Ujeścisko-Łostowice #2 wycieczka krajoznawcza bez opuszczania Gdańska

Nazajutrz wystartowałam w tym miejscu, w którym skończyłam uprzednio. Z pętli tramwajowej ruszyłam ścieżką, będącą przedłużeniem ulicy Augustowskiej i dotarłam w ten sposób do zbiornika retencyjnego Augustowska. Obeszłam go dookoła, spacerując przy tym koło Gaju Ojców i placu zabaw, ale skupiłam się jednak na roślinach i krajobrazie wokół zbiornika, jaki tworzyły. W niektórych kierunkach kadru dopełniała zabudowa w oddali. Przyglądałam się też kaczkom, drepczącym przy brzegu tam, gdzie zbiornik był płytszy albo osady tworzyły jakby mieliznę.

Początkowo mająca formę piaskowej ścieżki Białowieska doprowadziła mnie do bocznej dróżki, którą znałam z wycieczki sprzed kilku lat. Prowadziła ona do kościoła Św. Judy Tadeusza. Do środka nie udało mi się wejść, za to dokonałam dwóch odkryć. Na budynku znajdowała się data: 1986 rok, a ponadto mieściła się w nim Szkoła Podstawowa nr 86, której patronem był nie kto inny, ale Jerzy Samp, którego mogiłę odwiedzałam podczas pierwszego spaceru po dzielnicy. Po drugiej stronie, przy wejściu do świątyni mieścił się krzyż żeliwny, ponoć największy tego typu na Pomorzu. Upamiętniał ofiary oblężenia z 1813 roku i związany z tzw. Wzgórzem Luizy.

Miejsce to było moim kolejnym celem, dlatego przez Świętokrzyską i Niepołomicką ruszyłam właśnie tam. Wejście na punkt widokowy mieściło się na jej skrzyżowaniu z Kampinoską, w którą uprzednio rzuciłam okiem. Po krótkiej wspinaczce znalazłam się najpierw przy barierce drewnianej, skąd można było spojrzeć w dal w luce między koronami drzew. Ale na tym nie koniec – warto było wspiąć się jeszcze kilkanaście kroków, bo mieścił się tam kamienny cokół. Zastanowiło mnie, czy był on właśnie podstawą odrestaurowanego krzyża, ale na kamieniu nie wykuto napisów.

Po zejściu ponownie do poziomu ulicy, ruszyłam Niepołomicką dalej. Chodnik biegł tu z jednej strony, a lokalne boisko miało jedną bramkę. Trafiłam też na jakieś remonty, ale na szczęście mogłam dotrzeć tam, gdzie zamierzałam. Podeszłam przez Przebiśniegową ku Wielkopolskiej, gdzie czekało mnie nie lada zaskoczenie. Tutejsza placówka szkolna należała również do Szkoły Podstawowej nr 86, a wręcz powiedziałabym, że to tu był główny oddział szkoły.

Obok mieścił się zbiornik retencyjny Wielkopolska, więc, jak łatwo domniemywać, pokusiłam się o sesję zdjęciową i tego zbiornika. Wówczas zaczęłam go okrążać, ale tak, żeby po drodze zajrzeć jeszcze w Liliową. Darżlubska była kolejną z odwiedzonych ulic i miała rozgałęzienie. Dodatkowo znalazłam tam plac zabaw i siłownię na powietrzu, blisko brzegu zbiornika. Nie zamierzałam okrążać go w całości, ale zdecydowanie więcej uwagi poświęciłam ulicom po swojej lewej. Na pierwszy ogień poszła Szymbarska.

Kolejna z dróg – Pienińska, wzbudziła moje pozytywne uczucia, bo przypomniałam sobie pierwszy polski park narodowy, który odwiedziłam. Uśmiechnęłam się też na widok tabliczki z napisem Bieszczadzka, bo Bieszczady miałam w planach na kolejny rok (2021) i byłam niezmiernie ciekawa, czy i mi udzieli się miłość do tych gór, tak sławna w skali kraju i będąca symbolem odpoczynku od pędzącego życia codziennego. Następnie odwiedziłam Karkonoską.

Kilka kolejnych dróg miało zgoła inny patronat. Sasankowa i Rosiczki nie zaskoczyły mnie jednak niczym, po prostu była tam zabudowa mieszkalna. Wyszłam ponownie na Darżlubkiej i skierowałam się ku Karkonoskiej, ale poszłam dalej, aż droga zdawała się kończyć. Biegł tędy strumyk. Weszłam między drzewa i spędziłam chwilę w ich zaciszu.

Wyszłam po jego drugiej stronie, a znajdująca się tam ulica nosiła miano Beskidzkiej. Mieściło się przy niej przedszkole Montessori. Ogrodzenie pomalowano w kwiatowe wzory. Na końcu ulicy odkryłam jeszcze kolejną odnogę w prawo. Nie pamiętałam jej z poprzedniej wyprawy. Ulica Kureckiej, bo o niej mowa, była niedługa i ślepa, więc po jej odwiedzeniu zawróciłam znów do Bieszczadzkiej.

I tu zaczęło się kombinowanie. Potrzebowałam znaleźć się po drugiej stronie Świętokrzyskiej, ale jakoś nie przewidziano, że pieszy zechce tędy iść, znalazłam więc tylko półoficjalne ścieżki i fragment pobocza, który był dość bezpieczny, ale przejście dla pieszych mieściło się solidny kawałek dalej, musiałam więc odwrócić kolejność, w jakiej planowałam zwiedzać część na północ od Świętokrzyskiej. Wiedziałam, że muszę zrewidować plany i prawdopodobnie będę miała odcinki, które powielę, jeśli chcę ogarnąć całość do końca. Godzina była jednak jeszcze młoda, więc zabrałam się za dalsze zwiedzanie, póki mnie to nie zraziło, a wciąż miałam siły i chęci.

Przez ulicę Wieżycką, na wysokości której pokonałam przejście dla pieszych, dotarłam do ulicy Unruga. Droga miała pochylenie wynoszące 9%. Tutejsza zabudowa była nieco niższa, ale przebiegała szeregowo i domy wyglądały bardzo podobne. Ciut wyższe bloki znajdowały się po sąsiedzku, przy ulicy Dąbka. Przeszłam się pętlą drogi, dochodząc do Człuchowskiej, ale skręciłam ponownie ku Wieżyckiej, wychodząc na wysokości Porębskiego. Póki co skręciłam w prawo, a niedługo później ponownie w prawo, wchodząc w ulicę Huenefelda. Nazwę ulicy przy jednym z domów oznaczono w bardzo estetyczny, a wręcz artystyczny sposób, z użyciem małych kafelek na murze posesji. Wkrótce po przejściu kolejnego odcinka Wieżyckiej zobaczyłam nowszą zabudowę ulicy Świrskiego, która wydała mi się bardzo estetyczna w swojej świeżej bieli.

Ciągnęło mnie jednak zdecydowanie dalej i w czasie, i w przestrzeni. Dotarłam do zabytkowego dworku, od lat 90. XX wieku będącego w rękach deweloperskich. Dwór Zakoniczyn pochodził z XIX wieku, a aktualnie wyglądał, jakby świecił pustkami, choć na zewnątrz zamontowano antenę satelitarną, a jedno z okien miało rozchylone skrzydła. Architektoniczne detale, w tym zdobione pilastry przykuwały mój wzrok, a w sercu rodziło się pytanie, jak dworek mógłby być znów piękny, gdyby o niego zadbano. Poświęciłam mu tych parę minut, by nacieszyć nim oko, by zamknąć ten widok w kadrze, z nadzieją, że przy kolejnej wizycie stan obiektu przynajmniej nie będzie gorszy…

Wyszłam na ścieżce spacerowej kawałek dalej i przysiadłam na ławce, pozwalając sobie na przerwę regeneracyjną. Według mojej mapy któraś z okolicznych ścieżek miała być ulicą Bramińskiego, ale nie natknęłam się na tę nazwę w terenie. Po przerwie zeszłam ścieżką ku ulicy Porębskiego, natrafiając na pozostawiony na jednej z ławek resorak, co przywołało wspomnienia z mojej pierwszej wyprawy przez Zakoniczyn.

Spojrzałam nostalgicznie na ciąg pieszo-rowerowy, który niedługo wcześniej przeszłam przez pomyłkę, podczas gdy miałam zamiar zwiedzać Jasień. Następnie zajrzałam między bloki należące do ulicy Porębskiego, ale położone jakby w obrębie pętli dróg. Dalej droga wiodła po łuku, a ja skręciłam dopiero, gdy zobaczyłam drogowskaz z napisem: Kłoczkowskiego. Tutejsze budynki były bardzo ciekawe, bo bardziej sześcienne niż podłużne. Do tego swoimi zielonymi i żółtymi akcentami wpisywały się w klimat łąkowych ścieżek jakie miałam przed sobą chwilę później, bo schodziłam jakby w kierunku zbiornika retencyjnego.

Nie zeszłam jednak jeszcze nad wodę i inną ze ścieżek odbiłam ku ulicy Dulina. Ponoć jedna z jej odnóg miała już osobnego patrona – Zwierkowskiego, ale ze swojej perspektywy nie spostrzegłam nigdzie tego nazwiska. Podobnie z ulicą Borowskiego. Wspięłam się do ronda i ponownie byłam na ulicy Porębskiego.

Ruszyłam w prawo, natrafiając po drodze na osiedle o ciekawej nazwie „Bocianie Wzgórze”. Z bocianami jednak bardziej kojarzyłoby mi się gniazdo, a słowo to nawet bardziej mogłoby świadczyć o przytulności prywatnego osiedla.

Przy kolejnym rondzie zaczynała się ulica Bergiela i skręciłam w nią, dzięki czemu kierowałam się ku wspomnianemu zbiornikowi retencyjnemu Świętokrzyska II. Przespacerowałam się po półokręgu. Zauważyłam meble miejskie w zaaranżowanej przestrzeni, ale biorąc pod uwagę, skąd świeciło słońce (a było samo południe), ustawienie leżaka było totalnie odwrotne. Gdyby ktoś miał zamiar się opalić, nie położyłby się przecież buzią na północ. A gdyby chciał stąd delektować się widokiem zbiornika, wszystko zasłoniłyby mu trzciny.

Na szczęście ja miałam oczy nieco wyżej, bo nie siadałam, by zatrzymać się tu na dłużej, lecz przespacerowałam się przy zbiorniku do jego północnego krańca. Przyjrzałam się wodzie, roślinności, wyspie i fontannie, a także przepływającemu i przefruwającemu ptactwu. Trochę się bawiłam ze zdjęciami, bo z powodu mocnego światła i kierunku jego padania, nie byłam zadowolona z efektów od razu.

Wyszłam ku ulicy Jaworzniaków. Z kolejnej ulicy – Guderskiego, wspięłam się po schodach ku kilku ulicom położonym wyżej. Przespacerowałam się wśród jednorodnych domów na Baśniowej, Elfów i Legendy, gdzie chodniki miały same formę schodków dla zniwelowania różnic wysokości, po czym wyszłam ponownie na ulicy Guderskiego, gdzie sfotografowałam jeszcze kaplicę Św. Krzysztofa. Wówczas wsiadłam na najbliższym przystanku w autobus jadący przez Świętokrzyską, żeby nie kombinować, gdzie drogę przystosowano do pieszych oraz jak najmniej trasy powielić.

Do przejścia pozostało mi zaledwie kilka uliczek. Na wejściu w pierwszą z nich – ulicę II Brygady, namalowano graffiti Lechii. Jeszcze przed kolejnym skrzyżowaniem natrafiłam na tabliczkę z planem tej części dzielnicy. Uznałam to za bardzo dobry pomysł, bo tutejsze zawijasy niejednego przybysza mogłyby wprawić w zakłopotanie. Uliczki wydawały się podobne, niektóre domy również, a między drzewami czaiły się liczne schodki. Idąc cały czas prosto, dotarłam do miejsca, gdzie mogłam wejść w ulicę 11 Listopada. Pozwoliłam się wieść łukiem drogi, aż doszłam do ulicy Drużyn Strzeleckich. Po jej odwiedzeniu na celowniku znalazła się ostatnia z uliczek na tę wyprawę – I Brygady. To co było z mojej perspektywy charakterystyczne poza planem na początku zwiedzania tego osiedla, to fakt, że wraz z drogowskazami z nazwami ulic na skrzyżowaniach, drogowskazy zawierały także tabliczki kierujące do różnych zakładów. Ułatwiało to na pewno orientację z gąszczu odnóg, a jednocześnie stanowiło wyróżnik osiedla. Tabliczki na pewno były już nienowe i niektórych brakowało. Zastanowiło mnie, czy zniknęły z czasem, czy firmy przestawały istnieć. Tak czy inaczej, widok był niecodzienny.

Zaintrygowana niejedną rzeczą tego dnia, skierowałam się ku tramwajom i wróciłam do siebie.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego i drugiego spaceru przez Ujeścisko-Łostowice!

5 thoughts on “Ujeścisko-Łostowice #2 wycieczka krajoznawcza bez opuszczania Gdańska

  1. Sungrazer says:

    Dwór Zakoniczyn i tak jeszcze nieźle się trzyma. Z ciekawostek, na tyłach znajduje się tajemniczy grób, podobno ostatniego przedwojennego właściciela.
    Swoją drogą, w okolicy (między Guderskiego a Jabłoniową) są też pozostałości dworu Rębowo, w zeszłym roku „udostępnione do zwiedzania” (czytaj: opuszczone ruiny bez ochrony). Ale to już nieco bardziej ekstremalna forma turystyki.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Tak, słyszałam, że jest tam nagrobek, ale tyły są okolone blachą dewelopera i nie widziałam nagrobka w terenie, więc o nim nie pisałam, czy rzeczywiście istnieje i do kogo należał.

      Tym drugim dworem może bym się zainteresowała, poczytała, kiedyś zobaczyła z zewnątrz, bo o nim jeszcze nie słyszałam wcale.

      Odpowiedz
      1. Sungrazer says:

        No tak, to chyba jeden z najbardziej zapomnianych zabytków. Jest w fatalnym stanie, ale i tak warty uwagi. W razie czego służę foteczkami ze środka.

        Odpowiedz
        1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

          Z chęcią – póki co nie widziałam go chyba nawet z zewnątrz, więc nawet nie wiedziałabym, za czym się rozglądać 😉

          Odpowiedz
          1. Sungrazer says:

            Proszę bardzo, podesłałem na maila.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *