Przeróbka – gdański półwysep i wysyp bajkowych ulic

Podczas tej wędrówki upiekłam dwie pieczenie przy jednym ogniu. Rozpoczęłam kolejny z etapów plażowego spaceru blogerów (o czym już pisałam na blogu), po czym pozostałą część Westerplatte oraz dzielnicę Przeróbka jako taką zwiedzałam już w pojedynkę. Gdy rozdzielaliśmy się przy Cmentarzyku Obrońców Westerplatte, powiedziałam na odchodnym swojemu towarzyszowi, że chętnie bym oprowadzała po Westerplatte w przyszłości, bo temat i miejsce uważam za niesłychanie ważne. Czułam jednak w swoim perfekcjonizmie, że chciałabym wiedzieć jeszcze więcej!

Odbiłam w ścieżkę w kierunku Nowych Koszar i już tam miałam okazję poczuć się potrzebna turystom. Natknęłam się na dwie młode pary, które wymieniały się swoją wiedzą o tym miejscu, aczkolwiek więcej było w tym odkopywania z pamięci strzępków faktów oraz własnych przypuszczeń. Subtelnie poprawiłam państwa, że obrona nie trwała zaledwie 24 godziny, a dodatkowo, że budynek nie wygląda tak, bo ucierpiał w czasie wojny, ale już po niej detonowano tam niewybuchy. Odwiedziłam też pomieszczenie w dolnej kondygnacji, z konstrukcją sufitu wzmocnioną specjalną siatką, dzięki której taka detonacja w ogóle mogła być przeprowadzona we względnie bezpieczny sposób. Pośród resztek ścian sąsiednich pomieszczeń wróciły do mnie wspomnienia ze spaceru w ramach kursu przewodnickiego, gdy opowiadano nam tam o warunkach sanitarnych, medycznych i racjach żywnościowych.

Opuściłam koszary, wychodząc ku głównej alei spacerowej. Po jej drugiej stronie ogrodzenie opatrzono tabliczką, że trwają prace saperskie, ale na dalszym odcinku, przy wystawie historycznej o historii kurortu oraz późniejszych wojennych losach Westerplatte, dopatrzyłam się już swobodnie spacerujących przechodniów.

Wzdłuż szeregu flag dotarłam do słynnego napisu: „Nigdy więcej wojny”. Podążając dalej, dotarłam do tabliczki cytującej słowa papieża Jana Pawła II z jego wizyty na Westerplatte w czerwcu 1987 roku. Bardzo trafiał do mnie ten cytat. Po uwiecznieniu tablicy zaczęłam się wspinać na kopiec, na którego szczycie znajdował się Pomnik Obrońców Wybrzeża. Nim dotarłam do 25-metrowego monumentu, uwieczniłam także jedyny w Nowym Porcie falowiec, po drugiej stronie Martwej Wisły. Pomnik swoim kształtem miał przypominać wbity w ziemię bagnet, a napisy upamiętniały bitwy, ale nie tylko w obronie wybrzeża we wrześniu 1939 roku.

Na szczycie byłam około 10:30, ale już o tej porze znalazło się mnóstwo ludzi. Gdy zobaczyłam, że nie tylko mi zrobienie zdjęcia bez tłumu turystów sprawiło trudność, odezwałam się do bezradnej wobec tych samych okoliczności pani z aparatem:

– Zrobienie zdjęcia pomnika bez ludzi nie będzie łatwym zadaniem. Ja już się czaję 15 minut.

Wywiązała się między nami dyskusja. Doskonale rozumiałam panią, która przyznała, że znajomi śmieją się z niej, że miejsca, które fotografuje, wyglądają na bezludne. Od siebie dodałam, że i mi koleżanka mówiła, że dla historyków takie rzeczy (tzn. zdjęcia z ludźmi) są właśnie cenne, aczkolwiek na swoje potrzeby też preferuję zdjęcia bez dodatkowych postaci.

Wróciłam ku alei i skierowałam się ku wartowniom, najpierw nr 3, a później nr 1, której wnętrze stało się muzeum. Byłam tam rok wcześniej, więc tym razem nie odwiedzałam wystawy. Natomiast spędziłam dłuższą chwilę z drugiej strony Nowych Koszar, gdzie ustawiono tablice z nazwiskami westerplatczyków.

W okolicy łazienek znajdowały się przeszklone tablice z mapami oblężenia i systemu obrony półwyspu. Żałowałam jedynie, że przez szybę zdjęcia nie wyszły zbyt dobrze i trudno byłoby do nich wracać w większej skali.

Następnie ścieżką od napisu Westerplatte, wzdłuż linii kolejowej, przespacerowałam się przy pozostałościach stacji i placówek aż do wieży obserwacyjnej. Wówczas zawróciłam i czmychnęłam w poprzek drogi ku bramie kolejowej, umożliwiającej wjazd do Wojskowej Składnicy Tranzytowej.

Po drugiej stronie ulicy znajdował się terminal promowy i przystanek tramwaju wodnego. Rozciągał się stąd widok na Nowy Port, w panoramie tej wyróżniały się elewatory oraz bryła kościoła morskiego pw. Niepokalanego Serca Maryi.

W dalszą trasę ruszyłam ulicą Pokładową. Szybko zorientowałam się, że teren ten był aktualnie jednym wielkim remontem, a autobus musiał kursować inną drogą, bo znaki na przystankach zostały przekreślone. Poza tym moją uwagę zwrócił zapach świeżo pomalowanej farby.

Kolejną z odwiedzonych ulic była ulica Charpentiera, która z pełnego remontów przemysłowego świata przeniosła mnie ku bardziej zalesionej strefie. Byłam też blisko wody, a dokładniej miejsca, gdzie wpływał kiedyś prom transportujący turystów między Nowym Portem a Twierdzą Wisłoujście, do której się zbliżałam. Przed mostem znajdował się głaz upamiętniający postać hrabiego de Plélo, który patronował jednej z sąsiednich ulic, którą miałam w planach na później.

Tymczasem przekroczyłam most i znalazłam się na ulicy Stara Twierdza. Poza Twierdzą Wisłoujście, która była oczywiście moim głównym celem na tym odcinku, znajdowały się tam m.in.: policja wodna, miejsca, gdzie hibernowały zimą nietoperze oraz kilka opuszczonych budynków, których przeznaczenia wówczas nie znałam. Miejsce to upodobali sobie także członkowie Polskiego Klubu Morskiego. Natknęłam się też na Pomnik Załogi Jachtu Poświst, którzy „zginęli śmiercią żeglarzy” w 1948 roku.

Co do samej twierdzy, wybiło już południe, więc nie byłam pewna, czy chcę poświęcić czas na pełne zwiedzanie (byłam rok wcześniej, a i to nie była moja pierwsza wizyta), ale jednocześnie zależało mi na aktualnych zdjęciach w swoim projekcie. Rozważałam też, czy takie zdjęcia mogłyby zostać użyte w potencjalnej książce. Zapytałam panią na kasach i zasugerowała, że zawoła kierownika. Znaliśmy się, więc ucieszyłam się zarówno na jej propozycję, jak i pogawędkę z nim. Zapytał, co mnie interesuje i umówiliśmy się, że mogę się przejść w obecności przewodnika, a jeśli będę chciała użyć zdjęć komercyjnie, wrócimy do tematu. Później, dowiadując się, że w kolejnym sezonie (2021) Twierdza miała być zamknięta, ucieszyłam się bardzo, że pokusiłam się o ten spacer. W trakcie spotkałam jeszcze kolegę, na co dzień pracującego w innym oddziale Muzeum Gdańska, ale goszczącego nieraz i tutaj.

– Kogo to moje oczy widzą! – ucieszyłam się.

– Właśnie słyszałem znajomy głos.

Kolega zapytał mnie subtelnie (byliśmy jednak we trójkę z moim przewodnikiem, którego poznałam kilka minut wcześniej), jak tam moje sprawy. Byłam wówczas na etapie szukania nowej pracy i wydźwięk jego pytania był tak subtelny, że dopiero po chwili zorientowałam się, że pyta właśnie o to. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że na razie nie ma przełomu, ale korzystam z tego czasu w pełni i te moje wyprawy to taka odskocznia. Przynajmniej nie czułam, że marnuję czas, a i tak miałam w planach przejście ponownie całego Gdańska. I tak się rozgadaliśmy, aż było mi żal mojego przewodnika 😉

A ten był naprawdę przemiły i choć samo miejsce już znałam, dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy i poznałam nowego człowieka, sama trochę go podgadując (robiłam więcej zdjęć niż oczekiwałam narracji jak osoba, która gościłaby tam po raz pierwszy). Z wieży dopatrzyliśmy się np. hangaru, koszar z okresu napoleońskiego oraz U-boota w wersji 7C – aż zapytałam, czy miałby coś przeciwko, że pogadam do dyktafonu, bo sama z siebie nigdy bym tego nie zapamiętała, a uznałam, że to jednak ciekawe i szkoda przekręcić. Z nowości obejrzałam wystawę plenerową o mieszkańcach Wisłoujścia i weszłam do środka koszar naprzeciwko kamieniczek oficerskich. Przestrzeń wewnątrz prawdopodobnie mogłaby być w przyszłości zaaranżowana na cele wystawiennicze.

Podziękowałam serdecznie mojemu przewodnikowi za zaangażowanie i poświęcony czas, jednocześnie śmiejąc się:

– Mam nadzieję, że byłam dobrym turystą.

W odpowiedzi zaczął się droczyć.

– Najgorszym. Będzie mi się to śniło po nocach 😉

Pożegnaliśmy się, po czym ruszyłam zobaczyć z bliska hangar i U-boota. Spacerując dalej ulicą de Plélo, dotarłam do brzegu, który był obficie porośnięty kolorową roślinnością, w przeciwieństwie do połaci żółtej, spalonej letnim słońcem trawy, np. na twierdzy. Stąd mogłam również obejrzeć elewatory na nabrzeżu Nowego Portu.

Wędrując następnie ulicą Ku Ujściu, sfotografowałam swoje buty i rzuciłam pod nosem:

– Mój środek transportu nie ma rozkładu jazdy.

Nawiązałam tym do zawieszonych z powodu remontu przystanków. Zastanawiałam się też, czy w ogóle przejdę przez ten remont dalej. Szłam i szłam, aż dotarłam do wielkiego rozkopanego pola jasnego piachu. Pracowali tam robotnicy, choć akurat kilku z nich miało przerwę śniadaniową, a dwóch debatowało na temat dalszych prac. Podeszłam do tych dwóch, by spytać, czy przejdę jakoś do ronda KOR (Komitetu Obrony Robotników). Nie wiedzieli o co mi chodzi, więc tłumaczyłam, w którym to miejscu i że biegnie stamtąd droga na Fosfory.

– Tak, tu cały czas prosto i dotrze pani.

– Wiem, że kierunek ten, ale się zastanawiam, czy przejdę, bo widzę, że panowie remontują.

– Może pani i tu przejść, ale co pani będzie szła przez piach, lepiej tam przy białym aucie (…). Przecież była tabliczka, że jest objazd.

– No tak, objazd, ale ja szłam pieszo i od twierdzy.

Ruszyłam tak, jak mnie pokierowali. „Wyskoczył” na mnie taki młody, przystojny robotnik, który nie słyszał naszej wcześniejszej rozmowy i zażartował:

– A przepustka to gdzie?

– Tamci dwaj panowie mnie tak pokierowali, idę w stronę ronda KOR i po prostu chciałam przejść.

Dwaj mężczyźni w aucie się zaśmiali, jeden jadł.

– Kierownik zaraz na mnie nakrzyczy, gdzie wpuszczam ludzi – zasugerował młody robotnik.

Ukłoniłam się kierownikowi:

– Smacznego 🙂

Drugi pan tymczasem zagadał:

– Może trzeba podwieźć?

– Nie – odpowiedziałam. – Robię taki pieszy projekt, nie potrzebuję podwózki.

Młody mnie przepuścił i dodał:

– Tylko pani na nogi uważa.

A ja szłam w szortach przez te wertepy xD Poszłam zatem ostrożnie w poprzek, tak jak mnie pokierowali, po chwili słysząc jak robotnik woła za kierownikiem: Taki tutaj dżentelmen z Poznania, nawet nie podwiezie dziewczyny.

Tymczasem dziewczyna nie pokiereszowała sobie nóg, wyszła na normalną drogę i do ronda KOR też dotarła 😉

Tam odbiłam w prawo i dotarłam do skrzyżowania z Kujawską, wiodącą na teren portu. Naprzeciw mieściła się ulica Chemików. Ostatecznie zaglądając w obie, powędrowałam dalej ulicą Ku Ujściu w stronę bardziej zabudowanej części Przeróbki. Ten odcinek był jednak dość wymagający ze względu na intensywny ruch ciężarowy.

Wreszcie na horyzoncie pojawiła się ulica Przetoczna. Najpierw odbiłam z niej w Promową, po czym cofnęłam się kawałek, by przejść samą Przetoczną. Zabudowa znajdowała się po jednej stronie, a przy chodniku był rząd drzew, które miały dziwnie przycięte korony. Zastanowiło mnie, czy wyprofilowano je tak ze względu na obecne tu linie wysokiego napięcia.

Wkrótce wyłoniły się zabytkowe zabudowania przy Siennickiej, a z drugiej strony most i bloki w oddali. Nim jednak ruszyłam w ich stronę, przystanęłam przy głazie z orłem. Upamiętniał poległych w lokalnej filii obozu Stutthof oraz obozu dla jeńców wojennych.

Na chwilę weszłam na Most Siennicki, po czym przeszłam na drugą stronę, wchodząc w ulicę Bajki. Z niej zaglądałam w kolejne ulice, po ich odwiedzeniu wracając ponownie na Bajki. Pierwsza po lewej była ulica Pastoriusza. Już na wejściu moją uwagę zwrócił ceglany dom, przy którym rosły gladiole. Zupełnie inny klimat panował na Krynicznej, gdzie krajobraz zdominowały zabudowania szeregowe, na tyle niskie, że trudno mi było powiedzieć, czy wewnątrz są jak domy jednorodzinne, czy jak bloki. Minęłam jeszcze bibliotekę i wyszłam nad wodę. Na barierce dopatrzyłam się napisu Gdańsk, prawdopodobnie wykonanego markerem.

Równolegle do Martwej Wisły biegła ulica Sienna. Natknęłam się na dom z namalowanym herbem Gdańska, choć na niebieskim tle. Minęłam jeszcze boisko i dotarłam na skraj ulicy Bajki, a nią na ulicę Andersena. Skręciłam w ulicę Brzechwy, która była remontowana i w obrębie której wypatrzyłam niski, podłużny ceglany budynek, na którym też na chwilę zawiesiłam oko. Wędrując ponownie Sienną, trafiłam na ulicę Dickensa. Najpierw jednak podeszłam pod wiadukt w pobliżu Szkoły Podstawowej nr 61, a dopiero później wróciłam ku Dickensa.

Przeszłam nią na ulicę Lenartowicza, którą biegły tramwaje. Przespacerowałam się do tzw. pętli na Przeróbce. Obok znajdowało się coś a la właz do bunkra. Pamiętam, że intrygował mnie już lata temu, gdy mieszkałam w tej dzielnicy. Przeszłam się jeszcze kawałek dalszym odcinkiem Siennickiej, na ile pozwalał mi czas do odjazdu tramwaju. Zmęczona, ale usatysfakcjonowana, wróciłam do domu.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów ze spaceru po Przeróbce!

2 thoughts on “Przeróbka – gdański półwysep i wysyp bajkowych ulic

  1. Sungrazer says:

    Ciekawa, niestandardowa trasa. Tak się składa, że właśnie niedawno zaliczyłem podobną (o połowę krótszą), tylko w drugą stronę – od ronda KOR do Westerplatte. Na szczęście robót drogowych już tam nie ma i nie musiałem śmigać po wertepach :v Jedyne, czego mi u Ciebie zabrakło, to Mewi Szaniec, niezbyt dostępny co prawda, ale dla chcącego nic trudnego i średnio legalnie da się obejrzeć fragment, chociaż tylko od zewnątrz. Odnośnie tajemniczej klapy przy pętli znalazłem informację, że to szczelina przeciwlotnicza. Więcej na ten temat tutaj:
    https://forum.eksploracja.pl/viewtopic.php?f=127&t=8899

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Wchodząc w każdą ulicę w ramach dzielnicy, nigdy nie robię szablonowej wycieczki jak większość turystów (: I często mam jakieś nietypowe przygody, jak tu przy okazji remontów.

      Gdyby Mewi Szaniec był ogólnodostępny, na pewno ze względów historycznych bym go nie ominęła 😉

      Dziękuję za uzupełnienie informacji o szczelinie przeciwlotniczej!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *