Tym razem dzielnicę podzieliłam na dwie części. Aby odwiedzić pierwszą z nich, podjechałam autobusem w okolice Cmentarza Łostowickiego i to on znalazł się najpierw na moim celowniku.

Po wejściu na teren nekropolii, rozpoczęłam jej zwiedzanie od kwatery Światowego Związku śp. Żołnierzy Armii Krajowej. Kojarzyłam nazwiska głównie na centralnej płycie, takie jak generałów Okulickiego, Komorowskiego, Sosnkowskiego, bo to o nich najczęściej słyszało się na lekcjach historii bądź natrafiało na ulice pod ich patronatem. Idąc dalej, natrafiłam na grób Dragana, ale Stanisława, a nie Marcina, który został patronem chełmskiej ulicy.
Cmentarz zajmował ogromny obszar, dlatego potraktowałam tę część wędrówki dość punktowo. Podeszłam do wybranych miejsc. Jednym z nich, poza wspomnianą kwaterą, był grób Jerzego Sampa, którego książki lub ich fragmenty miałam okazję czytać. Zapytałam mijanego pana o kwaterę 106, gdzie (jak sprawdziłam wcześniej) znajdował się nagrobek pisarza i historyka. Mężczyzna nie umiał mi wskazać drogi, ale że zobaczyłam dość bliski numer, dotarłam po nitce do kłębka. Na zdjęciu poza samym grobem znalazła się dość ruchliwa wiewiórka. Śledziłam ją wzrokiem jeszcze dłuższy moment.
Zapytałam też spotkanego księdza o pomnik Golgota Wschodu. Ostrzegł mnie, że to dość daleko, bo około 500 metrów, ale absolutnie mnie to nie zraziło, więc ruszyłam we wskazanym kierunku, a po obejrzeniu i sfotografowaniu pomnika, opuściłam nekropolię.









Przy ulicy Kartuskiej dopatrzyłam się domu o adresie z ulicy Struga 40. W sumie jedna z części tej drogi przebiegała tutaj, a jednocześnie nie znajdowała się w wykazie ulic innych dzielnic niż sąsiednie Siedlce.
Przy Kartuskiej zaciekawił mnie opuszczony budynek pod numerem 233. Widniała na nim tabliczka, że przeznaczono go do rozbiórki. Próbowałam sobie wyobrazić, jak mógł wyglądać w okresie swojej świetności i na ile był wiekowy. Kolejne budynki były bardziej zadbane i służyły np. Szkolnemu Schronisku Młodzieżowemu, policji czy Zakładowi Higieny Weterynaryjnej. Szczególnie budynek szkolny przyległy do tego pierwszego przykuł mój wzrok detalami architektonicznymi.




Następnie odwiedziłam ulicę Zielony Stok, aczkolwiek bardziej zielono było na trasie w przeciwnym kierunku, przy ścieżce, którą ostateczne wyszłam na ulicę Lema, mijając po drodze także ogródki działkowe. Chwilę później na rondzie odbiłam w lewo, wchodząc w ten sposób w ulice Hausbrandta i Miłosza. Tutaj zabudowa zdecydowanie wyglądała na nowszą, powstałą być może kilka, kilkanaście lat temu. Inną rzeczą, która mnie zaintrygowała, były drogowskazy z nazwami ulic, bo były różnorodne stylistycznie.
Schodkami przeszłam ku końcowej części ulicy Hausbrandta, z której wyszłam na odcinek ulicy Myśliwskiej należący do zwiedzanej dzielnicy. Natknęłam się zresztą na tabliczkę „Piecki-Migowo”. Mimo to poszłam w tamtą stronę, bo kolejna na celowniku była ulica Wiewiórcza, a tę znalazłam już na liście ulic w ramach dzielnicy „Ujeścisko-Łostowice”.






Gdy spacerowałam dalej, przy Myśliwskiej natknęłam się na zbiornik retencyjny o tej samej nazwie. Tak też zapamiętałam ten rejon z poprzedniego spaceru – było tu kilka takich zbiorników. Nie byłam pewna, jak skonstruowano skalę pomiaru poziomu wody w tym miejscu, ale tafla równała się z zerem. Będąc w tej okolicy odwiedziłam także ulicę Pagórkową.
Następnie znalazłam się na ulicy Św. Huberta, ale paradoksalnie wspinałam się bardziej dopiero przechodząc z niej na ulicę Matecznikową. Różnica poziomów była widoczna, gdy spoglądałam z każdej z ulic w kierunku tej drugiej.
Wyszłam na Kartuskiej przy budynku z ciekawymi detalami architektonicznymi, po czym skierowałam się ku ulicy Ujeścisko, która częściowo dała w sumie nazwę dzielnicy. Nie była jednak szczególnie długa. Zajrzałam też w drugi skraj Pagórkowej.





Kolejną odwiedzoną ulicą była Słoneczna Dolina. Była ślepa, podobnie jak odchodząca od niej Olchowa, którą przeszłam się, zawracając.
Pokonałam solidny kawałek Kartuskiej, nim weszłam w ulicę Stolema, położoną po przeciwnej stronie drogi. Wyszłam z niej na Łabędzią, przy której mieścił się zbiornik retencyjny o tej samej nazwie. Paradoksalnie, tu nie spotkałam żadnego sunącego po tafli łabędzia. Teren był dość cichy i nawet innych ptaków wypatrzyłam raptem kilka, a nie uświadczyłam nawet żadnych przechodniów. Podobnie na drobnej uliczce Leśny Potok, którą zabudowano szeregowo. Zawracając ku Kartuskiej, nie dało się nie zauważyć, że kierujemy się w dół.





Odwiedziłam ulicę Lipową. Z niej zeszłam na Jarzębinową, skąd mogłam wejść także na Cisową. Ostatecznie do Kartuskiej musiałam jednak zawrócić, choć na mapie papierowej wyglądało to inaczej. Przy tej okazji minęłam listonosza, który wziął mnie chyba za swojaka, bo rzucił uprzejmym „dzień dobry”. Widziałam go jeszcze później dwukrotnie z oddali. Podczas swoich wypraw niejednokrotnie krążyłam z dokładnością podobną zapewne do dokładności listonoszy 😉
Wkrótce znalazłam się w pobliżu przebudowanej części Kartuskiej, tam gdzie łączyła się z Jabłoniową / Adamowicza. Odbiłam w Czereśniową. Ulica miała sporo rozgałęzień, w tym jedno o odrębnej nazwie ulicy Śliwkowej.




Po obejściu wielu niewielkich uliczek odbijających od Kartuskiej przyszedł czas na taką nieco innych gabarytów, a jednocześnie prowadzącą do kolejnego sektora dzielnicy. Była to Cedrowa, od której odchodziło kilka pomniejszych ulic: Wiśniowa, Magnoliowa i Migdałowa. Ostatecznie wracałam jednak na Cedrową i wędrowałam dalej na południe.
Na tym odcinku znalazł się kolejny zbiornik retencyjny. Nosił nazwę Cedrowa, a jakże. Wypatrzyłam kilku wędkarzy. Wzdłuż ścieżki przy zbiorniku ustawiono stolik kamienny z planszami do szachów i do chińczyka, a także sporo ławeczek. Wybrałam jedną z nich, gdzie przysiadłam na dłużej i zrobiłam sobie przerwę regeneracyjną. Pogoda utrzymywała się całkiem przyjemna, ale było dość ciepło, bo zbliżało się południe. Przygotowałam sobie do pochrupania surowe marchewki i ogóreczki, żeby przy tej okazji uzupełnić także nieco płynów.






Niedługo później natrafiłam na nowe osiedle o nazwie Wolne Miasto. Widziałam swego czasu w sieci zdjęcie rzeźby koni i obiecałam sobie, że sama też ją sfotografuję, gdy będę w okolicy. Zapytałam przechodzącego pana, ale nie wiedział. Natomiast osiedle nie było ogrodzone i zasugerował mi, że swobodnie mogę się tu przespacerować. Okazało się, że wystarczyło pokonać dwa metry i wyminąć drzewko, by natrafić na fontannę z końmi właśnie. Przestrzeń wydała mi się ładnie, prosto i estetycznie zaaranżowana jako całość. Szkoda tylko, że było stąd wszędzie daleko.



Ostatni odcinek Cedrowej pozwalał dostrzec po lewej nagrobki przynależne do Cmentarza Łostowickiego. Tymczasem przechodząc nad aleją Armii Krajowej, znalazłam się przy pozostałościach innej nekropolii. Jakże zaintrygowało mnie to miejsce! Wyglądało jak zadrzewiony skwer, ale zamiast ścieżek i ławeczek ostały się tu resztki nagrobków. Spędziłam tu niecały kwadrans, dopatrując się resztek zdobień płyt, ale też niemieckich napisów na pojedynczych nagrobkach. Zapytałam dwie mijane osoby o tę przestrzeń, ale nie znali szczegółów. Okazało się jednak, że najciemniej pod latarnią! Ustawiono płytę upamiętniającą to miejsce. Jeden z zapytanych panów minął ją i zawołał do mnie, by ją wskazać. Cmentarz mieścił się tu przez kilkaset lat (do 1961 roku) cmentarz ewangelicki.





Na najbliższym rondzie odbiłam w lewo, aż Warszawską dotarłam do Kieleckiej. Zajrzałam w nią, po czym dłuższą chwilę spędziłam na Zakoniczyńskiej. W tej okolicy moją uwagę zwrócił znak drogowy o ograniczeniu wagi pojazdu do 3,5 tony, ponieważ literka „t” była swoim odbiciem lustrzanym.
Z krańca Warszawskiej wyszłam na Aleję Havla. Przeszłam się wzdłuż ekranów akustycznych, po czym na kolejnym dużym skrzyżowaniu odbiłam ku Łódzkiej. Trafiłam na zbiornik retencyjny Warszawska, który obeszłam wokół. Tym razem były łabędzie 😉 Na jednej z posesji zaintrygował mnie także ustawiony krzyż, pochodzący z lat 40., upamiętniający być może jakieś małżeństwo. Nazwisko było średnio czytelne. Przy przyległej do zbiornika Lubelskiej był także zielony zakątek z placem zabaw dla dzieci.







Na tym etapie, idąc dalej Warszawską, tylko zajrzałam w Białostocką, planując jej drugi kraniec na później. Tutaj był to raczej piaskowy odcinek. Dalej poświęciłam chwilę na obejrzenie ulicy Kołodzieja.
Wówczas odbiłam w Piotrkowską, gdzie zabudowa zgęstniała. Były to głównie bloki, gdzieniegdzie z ciekawymi ozdobami w przyblokowych ogródkach. Podobny krajobraz przedstawiał się, gdy wędrowałam kolejno Częstochowską, Nowosądecką, Człuchowską i Jeleniogórską. Dotarłam do zbiornika retencyjnego o nazwie spójnej z tą ostatnią. Sfotografowałam go zarówno w kierunku szkoły, jak i ścieżki naprzeciw. Na zbiorniku znajdowała się jeszcze fontanna, tymczasem w obrębie skrzyżowania, skąd chwilę później sfotografowałam staw z góry, ustawiono na trawniku kamienne rzeźby, prezentujące m.in. zwierzątka. Przeszłam stamtąd ku Wadowickiej, a następnie ku Ostrołęckiej. Natrafiłam na trzepak, na którym robiłam sobie zdjęcie kilka lat wcześniej. Nie byłam pewna, ale wydał mi się odmalowany w międzyczasie.










Cofnęłam się do pętli autobusowej przy Piotrkowskiej. Weszłam w ścieżkę biegnącą za nią. Domy należały tu paradoksalnie do Warszawskiej, ale ścieżka do prowadziła mnie od Piotrkowskiej do Przemyskiej, po drodze pozwalając zobaczyć kolejny kawałek Białostockiej, aczkolwiek to przejście było bardzo płynne.
Obeszłam różne odnogi Przemyskiej, zdominowanej przez bloki, choć natknęłam się także na boisko i plac zabaw. Przespacerowałam się również w okolicy kolejnego tego dnia zbiornika wodnego. Mieściły się tutaj stoliki i ławeczki, ale widać było, że także zabudowa wokół mocno się rozwija, a moim oczom ukazała się niejedna budowa.
Wkrótce dotarłam do kościoła św. Ojca Pio o charakterystycznych dwóch wieżach. Nim weszłam do środka świątyni, przyjrzałam się także wystawie plenerowej o historii parafii oraz kapliczce maryjnej z figurą w niszy wykutej w wielkim głazie. Wnętrze było z kolei białe, z dużą ilością drewnianych elementów. Ta prostota wydała mi się bardzo estetyczna.









Wyszłam przy nowszych blokach na Płockiej, choć na dalszym odcinku ulicy zabudowa nie wydała mi się tak samo świeża. Przez Zamojska trafiłam na Kaliską, obserwując przy tym młodzież jeżdżącą na deskorolkach. Na skrzyżowaniu z Tarnowską trafiłam na bardzo stary drogowskaz, który miejscami zżerała rdza. Wyszłam znów na Płockiej, znajdując przy tym m.in. graffiti Lechii i pasaż handlowy.
Kolejnych kilka ulic przeszłam metodą harmonijki i poszło to całkiem sprawnie. Były to Koszalińska, Gorzowska, Radomska i Ciechanowska. Zabudowa mniej przypominała tutaj typowe blokowiska, miała ze trzy kondygnacje, aczkolwiek wciąż była wielorodzinna.



Ostatecznie wyszłam ku Łódzkiej i nieformalną ścieżką przy lesie, a potem leśną, kierowałam się z pamięci ku wieży widokowej Kozacza Góra. Okazało się jednak, że wyrosło tam osiedle, a leśne ścieżki się pozmieniały. Fajnie zrobiono drogę od ulicy Orląt Lwowskich, gdzie niechcący wyszłam i tam już mnie ludzie pokierowali. U góry trafiłam na chłopaka z Matarni. Przywitałam się, mówiąc „dzień dobry”, gdy weszłam i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy rozmawiać, co widać z góry, o mieście, zabytkach itd. Liczyłam na zdjęcie pętli tramwajowej, bo do dziś pamiętałam widok sprzed paru lat, tymczasem jednak przesłoniły ją drzewa. Chłopak rzucał nazwy osiedli, ja ulic. On robił zdjęcie 360˚, ale dla siebie, ja przyznałam się, że bloguję, więc nie chciałam mieć ludzi w kadrze. Przyznał, że całe życie mieszka w Gdańsku, ale wielu zabytków nie zna, ja z kolei odparłam, że ponad dekadę tu mieszkam, ale jestem zafascynowana miastem i zrobiłam nawet kurs przewodnicki.
– No, ja się zbieram – powiedziałam, gdy obfotografowałam już, ile miałam ochotę.
– Spoko – odpowiedział chłopak. – Dziękuję za miłą rozmowę.








Zeszłam z wieży, a następnie przez las i inny odcinek ulicy Orląt Lwowskich wyszłam na Świętokrzyskiej. Przespacerowałam się ku wspomnianej pętli tramwajowej i z niemałą satysfakcją wróciłam do domu.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego i drugiego spaceru przez Ujeścisko-Łostowice!
