Siedlce – upalny spacer wśród schodków

Już nazajutrz wybrałam się pomimo zapowiadanego upału na dłuższą wyprawę. Postanowiłam spróbować przejść całe Siedlce za jednym razem. Przez Nowolipie przejechałam autobusem, by wysiąść na Łostowickiej w okolicy Emaus. Przechodząc na światłach, natknęłam się na pomnik upamiętniający poległych żołnierzy, mieszkańców Emaus. Na pomniku widniał rok 1923. Uwagę zwracał także budynek w obrębie skrzyżowania, o budowie szachulcowej.

Gdy pokonałam wszystkie światła, kierując się ku ulicy Struga, natrafiłam na jeszcze jeden pomnik, tym razem w postaci głazu okolonego kwiatami. Wspomniano tu wybuch gazu w jednym z budynków przy ulicy Struga w 1976 roku i wymieniono z nazwiska osoby, które wówczas zginęły.

Przespacerowałam się w pobliżu pętli tramwajowej na Siedlcach, która kilka lat temu przeszła gruntowną przebudowę, przestając być stacją końcową dla obu dotychczas tu kursujących linii tramwajowych. Skierowałam się w stronę kościoła Św. Franciszka z Asyżu. Weszłam tam na mszę, przy okazji podziwiając wystrój kościoła i zakupując na stoisku parafialnym folder o historii parafii. Dowiedziałam się, że świątynię wzniesiono na początku XX wieku. Poza kalendarium znalazły się tam informacje i zdjęcia dotyczące wystroju i prezentujące życie parafii. Po mszy przeszłam się po świątyni, korzystając z jej otwarcia i niewielu osób, które jeszcze nie wyszły na zewnątrz.

Opuściłam świątynię, gdy nie było jeszcze dziesiątej. Przespacerowałam się ulicą Szarą. Zabudowa była tu zróżnicowana, a niskie budynki przy Skrajnej zajmowały sklepy. Można było stamtąd zobaczyć też zabudowę ulicy Kartuskiej. Moją uwagę po drodze zwrócił ciekawy kontrast ceglanego niższego budynku z kolorowym blokiem.

Przez Skrajną dotarłam do Ogińskiego, gdzie zajrzałam na moment, ale ostatecznie przeszłam się wzdłuż bloków przy Malczewskiego. Ponownie mój wzrok przykuł ceglany budynek, który nie był w najlepszym stanie, ale sam budulec tworzył dla mnie swoisty klimat.

Dotarłam do ulicy Kościelnej, która krzyżowała się z Malczewskiego i na tym skrzyżowaniu znajdował się zadbany skwerek czy raczej placyk, którego patronem też został Malczewski. Prawdopodobnie to on miał swoje popiersie w obrębie placu, a ponadto ustawiono tam ławeczki, latarnie i nasadzono rośliny.

Kolejna ulica miała budzącą ciekawość nazwę – Kłopot. Intrygowało mnie, jaka była jej geneza. Niemiecka nazwa sprzed wojny też oznaczała „stare zmartwienia”. Łączyła się na końcu z równoległą do niej ulicą Pobiedzisko. Na jej wysokości przy Malczewskiego stał budynek o ciekawych zdobieniach architektonicznych. Znalazł się tam też motyw herbu Gdańska. Jednocześnie idąc dalej Malczewskiego, warto było spoglądać w stronę Kartuskiej – rozpościerały się tam boiska, nie brakowało także miejsc zabaw dla dzieci i siłowni pod chmurką. Można było też zobaczyć budynek obecnego VIII LO niejako „od zaplecza” i pobliski gmach Szkoły Podstawowej nr 14.

Z Malczewskiego skręciłam w Sołecką. Ulica pięła się pod skosem wartości 12%, w związku z czym jednorodny chodnik zastąpiły schodki. Nie byłam fanką tego rozwiązania, bo wchodziło się niewygodnie ze względu na długość stawianych kroków. Dotarłam w ten sposób do ulicy Na Zboczu, zaglądając tylko na chwilę w króciutką ulicę Narewską. Dalej droga biegła, meandrując. Niektóre posesje przykuwały wzrok dbałością o detale, pięknymi latarenkami, drewnianymi ozdobami. Ale nie mniej zaciekawiło mnie drewniane, naznaczone zębem czasu ogrodzenie na łuku drogi. Na zakręcie warto było się odwrócić, by podziwiać widoki z góry. Jednak kontynuując przemarsz udało się dotrzeć do ulicy Drwęckiej oraz do widoku na aleję Armii Krajowej z równoległej do niej drogi.

Tam zawróciłam i przeszłam całą ulicę Na Zboczu w przeciwną stronę, docierając do ulicy Ciasnej. Zajrzałam w ten skraj drogi, ale jej właściwa część sąsiadowała z ulicą Kartuską i wiedziałam, że dotrę tam później. Idąc dalej, natrafiłam na wiadukt nad aleją Armii Krajowej na wysokości przystanku tramwajowego Odrzańska.

Kolejnym odcinkiem bardzo długo ciągnącej się ulicy Na Zboczu dotarłam do Bystrzyckiej. Skręciłam w Popradzką. Sfotografowałam drogowskaz tak jak podczas wycieczki sprzed kilku lat. Również wtedy tabliczka była okolona listkami. Idąc dalej, odwiedziłam jeszcze Nidzicką. Wówczas wróciłam na Bystrzycką i kontynuowałam nią swoją wędrówkę. Na zakręcie, gdzie przechodziła płynnie w Notecką, warto było popatrzeć na widoki z góry.

Wkrótce dotarłam do ulicy Grota-Roweckiego. Pamiętałam, że tych parę lat wcześniej przechodziłam ją z koleżankami, ale teraz odczucia były inne. Nie byłam pewna, czy to zmiana kierunku, czy jednak zmiana w zabudowie. W ten sposób wróciłam na Malczewskiego, która na tym odcinku była brukowana. Zaciekawił mnie dom z prostokątnymi oknami i jednym okrągłym przy drzwiach.

Zajrzałam w króciutką Sowią, widoczną na przestrzał. Było stąd również bardzo wyraźnie widać ulicę Kartuską. Idąc dalej, minęłam boisko, drewnianą chatkę należącą do Gdańskich Nieruchomości oraz Zgromadzenie Sióstr Pallotynek. Stworzony przez nie Ogród Biblijny był na mojej liście do obejrzenia, ale musiał na niej póki co pozostać, bo byłam tu o nieodpowiedniej godzinie.

Niedługo później dotarłam do ulicy Jasnej. Jak zahipnotyzowana stałam naprzeciw budynku, który wyglądał na zabytkowy, choć był bardzo zaniedbany. Później udało mi się znaleźć informację, że rzeczywiście widniał w rejestrze zabytków, a pochodził z wczesnych lat dwudziestych. Przechodząc kawałek Kartuską, weszłam na chwilę w Wesołą, po czym wróciłam na Kartuską i ruszyłam tropem kolejnych zabytków. Małe chatki niemal ginęły w nowoczesnej, wielkogabarytowej zabudowie.

Wkrótce dotarłam do tzw. Mokrej Fosy w obrębie Parku Hevelianum. Zresztą wykorzystałam fakt, że przepracowałam tam parę lat i planowaną przerwę spędziłam w klimatyzowanym pomieszczeniu, a przede wszystkim w towarzystwie dobrej koleżanki.

Wówczas wyszłam ku ulicy Powstańców Warszawskich. Pokonałam pasy i chwilę później znalazłam się w parku przy ulicy Bema. Spacerowałam jego ścieżkami z niemałą przyjemnością, choć wydawał się na wpół dziki. Takie zielone przestrzenie były miłym przerywnikiem pośród zabudowy miejskiej. Moje oko czujnie przyglądało się także latarniom, ale miały raczej klasyczną formę. Schodkami weszłam ku niewielkiej ulicy Pankiewicza. Skierowałam się ku Legnickiej, a tam skręciłam w lewo. Zajrzałam w odchodzącą od niej ulicę Gierymskiego.

Podczas dalszej wędrówki wypatrzyłam na łuku drogi ceglany dom. Niedługo później przeszłam dalszy odcinek, ale ostatecznie zeszłam wielopoziomowymi schodami ku ulicy Wyczółkowskiego. Na tym odcinku wędrówki zobaczyłam zarówno szeregi domów, jak i garaży, dopatrzyłam się graffiti Lechii, a ostatecznie znalazłam się na granicy z Suchaninem.

To tu znajdowała się ulica Ojcowska o specyficznym falującym kształcie, budzącym niejednokrotnie skojarzenia z hitlerowcami. Osobiście daleka byłam od takich spekulacji, za to niezmiennie, ile razy bym tam nie była albo nie widziała na zdjęciach w sieci, zawsze najciekawsze wydawały mi się zdobienia przy wejściach do domów. Były tam kwiaty, ale i postaci zwierząt. Ojcowska była urokliwa w detalach, ale i jako całokształt. Szeregowe domy przechodzące jeden z drugi, identyczne po obu stronach drogi, z szeregiem okienek na piętrze i zadbane latarenki. To wszystko w moim odczuciu tworzyło poczucie harmonii. Ciekawa byłam jednak rozkładu pomieszczeń we wnętrzach, bo pojedyncze domy wydawały się bardzo małe, a przynajmniej wąskie.

Na końcu ulicy, za ostatnimi domami, można było zejść schodkami. Odwiedziłam ulicę Kolonia Wyżyny, a po jej przejściu pojawiły się kolejne schody. Były jednak w miarę zacienione, co dawało okazję do chwili wytchnienia od upału, jak również postanowiłam wykorzystać panujące tu spokój i ciszę, aby nagrać niedzielną pogadankę na Youtube, jak to wówczas miałam w zwyczaju.

Dalsza wędrówka doprowadziła mnie wzdłuż szkolnego boiska do skrzyżowania Skarpowej z Wyczółkowskiego. Dopatrzyłam się niewielkiego ronda, sama jednak ruszyłam częściowo brukowaną drogą ku Wieniawskiego. Obejrzałam ją i ruszyłam dalej Skarpową. Natrafiłam na kolorowe daszki placu zabaw, które widziałam już wcześniej z oddali, podczas pierwszej części spaceru (przed przerwą). Następnie na końcu Skarpowej moją uwagę zwróciły kolejne solidne schody, wyglądające na nowe i rzeczywiście potwierdzała to tabliczka sugerująca ich sfinansowanie z Budżetu Obywatelskiego. Miały za zadanie łączyć Siedlce i Suchanino – zatem po stronie Siedlec ustawiono tablicę informacyjną nt. Suchanina. Nie zamierzałam się jednak wspinać, by zobaczyć u góry odpowiednik takiej tablicy dla Suchanina lub odnotować jej brak.

Tymczasem jednak skręciłam w ulicę Nad Jarem. Ulica była dosyć długa, podobnie jak następna – Brukowa. Przechodząc ją całą, dotarłam do ulicy Zakosy i ruszyłam w prawo, w kierunku widniejącego na mapie ronda.

Skręciłam w Goszczyńskiego. Z drogi można było zejść malowniczymi schodami znacząco niżej, przy okazji oglądając piękne widoki na południe. Ulica na dole wciąż nosiła nazwę  Goszczyńskiego. Częściowo była brukowana. Pośród zabudowy wypatrzyłam drewniany dom. Należał już do ulicy Zagórnej, którą odwiedziłam chwilę później. Ta ulica tworzyła pętlę, więc wyszłam tam, gdzie weszłam. Dalszy odcinek był asfaltowy. Najpierw przeszłam się ulicą Bądkowskiego, ostatecznie wychodząc ku Starodworskiej w miejscu, gdzie łączyła się z Kartuską. Tu moim oczom ukazały się niewątpliwie nowsze schody, wiodące w górę. Podczas spaceru po Suchaninie byłam na ich drugim krańcu, a mój towarzysz opowiedział mi wtedy o geometrycznym środku Gdańska. Tym razem wspięłam się kawałek i zrobiłam sobie chwilę przerwy na ławce.

Po zejściu z powrotem ku Kartuskiej, przystanęłam jeszcze na moment w okolicy pomnika upamiętniającego położone tu w przeszłości nekropolie – katolicką i ewangelicką. Następnie cofnęłam się nieco na Kartuskiej, aby odwiedzić ulicę Kolonia Zręby. Moją uwagę zwróciły tam kolorowe bloki. Zawracając do głównej drogi po jej przejściu, zahaczyłam także o sklep spożywczy, gdzie pokusiłam się o napój z lodówki, ale moje gardło nazajutrz wybitnie zakomunikowało, że szok termiczny był zbyt duży. W tamtym momencie doceniałam jednak chwilę ochłody.

Przy Kartuskiej zobaczyłam m.in. ceglany budynek z ciekawymi detalami architektonicznymi, jak chociażby rzeźbiony zwornik nad drzwiami. Po przeciwnej stronie drogi dopatrzyłam się graffiti z postacią skaczącej dziewczynki.

Niedługo później odwiedziłam Zakopiańską, gdzie poświęciłam dłuższą chwilę fotografowaniu bardzo starego budynku, któremu przyglądaliśmy się kiedyś podczas spaceru blogerów. Pochodził prawdopodobnie aż z XVIII wieku. Inny ciekawy obiekt był zdecydowanie nowoczesny – mural z dziewczynką z koszem owoców na terenie szkoły po drugiej stronie Kartuskiej.

Wkrótce wróciłam jednak na zwiedzaną do tej pory stronę Kartuskiej, po pewnym czasie znów przechodząc, by sfotografować graffiti Lechii.

Przez Winnicką wróciłam na Zakopiańską. Dopatrzyłam się tam budynku pod numerami 34 i 36, które widniały na tabliczkach na dwóch ścianach domu. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przyczepiono je przy tym samym narożniku budynku, więc znajdowały się w odległości kilkudziesięciu centymetrów od siebie.

Przeszłam się kolejnym fragmentem Zakopiańskiej, schodząc na ulicę Tarasy. Miejsce było pełne roślin, budynki wyglądały na ceglane, a całość wydała mi się doprawdy malownicza. Uwagę przykuła także naścienna rzeźba mężczyzny na jednym z domów. Wychodząc na Kartuską, natrafiłam akurat na przejeżdżający tramwaj w kolorach Lechii.

Na kolejnym odcinku Kartuskiej natknęłam się na wystawę plenerową zorganizowaną przez Muzeum Gdańska. Dotyczyła dzielnicy, więc wydała mi się tym ciekawsza. Zresztą nie byłam jedyną osobą, którą wystawa zainteresowała. Kilku innych przechodniów także przystanęło.

Odwiedziłam króciutką i ślepą Zagrodową, po czym ruszyłam dalej główną drogą. Następna na celowniku była ulica Sowińskiego. Ta też nie była długa, ale zaintrygowała mnie jej zabudowa – po jednej stronie ceglana, po drugiej budynki pokrywała kolorowa farba. Ostatnią w końcowym trio była ulica Paska. Po jej obejrzeniu zawróciłam do Kartuskiej i ruszyłam w stronę ostatniego punktu na liście ulic i placów: skweru Wilczewskiego. Choć wielokrotnie byłam w tym miejscu, nigdy wcześniej nie dopatrzyłam się, by to miejsce miało swojego patrona.

Z niemałą satysfakcją dotarłam do końca wycieczki, po około siedmiu godzinach (wliczając przerwy) wędrówki 🙂

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów ze spaceru po Siedlcach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *