Ostatnią wycieczkę po tej dzielnicy postanowiłam zrealizować na rowerze, nie zaś pieszo. Zostały mi niemal same długie ulice do przebycia. Poza tym pamiętałam, jak wyglądały tych parę lat temu. Pojedyncze zabudowania, wiele kilometrów między polami i ciągnik, który chciał nas zepchnąć do rowu. Uznałam zatem, że to dobra okazja, aby przejechać się jeszcze rowerem przed zimą. Plan dojeżdżania na zajęcia z gedanistyki rowerem mógł nie być w pełni zrealizowany, bo większość zajęć mieliśmy mieć jednak online w związku z epidemią.

Dość napięty grafik sprawił, że niekoniecznie jeździłam rowerem rekreacyjnie, bo każdy ładny dzień wykorzystywałam na spacery. Przy obfitujących w potencjalne kadry obszarach nie opłacało się korzystać z roweru, bo więcej bym go prowadziła niż na nim jechała. Stwierdziłam jednak, że pozostała do odwiedzenia część Oruni wymaga ode mnie zdjęć na każdym ze skrzyżowań plus przystanków tam, gdzie zaintryguje mnie jakiś konkret. Dlatego zabrałam mojego bezimiennego do tej pory rumaka i podjechałam ku stacji SKM, już na tym odcinku pokonując pierwsze dwa kilometry.
Dla rumaka był to debiut, jeśli chodzi o przejazdy pociągiem, ale wybrałam porę, gdy bez problemu znalazłam dla niego miejsce w przedziale rowerowym. Wysiadłam na Śródmieściu i wtachałam rower do góry, podchodząc ku ulicy Menonitów, gdzie zamierzałam wystartować. Zaplanowałam dojechać kolejnych kilka kilometrów do celu, wykorzystując już własne mięśnie, przy okazji ciesząc oko widokiem na Kanał Raduni. Przy tej okazji zauważyłam, że różne teoretyczne przystosowania dla rowerów, jak rowki na schodach przy dworcu albo zjazdy nad samym kanałem (na szczęście tylko w jednym miejscu) były dość strome i niewygodne. Nie wiem, czy to jedynie moje odczucie, a może jestem niewprawiona, ale tak po prawdzie, to łatwiej było mi po prostu podnieść rower i wnieść.



Pomijając jednak ten aspekt, ten odcinek upłynął mi dość przyjemnie. Pieszo czułam się tu dość swobodnie, nie miałam jednak wdrukowanej w głowie trasy dla roweru, więc parę razy się zatrzymałam, żeby przemyśleć kolejny odcinek, a raz delikatnie się cofnęłam. Zdecydowanie bardziej komfortowo czułam się tam, gdzie nie musiałam dzielić drogi z autami.
Choć przebyłam ten odcinek na własnych nogach i zrobiłam niemało zdjęć podczas dwóch poprzednich wycieczek, także i tego dnia przystanęłam parę razy po prostu dla kadru. Pogoda zdawała mi się jeszcze ładniejsza niż ostatnio, a może po prostu po deszczowym tygodniu doceniałam ją bardziej, a przyroda zdążyła już przybrać bardziej jesienne szaty?
Sfotografowałam między innymi kilka domów i graffiti Lechii nawiązujące do całego Trójmiasta. Najdłużej zatrzymałam się chyba mniej więcej na wysokości ulicy Gościnnej po lewej, a Parku Oruńskiego po prawej, bo zaintrygowało mnie rozwidlenie Kanału Raduni. To tu wpływał do niego Potok Oruński. A po jego tafli sunęły kaczki i mewy. Co ciekawe, gdy dołączyła do nich kolejna mewa, jedna z przedstawicielek gatunku pogoniła ją z piskiem. I chyba zrobiła to dla zasady, bo wcale nie została w tym miejscu, ale pofrunęła kawałek dalej, gdy tylko uciekinierka oddaliła się.

Wkrótce dotarłam do punktu startu właściwej wycieczki. Odbiłam w ulicę Niegowską i szybko zorientowałam się, że powinnam się cofnąć do skrzyżowania, by przejść na drugą stronę po pasach, a nie dopiero za szeregiem aut. Jedna z pań wręcz delikatnie wycofała, żebym mogła znaleźć się po drugiej stronie. Podziękowałam jej skinieniem głowy. Uśmiechu na buzi osłoniętej kominem niestety by nie dostrzegła.
Pomyślałam sobie, że jak na to, czego się spodziewałam na kolejnych odcinkach, zabudowa w tym miejscu była dość gęsta, ale raczej nieprzykuwająca wzroku poza jednym ceglanym domem przyozdobionym dodatkowo kolorowym pnączem. Wkrótce przekraczałam już tory przy stacji Gdańsk Lipce.

Za nimi odbiłam w lewo w ulicę Zawiejską. Biegła wzdłuż torów, ale minęłam się tylko z jednym pociągiem. Aut też nie było wiele, dzięki czemu jechałam swobodnie, a nawet pokusiłam się o sesję fotograficzną w ruchu. Trzymając kierownicę jedną ręką, drugą próbowałam operować telefonem, by zrobić zdjęcie cienia Marty na rowerze, najchętniej jeszcze z chociaż kawałkiem prawdziwej kierownicy. Szło tak sobie, bo nie dość, że trzeba było utrzymać równowagę i skoordynować pracę prawej dłoni, w której trzymałam aparat, to jeszcze słońce raz wychylało się zza chmur, a raz pozwalało im siebie skryć i cienia po prostu nie było wtedy widać. W każdym razie bawiłam się świetnie. Już na tym etapie czułam się szczęśliwa i wolna.
Odnotowałam jeszcze hurtownię owocowo-warzywną i duże połacie, częściowo pokryte szklarniami, częściowo grządkami. Dotarłam do Ukośnej, fotografując ją w obie strony, przedzielone tunelem pod torami. Zrobiłam też sobie krótką przerwę na wrzucenie zdjęcia do sieci w ramach „relacji” na swojej stronie oraz zdanie relacji (gra słów nieprzypadkowa) kilku osobom zainteresowanym moją wyprawą.


Po odwiedzeniu Ukośnej robiłam nawrotkę przez Żuławską. W sumie klimatycznie była podobna tutaj do odcinka, który przeszłam na poprzedniej wycieczce. Moją uwagę zwrócił dom obłożony różnobarwną cegłą, przyozdobiony dodatkowo kołami przypominającymi stery. Bardzo podobał mi się też łuk drogi, który czekał mnie nieopodal skrzyżowania z ulicą Lipce. Był łagodny, wygodny do jazdy, a jednocześnie zadbano o widoczność.
Wkrótce odbiłam w ulicę Lipce, gdzie nie robiłam szczególnych postojów, bo mijało mnie kilku kursantów nauki jazdy i nie chciałam ich stresować nagłymi przystankami na poboczu. Za to zatrzymałam się, gdy ponownie znalazłam się na Niegowskiej. Najpierw zaintrygowały mnie kolory placu zabaw, później jednak, gdy stanęłam, by go sfotografować, dostrzegłam drzewo z tak sporym ubytkiem pnia, że zastanowiło mnie, że jeszcze stoi. Obok była posesja, gdzie zarówno dom, jak i murek, miały mniej więcej łososiowy odcień.


Przejechałam po raz pierwszy tego dnia pod estakadą i również pierwszy, ale nie ostatni raz, minął mnie ciągnik z przyczepą wypełnioną kapustą. Tymczasem gnając przed siebie na swoim rumaku, dotarłam do torów. Za nimi niemal równolegle do siebie, przynajmniej na tym odcinku, biegły dwie drogi – Niegowo i Nad Starą Radunią. Przekroczyłam rzekę, by zajrzeć w tę pierwszą. Umieszczono tam także kapliczkę maryjną.





W dalszą trasę skierowałam się ulicą Nad Starą Radunią i w przebłyskach słońca wydała mi się bardzo malownicza jak na niezabudowaną. Dopiero przed przejazdem pod estakadą pojawił się na horyzoncie dom z przyległościami. A po drugiej stronie estakady od razu oczarowały mnie krukowate w locie. Ich czarna sylwetka odznaczała się na niebie, podkreślając jego błękit. W tamtej chwili, pomijając niską temperaturę (poniżej 10˚C), warunki pogodowe były wymarzone. Ale że byłam ciepło ubrana, a do tego w ruchu, nie odczuwałam zimna jakoś szczególnie.
Zresztą, rozpierała mnie radość. Że w końcu po tygodniu „posuchy” mogłam ruszyć w teren. Że udało się wyruszyć z rowerem. Że trasa idzie tak gładko, a pogoda sprzyja. Naprawdę warto było czekać. Jechałam i tam, gdzie nie było ludzi, podśpiewywałam! Później minął mnie samochód osobowy i kolejny ciągnik z kapustą, a nieopodal przejechał inny – z burakami(?). Kierowca spojrzał w moją stronę, zaskoczony widokiem rowerzystki. Gdy okolica opustoszała, a ja dotarłam do ulicy Wołyńskiej, zajrzałam w nią, obfotografowałam teren wokół, po czym uznałam, że pogadam do kamery. Najpierw nagrałam filmik dla brata, bo to za sprawką jego i mamy mogłam śmigać rowerem po obrzeżach Gdańska (był to mój prezent urodzinowy), a następnie postanowiłam podzielić się swoim entuzjazmem szerzej – ten drugi film trafił po powrocie na mojego Facebooka.


Na polach dostrzegłam, że sadzono tu nie tylko zwykłą, ale i czerwoną kapustę, a także cebulę ze szczypiorkiem. Zerkając ku górze, na błękicie nieba wypatrzyłam samolot. Zamiast jednak utrzymać cywilizowany klimat i pojechać Wołyńską w całości (co nie było moim zamiarem, bo wiedziałam, czego się spodziewać), postanowiłam odkryć dalszy fragment ulicy Żuławskiej i widoczną na mapie łamaną dotrzeć do Przybrzeżnej.
Wkrótce dość wyraźnie zarysowana droga zmieniła się w ziemistą, pokrytą kałużami i biegnącą między polami. Po przebyciu pierwszego z trzech odcinków uznałam, że brnę dalej. Drugi sprawił, że całe buty i koła roweru miałam umorusane błotem, a odpryski pojawiły się m. in. także na ramie. Rower i spód butów obmyłam w kałużach, prowadząc później mojego rumaka już tylko po trawiastych lub bardziej suchych fragmentach, a sama stawiając kroki ostrożniej, by nie zapadać się stopami tak głęboko. Trzecia część łamanej była już całkiem przyzwoita, więc byliśmy z rumakiem w miarę doprowadzeni do ładu.


Przybrzeżna wynagrodziła te przeboje. Nie dość, że była cała wyłożona płytami, co dawało szansę wyschnięcie i na starcie resztek błota z kół, to jeszcze po swojej prawej cały czas miałam Motławę, która czarowała mnie swym urokiem! Nic dziwnego, że poprowadzono tędy czerwony szlak. Naprawdę tylu przystanków nie zrobiłam na żadnym innym odcinku.
W pobliżu mostu, który chwilę później sfotografowałam, już z oddali widziałam radiowóz. Okazało się, że interweniują, bo przez rurę na betonową konstrukcję wszedł jakiś randomowy gość. Funkcjonariusze – pan i pani – chcieli go ściągnąć i zastanawiali się, po co on tam w ogóle wlazł. Nie poznałam jednak odpowiedzi, bo pojechałam dalej.
Minęłam Wołyńską, a jej widok z tej strony, podobnie jak drugi koniec, totalnie mnie nie zaskoczył. Tych parę lat temu, gdy ulicę rozbudowywano, przeszliśmy ją z kolegą w całości i poza polami naprawdę nic tam nie było, dopiero tych kilka domów, które widziałam właśnie przed sobą.







Za torami zrobiłam kilka artystycznych zdjęć wytwórni betonu… zza drzew. Czaiłam się też na ulicę Poleską. Poleski Park Narodowy był bowiem dla mnie jednym z najbardziej wyczekiwanych – z racji występujących tam żółwi. Planowałam zrobić fotkę z kciukiem w górę przy tabliczce z nazwą ulicy, ale tabliczki nie ustawiono. Rozczarowana pojechałam dalej.

Ostatnią ulicą na mojej oficjalnej trasie była Wschodnia. Z jednej strony zakłady i pojedynczy dom wielorodzinny, z drugiej ogródki działkowe. Trąbnął na mnie kierowca ciężarówki pocztowej. Stałam na poboczu, chcąc przejść na drugą stronę na chodnik. Okazało się jednak, że nie mam co czekać, aż on przejedzie, bo wjeżdża w bramę po mojej stronie drogi, a że chce wjechać tyłem, to potrzebuje też tej części pobocza, gdzie stałam. Wycofałam więc rower, po czym śmignęłam na drugą stronę. Stąd lepiej mogłam sfotografować dom na Wschodniej, który pamiętałam doskonale z wycieczki tych parę lat temu, choć nie kojarzyłam dokładnej lokalizacji. Niestety, zaparkowano przed nim kilka aut, przez co zastanawiałam się, czy lepsze zdjęcia uzyskałam teraz pod innym kątem (by nie ujmować samochodów), czy jednak wtedy, nawet dysponując słabszym sprzętem. Dom był spory, wielorodzinny, nietuzinkowy, więc wzbudził moją ciekawość. Gdyby dorzucić informację, że był ceglany, nikogo (kto mnie zna) nie zdziwi fakt, że mi się spodobał.


Dotarłam do pętli autobusu linii 123 i dalszą przejażdżkę można by już uznać za drogę powrotną, bo powielałam znane ścieżki. Jechałam początkowo Smętną, ale widząc korek, postanowiłam przenieść się na chodnik, a gdy pojawili się przechodnie, prowadziłam rower. Za torami doszłam do kładki nad Traktem Św. Wojciecha i przedostałam się na drugą stronę do ścieżki pieszo-rowerowej. I tak powróciłam przebytą kilka godzin wcześniej drogą do stacji SKM Gdańsk Śródmieście. Bez problemu osadziłam rower w stojaku w wagonie i z poczuciem dobrze wykorzystanego dnia z lekkością pokonałam też ostatnie dwa kilometry rowerem do domu.





Wycieczka potwierdziła jedynie, że jestem uzależniona zarówno od terenu, jak i od pstrykania zdjęć. Nie przepuszczę żadnej okazji 😉 Marta mówi, że na trasie prawie nic nie ma, więc napstryka mało zdjęć? Ta sama Marta nawet z rowerowej, dwuipółgodzinnej przejażdżki pomiędzy polami wróciła z ponad 300 kadrami 😀 I z zacieszem, że udało się wstrzelić w okienko pogodowe i ukończyć kolejną dzielnicę. Zostały niespełna trzy do końca!


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego, drugiego i trzeciego spaceru po tej dzielnicy!
