Na czwartek zapowiadano deszczową pogodę, dlatego zaplanowaliśmy sobie dzień pod dachem i uznaliśmy, że to idealna pora na wizytę w Museu Nacional do Azulejo (Muzeum Azulejos). Wsiedliśmy w autobus na Placu Rossio. Okazało się, że na wejściu przykłada się kartę płatniczą i przejazd kosztuje ledwie 10 eurocentów. Zagadaliśmy chłopaka naprzeciwko, czy dobrze wsiedliśmy, bo numer autobusu się zgadzał, natomiast nie byliśmy pewni kierunku. Dzięki temu chłopak wiedział, że nie jesteśmy tutejsi i zasugerował nam, kiedy wysiąść. Sami pewnie przejechalibyśmy przystanek.


Muzeum umieszczono w dawnym klasztorze Madre de Deus. Gdy weszliśmy i stanęliśmy w kolejce, mieliśmy czas rozejrzeć się wokół – azulejos były wszędzie 😉 Gdy przyszła nasza kolej, poprosiłam pana po portugalsku o dwa bilety dla dorosłych:
– Nós precisamos dois bilhetes para adultos.
Pan zapytał czy jesteśmy z Portugalii, a że odpowiedział mu Michał, przeszedł na angielski. Powiedziałam, że uczę się portugalskiego i po prostu chciałam spróbować, na co pan powiedział, że bardzo dobrze mówię po portugalsku i pochwalił mój europejski akcent, bo wiele osób, które się uczą, mówi jednak z brazylijskim. Michał dodał, że za mną rok nauki, a ja powiedziałam, że w Duolingo jest tylko wersja brazylijska, ale mam też książkę do europejskiej odmiany portugalskiego.

Przed wejściem były jeszcze łazienka (także z oznaczeniami damska/męska z azulejos!) i restauracja, a dalej sklepik. Michał złapał kawę na wynos i miał nadzieję przejść z nią dalej, ale jednak musiał ją dopić przed 😉 Dlatego przed rozpoczęciem zwiedzania zajrzeliśmy na zielony dziedziniec. Po okazaniu biletów znaleźliśmy się przed tablicą opisującą plan muzeum z podziałem na piętra. Muzeum miało 3 kondygnacje. Już tu zobaczyliśmy, że azulejos znalazły się również na schodkach. Stopnie upstrzono mniejszymi kafelkami, które składały się na słowa. Zorganizowano tu bowiem akcję w stylu „schody mogą mówić” i miała ona na celu uwrażliwić na osoby o szczególnych potrzebach czy na nierówności społeczne.

Muzeum prezentowało w pewnym sensie też ewolucję azulejos i paradoksalnie witał nas obrazek z XX wieku z Myszką Mickey na Zamku Św. Jerzego. Jednak malowane płytki trafiły tu wraz z islamem już przed wiekami (XIII wiek) i rozpowszechnili je Maurowie. Na początku swej historii azulejos nie tworzyły jeszcze scenek rodzajowych, ale były po prostu ozdobnymi płytkami o wzorze geometrycznym, następnie wzbogaconymi przez europejskie motywy kwiatowe i zwierzęce. Nie były skomplikowane. Miały być po prostu ładne 😉 Samo słowo „azulejo” także miało arabskie pochodzenie i oznaczało „mały polerowany kamień”.



W późniejszym czasie powstawały jednak zarówno scenki na pojedynczych płytkach, jak i całe kompozycje złożone z wielu kafli. Przykładowo w mniejszym formacie znalazł się wizerunek świętego Antoniego z 1560 roku, a całą ścianę pokrywał „Painel de Nossa Senhora da Vida” (dosłownie Panel Naszej Pani Życia) z Matką Boską z około 1580 roku, gdzie pośrodku umieszczono scenkę z narodzenia Pana Jezusa w stajence. Jeden z mężczyzn przyniósł Dzieciątku koszyk pełen… jajek. Scenkę wieńczyły z obu stron kolumny greckie owinięte bluszczem. Panel pochodził z poświęconej Matce Boskiej kaplicy w kościele Św. Andrzeja, który ucierpiał w wielkim trzęsieniu ziemi z 1755 roku.


W XVII wieku często całe ściany wewnątrz kościołów pokrywano płytkami, a wzory powtarzały się, by wyglądało to spójnie w całości. Większe kompozycje zazwyczaj umieszczano w takich miejscach, gdzie zakładano, że będą oglądane z pewnej odległości. Czasem pojawiały się jednak także mniejsze ilustracje, najczęściej przedstawiające świętych i oparte na religijnej symbolice.
Na wystawie bardzo podobały mi się umieszczane regularnie stanowiska stworzone z myślą o osobach niewidomych i niedowidzących. Pojawiał się tam oczywiście alfabet Braille’a, ale przede wszystkim były tam monochromatyczne płytki o różnej strukturze, odpowiadającej różnym barwom na azulejos. Dodatkowo na dalszym etapie zwiedzania trafiliśmy na wypukłe płytki w kształcie danego malunku, np. ważki czy koniki polne. Służyło to też innym gościom, bo można było tego dotknąć, a normalnie eksponatów muzealnych się nie dotyka. Jednak nie silono się już na tłumaczenie i zwykłe napisy były tylko po portugalsku.


W korytarzu obiegającym dziedziniec znalazła się też współczesna kompozycja złożona z 260 tradycyjnego rozmiaru płytek (14×14 cm). Pomiędzy malunkami ptaków umieszczono słowa, mające oddawać, czym dla autorów jest wolność. Pojawiały się tam hasła takie jak: „chcieć tańczyć”, „żyć szczęśliwie”, „przyszłość” czy „miłość”. Dodatkowo w jednym z korytarzy można było podejrzeć zza ścianki całe zbiory azulejos, które nie były wystawione jako eksponaty, ale je segregowano i pracowano nad nimi. Nie wypatrzylibyśmy ich jednak, gdybyśmy nie próbowali zapozować ze ścianką do zdjęć – taką z otworami na twarze 😉







Następnie odwiedziliśmy niewielkie pomieszczenie z ciekawym sufitem (częściowo drewnianym, częściowo pokrytym barwnymi płytkami) i czterema medalionami przedstawiającymi ewangelistów wraz z ich atrybutami. Warto było również przystanąć przed obrazem „Panorama Jeruzalem” – kształt ramy nie był prostokątny, ale u góry formował łuk, zwany „oślim grzbietem”. Wnętrze wydało się jednak nader skromne, gdy przeszliśmy dalej. Weszliśmy bowiem do Sali Kapituły, gdzie nie wiadomo było, gdzie oczy podziać. Przepych był wszechobecny. Wszędzie wisiały obrazy, ramy zdawały się ociekać złotem, a pomiędzy nimi znajdowały się jeszcze barwne płytki. Jedynie portale zostawiono szare. Po schodkach wchodziło się do kościoła. I on został bogato ozdobiony. Utrzymano go w podobnej stylistyce. Złote ramy okalały obrazy ciągnące się pod sam sufit. On również został dopracowany w najmniejszych szczegółach. Dolną część ścian pokrywały scenki religijne wykonane z azulejos. Ambona, również cała złota, znajdowała się o dziwo bliżej chóru niż prezbiterium. Chór widziany z tego miejsca wydał się niewielki, był bowiem zabudowany, ale od razu dało się zauważyć, że prędzej czy później i z jego perspektywy będziemy mogli spojrzeć na kościół.











Tymczasem ruszyliśmy dalej. Znaleźliśmy się w jednej z ciekawszych sal i widać było, że także inni turyści zatrzymywali się w niej na dłużej. Na ekranie prezentowano film dotyczący konserwacji azulejos. Z kolei w gablotach pośrodku pomieszczenia pokazano, jakie pierwiastki i związki chemiczne wykorzystywano, aby otrzymać określony kolor.
– zielony otrzymywano ze związków miedzi bądź ze zmieszania niebieskiego z żółtym
– niebieskiemu odpowiadały związki kobaltu, ale już purpurę i brąz otrzymywano z użyciem manganu i żelaza
– żółty pigment zawierał w sobie ołów, antymon i tlen, a nazywano go Amarelo de Nápoles
Z biegiem czasu oczywiście zorientowano się, że część z tych substancji była toksyczna i szukano „zdrowszych” alternatyw. W tym pomieszczeniu dominował kolor niebieski, a wzdłuż ścian również biegła wielka kompozycja z azulejos, złożona tak naprawdę z kilku obrazów. Tym razem oglądać mogliśmy scenki franciszkańskie, pochodzące z klasztoru Św. Anny w Lizbonie.




Przeszliśmy się schodkami w górę, po drodze trafiając na coś w stylu atrium. Selfie na tle kolorowych ścian uznałam za obowiązkowe 😉 Następnie pokonaliśmy kolejny poziom schodów i zmieniliśmy piętro. Na początek trafiliśmy do Sali Polowań, bo właśnie takie scenki przedstawiono na kaflach. Pośrodku stał duży stół. Na komodzie ustawiono również wazy. Przechodząc korytarzem dalej, trafiliśmy na schodki, którymi się nie wchodziło, ale powyżej których znalazł się kolejny wielkoformatowy obraz na azulejos. W tej strefie dominowały żółcie i niebieskości. W okolicy klatki schodowej świętego Benedykta trafiliśmy na wizerunek Jana Chrzciciela i tu tych kolorów wykorzystano więcej. Za to już następna część wystawy znów była wyłącznie biało-niebieska. Jedną z ciekawszych scenek była ta prezentująca Chrystusa wręczającego klucze świętemu Piotrowi. Nie wszystkie przedstawienia miały wymiar religijny. Pokazano także „Lekcję tańca”.
W następnym pokoju malunkom prócz opisów towarzyszyły szkice. Poszerzono także tematykę o mitologiczną. Chwilę później wyszliśmy na krużganek, który sam w sobie był zdobiony wzorami geometrycznymi, ale i tu znalazły się obrazy na płytkach. Miejsce podobało mi się również pod względem architektonicznym. Nie zliczę, ile rodzajów łuków znalazłam w Muzeum Azulejos w oknach, drzwiach i elementach wyposażenia.









Wkrótce znów znaleźliśmy się w sali z wystrojem pełnym przepychu. Sam układ był zresztą podobny jak w Sali Kapituły i kościele. Azulejos na dolnej części ścian przechodziło w szereg obrazów w ramach, a i na suficie namalowano ich sporo. Całości dopełniały złocenia. W kolejnym pomieszczeniu podobnie. W pierwszej sali ciekawostką była rzeźbiona szopka, w drugiej z kolei mogliśmy oglądać monstrancje, rzeźby i inne elementy kościelnego wyposażenia. To stąd dało się spojrzeć na wnętrze kościoła z wysokości chóru.





Ponadto na całym drugim piętrze, pod oknami wychodzącymi na dziedziniec, znajdowały się azulejos ze scenkami rodzajowymi. Według planu muzeum miała się tu mieścić wielka panorama Lizbony i czułam się rozczarowana myślą, że „to tylko to”, zwłaszcza, że nawet nie namalowano tam szczególnie dużo budynków. Spodziewałam się większego efektu wow. Jednocześnie im dalej byliśmy w toku zwiedzania, tym bardziej miałam poczucie, że to nie mogło być to i może ta właściwa panorama po prostu nie była dostępna. Sfotografowałam całość po kawałku tak czy inaczej, co stanowiło również niecodzienne doświadczenie, bo mijałam nie tylko innych turystów, ale też wiadra na kapiącą wodę i plakietki ostrzegające, że jest mokro i ślisko (przykładowo „limpeza em curso – piso escorregadio” oznaczało mniej więcej tyle co „sprzątanie w trakcie – śliska podłoga”, ale tabliczki miały różne napisy). Przez okno widzieliśmy, że padało intensywnie, a deszcz już od dłuższego czasu nie ustawał.


Stopniowo posuwaliśmy się dalej, oglądając coraz to młodsze wytwory – osiemnastowieczne inspirowane były m.in. rococo, dziewiętnastowieczne odchodziły od klasycznych kształtów i nieraz bywały wypukłe, więc z zaciekawieniem oglądaliśmy je pod różnymi kątami. Coraz częściej mijaliśmy też wazy, talerze i inne naczynia. Dwudziesty wiek reprezentowały prace bardziej barwne. Czasem były to scenki rodzajowe, czasem (nieraz abstrakcyjne) połączenia kształtów geometrycznych. To tu pojawiły się też wspomniane w kontekście stanowisk dla niewidomych owady i rośliny, których na standzie można było dotknąć. W tej części ewidentnie eksperymentowano z kolorem i formą. Mijaliśmy te wszystkie „wariacje na temat” i budziły one skrajne emocje – albo naprawdę fascynowały, albo wydawały się niezrozumiałe lub błahe. Podobała mi się kompozycja z kafelkami różnych rozmiarów pomiędzy które „wmalowano” postaci, np. pasterki z kózką (faktycznie pracę nazwano „Pasterze”), za to mężczyzna w kapeluszu na białym tle skojarzył mi się z malunkami markerem na ścianach szkolnych łazienek. Obie prace pochodziły z portugalskich stacji kolejowych.










Przeszliśmy się jeszcze wyżej, gdzie dopiero aranżowano wystawę czasową, więc nie mogliśmy jeszcze jej oglądać. Dotyczyć miała fabryki Viúva Lamego – wytwórcy azulejos, z okazji 175-lecia ich działalności. Naprzeciwko mieściły się schody. Całkiem sporo ludzi kierowało się tu już w dół do wyjścia. Tymczasem w górę także warto było wejść, by zobaczyć obiekt, na którym mi osobiście najbardziej zależało i co do którego byłam pewna, że spędzimy tam relatywnie najwięcej czasu. Znajdowała się tam bowiem tak wyczekiwana wielka panorama Lizbony, prezentująca miasto sprzed trzęsienia ziemi w 1755 roku (widok z około 1700 roku). Wykonano ją całą z biało-niebieskich azulejos. Powtarzała się informacja, że mierzyła 36 metrów długości, jedynie w folderze zakupionym później w sklepie z pamiątkami zapisano, że miała prawie 23 metry. Tak czy inaczej, robiła ogromne wrażenie i przyciągała uwagę ludzi, więc fotografowałam ją po kawałku, a nakręcenie filmiku wzdłuż całości było niezwykle wymagające, ale nie byłam jedyną osobą, która próbowała. Świetnym pomysłem twórców wystawy było też podpisanie poniżej malunku zabytków tak, by oglądający wiedział, na co patrzy. Opisom towarzyszyły też zarysy budynków. Stąd dowiedzieliśmy się, że na skrajnych kaflach po prawej stronie znalazł się klasztor Matki Bożej, obecnie stanowiący siedzibę Muzeum Azulejos, które właśnie zwiedzaliśmy 🙂 Nie dało się też pominąć Zamku Św. Jerzego, bo umieszczono go na wzgórzu. Nieopodal mieściła się katedra, którą również zaplanowaliśmy na ten dzień. Poza tym w sali umieszczono kilka prac współczesnych artystów, jak również fragment panoramy Lizbony z XXI wieku (Torre de Belém) wytworzoną właśnie przez Viúva Lamego. Na obu panoramach obiekt przedstawiono ciutkę inaczej.
Na koniec zwiedzania tej sali i muzeum w ogóle zapozowałam z wybranym fragmentem panoramy i muszę przyznać, że mój mąż naprawdę się postarał, by zrealizować kadr w wybranych przeze mnie ramach, ale jednocześnie złapać najlepszy kąt 🙂 W samym muzeum spędziliśmy naprawdę fajne 2,5 godziny. W muzealnym sklepiku szukałam właśnie czegoś, co dotyczyłoby wielkiej panoramy i pozwalałoby ją ująć bardziej całościowo. Rzeczywiście dorwałam taki folder. Poza tym padło na zakładki, pocztówki i naklejki – wszystko oczywiście z motywem azulejos 😉
Ze względu na pogodę zjedliśmy tam również obiad i był całkiem smaczny, choć lekki, ale cieszyła nas porcja warzyw. U mnie do brzuszka wpadł naleśnik (crepes) z serem, kurczakiem i grzybami, u Michała z kolei kisz (quiche) z szynką i serem. To był chyba najwcześniejszy z naszych portugalskich obiadów 😉 Po posiłku przyszedł czas na dalsze zwiedzanie.




Namówiłam Michała, byśmy pod Panteon Narodowy podjechali autobusem. Nawet pokonanie odcinka od muzeum do przystanku sprawiło jednak, że przemoczyliśmy do pewnego stopnia buty. Na jasnej kostce po prostu trudno było wypatrzeć wszelkie zagłębienia, po kilku godzinach deszczu wypełnione wodą. Potem cieszyłam się tylko, że pamiątki, choć papierowe, nie ucierpiały, bo część z nich chroniły foliowe osłonki lub inne pamiątki w foliowych osłonkach 😉
Po drodze przeszliśmy przez stację Santa Apolónia, a kawałek dalej natknęliśmy się na fajny mural wtulonej pary i naprzeciwko korespondujący z nim drugi malunek, z notującą coś kobietą. Bliżej Panteonu trafiliśmy na ewenement. „Mural de Azulejos – Botto Machado„, bo tak go podpisano na mapie, jak sama nazwa wskazuje, był muralem wykonanym na płytkach azulejos. Znalazło się ich tutaj aż 52 738! Każdą wykonano we wspomnianej fabryce Viúva Lamego, ale malowano ręcznie! Poza obiektami lizbońskimi, w całość wkomponowano także architektoniczne ikony z Paryża czy Nowego Jorku. Prawie u celu znaleźliśmy także pomnik portugalskiego lekarza marynarki wojennej. Bernardino António Gomes urodził się tego samego dnia co ja (tylko prawie dwa wieki wcześniej) i jako pierwszy w kraju wykorzystał chloroform w anestezjologii.



Wreszcie dotarliśmy do Panteonu Narodowego. Przy kasie zrobiło się zamieszanie. Pani z ochrony najpierw kazała nam podejść, potem czekać, a po chwili znów podejść, ale odebrała nam parasol i umieściła w pojemniku. Śmiałam się tylko do Michała, że będziemy musieli o nim pamiętać na koniec, ale pogoda nam pewnie przypomni 😉
Panteon był wielkim gmachem dawnego kościoła Igreja de Santa Engrácia, z główną salą, w której już na dzień dobry ustawiono wystawę czasową przybliżającą sylwetkę portugalskiego poety, ale także polityka. Guerra Junqueiro żył na przełomie XIX i XX wieku. Znalazły się tu nie tylko jego portrety, ale również biurko i krzesło, które do niego należały. Życiorys zaprezentowano w postaci osi czasu. Tymczasem w prezbiterium mieściły się ołtarz i wielkie organy. Duże wrażenie zrobiła na mnie także ogromna flaga Portugalii. Warto było spojrzeć w górę, bo pod kopułą umieszczono okna i tworzyło się coś w stylu świetlika.




W głównej sali po prawej i po lewej ustawiono po trzy nagrobki. Jedne należały do odkrywców. Znalazły się tu nazwiska: Vasco da Gama (pierwszy dotarł drogą morską do Indii), Afonso de Albuquerque (żeglarz, który został wicekrólem Indii) i Nuno Álvares Pereira (rycerz, który uczestniczył w ekspansji portugalskiej w Afryce, po śmierci żony wstąpił do zakonu karmelitów i obecnie jest świętym). Naprzeciw nagrobki upamiętniały Henryka Żeglarza (syna króla Jana I, uznaje się go za twórcę portugalskiego imperium kolonialnego), Luísa de Camões (uważanego za najważniejszego z pisarzy i poetów w historii Portugalii), a w ostatnim spoczął Pedro Álvares Cabral (żeglarz, który jako pierwszy Europejczyk zobaczył Brazylię). Wszystkie te postaci pochodziły z XV i XVI wieku. Warto jednak wspomnieć, że obecnie groby Vasco da Gamy i Luísa de Camões znajdowały się w Klasztorze Hieronimitów. Tymczasem miejsce pochówku Afonso de Albuquerque zaginęło podczas wspomnianego trzęsienia ziemi w 1755 roku. Tu pozostały jedynie ich symboliczne nagrobki. Niewykluczone, że dotyczyło to całej szóstki, co sugerowałoby określenie nagrobków „cenotafami”.





W czterech „rogach” Panteonu znajdowały się klatki schodowe, z których można było wejść na balkoniki, z widokami z góry. Na dolne w poszczególnych wieżach mieściły się nagrobki, a wyżej dodatkowe wystawy. W jednej pochowany został Eça de Queiroz – portugalski pisarz i dyplomata. W kolejnej znalazło się aż pięć postaci: dyplomata Aristides de Sousa Mendes, pisarz Aquilino Ribeiro, próbujący obalić rządy Salazara generał lotnictwa Humberto Delgado (przy okazji patron lizbońskiego lotniska), pisarka Sophia de Mello Breyner Andresen oraz piłkarz Eusébio da Silva Ferreira. Próbowałam każdą salę ująć też całościowo jednym kadrem, ale w przypadku tak znanego piłkarza okazało się to niemożliwe, bo dwóch młodych mężczyzn stanęło obok jego nagrobka i zaczęło żywo debatować 😉 W następnej sali spoczywały cztery postaci ze świata sztuki: poeta Almeida Garret, poeta i pedagog João de Deus, wspomniany już wcześniej Guerra Junqueiro oraz królowa fado Amália Rodrigues. W ostatniej wieży, najbliżej kas, umieszczono nagrobki dawnych prezydentów – znaleźli się tam: Manuel José de Arriaga (prawnik), Sidónio Pais (matematyk), Teófilo Braga (pisarz), Óscar Carmona (absolwent szkoły wojskowej, także minister wojny). W ramach usytuowanych wyżej wystaw mogliśmy m.in. obejrzeć sztukę sakralną, głównie rzeźbę, ale również biżuterię i ceramikę.











Odwiedziliśmy także taras, ale wyszliśmy tam dosłownie na moment. Aura była na tyle niesprzyjająca, że mieliśmy obawy, że nas zwieje albo zmyje wraz z wodą, szczególnie, że podłoga nie była płaska, ale opadała w kierunku barierek. Bardzo szybko nas znów zmoczyło i wychłodziło, choć wyszliśmy na zewnątrz dosłownie na trzy minutki, robiąc szybką rundkę w kółko i wracając tymi samymi drzwiami. Na koniec zakupiliśmy dwie pocztówki, a pani, która normalnie rozmawiała z nami po angielsku, kwotę pokazała nam na kalkulatorze, zapisała na kartce i jeszcze powiedziała po portugalsku 😉 To było ciekawe. Wyszliśmy w kierunku pomnika Św. Wincentego, ale na skwerku, na który wskazywała mapa, nic nie znaleźliśmy.




Na tym etapie już wiedzieliśmy, że nierealnym byłoby odwiedzenie wszystkich miejsc w okolicy, dlatego przełożyliśmy Zamek Św. Jerzego na kolejny dzień i wybraliśmy położoną bliżej Panteonu Katedrę Sé. Samo określenie katedr było skrótem od „Sedes Episcopalis” czyli „siedziby biskupa”. Jednak pokonanie tego odcinka nie było łatwe – ulice już pływały – dosłownie. Buty również. Szukaliśmy zatem po drodze jakiegoś schronienia przed deszczem. Wędrowaliśmy wąziutkimi uliczkami. Złapałam Michała pod mankiet i rzuciłam nagle:
– To chodź.
Po czym wciągnęłam go w pierwsze otwarte drzwi. Do budynku, który na pierwszy rzut oka brałam za sklepik, a okazał się bardziej piekarnią czy kawiarnią. Pani prowadząca Alfama Doce była przemiła i wygadana, ale przede wszystkim bardzo gościnna. A że w Polsce przypadałby akurat Tłusty Czwartek, wzięliśmy po dwa smakołyki – coś wytrawnego i coś słodkiego. W ramach polskiej tradycji w wersji portugalskiej zjadłam pastel o smaku kokosowym, a mój mężuś przekrojonego pączka z czekoladą, posypanego cukrem i cukrem pudrem. Gdy spoglądaliśmy na ścianę wody na zewnątrz, pani żartowała, że teraz już musimy u niej zostać, ale jednak nie chcieliśmy rezygnować z wizyty w Katedrze, a była otwarta tylko do 18:00.


Żwawym krokiem ruszyliśmy do kościoła. Po drodze trudno byłoby się zatrzymywać, dlatego Michał kręcił filmik, a ja miałam aparat w gotowości, co jakiś czas tylko pstrykając, ale generalnie cisnęliśmy niezłym tempem do przodu. Byliśmy nawet na ulicy Św. Michała (Rua de São Miguel). Ciekawostkę po drodze stanowiło drzewko z mandarynkami koło kościoła tego samego patrona, a bliżej Katedry Sé znalazło się ich więcej.


Sama świątynia nie miała wyszukanego wystroju, wydała się wręcz skromna jak na kościół tej rangi. Mimo to użycie piaskowca w połączeniu z grą świateł dawało całkiem przyjemny, wręcz przytulny odbiór. Weszliśmy pół godziny przed zamknięciem. Czasu do 18.00 było niewiele, więc zwiedzaliśmy błyskawicznie, ale na pewno oszczędziłam chwilę, gdy przeszłam się tylko pośród gablot z szatami biskupów, bo nie wolno tam było robić zdjęć. Na szczęście ten temat akurat średnio mnie interesował. Umieszczono tam również relikwiarz i różne księgi. Za to nie mogłabym przegapić rozety. Na chórze warto było również wykonać kadr obejmujący całą Katedrę.



A tę zwiedzaliśmy ja z aparatem, Michał kręcąc film. Najpierw trafiliśmy na wystawę archeologiczną oraz gablotę historyczną. Następnie przeszliśmy się po kolejnych kaplicach (Św. Wincenta, Św. Marii, Św. Sebastiana, Matki Bożej Niepokalanie Poczętej, Św. Kosmy i Damiana, Św. Ildefonsa, Św. Anny, Ducha Św.). W niektórych z nich znajdowały się nagrobki, a generalnie sporo było obrazów i rzeźb. Przyjrzeliśmy się z bliska prezbiterium, zrekonstruowanemu w latach 1779-1781, i weszliśmy do pomieszczenia, gdzie patriarchowie mieli się przebierać, ale nie była to zakrystia, bo według planu znajdowała się w przeciwnej nawie. Tutaj uwagę zwracała cała „wystawka” nakryć głowy. Wówczas przeszliśmy się jeszcze do Kaplicy Najświętszego Sakramentu. Tuż obok ostatniej z kaplic – Św. Bartłomieja, znalazł się inny z kluczowych elementów wyposażenia tej świątyni, wspominany podobnie jak rozeta także w przewodnikach. Za kratą mieściła się chrzcielnica ze scenami z życia Św. Antoniego.





Finalnie okazało się, że punkt osiemnasta nikt nas nie wyganiał (posiedzieliśmy nawet z dziesięć minut w ławce), ale zamknięto już sprzedaż biletów i wypuszczali nas pracownicy. Przed wejściem stała spora gromadka ludzi, którym nie w smak było wystawianie się na ulewny deszcz. Niektórzy nawet szli tych parę metrów do przodu, po czym zawracali. My też staliśmy tam dłuższą chwilę, ale przekonałam Michała, że nim przestanie padać, to my już będziemy w miejscu noclegu i będziemy mogli schnąć.

Do celu dotarliśmy w rekordowym tempie. Zrobiliśmy jeszcze zakupy w markecie koło hotelu. Kolejny raz tego dnia ochroniarz podszedł do nas w sprawie parasola, tym razem nakładając na niego specjalnie wyprofilowaną torbę foliową – co uznaliśmy za ciekawe rozwiązanie.
Doszczętnie przemoczeni, ale usatysfakcjonowani czasem wykorzystanym mimo niefajnej pogody, wróciliśmy do pokoju. Tego dnia dosłownie posmakowaliśmy najstarszej dzielnicy w Lizbonie i trzeba przyznać, że Alfama była super 🙂 Odhaczyliśmy też kolejny punkt naszego portugalskiego „niezbędnika” – odwiedzić Muzeum Azulejos. A podsumowaniem dnia niech będą bardzo budujące słowa Michała: „Serce się raduje, bo moja żona jest szczęśliwa.” <3
