Nazajutrz, wciąż korzystając z pięknej pogody, zaplanowaliśmy spacer od centrum Lizbony na północ w stronę Parku Edwarda VII. Dużo energii dodało nam pożywne śniadanko w naszym hotelu. Kelnerka zaprowadziła nas do stolika, pytając o preferencje co do ciepłych napoi. Michał miał okazję napić się kawy, a ja, zdecydowanie fanka herbaty, poprosiłam o czarną – chá preto. Pozostałe elementy do skomponowania posiłku wybierało się samemu. Wszystkie były rozłożone na okrągłej ladzie i podpisane, dlatego zapytałam jedną z pań z obsługi, czy mogę sfotografować plakietki, bo uczę się portugalskiego 🙂
– Eu quero perguntar… Eu estudo português e… Can I take pictures of the names of the food?

A że pani się zgodziła, przystąpiłam do akcji, jednocześnie czytając. Czerpałam z tego dużą radość, bo rozumiałam ponad połowę 🙂 Korzystałam także z okazji, by mówić – na recepcji, by zmienić godzinę śniadania na jutro, potem zakupując folder (były tylko po portugalsku, hiszpańsku i francusku) w jednym z kościołów czy koszulkę w sklepiku nieopodal – pytając w ojczystym języku sprzedawcy, ile ona kosztuje, ale że od razu powiedziałam Michałowi po polsku, pan spytał, skąd jesteśmy. Do odpowiedzi, że z Polski, dodałam, że uczę się portugalskiego, a mój mąż dodał po angielsku, że za mną rok lekcji portugalskiego.

Niedługo po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Minęliśmy m.in. Velha Taberna (Starą Tawernę) założoną jeszcze w 1840 roku i łuk Arco de Bandeira, jeszcze z XVIII wieku, z nazwą pochodzącą od nazwiska fundatora. Pierwszym zaplanowanym punktem był z kolei plac Praça do Rossio, znany także jako Praça Dom Pedro IV. Ta druga nazwa wiązała się z ciekawą historią – bowiem z pozoru pomnik przedstawiał właśnie króla Piotra IV, ale zbiegło się to w czasie z zabiciem Maksymiliana Habsburga, cesarza Meksyku i podobno to właśnie jego wizerunek został tu zaprezentowany. Co ciekawe, jeden z braci żony Piotra IV był ojcem Maksymiliana 😉
Północną pierzeję placu zdobił gmach teatru narodowego. Pośrodku stał wspomniany pomnik, ale poza nim były również dwie fontanny (bardzo podobne, może identyczne, a na pewno równie chętnie oblegane przez mewy). Ciekawostkę stanowiła także sama kostka pokrywająca plac, bo wykorzystano jasną i ciemną, by stworzyć wzór a la fale.






Odbiliśmy w północno-wschodnim narożniku placu, gdzie w tle widniał już Palácio da Independência (Pałac Niepodległości). Odbiliśmy tam ciut w prawo, mijając przy tym pomnik ku pamięci Żydów – ofiar masakry z 1506 roku. Co ciekawe, ustawiono go w 2006 roku, na 500. rocznicę, a daty te zapisano także według kalendarza żydowskiego (5266-5766). Następnie weszliśmy do Igreja de São Domingos de Lisboa czyli do kościoła Św. Dominika. Pochodził jeszcze z XIII wieku. Kościół nie miał szczęścia – dwukrotnie padł ofiarą trzęsień ziemi, a w 1959 roku zajął się ogniem od płonących na ołtarzu świec. Dwóch strażaków straciło tu wtedy życie. Pożar strawił także całkowicie chusteczkę Św. Łucji i częściowo Św. Hiacynty – dziewcząt, których dotyczyły objawienia fatimskie z 1917 roku. Świątynia była zniszczona i tylko częściowo ją odbudowano, dlatego miała bardzo surowy wystrój, ale okazał się to celowy zabieg – aby ten widok stanowił świadectwo zniszczeń. W związku z tym nie zachowało się wiele obrazów, ale tuż przed prezbiterium zaciekawiła mnie księga otwarta na czytaniach na dany dzień. Poza tym to tu kupiłam wspomniany folder tylko po portugalsku, a że pana chwilę nie było, nauczyłam się przy okazji, że „volto já” oznacza „zaraz wracam” 😉





Podążyliśmy dalej ulicą das Portas de Santo Antão, gdzie rzeczywiście znaleźliśmy ciekawe ozdobne drzwi, a nieopodal nich bardzo fajne schodki, na których tle się fotografowaliśmy. Poza tym właśnie w jednym ze sklepików po sąsiedzku kupiłam sobie lizbońską koszulkę z żółtym tramwajem na tle czarno-białego miasta. Wśród pamiątek wypatrzyłam także figurki żółwi, ale jednak planowaliśmy nie przesadzić z wagą bagażu w drodze powrotnej 😉


Dalej szliśmy m.in. przez ulicę Świętego Antoniego. Zaintrygowało mnie, że drzwi znajdowały się w bardzo niewielkich odległościach od siebie, a jednocześnie nad każdym wejściem widniał już nowy numer posesji. Zastanowiło mnie, jak bardzo w głąb musiałyby iść mieszkania, gdzie mieliśmy tu właściwie drzwi w drzwi. Tymczasem uwagę Michała zwrócił fakt, że w takich uliczkach co kilka numerów domów znajdowaliśmy się już jakby piętro wyżej lub niżej w porównaniu do budynków mijanych ledwie chwilę wcześniej.

Wyszliśmy naprzeciwko Teatru Eden na Praça dos Restauradores. Ten plac również zdobił obelisk. Miał on upamiętniać obalenie Habsburgów hiszpańskich. Tu również kostka układała się w fantazyjny kształt, a wykorzystanie dwóch kolorów tworzyło kontrast. Z tego miejsca wypatrzyliśmy także jeden z autobusów oferujących zwiedzanie miasta turystom. Co ciekawe, wśród kilkunastu namalowanych na pojeździe flag, znalazła się również polska.
Idąc nieco na południe, trafiliśmy na dworzec Rossio, skąd mieliśmy jechać nazajutrz do Sintry, a za kilka dni do Coimbry. Budynek był perełką architektoniczną, zbudowano go bowiem w lokalnym stylu zwanym manuelińskim. Obecnie miał nawet status zabytku, a funkcjonował od końcówki XIX wieku.



Tymczasem biegnąca dalej na północ zielona aleja, ale zarazem jedna z większych arterii w tej części miasta, nosiła nazwę Avenida da Liberdade czyli swojsko brzmiącej Alei Wolności. Zdobiła ją nie tylko zieleń, ale co pewien czas trafialiśmy na fontanny i rzeźby. Gdy zobaczyliśmy palmy, zapozowaliśmy w stylu „spędzamy urlop pod palmami”. Zrobiliśmy sobie również przystanek na kawę i coś słodkiego w jednym z punktów Banana Cafe – wzięłam zatem ciasto bananowe 🙂

Dalej minęliśmy bramę kościoła parafialnego Św. Józefa. Zobaczyliśmy drogę idącą ostro w górę i tory. Wagonik był jednak w remoncie, a u szczytu ścieżki znajdował się duży samochód. Na własnych nogach wspięliśmy się w górę, a następnie w lewo po schodach. Dobrze, że mogliśmy skręcić, bo kierowca auta uznał, że zjazd wąską uliczką to świetny pomysł. Po pokonaniu tych wszystkich stopni śmiałam się, że już rozumiem, dlaczego stoi ławka u góry 😉 Ale warto było się odwrócić w kierunku, z którego przyszliśmy, bo przewyższenia równają się widokom 😉

Po przejściu kilku uliczek też znaleźliśmy się w fajnym miejscu. Przeszliśmy przez furtkę. Jardim de Torel czyli jeden z licznych ogrodów Lizbony, oferował piękne widoki, ale poprzetykane mnóstwem żurawi i uznaliśmy, że Lizbona jest wiecznie remontowana 😀 Dało się dostrzec Tag, ale także uderzała piętrowość zabudowy stolicy. Przeszliśmy się wzdłuż barierek, ale daliśmy sobie też chwilę, by przysiąść na ławeczce. Zapisano na niej wiersz (poeta Ary dos Santos), a niemal za naszymi plecami był pomnik portugalskiego pianisty (był to Viana do Mota). Michał tymczasem obserwował co i rusz przelatujące samoloty.
Chcieliśmy też napełnić nasze butelki na wodę przy poidełkach, ale nie wszystkie miały przystosowaną do tego wysokość strumienia wody (wymagałoby to niemal położenia butelki). Dlatego Michał, wykorzystując myśl inżynierską i nakrętkę, pokierował wodę tak, by jednak wpadała do butelki, niemal ją zapełniając.





Obok ogrodu mieściło się centrum kultury – przez okno słyszeliśmy, jak ktoś grał. Idąc dalej, przyglądaliśmy się pięknym budynkom. Michał przysiadł na moment na ogrodzeniu, co wykorzystałam, by wykonać fotkę. Okazało się też, że tuż obok była „dziura na zdjęcie”, jak to ujęłam, bo nie musiałam kombinować, jak przyłożyć telefon do ogrodzenia, aby ująć budynek tak jak chciałabym go widzieć w kadrze. Michał uznał, że nie mógł to być przypadek 🙂

Wkrótce wyszliśmy przy szkole medycznej. W parku zwanym Campo dos Mártires da Pátria (czyli jakby Polem Męczenników Ojczyzny) swój pomnik miał rzeczywiście lekarz. Sousa Martins popełnił samobójstwo przez przedawkowanie morfiny po tym, jak zaraził się gruźlicą od jednego ze swoich pacjentów. Słynął z tego, że mówił: „Największy dar dla chorego to uśmiech” 🙂 Portugalczycy traktowali go niczym świętego, chociaż wcale nie był uznany za takiego przez kościół. Wokół pomnika znajdowały się kamienne płyty, nieco przypominające nagrobne, które wspominały chorych, zmarłych i zawierały modlitwy oraz podziękowania za wstawiennictwo kierowane do doktora. Sporo dat było bliższych współczesności niż jego czasom. Założono mu nawet profil na Facebooku.



Prócz pomnika lekarza również i sam park stanowił niemałą ciekawostkę – chodziły tam kury i koguty, przy czym kury miały takie śmieszne bereciki z puchatych piórek. Do tego tuptały inne ptaki w odcieniu głębokiej czerni. Najbardziej intrygujący był jednak fakt, że ptaki trzymały się rejonu parku i nigdzie się nie rozbiegały. W chodniku płytki także ułożono tak, by utworzyć sylwetki różnych zwierząt, zapozowaliśmy np. z kotem czy z psem. Miejsce to zainspirowało jakąś młodą kobietę do malowania – przez chwilę przyglądałam się jej pracy twórczej.

Totalnie niespodziewanie zaliczyliśmy też wizytę w szpitalu Św. Antoniego. Chociaż mieli tam jakieś niewielkie muzeum przy ślicznym dziedzińcu, my wylądowaliśmy gdzieś w okolicy wejścia na radiologię. Można by się zastanawiać, co tam robiliśmy, a my po prostu szukaliśmy toalety. A jeśli chodzi o głód języka, zafiksowałam się na portugalskim do tego stopnia, że sfotografowałam nawet lokalną instrukcję mycia rąk 😉 i zrozumiałam w całości komunikat, by ręczników do rąk nie wrzucać do toalety. W ramach zwiedzania zaszliśmy na chwilę także do tutejszej kaplicy.


Pokonując kolejną porcję schodków w wąskiej uliczce wyszliśmy ponownie na Avenida da Liberdade. Podeszliśmy tam pod pomnik Monumento aos Mortos da Grande Guerra czyli upamiętniający żołnierzy portugalskich, którzy zginęli w „wielkiej wojnie” czyli I wojnie światowej. Znajdował się na wysokości ambasady hiszpańskiej. Wędrując na północ trafiliśmy na pomnik burmistrza Lizbony z XIX wieku. Rosa Araújo sprawował władzę w okresie, kiedy otwarto Avenida da Liberdade.



Koniec alei wyznaczał również charakterystyczny punkt. Praça Marquês de Pombal, z pomnikiem wspomnianego Pombala był również zwany Rotundą. Postać ta miała ogromne znaczenie dla Lizbony – to on bowiem stał za odbudową miasta po wielkim trzęsieniu ziemi z 1755 roku. Zachował trzeźwość umysłu, gdy zdarzenie załamało ówczesnego króla Józefa I. Ponoć na pytanie władcy „I co teraz?”, miał zarządzić, by pogrzebać zmarłych i nakarmić żywych. Ucierpiała większość zabudowy stolicy – przetrwała dzielnica Alfama, a Baixa, która wówczas powstała, miała mieć zabudowę bardziej odporną na tego typu kataklizmy. Markiza upamiętniono monumentalnym pomnikiem, z wariacją na temat herbu Lizbony stworzoną z kostki. I tu, i w ramach pomnika pojawił się motyw łodzi. Postaciom towarzyszyły zwierzęta, np. słoń i elementy architektury. Na szczycie, z samym markizem pojawił się lew, jako symbol jego władzy premiera. Postać spoglądała w kierunku dzielnicy Baixa. Na bokach spisano także listę reform Pombala.



Bardzo fajny był też rozpoczynający się za Rotundą Park Edwarda VII. Ogromna połać zieleni służyła spacerowiczom, a niektórzy po prostu siedzieli na trawie. Czuć było wiosnę, a słoneczko grzało. Wiedzieliśmy, że na drugi koniec dojdziemy najwcześniej za dziesięć minut, ale spacer był nawet przyjemny. Zrobiliśmy sobie również przystanek przy Pavilhão Carlos Lopes. Według nawigacji był to obiekt przeznaczony do organizacji imprez, nas jednak przyciągnął wielkogabarytowymi scenkami z azulejos. Sfotografowaliśmy wszystkie, podobnie jak centralną część frontowej fasady, także bogato zdobioną. Następnie koło restauracji i zbiornika wodnego z rzeźbami przeszliśmy, by dokończyć wędrówkę w górę parku.



Na samej górze widoki w kierunku Tagu wynagradzały długą wspinaczkę i zrobiliśmy sobie zdjęcia w tym miejscu, a nawet poprosiliśmy jednego z turystów, by uwiecznił nas razem. Pośrodku zieleni na całej długości ciągnął się labirynt z krzewów, a zza dwóch alejek drzew wyłaniała się zabudowa. Naprzeciw nas kilka odcieni niebieskiego przechodziło jeden w drugi – rzeka, góry w oddali, wreszcie niebo. Jednak warto było także zatrzymać wzrok na tym co bliżej – znajdowała się tu bowiem fontanna z pomnikiem upamiętniająca datę 25 kwietnia 1974 roku.
Stamtąd moglibyśmy już zawracać, ale dodałam:
– Jeszcze Amalia na nas czeka 😉
Po drugiej stronie ulicy znajdował się bowiem ogród Amálii Rodrigues, królowej fado, specyficznego dla Portugalii rodzaju muzyki. Figura, do której podeszliśmy, zatytułowana była jednak „Macierzyństwo” i nie przedstawiała artystki, zatem okazało się, że była tylko patronką ogrodu. W innej części miasta było poświęcone jej muzeum, w domu, który dawniej zamieszkiwała, ale musieliśmy je odpuścić ze względu na wystarczająco bogaty plan na ten dzień.





Mimo późnej pory byliśmy jeszcze bez obiadu. Lokalne kuchnie były jednak niedostępne ze względu na sjestę, dlatego wylądowaliśmy w restauracji z daniami kuchni włoskiej. Całe ściany pokrywały butelki wina i wielkie puszki z pomidorami. Jakkolwiek przystawka z kawałkami ciasta na pizzę, na który nakładaliśmy różne szynki czy sery, była całkiem ok, to jednak oboje byliśmy zawiedzeni daniem głównym – Michał spaghetti bolognese, ja gnocchi w sosie pomidorowym.
Mimo wszystko ta chwila regeneracji pozwoliła nabrać sił na ciąg dalszy. Punktów do odkrycia nie było już wiele, ale dzieliły je znaczne odległości. Najkrótszą możliwą drogą udaliśmy się ku Bazylice Estrela, mijając przy tym m.in. Museu João de Deus i przechodząc przez park o nazwie Jardim da Estrela, gdzie był pomnik patrona muzeum. Rosły tam także róże z Izraela, przekazane Portugalii w akcie sympatii. Ciekawostką dla nas była także konstrukcja podobna do glorietki w Jaśle, ale akurat ją remontowano. Fajny akcent stanowił pomnik ogrodnika przy pracy.
Chwilę później udało nam się przejść cały park i podejść pod bazylikę, która widziana już stamtąd ledwie mieściła się w kadrze. Wyglądała ciekawie i z zewnątrz, i w środku, choć udało się zwiedzić tylko przedsionek i pomieszczenie, w którym ksiądz rozmawiał z ludźmi, a gdzie pozwolił mi sfotografować obraz zlokalizowany tuż pod sufitem. W poprzednim pomieszczeniu roiło się od azulejos – pokrywały cały dolny poziom ścian.







Już po zapadnięciu zmroku schodziliśmy uliczką o dużym spadku. Na końcu drogi mieścił się gmach z kaskadowym ogrodem – był to Palácio de São Bento / Assembleia da República czyli siedziba parlamentu. Kawałek dalej trafiliśmy nawet na azulejos z satyrą polityczną.


Pokonaliśmy pobliskie schody i wyszliśmy przy Muzeum Geologicznym oraz fontannie, która cieszyła się powodzeniem amatorów fotografii. Młoda dziewczyna, którą fotografowano, wchodziła nawet nogami do wody. Nieopodal zobaczyliśmy także skośny wagonik w klasycznym żółtym kolorze – tuż przed startem. Punkt ten nosił nazwę Elevador da Santa Glória.


Kolejnym punktem z naszej listy był kościół Św. Rocha czyli Igreja de São Roque. O tej porze był zamknięty, ale obejrzeliśmy go z zewnątrz plus zatrzymaliśmy się przy pomniku prezentującym innego świętego z gromadką dzieci.


Zeszliśmy długim ciągiem schodków, które były bardzo klimatyczne. Szczególnie, że w wąskiej alejce co pewien kawałek ustawiono stoliki restauracji. W oddali było już widać podświetlony Zamek Św. Jerzego. Na końcu schodów natrafiliśmy na fajną mozaikę z azulejos, którą najpierw obfotografował Michał, a potem ja. Większość kafelków nawiązywała do daty 25 kwietnia 1974 roku. Gdy chciałam wrócić na drugą stronę drogi do Michała, musiałam wyczuć moment między samochodami a tuktukiem. Kierowca tego drugiego zareagował rozrzewnieniem i gratulacjami w kierunku mojego męża, widząc, jak przebiegłam i rzuciłam się ku Michałowi z buziakiem 😉



Finalnie wróciliśmy przez Plac Rossio, zatrzymując się przy stacji kolejowej po bilety, po czym wróciliśmy do hotelu. Zobaczyliśmy tego dnia naprawdę sporo. Śmialiśmy się, że na co drugim budynku było azulejos 😉 Dodatkowo przy takim dystansie kostka pokrywająca większość uliczek dawała się nam już we znaki. Przed kolejnym dniem, w Sintrze, trzeba było postawić na solidną regenerację 😉

