Śródmieście #1 drepcząc za Fahrenheitem

Wraz z przyjaciółką spotkałyśmy się w Gdańsku na spacer urodzinowy nas obu. W okolicy galerii handlowej Forum każda z nas miała swój przystanek, choć kierunki były przeciwne. Tam zatem się spotkałyśmy. Już na starcie próbowałam uwiecznić Bramę Wyżynną, ale będąc kilka metrów od niej nie mogłam oczekiwać świetnych rezultatów. Za to cudownie było móc przypatrywać się jej detalom, o których tyle się uczyłam podczas kursu przewodnickiego. Postanowiłam podczas tej wędrówki podzielić się ze swoją przyjaciółką różnymi ciekawostkami o mieście, które poznałam właśnie na kursie. Poza tym szlak miał sporo akcentów związanych z jednym z moich ulubionych naukowców gdańskich – Fahrenheitem, co również zamierzałam przemycić.

Podobnie jak w przypadku Bramy Wyżynnej, także gdy szłyśmy już Okopową, fotografowałam budynek NBP spod niego i choć detale wydały mi się ciekawe (np. statek niemal u szczytu fasady), z żadnego zdjęcia nie byłam zadowolona w pełni.

– To bardzo nie jest mój dzień. Powinnam chyba ze środka ulicy albo z drugiej strony ulicy robić to zdjęcie.

Nagrałam tę myśl na dyktafon, który stał się nieodłącznym atrybutem na wycieczkach, celem uwieczniania dialogów, urywków myśli czy haseł do zapamiętania, ułatwiających potem pisanie. Przyjaciółka podpowiedziała:

– Idziemy i marudzimy bardzo.

– Idę i marudzę. Chyba na razie tylko ja – zaśmiałyśmy się z mojego komentarza.

Przed budynkiem PKO, gdy przyjrzałyśmy się portalowi, ciekawość włączyła się mojej towarzyszce:

– Czemu tu jest twarz smutnego dzieciora? Co miała wyrażać i czemu jest w muszli? – skomentowała płaskorzeźbione detale.

– To jest bardzo dobre pytanie, ale chyba nie umiem na nie odpowiedzieć.

– Możesz zapytać ludzi na Facebooku, jak myślą albo może wiedzą, dlaczego tak jest.

Kolejnym lekkim rozczarowaniem był budynek ABW, swoją drogą uroczy z punktu widzenia Marty, bo wykonany z eleganckiej cegły, ale ze względu na trwający remont akurat otoczony blachą. Musiałam się znów pogodzić z tym, że nie zamknę całej bryły w kadrze, a nawet tam, gdzie byłoby to możliwe, wspomniana blacha byłaby jednak także w kadrze. Jednocześnie zostałam zapytana o sterczyny u góry, a że akurat nazwę tego elementu architektonicznego pamiętałam, to i podzieliłam się wiedzą.

Na skrzyżowaniu z Podwalem Przedmiejskim można powiedzieć, że „zeszłyśmy do podziemi”, a dokładniej zależało mi na tym, by pokazać przyjaciółce tamtejsze graffiti, choć niejedno z nich mnie zaskoczyło. Bywałam w tunelu przy przystanku tramwajowym wielokrotnie, szczególnie, że studiowałam na Wydziale Biologii, którego jeden z budynków mieścił się dawniej tuż obok, przy ulicy Kładki. Nie zaskoczył mnie zatem widok drogowskazu do Urzędu Wojewódzkiego, z podobizną pana Kuby zamiast pierwszego słowa, co bawiło niezmiennie. Jednocześnie, choć w tunelu byłam w najgorszym razie rok wcześniej (a myślę, że bywałam częściej, tylko na malunki nie zwracałam takiej uwagi), graffiti jednak mnie zaskoczyły, bo pojawiły się nowe, a kilku charakterystycznych już nie było. Ściany naznaczył „ząb czasu”. Pośród licznych prac znalazła się choćby postać, która w ustach miała inną postać. Zobaczyłam też ptaka, który dziobał pierś i stwierdziłam, że nie rozumiem tego. Dalej dostrzegłam, że nie było już mojej ulubionej (tj. najbardziej intrygującej), choć nieco abstrakcyjnej, postaci zżeranej jakby od środka, za to w jej miejscu pojawiły się nowe prace i nawet wierszyk. Całą ścianę pokryły prace związane z pobliskim Teatrem Szekspirowskim – teatralne trupy, hasła nawiązujące do dzieł Szekspira, kościotrup trzymający ludzką głowę zamiast słynnej postaci trzymającej czaszkę ze słowami „Być albo nie być – oto jest pytanie” na ustach. Próbowałam także zrobić zdjęcie napisu „Zakochaj się w Szekspirze” i złapałam w kadrze hasło „Kocham Gosię”, co wydało mi się z sumie zabawnym połączeniem. Moja towarzyszka dopatrzyła się jeszcze postaci ugryzionej przez inną aż do krwi, farba oddawała wrażenie kapiącej krwi, a dodatkowo ta gryząca postać trzymała butelkę, z której kapał denaturat czy inna trująca substancja, bo na butelce namalowano czaszkę. Jakby nie patrzeć, czaszki i szkielety były w tym miejscu motywem dość powszechnym.

Z tunelu wyszłyśmy właśnie w kierunku wspomnianego Teatru Szekspirowskiego. Od tej strony budynek ABW wydał mi się jeszcze bardziej atrakcyjny. Jego złożoność i klasyczny materiał budulcowy bardzo kontrastowały z nowoczesną i bardzo prostą bryłą teatru. Dawniej w sąsiedztwie stała jednak również bogata w detale Wielka Synagoga, której makietę ustawiono tuż obok. Wykonałam chyba kilkadziesiąt zdjęć makiety i bardzo cieszył mnie fakt, iż upamiętniono w ten sposób historię. Synagoga znajdowała się w tym miejscu w latach 1887-1939, a końcowa data graniczna w sposób aż nazbyt oczywisty kojarzy się z hitlerowskim terrorem. Tak czy inaczej, mając przed oczami tę makietę, a także przypominając sobie zdjęcia czy rysunki obiektu, widziane w przeszłości, oczyma wyobraźni widziałam monumentalny, bogaty w detale gmach, który chętnie obejrzałabym w środku, gdyby wciąż istniał.

Ruszyłyśmy na Bogusławskiego, ale zrobiłyśmy sobie przystanek na ławeczce, jakby na tyłach remontowanego Domu Harcerza. Na szczycie dopatrzyłam się figury konia, na którą nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi.

To była chwila dla nas. Najpierw się posiliłyśmy, a jeszcze nim skończyłyśmy podjadać, wymieniłyśmy się prezentami. W sumie nie były to nasze pierwsze urodziny, świętowane w terenie, bo trzy lata wcześniej podobnie celebrowałyśmy „nasze dni” podczas zwiedzania Rumi.

Idąc dalej ulicą Bogusławskiego, w stronę Złotej Bramy, dostrzegłyśmy w nawierzchni biały krzyż, który upamiętniał atak na prezydenta Adamowicza, a nieopodal mieściła się również poświęcona mu płyta, na której leżała biała róża. Przy Złotej Bramie stał akurat przewodnik z grupą. Próbowałam sobie przypomnieć hasło, zapisane na zabytku, by przedstawić je swojej towarzyszce, a następnie pozwoliłam, by włączył mi się artyzm i spędziłam chwilę na fotografii, także po przeciwnej stronie bramy, np. latarenek.

Na Długiej nie spędziłyśmy dużo czasu, bo i chciałam jej poświęcić więcej uwagi podczas innych wycieczek, tymczasem prędko odbiłyśmy w ulicę Podgarbary. Niemal na końcu przyjaciółka wskazała mi zawiązaną na słupku kokardę i podsumowała:

– Chciałam, żebyś zobaczyła coś pięknego w tej brzydocie.

Rzeczywiście, dużo mijanych obiektów było w remoncie, otoczonych rusztowaniami, siatkami, co nie czyniło ich wybitnie atrakcyjnymi. Brukowaną uliczką, częściowo wzdłuż ceglanych ścian, dotarłyśmy do Domu Harcerza przy placu Tadeusza Polaka. Nazwa zobowiązywała – pośród naściennych tablic znalazła się i ta odwołująca się do patrona, i takie upamiętniające harcerzy, głównie tych poległych w latach II wojny światowej. Miałam lekkie obawy, że z powodu remontów tablice będą zasłonięte, ale jednak udało się do nich podejść.

Następnie przeszłyśmy się ulicą Zbytki ku ulicy Za Murami, gdzie rzeczywiście mieściły się pozostałości murów. Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się skwer z meblami miejskimi. Powylegiwałyśmy się na ławkach w formie leżaków. Na terenie zielonym umieszczono także huśtawki. Z tej okolicy warto było spojrzeć na południe, ku Staremu Przedmieściu. Moja towarzyszka wypatrzyła chociażby, że na dachu kościoła Św. Piotra i Pawła dachówki były ułożone tak, by widoczny był wzór krzyża.

Wkrótce ruszyłyśmy ku Ogarnej, gdzie skręciłyśmy w lewo. Naszą uwagę od razu zwróciły też bardzo ciekawe kamienice, każda inna, a mimo to spójne zarówno w północnej, jak i południowej pierzei. Były również bogate w detale: pilastry czy płaskorzeźby. W okolicy naleśnikarni znajdowało się coś na kształt przyrestauracyjnego ogródka, tylko „na kółkach”. Za namową towarzyszki przysiadłam tam na moment i zapozowałam do zdjęcia na tle ulicy związanej z Fahrenheitem najbardziej ze wszystkich gdańskich ulic. To jednak jeszcze nie był ten odcinek. Skierowałyśmy się zatem ku ulicy Garbary. A tam tabliczkę z nazwą ulicy zdobiła barania głowa. Tam także mieściła się restauracja, którą planowałyśmy odwiedzić na koniec (jedna z ulubionych restauracji gdańskich mojej przyjaciółki) i sklep z książkami i pamiątkami gdańskimi, w którym z kolei ja nieraz bywałam. Nowością była dla mnie tablica poświęcona Leopoldowi von Winterowi, nadburmistrzowi Gdańska z XIX wieku, który mieszkał właśnie przy ulicy Garbary. Opowiedziałam, dlaczego ta postać była tak istotna:

– To był nadburmistrz gdański. Za jego czasów zmodernizowano miasto. Pojawiły się wodociągi, kanalizacja, tramwaje…

– O, to dobrze.

– Po prostu mnie rozwalasz.

Wkrótce odbiłyśmy na Długiej ku ulicy            Pocztowej. U ich zbiegu ta pierwsza miała tabliczkę ozdobioną postaciami lwów, tymczasem ta druga – w formie prostokąta bez ozdób. Stamtąd wciąż kierowałam wzrok ku zdobieniom kamieniczek przy Długiej, aczkolwiek wypatrzyłyśmy także tablicę poświęconą pamięci doktora Stefana Miraua. Nim wyszłyśmy na Ogarnej, natrafiłyśmy również na przedszkole. A w obrębie skrzyżowania zatrzymałyśmy się pod arkadami, których sklepienie zdobiły malunki.

Na Ogarnej odbiłyśmy w lewo, by poznać kolejny jej odcinek. Znajdowało się tam mnóstwo kamienic, bogatych w detale, które przyciągały wzrok. Jedną z piękniejszych była ta pod numerem 26, tymczasem po sąsiedzku budynek skojarzył mi się z zamkiem. Zatrzymałam się też przy ciekawym portalu pod numerem 31/32, przy którym mieściło się również przedproże z motywami wody. Prócz tego bogactwa zdobień natrafiłyśmy po drodze na tablicę wskazującą, w którym budynku powstawał „Gryf” pod redakcją Aleksandra Majkowskiego.

Skręciłyśmy niedługo później w ulicę Ławniczą. Rozglądając się wokół, wypatrzyłyśmy tam budynek z kamiennymi kulami przy wejściu, co było zajawką mojej przyjaciółki i zawsze widząc takie zdobienia, kojarzyłam je momentalnie z nią, mając tego świadomość. Gdy podeszłyśmy bliżej, dopatrzyłam się jeszcze kamiennego barana. Wówczas zawróciłyśmy, by zwiedzić ulicę Słodowników, natomiast poza jednym graffiti, fragmentami murów i widokami na Stare Przedmieście, na niczym nie zawiesiłyśmy tam oka na dłużej.

Znów będąc na Ogarnej wypatrzyłyśmy kulki dla mojej towarzyszki, ale przyszedł czas i na moją zajawkę. Parafrazowałam już od pewnego czasu piosenkę i nuciłam pod nosem „Bardzo lubię pana Fahrenheita…” 😉 a próbując uchwycić ciekawość tej ulicy z kolejnymi zaskakująco zdobionymi kamienicami, dośpiewałam sobie jeszcze: „i nie lubię tego, że tu stoją auta”. Gdy wreszcie dotarłyśmy do kamienicy, która była miejscem urodzenia jednego z moich ulubionych gdańskich naukowców, jednocześnie starałam z zacieszem, patrząc na budynek, ale nie mogłam się też doczekać, aż podejdę bliżej, by sfotografować tamtejsze tablice, zapisane nazwisko twórcy skali temperatur używanej do dziś jeszcze w kilku krajach. Zapozowałam także i zrobiłam niejedno selfie, by uwiecznić nie pierwszą, i nie ostatnią zapewne, ale jak zawsze ekscytującą dla mnie wizytę pod tą konkretną kamienicą. Oczywiście ciekawostki o panu Fahrenheicie przewijały się przez całą wycieczkę.

Dalej obserwowałyśmy niejeden motyw zwierzęcy – na kamienicach znajdowały się w różnej formie (np. rzeźb czy „doklejonych” elementów) ptaki, psy, a nawet koniki morskie. Minęłyśmy Pałac Młodzieży, po czym odbiłyśmy w Mieszczańską. Wkrótce zawróciłyśmy, by pokonać ostatni odcinek Ogarnej i kolejny raz przekonałam się, że przedproża potrafią być małymi dziełami sztuki, nawet jeśli nie do końca umiałam rozszyfrować prezentowane sceny.

Dotarłyśmy do ulicy Kotwiczników, gdzie napisy na metalowej tablicy wspominały istnienie w tym miejscu drukarni Czyżewskich – a także śmierć ostatniego z nich w masowym mordzie w Stutthofie. Na krańcu zabudowy tejże ulicy znajdowała się także Baszta Kotwiczników, pod którą podeszłyśmy.

Zdecydowałyśmy się podejść także nad Motławę. Miałam poczucie, że dużo opowiadałam swojej towarzyszce, szczególnie na Ogarnej i poczułam pewien rodzaj misji przewodnickiej. Nawet ludzie momentami oglądali się, o czym mówię. Gdy byłyśmy w okolicy Bramy Krowiej, przejeżdżało akurat autko z przewodniczką z turystami:

– Ulica Ogarna. Przed wojną Hundegasse. Tu Brama Krowia, za nią Most Krowi…

– Ty byś tak mogła – zasugerowała moja towarzyszka. – Dobrze, że ćwiczysz na znajomych, bo każdy lubi co innego i możesz wyciągnąć wnioski, co opowiadać.

Przyjaciółka zauważyła także, że kamienica przy ulicy Kotwiczników, zaraz obok bramy, ma u szczytu murki i dwa okienka, co bardzo ją zaciekawiło. Tymczasem ja zawiesiłam wzrok na ozdobnych szczytach rynien. Wkrótce jednak przeszłyśmy przez bramę:

– Witam Panią na Moście Krowim – zamachnęłam się ramieniem.

– Witam, dzień dobry – odpowiedziała przyjaciółka, czym wywołała u mnie śmiech.

Na Motławie dopatrzyłyśmy się rowerów wodnych, które zaaranżowano na pojazdy MO, taksówki, ale znalazła się tam także straż pisana przez „sz”. Zapozowałyśmy na tle rzeki, obejrzałam z ciekawością oba nabrzeża w obie strony, ale warto było także zerknąć pod nogi. Moja przyjaciółka zauważyła namalowanego na betonie skrzata. Analogiczne widziałam już wcześniej, np. w okolicy Parku Oliwskiego.

– O, tutaj namalowali krasnala.

– O, jak uroczo, że mu namalowali koleżankę – dodałam, bo obok kredą domalowano dziewczynkę.

Przeszłyśmy ponownie przez bramę, by skręcić w Powroźniczą. Weszłyśmy w okolice wejścia do nowoczesnego hotelu, przy którym mieściły się relikty ceglanej ściany wkomponowane w dużo nowszą zabudowę. Dalej zatrzymałyśmy się pod arkadami, by obejrzeć tamtejsze malowidła na suficie, ale nie mniej ciekawe były te nad wejściem do tawerny. Pośrodku znajdował się statek, a po obu stronach kobiety w wodzie.

– Kobieta się pluska. A ta się pluska w drugą stronę.

Niedługo później skręciłyśmy w lewo na ulicy Długi Targ, ale zatrzymałyśmy się tylko na chwilę przy dwóch przedprożach. Jedno miało wykończenia w postaci kul, co przyciągnęło uwagę mojej towarzyszki, szczególnie, że jedna z poręczy była uszkodzona i kula spadła na ziemię. Tymczasem z mojej inicjatywy zatrzymałyśmy się przy Lwie Hewelionie nawiązującym do Fahrenheita oraz przy termometrze i barometrze, które miały upamiętniać urodzonego w Gdańsku naukowca.

Już bez przygód ruszyłyśmy przez Długą ku Garbary, gdzie zaplanowałyśmy posiłek, będący zwieńczeniem naszego spotkania. W knajpkach po sąsiedzku było dwóch panów „namawiaczy”, swoją drogą dość sympatycznych, ale ich namowy nie miały dla nas znaczenia, bo wiedziałyśmy wcześniej, gdzie chcemy iść 😉 Zjadłyśmy smaczne kibiny, a opuszczając restauracyjny ogródek, usłyszałyśmy od drugiego z panów: „Jutro u mnie” i sprezentował nam ulotkę. W ten sposób zakończyłyśmy urodzinowy spacer.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z tego spaceru!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *