Chwilę później okazało się, że od kościoła ku Abrahama prowadziła normalna asfaltowa droga.

Docierając do skrzyżowania z Mickiewicza, sprawdziliśmy co można było znaleźć naprzeciw. W obrębie niezbadanego dotąd odcinka Abrahama stacjonowała Żabka. Ostatecznie ruszyliśmy dalszym odcinkiem Mickiewicza, znajdując po drodze jubilera. Chwilę później zaintrygowała mnie wnęka w obrębie drzewa, opanowana przez rosnącą szeregowo hubę.
Przeszliśmy na Orzeszkowej. Szybko jednak zawróciliśmy, przechodząc obok pomnika, którego nazwy ani celowości nie udało się nam odkryć. Na ostatnim odcinku Mickiewicza, wiodącym ku Andersa, stacjonował Środowiskowy Dom Samopomocy. To chyba jedyny mijany tego dnia obiekt, którego nie sfotografowałam, choć normalnie uwzględniałam tego typu budowle. Jednak kobieta porządkująca przylegający do budynku ogród przyglądała mi się tak uparcie, że spasowałam. Pośród zwyczajnych domów znalazła się również zabytkowa willa, powstała w latach 1911 – 1912, którą zaprojektował i zamieszkiwał dawniej Bielefeldt, sopocki architekt.
Wkrótce dotarliśmy do ulicy Andersa, gdzie ruszyliśmy w lewo. Uwagę kolegi zwróciła wiewiórka. Spryciula ganiała wokół pni kilku drzew i gdy już, już miałam naciskać migawkę, okazywało się, że wymknęła się z kadru. To dreptała po ziemi, to skakała po jednej z wyższych gałęzi czy trzymała się kory metr nad ziemią. Śmigała w niesamowitym tempie, jakby miała szczególną ochotę na psoty. Daję słowo, że popatrywała na nas, niejako badając naszą reakcję. Jak gdyby chciała sprawdzić, czy żarcik przypadł nam do gustu, czy może odpuścimy. Zrobiliśmy kilka, niestety mocno poruszonych, zdjęć i poszliśmy dalej.
Wkrótce minęliśmy Bałtycki Instytut Gmin i Krajowe Centrum Informatyki Kwantowej, po czym dotarliśmy do skrzyżowania. Chwilę później kroczyliśmy już Paderewskiego. Znaleźliśmy tam gabinet ginekologa i agencję reklamową. Wróciwszy na skrzyżowanie Mickiewicza – Orzeszkowej, ruszyliśmy ścieżką ku Konopnickiej. Następnie przeszliśmy ku Armii Krajowej, by dotrzeć do Wybickiego. Mijana Krótka rzeczywiście okazała się niewielką i mieszczącą się w polu widzenia drogą. Ostatecznie poświęcając jej ledwie chwilę, kontynuowaliśmy przemarsz Wybickiego, by na jej końcu zastać Stadion Leśny. Boisk wewnątrz nie udało się nam zobaczyć, jedynie trybuny. Za to obok znajdowało się mniej oficjalne boisko z bramką z białej farby na ścianie. Pozostałe części tego drobnego zabudowania pokrywały graffiti wieszczące, czy autorzy byli kibicami Lechii Gdańsk, czy może Arki Gdynia. Okazało się, że sopocianie mieli dwojakie poglądy w tej kwestii. Droga położona za boiskiem prowadziła do restauracji, ale obok drogowskazu ujrzeliśmy coś dużo ciekawszego. Pomnik ku czci sportowców walczących z okupantem podczas II wojny światowej.

Kolejną zwiedzaną ulicą była ta mająca za patrona Kopernika. Znaleźliśmy tam studio fitness, a także firmę z pogranicza ogrodnictwa i usług porządkowych. Tuż przed Armii Krajowej wypatrzyliśmy schody po prawej, tym razem jednak nie daliśmy się im skusić. Przy samym skrzyżowaniu mieścił się warsztat samochodowy.

Skręciliśmy w prawo, by po chwili pożegnać Górny Sopot i zacząć poznawać Świemirowo. Niemal na granicy znajdowało się biuro podróży. Następnie przez Kochanowskiego dotarliśmy do Reymonta. Podążyliśmy w prawo, a droga rozeszła się w obie strony. Lewą odnogę stanowiła ulica Conrada, prawa zaś była kontynuacją Reymonta i okazała się o tyle ciekawa, że odkryliśmy tam gabinet weterynaryjny.
Zawróciliśmy i weszliśmy w koniuszek Kochanowskiego. Doprowadził nas do rezerwatu Zajęcze Wzgórze. Tym razem jednak na łonie natury spędziliśmy ledwie moment i nie zagłębialiśmy się w las. Zawróciliśmy, by obejść Kasprowicza. Najciekawszym obiektem okazała się willa należąca dawniej do Mokwy. Nie dało się jej przegapić, ze względu na ustawiony obok pomnik i przywieszoną na ogrodzeniu tablicę informacyjną. Muszę przyznać, że tym Sopot mocno u mnie zapunktował. Dokładnie oznaczono zabytkowe budynki, a prócz tego upamiętniano ważne dla miasta postaci.


Z Kasprowicza ścieżką, będącą niejako kontynuacją Długosza, trafiliśmy na Słowackiego. Podążyliśmy w lewo. Znaleźliśmy gabinety lekarskie i punkty noclegowe, a także dom opieki dla seniorów. Wkrótce przecinaliśmy już Armii Krajowej, by przez Kochanowskiego trafić na aleję Niepodległości. Trasę wiodącą do SKM Sopot już znałam, aparat poszedł więc w odstawkę.
Podsumowując tę wycieczkę: kolega pozytywnie mnie zaskoczył. Zwykle przekazywałam mapę w ręce osoby towarzyszącej, by tylko jej doglądać i zaznaczać przebytą trasę, a znajomi śledzili na bieżąco postępy, czasem nawet wyręczając mnie w zakreślaniu odhaczonych ulic. Ale nie tym razem. Kolega nie podglądał, dokąd będziemy zmierzać, lecz cierpliwie czekał, czerpiąc przyjemność z samej niespodzianki. Wyciągał nawet niejednokrotnie swój telefon, by uwieczniać widoki i z równym zapałem pozował do zdjęć. Wykonaliśmy ich naprawdę wiele. Fotografii, które oddawały piękno jesiennego krajobrazu i radość dwójki spacerowiczów. Czułam, jak ów spacer mnie wyciszał, jak działał na mnie kojąco. Ale myślę, że przede wszystkim obydwoje cieszyliśmy się nawzajem swoją obecnością. Najwspanialszym ze skutków ubocznych mojego projektu była właśnie możliwość odnawiania czy pogłębiania relacji międzyludzkich.
A po więcej zapisków z Sopotu zapraszam <tutaj>

Pośmiałem się z Twojego zrozumienia Łysej Góry jako góry przeznaczenia. 😀 Nie wiem, skąt taka koncepcja.
A Sopocki Dom Seniora przypomniał mi dzień… ostatniego wydania „Teleexpressu” z Maciejem Orłosiem – 31 sierpnia 2016 r. (nie pamiętam – sprawdziłem 😉 ). Kiedy wywiozłem rowerem plastikowe nakrętki do tego budynku (jeszcze prowadzili zbiórkę), to słyszałem Orłosia z okna na parterze i jeszcze nie wiedziałem, że to ostatni program z nim (musiało mnie ominąć pożegnanie z widzami).
Po prostu do niej zmierzaliśmy 😉 Była jednym z celów tej wycieczki 😉