Rumia – spacer dwóch solenizantek

Drugi spacer po Rumi był wyjątkowy zarówno pod względem daty, jak i towarzystwa. Dzień po moich własnych urodzinach wybrałam się na wycieczkę z koleżanką świętującą właśnie tego dnia. Bardzo doceniałam fakt, że postanowiła swoje urodziny spędzić ze mną i w zaproponowany przeze mnie sposób. Niezmiernie ucieszyła mnie także jej inicjatywa, że upiecze babeczki! Mnie poprosiła z kolei o zorganizowanie świeczek i zapałek.

Wystartowałyśmy na stacji Rumia i chociaż trasę na mapkach podzieliłam aż na siedem odcinków, całość nie prezentowała się szczególnie wymagająco. Kolejny raz podczas zwiedzania Rumi miałam jednak poczucie, że człapię dużo wolniej niż zazwyczaj. I, podobnie jak ostatnio, osoba mi towarzysząca wyznaczyła górną granicę, jakim czasem dysponowała. Nie poganiałam nas jednak i cieszyłyśmy się trwającą chwilą. Co jakiś czas spacer przerywały telefony z serdecznymi życzeniami kierowanymi w stronę solenizantki i jej odpowiedziami w stylu „jestem na wycieczce w Rumi, z Martą”. Nie ma co, mało kto spędza urodziny w taki sposób.

Podobnie jak ostatnio moją, tak i uwagę mojej koleżanki zwrócił sklep Puzzel. Tym razem skierowałyśmy się w lewo. Przyglądałyśmy się wróbelkom na żywopłocie okalającym przedszkole. Wkrótce skręcałyśmy już w prawo w ulicę Leśną. Znajdowała się tam przychodnia weterynaryjna. Mogłyśmy również obejrzeć budynek wspominanego przedszkola od frontu. Urzekło mnie, że na niemal wszystkich oknach przyczepiono obrazki zwierząt. Nie mogłam jednak dostrzec mojego ulubieńca:

– Ale żółwia to tu nie ma – powiedziałam lekko zawiedziona. – O, jest żółw! – zakrzyknęłam z entuzjazmem, gdy jednak takowy się znalazł na kolejnych szybach.

Prócz tego pomalowano przedszkolne ławki na wzór sierści różnych dzikich zwierząt, a poszczególnym guzikom na domofonie przyporządkowano nie napisy, lecz kolory. Byłam pod dużym wrażeniem kreatywności założycieli.

Chwilę później spacerowałyśmy już Nizinną, gdzie swój gabinet miał stomatolog. Przeszłyśmy Wyżynną ku Śląskiej, zataczając niejako pętlę. Znalazłyśmy się ostatecznie ponownie na Leśnej, choć na innym jej odcinku. Dotarłyśmy do skrzyżowania, gdzie po prawej oraz na wprost biegła ulica Podgórna. A przynajmniej tak nam się wydawało – odnoga po prawej miała łudząco podobną nazwę: Podgórska. Najpierw odbiłyśmy w prawo, by w ten sposób móc także zajrzeć w Wałową. Gdy powracałyśmy na skrzyżowanie, zwróciłyśmy uwagę na jeden z dawnych domów. Z całą pewnością budynek zupełnie pozostawiono samemu sobie. Ostało się jedynie kilka niepełnych ścian oraz otwory na okna i drzwi. Wszędzie dookoła rosły gęste chaszcze. Chociaż nie weszłabym do środka, bo konstrukcja nie wyglądała stabilnie i w każdej chwili mogłaby się zapaść, poczułam się tym miejscem zaintrygowana. Nie wiem, skąd mi się wzięło to zamiłowanie do ruin.

Kolejny budynek zaciekawił nas z kolei rzędem maleńkich okienek wzdłuż jednej ze ścian. Uznałyśmy, że musiały to być tzw. świetliki. Dalej, gdy wędrowałyśmy już Podgórną, zwracałyśmy mniej uwagi na budynki, a więcej na ich otoczenie.

– Rozmazałeś się wróbelku – zawołałam do ptaszka, który odlatywał akurat wtedy, gdy zdążyłam nacisnąć migawkę.

– O gruszka – rzuciła tymczasem koleżanka, ale zarejestrowałam to jedynie podświadomie.

– O, gruszka – dodałam niemal od razu po niej. – Jedna.

Rzeczywiście, na drzewie wisiał tylko jeden, za to niezwykle dorodny owoc. Dalej było nam dane dostrzec na chodniku niezwykłe znalezisko: spory zestaw do makijażu.

– Patrz, paletki! – zawołała koleżanka i przybrała momentalnie teatralną pozę. – Nie będę się już malowała. Nie będę tapeciarą!

Moją uwagę skupiły na sobie strączki, przypominające groszek lub fasolę szparagową. Roślina pięła się po całym ogrodzeniu. Tamtejszy ogród wyróżniał się także obszerną i niezwykle barwną rabatką kwiatową.

Przy skrzyżowaniu ulic Podgórnej i Sabata znajdował się kościół Św. Józefa i Św. Judy Tadeusza. Bryła prezentowała się bardzo elegancko z przeszkleniami, delikatnie zarysowanym artyzmem projektantów i ograniczeniem do kilku jasnych barw. Jednak zdecydowanie bardziej byłyśmy urzeczone starannie utrzymanym ogrodem. Postanowiłyśmy obejść kościół dookoła, wzdłuż stacji drogi krzyżowej, by móc ową staranność popodziwiać dokładniej. Na początek rozbawiło nas ustawienie przy samych schodach wiodących do świątyni… śmietnika. Z jednej strony był to zgrzyt w tej pięknej kompozycji. Z drugiej strony, może byłby problem z utrzymaniem terenu w czystości bez owego praktycznego akcentu. Dalej spacerowałyśmy już bardziej refleksyjnie, chociaż nasze refleksje mocno odbiegały od standardowych. Już przy pierwszej stacji wywiązała się między nami następująca dyskusja:

– Jezus rozmawia z Piłatem? – zapytała koleżanka.

– Chyba tak.

– Ma japonki.

– To są sandały.

– A gdzie ma zapięcie?

– Tutaj? – z lekkim wahaniem pokazałam koleżance, że kostki Piłata zakrywała szata.

– Nie widzę – nie dawała się przekonać.

– To, że nie widzisz, to nie znaczy, że tego nie ma – zakończyłam filozoficznie.

Z kolei gdy dotarłyśmy do płaczących niewiast, pocieszanych przez Jezusa, koleżankę zastanowiło, kim były owe kobiety, na co odparłam:

– Myślę, że za Jezusem to niejedna kobieta płakała.

Dopiero po chwili sobie uświadomiłam, jak dwuznacznie mogło to zabrzmieć. A przecież nie miałam na myśli niczego złego. Moje słowa wynikały jedynie z przekonania, że ludzie wiązali z Jezusem ogromne nadzieje i gdy mieli go „utracić”, pewnie niejeden członek lokalnej społeczności nad tym faktem ubolewał, a my, kobiety, częściej od mężczyzn płaczemy w emocjach.

Na terenie kościoła obejrzałyśmy jeszcze krzyż, głaz z przedstawieniem Piety oraz figury Matki Boskiej i jakiegoś świętego. Chociaż nie był patronem tutejszej parafii, stawiałabym na świętego Franciszka, gdyż postać otoczona była ptaszętami.

Po przekroczeniu bramy kościoła, naprzeciwko siebie miałyśmy Galerię Rumia czyli centrum handlowe. Podążyłyśmy jednak w prawo. Wkrótce znalazłyśmy się na skrzyżowaniu z ulicą Wodną. Weszłyśmy w głąb z nadzieją wyjścia przez ulice Zakole i Szkolną. Musiałyśmy jednak zawrócić przy warsztacie samochodowym, a dopiero potem zajrzeć w kolejne drogi. W międzyczasie przywitały się z nami jakieś obce dzieci. Zawracając ku ulicy Sabata i Gimnazjum Specjalnemu Nr 3, postanowiłyśmy nieco przyspieszyć.

– Możemy podkręcić tempo? – zapytałam.

– Możemy.

– Potem pewnie będzie mniej zabudowy, a teraz to jeszcze człowiek myśli, że między domami będzie jakiś warsztat samochodowy, sklep spożywczy czy fryzjer.

– A są chłopcy, co się patrzą na nas.

– I dzieci, co nam mówią dzień dobry.

Z tą myślą dotarłyśmy do przecięcia Sabata z Młyńską i skręciłyśmy w lewo. Po chwili znalazłyśmy się na Kombatantów, gdzie odbiłyśmy w prawo. W ten sposób po chwili mogłyśmy już spacerować Kamienną ku Rycerskiej. Odchodziła od niej niedługa Skośna. Ostatecznie jednak wyszłyśmy na Batorego i kierowałyśmy się w lewo.

Zareagowałam żywo już na pierwszą ulicę biegnącą w bok – Szancera. W związku z tym, że pracuję z dziećmi, nazwisko było mi dość dobrze znane. Szancer tworzył ilustracje do bajek Brzechwy. Z dumą ustawiłam się przy drogowskazie i zawołałam do koleżanki:

– Zrób mi zdjęcie z tabliczką. Pokażę w pracy, jakim jestem zaangażowanym pracownikiem.

Znajdujące się kawałek dalej lustro drogowe sprowokowało nas do wspólnego zdjęcia. Gdy tak pozowałyśmy wspólnie, w pewnym momencie nasze nogi ułożyły się na kształt literki M.

– M jak Rumia – zakrzyknęła koleżanka, po chwili się poprawiając. – M jak mia.

Doceniałam próbę.

Tuż przy Chabrowej stało jeszcze coś, co z oddali przypominało parkową ławkę. Z bliska okazało się jedynie czymś na kształt jakiegoś wózka czy skrzynki na kółkach i z rączką, którą początkowo wzięłyśmy za oparcie.      

Tuż przed budynkiem Gimnazjum Nr 4 mieściła się siłownia na powietrzu, gdzie postanowiłyśmy zrobić sobie przystanek babeczkowy. Wykonałyśmy kilka ćwiczeń na rozruch, znajdując swoje ulubione przyrządy, po czym rozsiadłyśmy się na ławeczce. Koleżanka wyciągnęła babeczki, które wyglądały bardzo smakowicie. Z kolei ja z czeluści swojego plecaka wyciągnęłam obiecane świeczki i zapałki. O ile ustawienie świeczek w centrum każdej babeczki nie sprawiło nam żadnego kłopotu, o tyle z samym ich zapaleniem miałyśmy nie lada trudności. Pozornie słaby wiatr był przeciwnikiem, którego do tej pory bagatelizowałyśmy. Gdy już udało się nam zapalić zapałkę, nie zdążałyśmy uwiecznić na zdjęciu zapalania świeczki, bo ta momentalnie gasła. Gdy promyk nad drugą z nich płonął, ta pierwsza była już zdmuchnięta. Musiałyśmy przyjąć psoty wiatru za nieodzowną część naszej obecności tam i ograniczyłyśmy się do zapalania i zdmuchiwania świeczek pojedynczo, kolejno. Po sesji zdjęciowej i posileniu się smakołykami, udałyśmy się na dalszą część wędrówki.

Zajrzałyśmy w ulice Źródlaną i Brzechwy. Zdjęcie z tabliczką przy tej drugiej nie było tak udane jak wcześniejsze na ulicy Szancera, z powodu rozłożystych drzew, które częściowo ją zakryły swoimi liśćmi.

Skręciłyśmy w prawo na ulicy Św. Józefa. Dotarłyśmy niemal do jej końca, gdzie mieściły się stawy rybne. Krzyżowała się tam z Młyńską, my jednak zawróciłyśmy do ostatniego skrzyżowania i podążyłyśmy na wprost, znajdując po drodze warsztat samochodowy i piekarnię. Wreszcie skręciłyśmy w Makuszyńskiego.

– Makuszyński dostał taką słabą ulicę. Powinna być Błotna – zauważyła koleżanka.

Ulica Makuszyńskiego krzyżowała się z tą poświęconą Brzechwie i tym razem, dla odmiany, tabliczka była dobrze widoczna. Umieszczono ją jednak na ogrodzeniu jednego z domów, a jego mieszkaniec akurat robił coś w ogrodzie i znajdował się w potencjalnym kadrze. Wyczekałyśmy zatem odpowiedni moment, po czym przykucnęłam i zapozowałam. Moja obecność została zauważona także przez uroczego, czworonożnego mieszkańca tejże posesji. Psiak podbiegł, radośnie merdając ogonkiem. Zaczęłam mówić do niego:

– Słodki piesek. O jaki jestem piękny. A jak ładnie pozuję! Chyba jestem dziewczynką, bo mam różową kokardkę. I chyba się tarzałem w trawie, bo mam takie zielone łapki.

Dalej spotkałyśmy jeszcze kota, który leniwie wylegiwał się na wiacie i, zwrócony do nas tyłem, ledwie lekko przechylił głowę, racząc nas krótkim spojrzeniem. Przez ulicę Porazińskiej przeszłyśmy na Janczarskiego. Na skrzyżowaniu zobaczyłyśmy tabliczkę z napisem fryzjer, ze strzałką, lecz bez dodatkowych informacji, czego koleżanka nie omieszkała pominąć.

– Fryzjer. W krzakach, ale jest – skomentowała.

Janczarskiego, po przecięciu z ulicą Św. Józefa, przechodziła w Podmokłą. W pobliżu skrzyżowania mieścił się sklep spożywczy. Ponadto zaintrygował nas jeden z balkonów, którego ściany wyłożono boazerią. Przydawało to wrażenia przytulności, natomiast zastanowiły mnie względy praktyczne, czy owo drewno nie chwytało za wiele wilgoci.

Przez Chmielną wyszłyśmy na Batorego. Skierowałyśmy się w lewo, gdzie niemal od razu przywitał nas intensywny zapach. Mi kojarzył się z żywicą, koleżance z truskawkami. Jego źródłem okazały się ścinane przez dwóch panów tuje. Za Zdrojową mieścił się dom seniora. Minęłyśmy Zielarską, a także strumyk. Podziwiałam niewielką kaskadę, jaką w jego obrębie zbudowano. Zresztą, piętrząca się woda ma zawsze w sobie jakiś urok. Jako biolog zawsze ekscytuję się też akcentami zwierzęcymi, a te mogłam odnaleźć w ogrodzie nieopodal. Widniały w nim figurki saren, sów, bocianów i inne.

Ulicą Zieloną kierowałyśmy się ku Łąkowej. Na jednej z posesji wypatrzyłyśmy piękny staw z pomostem i kołem młyńskim. Było to bardzo klimatyczne miejsce. Łąkowa powiodła nas z kolei ku Kamiennej. Droga biegła wzdłuż lasu, a zabudowa była niezbyt gęsta i oddalona od ulicy. Zaczęłyśmy zatem zwracać uwagę na inne oznaki bytności człowieka. Poza tak oczywistymi jak asfalt i chodnik, na pierwszy rzut oka wypatrzyłyśmy śmietnik otwarty na kształt słynnego Pacmana. Dalej zaczęłyśmy przyglądać się znakom drogowym.

Zwolnij. Jesteś w mieście – przeczytała moja towarzyszka. – Ja w ogóle zapomniałam, że jestem w mieście. Łąki jakieś – stwierdziła.

Zrobiłyśmy niewielką pętlę: Zdrojowa – Chmielna – Zielarska, po czym wyszłyśmy znów na Kamiennej i podążałyśmy nią dalej aż do Żwirowej, zaglądając w biegnące w poprzek ulice. Na wysokości Porazińskiej ponownie dopatrzyłyśmy się tabliczki promującej fryzjera, jednak większość jej powierzchni zasłaniały liście drzewa. Ktoś ewidentnie nie przemyślał tematu do końca.

Przerost formy nad treścią miałyśmy z kolei na samej Żwirowej. Pewna posesja miała podwójne ogrodzenie – z jednej strony metalowe pręty, od wewnątrz zaś szczelnie ze sobą złączone drewniane sztachety. Widocznie komuś zależało także na prywatności.

Odbiłyśmy na moment w ulicę Kombatantów, gdzie mieścił się prawdopodobnie bar i gdzie obserwowałyśmy rozczulone małego chłopca, który jechał elektronicznym autkiem. Następnie zawróciłyśmy i podążyłyśmy ku Włókienniczej, po drodze zaglądając jeszcze w Marmurową i Granitową. Rozbawiła nas tabliczka informująca o tym, iż ochroniarzem posesji był york. Dodatkowo na obrazku miał różową kokardkę, co jeszcze bardziej potęgowało kontrast.

Na Włókienniczej mieściły się salon fryzjersko-kosmetyczny oraz firma skupująca i sprzedająca pojazdy i maszyny budowlane, a także warsztat samochodowy. Dotarłyśmy do skrzyżowania ze Stalową. Dzięki temu odkryłyśmy bibliotekę i siedzibę Szkoły Podstawowej Nr 10. Znalazłyśmy także sklepy spożywczy i z częściami samochodowymi. Przez Górniczą przeszłyśmy na Hutniczą, którą przemieszczałyśmy się w przeciwnym kierunku. Po obecności kwiaciarni i widniejącej kawałek wcześniej tabliczce z reklamą firmy produkującej nagrobki, mogłyśmy wnioskować, że nieopodal mógł być cmentarz. Będąc już w domu, sprawdziłam, że rzeczywiście mieścił się na końcu Górniczej. W terenie jednak gonił nas już czas i cmentarz zwyczajnie sobie odpuściłyśmy.

Od Hutniczej odbiegała jeszcze Tkacka, za sprawą eleganckich szeregowców w mojej opinii jedna z najładniejszych rumskich ulic. Za skrzyżowaniem z Włókienniczą wędrowałyśmy ulicą Rybaków. Po drodze mijałyśmy warsztaty samochodowe i rozległe tereny firm, a niewiele domów. Zajrzałyśmy w ulicę Gryfa Pomorskiego, a następnie przez Robotniczą wyszłyśmy na Jana III Sobieskiego. Kierowałyśmy się już w stronę dworca SKM Rumia Janowo. Przy głównej drodze znajdowały się pensjonat, firmy dla zmotoryzowanych i budowlane, a także punkt ksero. Zajrzałyśmy jeszcze w Ludową, po czym dotarłyśmy do przejścia dla pieszych, które pokonałyśmy, by wdrapać się schodami w kierunku dworca. Pomimo remontu pociągi funkcjonowały sprawnie i wkrótce siedziałyśmy już w powrotnej kolejce w kierunku Gdańska.

Więcej o wycieczkach realizowanych w ramach tego projektu możesz poczytać <tutaj> 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *