Z Lizbony, ze stacji Rossio (gdzie na ścianach azulejos prezentowały produkty, z których słynęła Portugalia – owoce, wino, wyroby z korka itd.), ruszyliśmy pociągiem na zachód. Minęliśmy dzięki temu akwedukt Aqueduto das Águas Livres, do którego pieszo mielibyśmy za daleko, a znalazł się na naszej liście atrakcji.


Tego dnia na celowniku znalazła się Sintra. Jednak ani nie zaplanowaliśmy na sztywno, co zobaczymy, ani nie oczekiwaliśmy, że nawet ten zaczątek planu, jaki mieliśmy, tak bardzo się zmieni. Bądźmy szczerzy, mieliśmy za sobą sporo kilometrów poprzedniego dnia, a i zwiedzenie wszystkich pałacowych muzeów w górzystej miejscowości nie było tak po ludzku możliwe. Jechaliśmy z założeniem, że zobaczymy dwa obiekty w środku, zdecydujemy wówczas, czy dobieramy coś z pozostałych, ale byłoby fajnie tych kilka kluczowych zobaczyć z zewnątrz. I skoro znaleźliśmy się tak blisko, postanowiliśmy zdobyć też Przylądek Roca, najdalej wysunięty na zachód punkt kontynentalnej Europy.
Nasz plan ewoluował jednak bardzo szybko, właściwie tuż po tym, jak wysiedliśmy na stacji w Sintrze i podeszliśmy do punktu informacji turystycznej. Michał stanął w kolejce po kawę, ja po pocztówkę i folder o miasteczku, którego anglojęzyczna wersja już się wyprzedała i z kilku wariantów portugalski okazał się najsensowniejszym. Podczas oczekiwania podszedł do nas Portugalczyk koło sześćdziesiątki. Okazało się, że jest przewodnikiem i zaproponował nam obwiezienie po mieście. Zaproponował całkiem sensowną stawkę, a plan przejazdu uzgodnił z naszymi oczekiwaniami, jednocześnie wychodząc z własnymi propozycjami. Kluczowe obiekty miał umieszczone na zdjęciach na planszy, co bardzo ułatwiało komunikację.
Z grubsza dogadaliśmy się z José, bo tak miał na imię, że chcemy zwiedzić wewnątrz Palácio Nacional de Sintra czyli Pałac Narodowy oraz związany z masonami obiekt Quinta da Regaleira, a on nas tam zawiezie i odbierze. Szacował, że spędzimy tam po godzinie, ale nie znał naszych możliwości 😉 Dlatego wycieczka szacowana na 4,5 godziny trwała dłużej i wiązała się z dopłatą, ale i w tym zakresie się dogadaliśmy. Obiecał także zawieźć nas w miejsce, skąd doskonale będą widoczne kolejne dwa pałace. Zapowiedział, że po drodze opowie nam o samej Sintrze i pokaże inne ciekawe punkty. Zwieńczeniem miały być wspomniany Cabo da Roca i plaża w Cascais, skąd mieliśmy mieć możliwość złapania pociągu powrotnego do Lizbony.
Wsiedliśmy zatem i zaczęliśmy słuchać opowieści naszego przewodnika. Komunikował się bardzo dobrze po angielsku, ale jednocześnie i my (a szczególnie ja, bo angielski Michała jest na wyższym poziomie) byliśmy w stanie go zrozumieć. Zaczęło się od żółtego budynku widocznego jeszcze z peronu, który okazał się dawnym więzieniem. Kręta droga pięła się mocno w górę, a my uświadomiliśmy sobie, że zwiedzenie wszystkiego na własnych nogach naprawdę byłoby wysiłkiem. Miasteczko stało się siedzibą rodów królewskich ze względu na odmienny od Lizbony mikroklimat. Gdyby nie José, nie wiem, na którym etapie zorientowałabym się, że Sintrę dotknęły także wpływy habsburskie, a jednak ta dynastia, szczególnie w ostatnich wiekach jej panowania, była dla mnie niezwykle interesująca. Było to jednak widoczne w architekturze. Poza zabudową ewidentnie śródziemnomorską, gdzieniegdzie pojawiały się budynki z laubzegami, które José nazwał „w stylu austriackim”, ale dodałam, że i u nas w Polsce takich nie brakuje. Jednak nie mniej ciekawe były te pokryte roślinnością, z okiennicami i wąskimi drzwiami. Najbardziej zaintrygowało mnie jednak okienko… w skale. Nasz przewodnik uświadomił nas także, że teren, przez który jedziemy, jest na liście UNESCO, dlatego trudno aktualnie tu cokolwiek zbudować czy kupić, a prestiżowe położenie sporo kosztuje 😉


Minęliśmy Palácio Valenças, gdzie urzędowały lokalne władze. Budynek zdobił obraz z azulejos przedstawiający herb miasta z wieżą w stylu arabskim. Wpływy arabskie byłyby również widoczne w Pałacu Monserrate, ale nie podjeżdżaliśmy tam, a jedynie widzieliśmy prowadzące do niego drogowskazy. José wysadził nas nieopodal kościoła Igreja da Santa Casa da Misericórdia da Sintra. Stamtąd dość szybko dotarliśmy do Palácio Nacional de Sintra czyli Pałacu Narodowego. Stał na niewielkim wzniesieniu, ale z tej perspektywy fajnie było widać warstwowość miasteczka. Z zewnątrz bardzo efektownie wyglądały także obramowania okien w stylu manuelińskim.





Jeśli chodzi o samo muzeum zlokalizowane wewnątrz pałacu, wystawę podzielono tematycznie na 10 części, choć jak przekonywali twórcy wystawy, budynek krył tysiąc lat historii. W XVI wieku był jednym z najwspanialszych pałaców w Portugalii. Był świadkiem wpływów islamu na Portugalię, ale i przemian politycznych w samej Portugalii.
Strzałki wskazywały kierunek zwiedzania. Już klatka schodowa była ciekawostką – schody w tym miejscu znalazły się w XVI wieku i były jednymi z pierwszych tego typu w Portugalii. Wiodły na piętro, gdzie należało skręcić w prawo i przejść przez ozdobny portal. W ten sposób trafiliśmy do części z czasu Manuela I, tymczasem część po lewej była wcześniejsza – Portugalią rządził wówczas Jan I.

Sala Manuelina została podzielona za czasów Ludwika I tak, by pomieszczenia pełniły funkcje mieszkalne dla ostatnich monarchów, nim rewolucja z 1910 roku tej monarchii nie obaliła. Portugalia została wówczas republiką i co ciekawe, władzę ze strony monarchii nazywali okupacją. Pierwsze pomieszczenie przyciągało uwagę portalami, kominkiem i wielkim żyrandolem na 97 świateł.



Przechodząc przez apartamenty ostatniej królowej Marii Pii Sabaudzkiej, którą eksmitowano, na początku oglądaliśmy pokój, w którym spędziła ostatnią noc i stało tu jej łóżko. Wydało mi się bardzo krótkie. Wykonano je z palisandru. Jednocześnie na sypialnię pomieszczenie to zaadaptowano jeszcze w XIX wieku, w czasach króla Piotra V i królowej Stefanii, dlatego na suficie podobno znalazły się ich inicjały, ale w oczy rzucały się raczej płaskorzeźbione herby. Potem, dzięki Michałowi i aplikacji muzealnej, dowiedziałam się, że w herbach pośrodku znalazły się litery P i S nałożone na siebie.



Dalej był „dressing room”, ale służył nie tylko ubieraniu się. Królową także czesano, malowano i perfumowano. Moją uwagę szczególnie zwróciło lustro w złotej ramie z herbami. Co ciekawe, toaletę zaaranżowano osobno. W pomieszczeniu z umywalkami był także kominek, a jeden z pracowników odrestaurowywał mebelek stojący na ekspozycji. Tymczasem w łazience stała stara wanna, jednak już wtedy korzystano z kurków do zimnej i ciepłej wody. Ubrania i inne rzeczy wykonane z tkanin przechowywano w wąskim pokoju, gdzie od podłogi aż pod sufit (swoją drogą ciekawy i pokryty w dużej mierze boazerią) znajdowały się szafy.
Królowa Maria Pia miała też swój salon, w którym spędzała czas na pracy, wypoczynku i goszcząc ludzi ze swoich najbliższych kręgów. W pomieszczeniu stało biurko i wrzeciono, które wyglądały na wiekowe, ale kanapa wydawała się bardzo współczesna. Warto było spojrzeć także na zdobiony sufit. Jak udało mi się wyczytać w tej sali, królowa osobiście dobierała meble do swoich pokoi.



Ja przeleciałam salki, fotografując je i zataczając kółko, wróciłam do Michała, który stał jeszcze w sypialni królowej i korzystał z audioguide’a. W aplikacji były też liczne opisy poszczególnych przedmiotów, niemal każdego, nawet talerza na ścianie! Razem znalazło się 180 punktów, nagrań było mniej, ale każdy obiekt otrzymał swoją podstronę. We wspomnianej sypialni ciekawostką był obraz z widokiem na Tag, namalowany przez syna królowej, późniejszego króla – Karola I.

Kolejnym wątkiem, na dalszej trasie zwiedzania, była „przestrzeń”. Przed tablicą umieszczono makietę pałacu wraz z zabudową najbliższej okolicy. Stamtąd wchodziliśmy do sali otwierającej wątek „władzy”. Tam na suficie znalazło się 27 wizerunków łabędzi, które ponoć król Jan kazał namalować na 27 urodziny księżniczki Izabeli, jako że były to jej ulubione zwierzęta. Była to jednak tylko jedna wersja tłumacząca, jak powstały malowidła i skąd wzięła się nazwa Sala Łabędzi. Równie dobrze mógł to być jeden z symboli związanych z bratem ówczesnej królowej – Filipy Lancaster. Pomieszczenie robiło wrażenie nie tylko na nas, bo akurat weszła pierwsza azjatycka wycieczka, na szczęście z przewodnikiem, więc niedługo później ruszali dalej.



Kolejnymi pomieszczeniami była Sala Srok, dla odmiany z namalowanymi na suficie 136 srokami, a także dwa patia – jedno miało umożliwiać przejście między pokojami w sposób bezpośredni, bez potrzeby przemieszczania się przez kolejne pokoje, tymczasem drugie mogło być miejscem na audiencje, co sugerowałyby stojące tu tron i ławka.




Trzeci pokój w części aranżowanej dla króla Jana I i królowej Filipy zwany był według przewodnika również Salą Króla Sebastiana. Dominantą jego wyposażenia było łóżko z baldachimem, a król Sebastian faktycznie tu sypiał, podczas gdy w XIX wieku umieszczono tu jadalnię. Nie zachowały się złote dekoracje, od których salę swego czasu nazywano również Złotą. Następne pomieszczenie, choć zwane „szafą”, służyło królewskiej parze nie tylko do przechowywania ubrań, ale również biżuterii, sreber itp. Prowadziło do kolejnego pokoju (nazwa Camarim oznaczała garderobę), pełnego obrazów i rzeźb, aczkolwiek moją uwagę zwrócił przede wszystkim globus z mapą nieba. Zorientowałam się dzięki przedstawieniu znaków zodiaku i odnalazłam gwiazdozbiory Panny i Koziorożca czyli mój i Michała.




Stamtąd można było wyjść na patio Diany, a schodami docierało się do pokoju, gdzie na ścianie wisiała kolekcja co najmniej kilkudziesięciu talerzy. Galerię kazał zbudować Jan III, dziadek wspomnianego króla Sebastiana. Pomieszczenia z nim związane opatrzono hasłem „Pamięć”. W innej części sali zaprezentowano płytki z azulejos, a na suficie namalowano żeglujące łodzie, mające upamiętniać konflikty między chrześcijanami a muzułmanami.



Przeznaczenie kolejnych trzech pomieszczeń dla Jana III nie było znane. Na początek mijaliśmy maleńki pokój z obrazami, choć i tak najfajniejszym akcentem było obramowane lustro z napisem „Só os ilustres merecem ser retratados” czyli „Tylko znamienici zasługują na portretowanie” 😉 co było miłym akcentem ze strony muzeum. I właśnie portretami wypełniono kolejne sale. Byli wśród namalowanych i Habsburgowie – Leopold I i jakiś Karol, ale z innej, nieaustriackiej linii.

Trafiliśmy następnie na korytarz, który m.in. łączył z najstarszą częścią pałacu, z okresu panowania Dionizego I i Izabeli Aragońskiej. Prowadził on również do innego pomieszczenia, które raz zobaczone zostawało na pewno w pamięci na dłużej. Największe wrażenie na nas niewątpliwie zrobił właśnie Pokój Herbowy (Sala dos Brasões). Była to kwadratowa sala z ośmiokątną kopułą, prawie trzykrotnie wyższą niż podtrzymujące ją ściany z symbolami heraldycznymi aż 72 rodzin! W centrum mieścił się herb Manuela I, który tym samym pokazał swoje miejsce w hierarchii, ustawiając siebie w centrum, ale wiedząc, że potrzebuje wsparcia nobilitowanych. Nazywano ten pokój również Salą Jeleni ze względu na sceny myśliwskie na XVIII-wiecznych kafelkach na ścianach. Trafiliśmy tam na drugą wycieczkę Azjatów, ale i tak próbowałam obfotografować to pomieszczenie jak najsumienniej, poprosiliśmy też innych turystów o wspólne zdjęcie w tym miejscu.




Idąc dalej, minęliśmy komnatę należącą do Alfonsa VI, przypominającą sypialnię, gdzie znalazła się ponoć najstarsza ceramiczna posadzka. Król był jednak więźniem tego pałacu i własnego brata przez 9 lat. Pilnowało go 300 żołnierzy. Opowiedzianą tu historię opatrzono hasłem „Autorytet”. W kolejnym zaułku znalazło się przejście do kaplicy, a właściwie stanęliśmy jakby na jej chórze. Aktualnie była w renowacji, pozostawiono pośrodku zwinięte dywany, ale i tak wydała się nam ładna. Ta część obiektu była najstarsza, a azulejos pokrywało nawet podłogi, właśnie na kształt dywanu. Niezwykły był także sufit – z odległości wyglądało to tak, jakby wzór sieci stworzono z drewnianych patyczków. Towarzyszące tej strefie hasło „Religia” nawiązywało do faktu, że relacje między władzą świecką a kościołem wpływały na społeczeństwo portugalskie.


Zeszliśmy schodami do wykafelkowanego pomieszczenia z fontanną pośrodku. Tu na tablicy widniało hasło „Sprawiedliwość”, bo do króla w poszukiwaniu schronienia, jedzenia i sprawiedliwości właśnie, mogli się udać jego wasale. Pokój Arabski (cały pokryty azulejos) służył ich spotkaniom z przedstawicielami Rady i sąsiadował z pomieszczeniem dla Rady.


Na koniec dotarliśmy do tzw. czystej/białej kuchni. Pomieszczenie pokrywały jasne kafle, a większość naczyń była ciemna, więc stanowiło to duży kontrast. Pałac miał dwa 33-metrowe kominy w kształcie przypominającym butelki, i one były jakby sufitem tejże kuchni. Pośrodku pomieszczenia, pomiędzy kominami, pod sufitem znajdował się piękny herb. W tym miejscu kończyło się zwiedzanie wnętrz. Odhaczyliśmy jeszcze sklepik, grotę wodną, a zupełnie na koniec zwiedziliśmy ogrody. Podobał mi się tam zbiornik z wodą z pomarańczowymi rybkami, dodatkowo ozdobiony figurą lwa i malunkiem z zamkiem. Fajnym akcentem było również to, że gdy pozowaliśmy sobie nawzajem na schodach, pani, która to podpatrzyła, zaproponowała, że zrobi nam wspólne zdjęcie 🙂



Spędziliśmy w środku dwie godziny, ale gdy wychodziliśmy to nagle już była masa ludzi na mieście. Wracając do miejsca spotkania z José, natrafiliśmy na placu na gościa z saksofonem, który grał akurat „Englishman in New York” 🙂 Stanęłam na chwilę i się zasłuchałam 🙂

Z naszym przewodnikiem przejechaliśmy znów kawałek Sintry. Pokazał nam chociażby Fontannę Mauretańską i pomnik doktora Gregorio Almeidy. Najsłynniejszą z mijanych fontann była Fonte da Sabuga, zbudowana w tym miejscu w XVIII wieku, ale już wcześniej płynącą tu wodę określano jako mającą właściwości lecznicze w przypadku kaszlu czy biegunek. Dalej trafiliśmy m.in. na herb nawiązujący do monarchii, a José opowiedział nam o zmianie ustroju Portugalii.



Podjechaliśmy na punkt widokowy. Widoki były naprawdę niecodzienne. Na wzgórzach zlokalizowano dwie zabytkowe budowle. Pierwszą z nich był Zamek Maurów. Powstał jeszcze w VIII wieku i pozostawał w ich rękach aż do czasów pierwszego króla Portugalii – Alfonsa Zdobywcy, który odbił go w połowie XII wieku. Po wypędzeniu Maurów nie pełnił jednak roli obiektu strategicznego i został opuszczony. W 1838 roku zakupił go Ferdynand II Koburg. Prócz tchnięcia życia w stare mury, przyczynił się także do zalesienia okolicy.

Pałac Pena stanowił z kolei przykład portugalskiej architektury romantycznej. Był mocno eklektyczny, co wynikało z jego historii. Pierwszy obiekt czyli kaplica, został zbudowany w XV wieku przez króla Jana II. Następny władca Manuel I zwany Wielkim odpowiadał za powstanie klasztoru dla 18 mnichów. Wielkie trzęsienie ziemi częściowo zniszczyło obiekt, ale wrócił do świetności w 1839 roku, co ponownie miało związek z Ferdynandem II Koburgiem. Nabył ruiny klasztoru hieronimitów i zaczął je adaptować na pałac dla swojej drugiej żony (pierwszą była Maria II, królowa Portugalii, wnuczka Franciszka II (I) Habsburga). Każda część miała inny kolor – najstarsza (czyli klasztor) była czerwona.


W tym miejscu José wskazał nam także na drzewo korkowe. Dał dotknąć kawałków kory, nim pojechaliśmy dalej. Zobaczyliśmy chociażby dom potomków monarchów, z dynastii Bragança, choć teraz była to zwyczajna rodzina. Żółta willa przypominała dom – nie pałac. Nasz przewodnik podkreślał, że w tej okolicy znalazło się dużo prywatnych willi. Uliczki były arcywąskie, dlatego José trąbił, żeby kierowcy z naprzeciwka wiedzieli, że jedzie. Na trasie minęliśmy pomnik, na którym był przedstawiony Carlos França. Kawałek dalej znajdowała się fontanna Fonte dos Pisões z 1931 roku. Po lewej za murem był już nasz kolejny cel czyli Quinta da Regaleira, ale nim tam weszliśmy, zobaczyliśmy jeszcze po prawej inny ciekawy budynek – Quinta do Relógio, w którym widać było wpływy arabskie.




José pomógł nam zakupić bilet i dał czas na zwiedzanie obiektu z historią masonerii w tle. Polecił nam także rozpocząć wędrówkę po Quinta da Regaleira od Poço Iniciático (Studni Inicjacji). Luigi Manini zaprojektował coś w stylu labiryntu ogrodów, ale nie opierał się na tym, jak projektowano ogrody w pierwszej połowie XIX wieku. Wysokie drzewa miały wprowadzać aurę tajemniczości, melancholii, czegoś mistycznego. My, współcześni, nieco prościej mogliśmy się w tym odnaleźć, bo regularnie zostały rozstawione mapki, ale dróg było dużo, a pomiędzy nimi znalazły się również mniejsze ścieżki i liczne schodki. Na mapie niby umieszczono punkty, ale tak naprawdę samemu wybieraliśmy przebieg trasy zwiedzania.
Po przejściu kontroli biletów w budynku dawnej stajni (w rzeźbioną głową konia nad wyjściem). Zaczęliśmy rzeczywiście od wspomnianej studni, planując następnie przemieszczać się „w dół mapy”, ale i rzeczywiście schodząc, a nie się wspinając, poza tym pierwszym odcinkiem. Już na tym etapie zorientowaliśmy się, że będziemy mijać mnóstwo rzeźb i fontann po drodze. Trafiliśmy też na ciekawą wieżyczkę i po wejściu do niej zrobiliśmy sobie zdjęcia z panoramą Sintry 🙂



Jako, że obiekt był związany z masonami, zbudowali tu oni Studnię Inicjacji, która miała sprawdzić odwagę śmiałków. Z mojej perspektywy było to super miejsce, bardzo malownicze i mające niemały potencjał fotograficzny. Stała się jednak w pewnej mierze rozczarowaniem, bo ledwie przekroczyliśmy wąski korytarz, który do niej prowadził, a już nas goniono, by iść dalej. Byliśmy tam poza sezonem, za nami nie formowała się duża kolejka, ale mimo to nie pozwalano nam się zatrzymać ani na chwilę i cieszyć widokiem. Fotografując w pośpiechu, nie mogliśmy wyczuć momentu i frustrowało mnie, że przez to ciągle mam ludzi w kadrze. Samo miejsce mimo wszystko było warte zobaczenia. Studnia miała 30 metrów głębokości i 9 poziomów biegnącej spiralnie klatki schodowej. Im niżej schodziliśmy, tym było bardziej wilgotno, a na końcu kapało i posadzka była mokra.

Wyszliśmy na korytarz z wapiennych skał (jak dla mnie przypominały czaszki), który się rozgałęział. Jedno z ramion prowadziło do wodospadu. Nad leżącym przy nim zbiornikiem biegł mostek, ale z tej perspektywy nie widzieliśmy wejścia. Wiedzieliśmy jednak, że byłoby możliwe, bo fotografowali się tam inni turyści. Tymczasem my zawróciliśmy do drugiego z rozgałęzień. Zrobiliśmy zdjęcie pewnej turystce z czymś na kształt stalagnatów, a ona odwdzięczyła się nam tym samym. Po wyjściu natrafiliśmy na kolejną studnię – była niedokończona, więc mogliśmy spojrzeć tylko z góry na dół. Miała mniej więcej połowę wysokości tej docelowej.



Następnym punktem na trasie był Portal dos Guardiães. Po obu stronach fontanny mieściły się drzwiczki, a całość domykały dwie okrągłe wieżyczki. Naprzeciw znajdował się taras, również z dwiema wieżami, ale o prostokątnym pokroju. Całość nosiła nazwę Ziggurat, bo miała się kojarzyć z tą mezopotamską budowlą. Podeszliśmy do jednej z wieżyczek, bo pozostałe obiekty były bardzo oblegane. I to tam zrobiliśmy sobie zdjęcia 🙂 Wchodząc na górę, także mieliśmy fajne widoki.


Wkrótce znaleźliśmy schodki i ścieżkę po drugiej stronie wodospadu i mieliśmy możliwość wejść na wspomniany mostek, ale uznaliśmy, że jednak pójdziemy dalej. Wcześniej widzieliśmy kaskadę jakby od wewnątrz, więc tak czy inaczej fajnie było zmienić perspektywę i zobaczyć warstwowość całości. Minęliśmy kolejną wieżę i dotarliśmy do Fonte da Abundância (Fontanna Obfitości), zdobionej m.in. muszelkami, kamykami i kryształami. Chwilę później, tuż przed wspinaczką, minęliśmy okazałą kamienną wazę oraz może mniejszych rozmiarów, ale nie mniej ciekawą, stację drogi krzyżowej z azulejos. Wkrótce znaleźliśmy się w Gruta da Leda. Leda była żoną króla Sparty, wedle mitu greckiego uwiedzioną przez Zeusa pod postacią łabędzia. Tutaj trzymała jednak także gołębia w dłoniach, co miało być już nawiązaniem chrześcijańskim do Ducha Świętego.




Nieopodal mieściła się szklarnia. Zajrzeliśmy do środka i obejrzeliśmy azulejos zdobiące jej frontową ścianę. Stamtąd roztaczał się też fajny widok na kaplicę i pałac. Niestety kaplicę obejrzeć można było tylko z przedsionka. Wzniesiono ją w stylu neo-manuelińskim na początku XX wieku. Sufit przedsionka zdobiło Oko Opatrzności – jednocześnie jeden z symboli wolnej masonerii, jak i w chrześcijaństwie Boga w Trójcy Świętej. Masoni podkreślali w ten sposób, że Bóg jest Wielkim Architektem Wszechświata i jest „wszystkowidzący”.





Następnym obiektem był Pałac. W kilku salach zorganizowano wystawę, w dużej mierze dotyczącą masonerii i wykorzystywanej przez masonów symboliki, ale także opowiadającą o twórcach Quinta da Regaleira. Jadalnię nazywano Pokojem Polowań ze względu na wykorzystaną tu tematykę – na podłodze namalowano psy myśliwskie, a pod sufitem wypatrzyłam płaskorzeźbioną głowę dzika. Sala ta miała kształt sześciokąta, a panoramiczne okno ponoć pozwalało oglądać inne zabytkowe już dziś pałace Sintry. Dawniej ściany były pokryte płytkami, dziś pomalowano je na jeden kolor. W westybulu czyli reprezentacyjnym przedpokoju przedstawiono postaci architektów czy rzeźbiarzy zaangażowanych w powstanie tego miejsca. Wspomniany został Manini jako projektant, ale także osoby decyzyjne (właściciel nosił nazwisko Monteiro) czy jeden z autorów stolarki (Júlio da Fonseca). Dodatkową ozdobę stanowiły sentencje łacińskie – np. „O gustach się nie dyskutuje” właśnie w jadalni 😉



Salon nie był szczególnie duży, ale wykorzystano każdą stronę, by coś pokazać. Był np. kominek, choć zaznaczono, że nie stał tu ten oryginalny. Zwrócono uwagę na drewniany sufit, a na jednym ze standów znalazł się plan sufitów w całym Pałacu. Nawiązano także do faktu, że Quinta da Regaleira należała do jednego z architektonicznych symboli narodowych Portugalii, głównie dlatego, że reprezentowała wspomniany już styl neo-manueliński.

Dalej można było się również zapoznać z wystawą dotyczącą kaplicy i jej wystroju – było to szczególnie cenne, że samej kaplicy od środka nie dało się zobaczyć w całości. Omówiono tam wszystkie detale, a nawet niewidoczną dla zwiedzających kryptę.

W kolejnej sali przedstawiono z kolei oś czasu, z wszystkimi kluczowymi datami związanymi z Quinta da Regaleira od XV do XX wieku. Dla mnie najciekawszym pomieszczeniem całościowo, od podłogi aż po sufit, wydał się jednak Pokój Muzyczny. Podłoga może nie była spektakularna, bo tworzyła ją kompozycja z kwadratów i prostokątów, ale drewniany sufit w trójwymiarze robił wrażenie. Ponadto ściany pokrywały jasne malowidła z różnymi scenkami rodzajowymi. Pokój wypełniono historycznymi meblami. I chociaż ustawiono je gęsto, a raczej w tym ustawieniu ich nie używano, nie miało się wrażenia chaosu.

W następnej sali przywitał nas (zresztą nie ostatni tutaj) lew, królewskie zwierzę. W centrum znalazły się zresztą informacje na temat królów, a pod sufitem niewielkie portrety władców (mieściły się pomiędzy belkami). Kominek zdobił herb Sintry.



Jak na sąsiedztwo Sala dos Reis (Pokój Królewski) przystało, w następnym pomieszczeniu znalazł się także drewniany tron. Ostatni pokój okazał się intrygujący – była to bowiem palarnia. Zrozumiałam już nazwę po portugalsku, bo kojarzyłam czasownik, ale z angielskim tłumaczeniem poradziła sobie bez problemu inna Polka, którą tam usłyszałam i która opowiadała, co wyczytała, starszej pani, prawdopodobnie swojej mamie. Panie były zaskoczone, że przewidziano osobny pokój w tym celu.
Kierując się ku wyjściu, znaleźliśmy fajny otwór „okienny” i wymarzyłam sobie kadr w tym miejscu. Następnie zeszliśmy po krętych schodach w kierunku kładki. Prowadziła do alejki z dziewięcioma bóstwami z mitologii greckiej i rzymskiej, a na lampach znajdowały się podobno cztery rzeźbione zwierzęta odpowiadające żywiołom: żółw (woda), salamandra (ogień), ślimak (powietrze) i żaba (ziemia), o czym dowiedziałam się jednak dopiero potem z zakupionego przewodnika. Trudno było wypatrzeć w tej mnogości każdą rzeźbę.

Nieopodal znajdowała się jednak w odosobnieniu rzeźba lwa i jej nie dało się przegapić. Wykonano ją ze stopu cynku z miedzią, cyną i ołowiem. Została zlutowana z 29 kawałków. Minęliśmy ją, aby dotrzeć do kilku wcześniej pominiętych punktów. Najpierw weszliśmy do Pisões Loggia, gdzie należało zejść po schodkach, aby obejrzeć scenki na azulejos. Wypatrzyłam tam widok na Sintrę z charakterystycznymi kominami Palácio Nacional de Sintra, a prezentowana dalej scena polowania miała ponoć nawiązywać do króla Manuela I.

Minęliśmy następnie kamienną ławeczkę z dwoma rzeźbionymi lwami na krawędziach i azulejos na całym oparciu. Dotarliśmy do jaskini wokół jeziorka. Weszliśmy z latarkami. Pomimo dużej wilgoci miejsce było malownicze i intrygujące, czego zdjęcia niestety w dużej mierze nie oddawały. Przede wszystkim my widzieliśmy głębię, aparat niekoniecznie. Poddaliśmy się urokowi jaskini do tego stopnia, że szliśmy zafascynowani żwawo przed siebie i nagle Michał nabił sobie guza. Na szczęście stało się to prawie przy końcu i wkrótce dotarliśmy do wyjścia, ale nie było to miłe przeżycie. Na zewnątrz skały formowały się na kształt akweduktu. Poza tym trafiliśmy na kolejną ławeczkę i próbowałam zwrócić uwagę Michała na rzeźby psów, które bardzo lubi, by nieco mniej myślał o bolącej głowie. Zobaczyliśmy jeszcze Casa dos Ibis (Dom Ibisa) – łaźnię z wizerunkami dwóch ptaków – czapli białej i czapli śnieżnej. Kierując się do wyjścia trafiliśmy jeszcze na rośliny, których kwiaty z powodu wielu barw i kształtu mogły kojarzyć się z jakimś egzotycznym ptakiem.



José odebrał nas tuż po tym, jak zakupiliśmy pamiątki. W drodze na końcowy punkt Europy pokazał nam kolejną fontannę, ale z góry z oddali widzieliśmy też Pałac Monserrate. Niedługo później zabudowa nie była już tak gęsta, a im bliżej Przylądka Roca się znajdowaliśmy, tym częściej na horyzoncie przebijał się ocean 🙂

Tam z kolei mieliśmy moment, by podejść pod monument z zapisanymi koordynatami. Towarzyszyło im hasło „Aqui onde a terra se acaba e o mar começa”, które znalazło się również na pamiątkowej bluzie zakupionej przez Michała i koszulce, którą wybrałam dla siebie ja. Znaczyło „tu, gdzie kończy się ląd i zaczyna się morze” i byłam dumna, bo właściwie zrozumiałam napis w całości 🙂 Nauka portugalskiego nie poszła w las.


Udało się nam również zobaczyć z bliska ocean, choć dla bezpieczeństwa oczywiście nie przekraczaliśmy barierki. Latarnia morska też się fajnie wpisywała w krajobraz 🙂 Przede wszystkim jednak chcieliśmy nacieszyć się tym miejscem i sobą oraz porobić zdjęcia.
Michał pocałował mnie na krańcu Europy 😉 Zaskoczył mnie tym tak samo jak tym, że wbił mi się w selfie, ale wyszły i tak super te zdjęcia <3 W głowie pojawił się „podpis” adekwatny do takiego kadru: „Przylądek Roca – z tym panem na koniec Europy i jeszcze dalej!” 🙂 Ciekawostką, już na koniec, przy zakupie pamiątek, była kompozycja prezentująca to miejsce na azulejos.


Potem José zawiózł nas do Cascais i wysadzając w okolicy dworca, pokierował ze wszystkim, co i gdzie znajdziemy. Na pożegnanie rzuciłam do niego:
– Prazer em conhecer você (czyli coś w stylu „miło Cię poznać”).
W odpowiedzi usłyszałam, że bardzo dobrze mówię po portugalsku i nikt by się nie zorientował, że jestem Polką 😉 Było dla mnie oczywistym, że jeszcze nie jestem na takim poziomie, ale zrobiło mi się bardzo miło!
Skierowaliśmy się ku plaży, trafiając m.in. na ulicę Travessa da Conceição. Nazwa ta skojarzyła mi się z portugalskim piłkarzem Francisco Conceição, którego nazwisko sprawiało komentatorom ciut trudności. A że Michał dzielnie oglądał ze mną mecze Portugalii na mistrzostwach, także zwrócił na to uwagę.
Niedługo później znaleźliśmy się na plaży (także Conceição w nazwie), minąwszy po drodze kościół i alejkę z palmami. Trafiliśmy jeszcze na znak, że za 600 metrów, idąc we wskazaną stronę, znajdziemy się w strefie wolnej od tsunami 😉 Fale co prawda napierały intensywnie na brzeg, ale do tej skali było im jeszcze daleko.
Na plaży znaleźliśmy się w ostatnich minutach dnia, więc nie było tam chmary turystów, a wręcz poza przelatującymi ptakami wydawało się, że mamy całą plażę dla siebie. Piasek miał dość jednorodny odcień, za to fale i niebo jakby się rozwarstwiały. Choć towarzyszył mi lekki strach, czy nie podmyje nam butów, marzyłam, by dotknąć oceanu i miałam ogromną frajdę, gdy już to zrobiłam 🙂 Uznałam, że może doświadczam tego raz w życiu (oczywiście mając nadzieję na więcej), więc posmakowałam też oceanu ze swoich palców, choć dla kogoś mogłoby to być totalne dziwactwo. Ocean był słony, choć nie tak jak Adriatyk, którego lata temu miałam okazję posmakować, aczkolwiek wtedy niechcący.
Wróciliśmy w okolice stacji kolejowej. W lokalu gastronomicznym naprzeciwko dworca zamówiliśmy chlebki z serkiem na ciepło. Zjedliśmy je na szybko przed pociągiem, na szczęście jeździły dosyć często i mogliśmy nie pakować się do środka z jedzeniem, ale przysiąść na peronie. Wsiedliśmy w kolejny pociąg. Chociaż jechaliśmy wybrzeżem, to nie za wiele widzieliśmy, bo zdążył zapaść zmrok.


Wysiedliśmy w Lizbonie na stacji Cais do Sodré i skierowaliśmy się ku Mercado da Ribeira. Nie zagrzaliśmy tam jednak długo miejsca, bo ani kulinarnie nie były to nasze klimaty, ani nie odpowiadała nam taka głośna i zatłoczona przestrzeń. W poszukiwaniu restauracji minęliśmy kościół Św. Pawła i pomnik przy placu jego imienia. Dalej na naszej trasie znalazł się pomnik upamiętniający portugalskiego pisarza z XIX wieku, który nazywał się Eça de Queirós.
Tymczasem kolejny plac poświęcono poecie. Luís de Camões miał tu też swój pomnik. Powstał w 1867 roku. Był ciekawy, bo umieszczono tam mnóstwo postaci. Jak udało mi się wyczytać: „Pomnik przedstawia Camõesa trzymającego książkę, symbolizującą jego wkład w świat literatury. Pod nim znajdują się alegoryczne postacie reprezentujące kluczowe tematy jego twórczości, w tym eksplorację i poezję. Wokół podstawy cokołu znajdują się rzeźby innych luminarzy portugalskiej literatury, takich jak João de Barros, Fernão Lopes i Sá de Miranda, łącząc Camõesa z szerszą narracją kulturową.” Po sąsiedzku, naprzeciw siebie, stały jeszcze dwa kościoły poświęcone Matce Boskiej – Igreja de Nossa Senhora do Loreto oraz Igreja de Nossa Senhora da Encarnação de Lisboa.



Stamtąd przeszliśmy się do restauracji Sardinha Rosa Bistrô. Po pysznym jedzonku (lasagne w sosie dyniowym i gratin makaronowe zapiekane w serach – oba dania z dodatkiem orzechów włoskich) kierowaliśmy się już do hotelu.
W jednej z uliczek rozwieszono między budynkami flagi różnych krajów. Przy teatrze ucieszyło mnie, że zrozumiałam cały napis na afiszu „Sonho de uma noite de verão” (Sen nocy letniej). Ostatnią większą atrakcją tego dnia był kościół Św. Rocha z przyległym muzeum. My nie wchodziliśmy do środka, ale duże wrażenie robił portal z laskowaniem.

Lizbona nocą wyglądała super. Michał uznał, że te wszystkie uliczki były niezwykle zaskakujące – wskazał mi m.in., że ktoś suszył pranie nad kebabem 😉 Tymczasem my zobaczyliśmy jeszcze ruiny Klasztoru Karmelitów i słynną windę Elevador de Santa Justa, ze względu na porę jednak i tak wybraliśmy schody. Dużo schodów 😉

Już po powrocie do pokoju hotelowego nagraliśmy sobie na pamiątkę relację z kolejnego dnia naszej podróży poślubnej. Doszłam też do wniosku, że Michał lepiej mówi po angielsku, ale że ja łapię co nieco po portugalsku, to razem tworzyliśmy zgrany duet.
