Odkąd pamiętam, marzyłam o odwiedzeniu Portugalii – zobaczeniu azulejos, zanurzeniu nóg w oceanie i zaznaniu południowego słońca. Mniej więcej rok czy dwa wcześniej złapałam zajawkę na naukę języka portugalskiego. Gdy okazało się, że także mój Michał chciał odwiedzić ten kraj, a nawet zastanawiał się, jak byłoby tam zamieszkać, automatycznie stało się jasne, że to będzie nasz kierunek w ramach podróży poślubnej.

Wybraliśmy się już w poniedziałek po ślubie. Był luty. Zerwaliśmy się o 2.30 i taksówką wybraliśmy się na lotnisko. Wszystko działo się po raz pierwszy, ale trafiliśmy na super obsługę. Najpierw okazaliśmy dokumenty, a przy okazji zważyliśmy i odmierzyliśmy bagaże. Przeszliśmy kontrolę bezpieczeństwa, a że mieliśmy jeszcze czas do odlotu, zrobiliśmy sobie przystanek na kawę i croissanty 😉 Samolot z zewnątrz wyglądał na wielki, ale w środku siedzenia nagle wydały się malutkie. Zajęliśmy miejsca, a ja cieszyłam się widokami z okna. Podróż zniosłam dobrze. Ani się spostrzegłam, a już szykowaliśmy się do lądowania. Pani poprosiła pasażera przede mną o odsłonięcie rolety. Michał wyjaśnił mi:
– Ten trójkącik to jest informacja dla stewardessy. Sprawdza, czy wszystko jest w porządku ze skrzydłem. Jak spojrzy przez to okno, to widzi cały przekrój.

Ciekawostkami lotniczymi Michał sypał jak z rękawa. Gdy samolot się zatrzymał, Michał pokazał coś na lotnisku:
– Żółte paski.
– Aaa, na samolocie. Musisz mi mówić, gdzie mam patrzeć.
– Masz większe perspektywy.
– Ty jesteś moją największą perspektywą.
Z kolei za oknem podziwiałam, jak się wznosimy, jak pracują elementy skrzydła, aż znaleźliśmy się ponad chmurami, co było ciekawym doświadczeniem, jakby unoszenie się nad hałdami ze śniegu 😉 Równie fajnie było zobaczyć wschód słońca w tak nietypowym otoczeniu.




Mieliśmy przesiadkę w Monachium. Najpierw z pasa startowego zgarnął nas autokar. Później okazało się, że przez budynek lotniska jedzie pociąg, który dowiezie nas w okolice naszej bramki. Mieliśmy wreszcie moment, by się zatrzymać, nie śpieszyć, czego w ostatnich tygodniach przed ślubem bardzo brakowało, dlatego dopiero teraz usystematyzowaliśmy częściowo plan na zwiedzanie Lizbony. Zajadaliśmy się także pysznymi lokalnymi kanapkami.

Już w kolejce przed bramką K22 (kolejna okołoślubna dwudziestka dwójka) otoczyła nas mieszanka języków, głównie były to jednak niemiecki i portugalski. Jakkolwiek bardziej chciałam się osłuchać z tym drugim, musiałam przyznać, że ze względu na portugalski akcent i fakt, że niemieckiego uczyłam się dłużej, to z tego właśnie języka rozumiałam więcej. W sumie to ciekawe, że podczas tej podróży odhaczyliśmy dwa kraje, których języki nie były mi obce. Aczkolwiek w większości sytuacji komunikowaliśmy się jednak po angielsku.

Do Lizbony lecieliśmy z opóźnieniem. Zapowiedziano także, że ze względu na warunki pogodowe możemy kołować w oczekiwaniu na lądowanie. Wyszło z tego jednak coś fajnego. Z okna widzieliśmy ocean, przylądek Roca, wreszcie końcowy odcinek Tagu (którą to rzekę wypatrzyliśmy już wcześniej na innym jej odcinku) i samą Lizbonę, gdzie wylądowaliśmy bez większych trudności. Dodatkowo widzieliśmy most Vasco da Gamy, do którego mielibyśmy dość daleko. A wspominały o nim różne książki, które czytałam przed podróżą, bo zbudowano go w 500. rocznicę odkrycia przez żeglarza drogi morskiej do Indii i dlatego nadano mu jego imię. Był najdłuższym mostem południowej Europy.







Wysiedliśmy z samolotu i momentalnie zaczęłam czytać napisy po portugalsku, nawet idąc do łazienki, więc Michał śmiał się:
– Baw się dobrze 😉
Mieliśmy zapewniony odbiór z lotniska. Na wielkiej tablicy w punkcie spotkań odnaleźliśmy nazwisko Michała, a teraz i moje, choć musiałam się jeszcze przyzwyczaić, wciąż legitymując się wszędzie poprzednim dowodem. Przywitała nas iście wiosenna aura mimo wiatru. Lizbona jawiła się jako miasto kontrastów – odnowione budynki sąsiadowały z tymi pomazanymi graffiti. Zaciekawił mnie napis, że „nie istnieje Portugalia bez emigrantów” i byłam dumna, że zrozumiałam cały tekst. Najfajniejszy obrazek stanowił jednak krajobraz wielopiętrowej zabudowy z zamkiem Św. Jerzego u szczytu. Powiedziałam do taksówkarza po portugalsku, że zamek jest bardzo piękny i chyba czuł się zaskoczony, ale uśmiechnął się. Okazało się, że stamtąd do naszego hotelu (Mundial) był rzut beretem.

Lokaj odebrał nas z taksówki i zaniósł nasze bagaże do recepcji. Pokój znajdował się na czwartym piętrze, był ogromny, a z okna widzieliśmy wspomniany przed chwilą obrazek – na zamku trzepotała flaga Portugalii i jakaś druga. Przejechaliśmy się na ósme piętro, gdzie były dwie restauracje. W jednej mieliśmy mieć śniadania, druga mieściła się na tarasie widokowym i tam zdecydowaliśmy się zjeść obiad. W oczekiwaniu na stek z jajkiem i fryteczkami cieszyliśmy oczy widokiem miasta, od którego mieliśmy zacząć odkrywanie Portugalii. Próbowaliśmy rozpoznać z lotu ptaka obiekty, które jeszcze tego pierwszego dnia były na celowniku. Michał żartował, że już stamtąd obejrzał większość atrakcji 😉



Gdy wyszliśmy na spacer, rozpoczęliśmy od Praça da Figueira, który właśnie częściowo zagradzano. Udało się nam jednak dotrzeć do pomnika konnego króla Jana I. Po drodze mijaliśmy też pierwsze kamieniczki zdobione azulejos i sporo sklepów z pamiątkami, uznaliśmy jednak, że na ich zakup będzie jeszcze czas. Podreptaliśmy w kierunku Rua Augusta, która stanowiła swego rodzaju deptak. Tam odwiedziliśmy Fábrica da Nata, by spróbować słynnych ciastek pastéis de nata – przysmaku wywodzącego się z lizbońskiego klasztoru hieronimitów, mającego postać babeczek z ciasta francuskiego wypełnionych budyniem. Pani zrozumiała moje zamówienie po portugalsku, ale i tak odpowiedziała po angielsku, co wprawiło mnie w lekką konsternację. Stanęliśmy przy jednym ze stolików pod ścianą ozdobioną azulejos i skosztowaliśmy. Próbowaliśmy pastéis de nata potem wielokrotnie, ale tylko w tym miejscu świeżutkich na ciepło. Muszę jednak przyznać, że kiedy nadzienie nie wypływało po ostygnięciu, bardziej mi podchodziły 😉



Idąc dalej i spoglądając w jedną z bocznych ulic, wypatrzyliśmy słynną windę Elevador de Santa Justa, jednak z niej nie korzystaliśmy. Zmierzaliśmy dalej nad rzekę. Termometr przy aptece wskazywał 19°C. Kawałek dalej zobaczyliśmy i usłyszeliśmy grajka, który uderzał w instrument przypominający duże cymbałki. Minęliśmy też sklep z atrybutami dla portugalskiego fana piłki nożnej – w gablocie na froncie ustawiono figurę Cristiano Ronaldo. Na budynku Muzeum Designu (MUDO) naszą uwagę zwróciły płaskorzeźby – jedna z herbami, druga ze statkiem. Oboje tam zapozowaliśmy. Stamtąd już tylko jedne światła dzieliły nas od słynnego łuku Arco da Rua Augusta. Widniał na nim zegar, który rzeczywiście działał, wskazując mniej więcej 18:20. Opatrzony był cyframi rzymskimi, przy czym zamiast IV zapisano tam IIII. Przechodząc pod łukiem zwróciliśmy uwagę na sklepienie oraz arkady po obu jego stronach. Zaprojektowany został, by celebrować odbudowę miasta po wielkim trzęsieniu ziemi w 1755 roku. Zdobiły go różne alegorie: Chwała koronowała Geniusz i Męstwo, pojawiały się odpowiedniki rzek: Tagu i Douro, dodatkowo dodano postaci – byli tam: Vasco da Gama, Viriato (wódz i bohater narodowy) oraz Nuno Álvares Pereira (rycerz, święty portugalski). W tym miejscu pierwszy raz zetknęliśmy się z tablicami opisującymi zabytki, zwanymi przez nas potem „wiosłami” ze względu na ich kształt.







Za kolejną ulicą mieścił się Praça do Comércio, plac z pomnikiem konnym króla Józefa I, otoczony eleganckimi pierzejami. Zrobiliśmy zdjęcia przy pomniku parze turystek, które odwdzięczyły się nam tym samym. Podeszliśmy następnie bliżej rzeki, gdzie znajdowały się kamienne filary Cais de Calunos. Wiodły do nich marmurowe schody. Po obu stronach mieściła się a la plaża, nieco kamienista, bardzo mulista, a zapach rzeki był dość specyficzny. Z tego punktu zobaczyliśmy statek na Tagu na tle Mostu 25 Kwietnia. Data ta wiązała się z rokiem 1974 i tzw. rewolucją goździków. Był to bezkrwawy przewrót, który pozwolił obalić dyktaturę Marcela Caetana czyli następcy António de Oliveira Salazara. W konsekwencji przywrócono wiele swobód obywatelskich oraz doszło do dekolonizacji posiadłości portugalskich na terenie Afryki i Azji. Co ciekawe, most nosił wcześniej właśnie imię Salazara.
Powędrowaliśmy dalej nabrzeżem na zachód, przy tej okazji podziwiając rzeźby zwierząt z piasku, a dalej kamienne i malowane, nawiązujące do różnych krajów. Tymczasem po naszej prawej stronie w miejscu dawnych doków stał błękitny budynek. Kawałek za nim zaczęliśmy oddalać się od rzeki. Dotarliśmy pod kościół Igreja do Corpo Santo, pod którym przejeżdżały akurat tramwaje, choć tego słynnego o numerze 28 nie widzieliśmy. Ale i te wyglądały fajnie, zabytkowo. Gdy skręciliśmy w prawo, minęliśmy budynek portugalskiej marynarki wojennej. Doszliśmy tam też do wniosku, że jak na tak wąskie i zabudowane ulice, kierowcy dość szybko jeżdżą, także autami większych gabarytów. Tymczasem dla pieszych czerwone światło to tylko sugestia.




Chwilę później znaleźliśmy się na Praça do Municipio ze skręconą kolumną pośrodku. Przy placu stała dostojna bryła ratusza. Udało się nam także wejść do przedsionka. Sfotografowaliśmy tablice i m.in. makiety wystawione w gablotach. Przeszklone drzwi prowadziły na schody, ale były zamknięte. Naszym śladem weszła tam kobieta, prosząc o zdjęcie na tym tle i zrobiła nam również takie fotki. Dla nas jednak większą wartością były ogromne, kilka razy wyższe od nas drzwi drewniane, które dziś stanowiły jedynie ozdobę. Zrobiliśmy sobie zdjęcia na ich tle tak, jak na ślubie mieliśmy zdjęcia z bliskimi na tle innych zabytkowych drzwi. Gdy wychodziliśmy z ratusza, pod kolumną siedziało mnóstwo ludzi i Michał zażartował:
– Oblegli go jak gołębie.
Gdy jednak znaleźliśmy się na zewnątrz, nagle wstali i rozbawiło nas, że poderwali się jak na sygnał.



Minęliśmy Museu do Dinheiro czyli Muzeum Pieniądza. W drodze powrotnej do hotelu największym wyzwaniem okazało się znalezienie sklepu spożywczego, po czym jak się już zaopatrzyliśmy, okazało się, że wielki sklep mamy pod samym hotelem 😉 Na koniec dnia, ciesząc się, że jesteśmy tu razem i spełniamy portugalskie marzenie, podsumowaliśmy:
– Dokonałam najlepszego wyboru w życiu!
– Yhm. I ja też <3

