Lizbona – zwiedzamy dzielnicę Belém

Z rana w naszej hotelowej restauracji trafiliśmy na przemiłego kelnera. Pan Rafael, podobnie jak kasjer w Muzeum Azulejos, uznał, że bardzo ładnie mówię po portugalsku, z europejskim akcentem. Usłyszałam także, że bardzo dobrze wymawiam ichnie „r”. Żartowałam, że może my (Polacy) jesteśmy predysponowani do nauki portugalskiego, bo mamy również głoski nosowe, a ja osobiście nie umiem mówić przeciągłego „rrr”, a jako dziecko do 6. roku życia wcale nie wymawiałam „r” i może wreszcie mam z tego jakąś korzyść 😉 On z kolei opowiedział mi, że jego imię jest nieprzypadkowe, bo jego rodzina pochodzi z kilku krajów, w tym Szwajcarii, dlatego otrzymał imię, które dało się podobnie zapisać i wymówić w kilku językach. Zauważyłam podobieństwo w przypadku „Marty” i różnicę w przypadku „Michała” (po portugalsku byłby to „Miguel”). Podczas śniadania, ilekroć potrzebowaliśmy pomocy, po prostu podchodziłam do niego i próbowałam swoich sił po portugalsku. Gdy szukałam małych widelczyków, poprawił mnie w bardzo kulturalny sposób, pytając po angielsku: „Co próbuje Pani powiedzieć?”, a następnie uściślił, że powiedziałam „mało” (ilość), a nie „małe” (rozmiar). Miałam okazję podejść jeszcze później, gdy Michał miał ochotę na kolejną kawę. Z radością zrobiłam to za niego, mówiąc do pana Rafaela:

– Meu marido precisa de mais café. (Mój mąż potrzebuje więcej kawy.)

Ostatniego pełnego dnia w Lizbonie zrewidowaliśmy plany, bo od rana znów padało. A potem znów je zmieniliśmy, bo (powinnam to wiedzieć jako pracownik instytucji kultury) kiedy pogoda nie rozpieszcza, to w muzeach można się spodziewać tłumów. Gdy zatem podjechaliśmy taksówką pod Klasztor Hieronimitów w dzielnicy Belém, zobaczyliśmy kolejkę niemal tak długą jak sam budynek klasztorny. Po drugiej stronie ulicy mieściła się informacja i można było zakupić bilety, ale dowiedzieliśmy się, że czas oczekiwania na wejście (stojąc w deszczu!) wynosi około dwóch godzin. Uznaliśmy, że szkoda nam czasu i obejrzymy inne atrakcje w okolicy. Poza tym taksówkarz pokazywał nam po drodze muzeum związane z wielkim trzęsieniem ziemi w Lizbonie z 1755 roku i poczuliśmy, że to może być odpowiednia alternatywa dla nas, jeśli starczy sił i czasu. Kierowca generalnie trafił się nam naprawdę fajny, był miły, pokazywał co ciekawsze mijane obiekty (np. gdzie urzędował prezydent Portugalii), polecał lokalną kuchnię (w tym pasteis de Belém, bo to właśnie z klasztoru Hieronimitów wywodził się ów słynny portugalski deser; to on również uświadomił nas, że na południu warto zjeść ryby, bo na północy dominantą są potrawy mięsne) i opowiadał o całym południowym i zachodnim wybrzeżu Portugalii.

Uznaliśmy, że skoro i tak mamy moknąć, to chociaż w ruchu, oglądając okolicę. Najpierw wybraliśmy się na skwer Jardim da Praça do Império, którego centralnym punktem była fontanna. Z każdej strony zdobiły ją płaskorzeźbione herby. W czterech rogach znajdowały się rzeźby zwierząt (np. koni) jakby na postumentach, a na całej długości czterech głównych alejek w kostkę skomponowano herby miast i dawnych kolonii portugalskich. Miejsce było nieprzypadkowe, bo Belém stanowiło główny port w czasach, gdy Portugalia rozbudowywała swoje kolonialne imperium. Znaleźliśmy tu wszystkie miasta, które planowaliśmy zwiedzić podczas tego wyjazdu: Lizbonę, Coimbrę i Porto 🙂 Z dawnych kolonii od razu zapadły mi w pamięć Wyspy Św. Tomasza i Książęca, którą to nazwę bez problemu rozszyfrowałam na miejscu.

Centrum Kultury Belém wykorzystaliśmy z kolei na szybką przerwę regeneracyjną (tu wpadło pierwsze ciacho tego dnia, z nutką kokosa) i znaleźliśmy tam łazienkę (ich powszechny brak był największym mankamentem okolicy, więc musieliśmy nieco pokombinować). Michał zasugerował, byśmy dokończyli fotografowanie herbów w drodze do Pomnika Odkrywców i wtedy kierowali się na Wieżę Torre de Belém, dlatego cofnęliśmy się jeszcze do kilku interesujących nas obiektów. Przeszliśmy przez coś w stylu ogródka z podpisanymi roślinami (wciąż w ramach tego wielkiego skweru), a następnie na drugą stronę ulicy, tam, gdzie stał Klasztor Hieronimitów. W ten sposób minęliśmy jakieś muzeum sztuki współczesnej, finalnie zaglądając do Planetarium Marynarki (gdzie stały kutry rybackie i wśród pokazów był taki dotyczący życia Karola Darwina) i do Muzeum Morskiego. To ostatnie mieściło się na drugim końcu Klasztoru Hieronimitów. W przedsionku gości witał ogromny pomnik Henryka Żeglarza i mapa świata zajmująca praktycznie całą ścianę.

My jednak nie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie, ale pomyśleliśmy, że jeśli jeszcze kiedyś będziemy w Lizbonie, dodamy to na naszą listę. Tymczasem wróciliśmy na skwer, uzupełniliśmy brakujące punkty i skierowaliśmy się w stronę tunelu, bowiem po jego drugiej stronie stał Pomnik Odkrywców. Sam tunel również był ciekawy – na suficie umieszczono napisy, jednobrzmiące, ale jeden biegł w jedną stronę, drugi w przeciwną.

Pomnik Odkrywców upamiętniał wyprawy sprzed wieków, ale powstał dopiero w połowie XX wieku. Ustawiono go w 500. rocznicę śmierci Henryka Żeglarza. Co więcej, to dokładnie stąd żeglarze wyruszali, by odkrywać i nierzadko podbijać nowe lądy. W 1497 roku wyruszyła stąd słynna wyprawa Vasco da Gamy. Dlatego postaci na pomniku patrzyły w stronę ujścia rzeki. Na placu przed pomnikiem w posadzce umieszczono mapę podsumowującą dokonania Portugalczyków, ale niestety stała tam akurat jakaś wycieczka. Mimo deszczowej aury spacerowiczów było całkiem sporo i utrudniało to jakieś sensowne kadrowanie Pomnika Odkrywców. Co dogadałam się z kimś, by się ciut przemieścił, wpadał w to miejsce kolejny turysta, nic sobie nie robiąc z naszych prób, więc było to nieco frustrujące. Zrobiliśmy jednak co w naszej mocy, by mieć pamiątkę fotograficzną z tego miejsca, może nawet jednego z ważniejszych w Lizbonie.

Nim poszliśmy dalej, mieliśmy jeszcze okazję obserwować amfibię – po rzece płynął bowiem specjalny autobus turystyczny. Zatrzymaliśmy się pod dachem nieopodal mariny, by coś przekąsić. Ustawiono w niej historycznego żurawia.

Wkrótce dotarliśmy do parku w okolicy Torre de Belém. Nim jednak podeszliśmy do samej wieży, trafiliśmy na postument z samolotem. A że Michała interesowało także lotnictwo, wykorzystałam moment, gdy nikogo nie byłoby w kadrze i zawołałam męża, by prędko podszedł zapozować 🙂

Zatrzymaliśmy się też na szybkie ciastko. Padło na rolkę cynamonową. Było tak dobra, że musiałam się hamować, żeby nie zjeść też połówki Michała 😉 Prócz tego na słodko „na spółkę”, ja zjadłam tartę z grzybami, a Michał ze szpinakiem.

Następnie podeszliśmy pod Torre de Belém i nawet się rozpogodziło. Przestało padać, wyjrzało słoneczko i zaczęło się robić cieplej. Jako, że obiekt również był biletowany, także i tu zobaczyliśmy ogonek oczekujących. My planowaliśmy zobaczyć budynek tylko z zewnątrz. Prowadził do niego jakby mostek, a przy wieży znajdowało się coś na kształt plaży. Na piasku ktoś namalował postać – mi skojarzyła się z jakimś miksem kosmity i aniołka 😉 Spacerując dalej, trafiliśmy na Muzeum Kombatantów i ichni odpowiednik Grobu Nieznanego Żołnierza, który miał upamiętniać kombatantów zamorskich. Zaciekawiło mnie, że pilnujący go żołnierze stali wewnątrz odrębnych stróżówek i mieli charakterystycznie rozstawione nogi – na tyle szeroko, że opierali się nimi o boczne ścianki. Minęliśmy również pomnik na stulecie portugalskiego lotnictwa. Wyszliśmy z parku na wąski wiadukt dla pieszych i podeszliśmy na przystanek autobusowy, by podjechać do Muzeum Quake – upamiętniającego wielkie trzęsienie ziemi z 1755 roku.

Michał namówił mnie, by wysiąść przystanek wcześniej, nieopodal siedziby prezydenta. W ten sposób znaleźliśmy się w kolejnym parku. Pośrodku znajdował się pomnik Afonso de Albuquerque (jego cenotaf widzieliśmy w Panteonie Narodowym). Nie mniej ciekawy był sam postument – miał dużo rzeźbionych elementów – postaci czy słoni, ale też płaskorzeźbionych scenek, np. panów z halabardami (bądź podobną bronią) i panów skróconych o głowę, prawdopodobnie z użyciem tychże. W parku znajdowały się również fontanny.

Minęliśmy jeszcze Narodowe Muzeum Powozów, by dojść do tego docelowego. Choć nie zamierzaliśmy go zwiedzać, przyjrzeliśmy się budynkowi – bardzo nowoczesnemu i częściowo przeszklonemu. Lawirowaliśmy także pomiędzy rzeźbami reprezentującymi sztukę współczesną.

W Muzeum Quake przy kasach dostaliśmy opaski, które miały dwojakie zadanie. Po pierwsze grupy określonego koloru wchodziły o określonych porach. Wejścia były co dziesięć minut. Wynikało to z faktu, że mniej więcej po takim czasie przechodziło się kolejno z sali do sali. Po drugie, po przyłożeniu opaski we wskazanych punktach wystawy, na podanego maila miały przyjść dodatkowe ciekawostki. Przyszły dopiero po tym, jak sama wysłałam do nich maila kilka dni później, ale bez problemu uzyskałam wszelkie linki od pracowników Muzeum. Nim nadeszła nasza kolej zwiedzania, podjedliśmy i odwiedziliśmy łazienkę oraz sklepik. Z ciekawszych rzeczy, znalazły się tam plakat z władcami Portugalii czy książki, np. o podróżujących w czasie dzieciach, które dzięki temu doświadczyły wspomnianej katastrofy, a także dzieła słynnych filozofów (Wolter, Jean-Jacques Rousseau) inspirowane tym wydarzeniem. Dużo przedmiotów ze sklepiku pozwoliłoby skomponować zestaw przetrwania, ale nie wpuściliby nas z nimi do samolotu, więc finalnie nic nie kupiliśmy.

Weszliśmy wraz z naszą grupą. Na początek prowadząca opowiedziała o wszelkich zasadach. Spodobało mi się, że każdą część wypowiedzi przewodnicy przekazywali po portugalsku i po angielsku. Nad drzwiami znajdował się zegar odliczający czas do otwarcia drzwi. Ponadto w tym miejscu można było zagłosować, czy przeżyło się kiedyś trzęsienie ziemi i wyniki wcale nie okazały się mocno zróżnicowane (53 tysiące na tak, 61 tysięcy na nie). Na ścianach wisiały obrazy, m.in. João Glama Ströberle zatytułowany „Terramoto de Lisboa de 1755” (Trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 roku) czy taki prezentujący markiza Pombala autorstwa malarki Joana do Salitre. Ciekawy był również plan miasta, choć uproszczony i z 1949 roku.

W następnym pomieszczeniu rozsiedliśmy się wokół wielkiego stołu, a przestrzeń na nim i na ścianach została przygotowana tak, by z pomocą animacji wprowadzić nas w fabułę. Poznaliśmy postać badacza, który próbował zgłębić zagadkę zjawiska od strony naukowej. W kolejnej sali i my mogliśmy sobie zaserwować małą powtórkę z geografii. Układaliśmy kontynenty, dowiadując się przy okazji co nieco o płytach tektonicznych i ich ruchu, ale frustrujące było usytuowanie stanowiska pod kątem, bo elementy się zsuwały. Przedstawiono budowę Ziemi od wnętrza do najbardziej zewnętrznych warstw. Pokazano, gdzie występowały trzęsienia ziemi oraz działanie sejsmografu. Zaprezentowano konstrukcje antysejsmiczne. Pojawił się również wątek tsunami. Muzeum okazało się mocno doświadczalne i zawierało dużo multimediów.

Niestety, wielki zegar bezlitośnie odmierzył nasze 10 minut i trzeba było iść dalej, chociaż w tym czasie nie udałoby się ani pobawić wszystkimi atrakcjami ani wszystkiego przeczytać (nawet gdyby zapisano to po polsku), by poznać je „na sucho”. Z ledwością obeszłam salę, by całość sfotografować. Podobnie nie było to łatwe zadanie w następnym korytarzu. Na jednej ścianie znalazły się wszystkie tablice, ale nie mogliśmy na spokojnie zapoznać się z ich treścią, bo kazano nam odwiedzać kolejno pokoiki naprzeciwko, by poznać słynne katastrofy i odczuć siłę wstrząsów. My zajrzeliśmy do dwóch – z San Francisco i z Japonią.

Dalej znajdował się „wehikuł czasu”. Na suficie wyświetlał się „tunel do nieskończoności” i migały daty oraz obrazki nawiązujące do różnych zdarzeń. To, co mnie zaskoczyło, to fakt, że pojawiło się zakończenie II wojny światowej i zrzucenie bomb atomowych, a nie było I wojny światowej jako takiej, choć pokazano rewolucję bolszewicką i Wielką Rewolucję Francuską. Uśmiechnęłam się na widok Darwina i jego teorii ewolucji. Finalnie cofnęło nas do 1 listopada 1755 roku i otworzyły się drzwi do kolejnej salki.

A tę zaaranżowano na uliczkę sprzed wieków. Lizbonę nazwano miastem kontrastów. Choć widzieliśmy ozdobne portale, nie brakowało też prostych domów mieszkalnych. Tu i ówdzie stały beczki, leżały worki ze zbożem czy warzywa, a nad nami na sznurze wisiało pranie. Animowane postaci przemykały jak gdyby nigdy nic. Przez zakratowane okienko spoglądała na nas młoda zakonnica, która odeszła zganiona spojrzeniem siostry przełożonej. Obok, na kolejnych drzwiach zapisano, że niedługo rozpocznie się msza i należy w tym miejscu zaczekać.

Usadzono nas na ruchomych fotelach pośrodku sali, a na każdą ścianę puszczano projekcję, która dawała wrażenie, że jesteśmy wewnątrz wielkiej świątyni. Wszedł kapłan z asystą trzech ministrantów. Mimo pierwszych wstrząsów nie przerywał celebrowania mszy, aż spadł żyrandol i chłopcy zaciągnęli go do wyjścia. Zaczęły walić się mury, a liczne świece przyczyniły się do rozległego pożaru. Warto pamiętać, że w tym czasie w świątyniach tłumnie zgromadzili się wierni, bo do wielkiego trzęsienia ziemi doszło 1 listopada, w Dniu Wszystkich Świętych, o dużym znaczeniu w katolickim kraju. Dla wielu ten aspekt religijny był istotny i zadawano sobie pytania: „Dlaczego Bóg tak chciał?”, „Dlaczego natura nie jest mu posłuszna?”.

W świątyni zaczęły walić się mury, a liczne świece przyczyniły się do rozległego pożaru. Gdy przeszliśmy się do kolejnej sali, faktycznie zobaczyliśmy dym, a czerwone lampy grzewcze sprawiły, że odczuliśmy wzrost temperatury. Szliśmy jakby przez zgliszcza.

Na następnych drzwiach widniała informacja, że otworzą się, gdy nadejdzie tsunami. Faktycznie poza kilkoma stanowiskami, gdzie mogliśmy posłuchać relacji mieszkańców, kluczowy w tym miejscu był ekran umieszczony jakby w ogromnej wnęce w murze. Prezentował widok na Lizbonę, już zniszczoną wstrząsami i pożarem, ale tuż przed mającą nadejść falą. Tsunami migrowało właściwie przez płonące miasto.

Po zakończeniu animacji mogliśmy ruszyć dalej. Trafiliśmy do rozległego pomieszczenia, w którym rzekomo mieliśmy znaleźć wskazówki, będące rozwiązaniem zagadki naukowca, ale tak naprawdę nikt od nas tego nie wymagał. Za to zgromadzono tam materiały historyczne i zaprezentowano biografie postaci, które były w jakiś sposób istotne dla przebiegu zdarzeń po katastrofie. Nam te nazwiska nie za wiele mówiły (za wyjątkiem markiza Pombala, oficjalnie znanego jako Sebastião José de Carvalho e Melo), ale fajnie to zaaranżowano, jakby panowie zgromadzili się na obradach wokół wielkiego stołu. Można było zasiadać w kolejnych fotelach, przyglądać się przedmiotom na blacie i zaglądać do szuflad. Ze względu na mnogość innych zwiedzających mogłam jednak tylko pomarzyć o sensownym kadrze obejmującym całość, za to bez ludzi.

Kolejne postaci zaprezentowano jako standy w następnej części sali, ale te nazwiska już w ogóle były dla nas czarną magią. Spodobało mi się natomiast stanowisko z mapami i spędziłam przy nim chwilę. Znalazło się też miejsce do modlitwy, gdzie należało zająć miejsce na klęczniku, oprzeć łokcie w wyznaczonych miejscach i przytrzymać palce w uszach, by wysłuchać nagrania, wykorzystując przewodzenie kostne. Wypatrzyłam postać zniewolonej kobiety z Afryki i zostało mi jeszcze parę stanowisk, podczas gdy czas już upłynął.

Choć było to możliwe w niemal każdej sali, dopiero w tej wykorzystaliśmy możliwość pozostania w środku na dodatkowe 10 minut. Dzięki temu obejrzeliśmy ostatnie rzeczy nim dotarły nowe osoby i spokojnie wyczekiwałam momentu, by zapozować w ciekawie zaaranżowanym stanowisku w formie sekretarzyka. Na tablecie można było przewijać list osoby, która przeżyła trzęsienie i pisała do bliskich. Wreszcie mogliśmy zatrzymać się na moment, by zrobić sobie sensowniejsze pamiątkowe zdjęcie ze zwiedzania, a nie tylko uwiecznić wszystkie tabliczki i eksponaty. Przysiedliśmy też na chwilę oboje w czymś a la namiot. Nie siliłam się jednak na czytanie tego wszystkiego, bo byłam zmęczona ciągłą gonitwą i w tej sali informacji był aż przesyt, nawet na te 20 minut zwiedzania. A zdecydowanie ta przestrzeń miała w sobie największy potencjał i niosła najwięcej wiedzy historycznej.

Ostatnia sala oferowała powrót do współczesności, a narrację przejęła wnuczka naukowca. Finalnie maszyna czasu wyrzucała zwiedzających w punkcie, który miał pokazać konsekwencje konkretnie trzęsienia ziemi z 1755 roku (to miało wpływ na lokalną kulturę czy budownictwo), ale także dawać gościom do myślenia, że choć teraz jest spokojnie, to jednak ci ludzie wciąż żyją na obszarze zagrożonym kataklizmami i warto być na nie gotowym, na ile to możliwe. Wyszliśmy zresztą przy sklepiku, w którym można zakupić zestawy przetrwania, my jednak zabraliśmy ulotki, jak samodzielnie się przygotować i co skompletować. Aby wyjść z Muzeum, trzeba było przejść przez sklepik, co uważam za ciekawy zabieg marketingowy.

Po wyjściu przysiedliśmy na ławce w pobliskim skwerku i czekaliśmy na taksówkę. Trafiła się nam pani, co stanowiło wyjątek na tle dotychczasowych doświadczeń. Wyróżniało ją też to, że nie była szczególnie rozmowna, ale prawdopodobnie przyczyną była bariera językowa. Gdy przez okno zobaczyliśmy słodkiego malca, zachwycała się nim po portugalsku, prawdopodobnie jego pyzatymi policzkami 😉 Po przeciwnej stronie widzieliśmy rzekę i po deszczu poziom wody podniósł się, a ponadto zalało niektóre chodniki.

Kierowaliśmy się do Zamku Św. Jerzego (Castelo de São Jorge). Po drodze z okna samochodu zobaczyliśmy jakieś zbiorowisko ludzi i policję. Gdy znaleźliśmy się u celu, okazało się, że patrzyliśmy na strajk pracowników kas, tego właśnie zamku. W związku z tym zakup biletów na miejscu był niemożliwy. Ochrona wpuszczała tylko tych, którzy już mieli bilety, pozostałym tłumaczyła sytuację i proponowała zakup online. Nawet spróbowaliśmy, bo nazajutrz opuszczaliśmy Lizbonę i była to nasza ostatnia szansa na wizytę w tym miejscu, ale udało się nam jedynie zrobić rezerwację, przy której nie dodano żadnego linku do płatności. Ochroniarz skierował nas do automatu, który okazał się zwykłym bankomatem, więc niestety, ale ostatecznie nie mogliśmy tego obiektu zwiedzić. Widzieliśmy fragmenty murów i gdzieniegdzie, spacerując po okolicy, jakieś skrawki terenu wokół.

Na pewno niesamowitym akcentem w obrębie najbliższych zamku uliczek były pawie. Widzieliśmy ich sporo, a one totalnie nic sobie nie robiły z obecności turystów. Jeden nawet pożerał końcówkę od loda rożka, zawczasu jednak dziurawiąc ją tak, że zachował na pewno drożność w przełyku 😉 Dwa osobniki zaczęły się bić, podlatując na murek. Wiele z nich piszczało wniebogłosy. Pawia znaleźliśmy także na naściennym azulejos.

Lawirując krętymi uliczkami, trafiliśmy na lokalnych muzyków. Mijaliśmy kramiki z pamiątkami, m.in. z wyrobami z korka, ale my postawiliśmy na zakup pocztówek wzorowanych na zdjęcia typu polaroid, bo uznaliśmy, że zawieziemy je bliskim w ramach pamiątki i się podpiszemy. Zajrzeliśmy również do kościoła Św. Krzyża, po przeciwnej stronie wzgórza zamkowego (Igreja de Santa Cruz do Castelo).

Mieliśmy po drodze fajną przygodę. W jednej z wąskich uliczek naszą uwagę zwróciły umieszczone nad drzwiami kilku domów azulejos, jak się okazało, z wizerunkami świętych. Gdy Michał szykował się do zrobienia zdjęcia płytek nad jednymi drzwiami, wyszła z nich starsza pani. Kobieta nie znała angielskiego, więc używała jedynie języka portugalskiego. Miałam podstawy, ale z tak obfitej narracji nie wyłapywałam wszystkiego. Pani była jednak na tyle zdeterminowana, by uzmysłowić nam, na jakich świętych patrzymy, że zaczęła korzystać z najprostszych możliwych słów i porównań, byśmy mimo wszystko ją zrozumieli. W kwestii Antoniego z Padwy, Marii i Franciszka zorientowaliśmy się od razu, ale imię jednego z mężczyzn zabrzmiało dość niewyraźnie. Kobieta zaczęła gestykulować i Michał zorientował się, że pokazuje ukrzyżowanie i stygmaty. Gdy ja z kolei wyłowiłam z jej opowieści słowa „querer ver” czyli „chcieć widzieć”. Okazało się, że miała na myśli Tomasza Apostoła, który nie uwierzył, póki nie zobaczył śladów gwoździ w dłoniach Jezusa. Radość staruszki, gdy pojęliśmy, o kim mowa, była nie do opisania 🙂

Zjedliśmy też kolejne „ciastko” i chyba trafiło na szczyt listy przysmaków według Michała, ale i ja zachwyciłam się absolutnie tym smakiem. Z zewnątrz wyglądało to jak devolay, ale otoczka była delikatniejsza i dużo cieńsza. A wnętrze… wypełniał ser i przepyszny farsz z dorsza – ryby, którą Portugalczycy przygotowują ponoć na setki sposobów i z niej słyną.

Tymczasem w poszukiwaniu łazienki trafiliśmy na taką w obrębie wybiegu dla piesków i pani była na tyle miła, że ją nam otworzyła. Obok mieściła się również myjnia dla czworonogów. Z tego miejsca widzieliśmy w oddali dwie wieżyczki, które okazały się należeć do kościoła pw. Matki Bożej Łaskawej (Igreja da Graça de Lisboa), przy którym był jeden z najfajniejszych widoków na miasto. Niestety, nie tylko my wpadliśmy na pomysł odwiedzenia tego miejsca, szczególnie, że znaleźliśmy się tam tuż po zachodzie słońca, kiedy miasto jeszcze było fajnie widać, ale już niedługo mogliśmy oczekiwać zapadnięcia zmroku. Jakoś jednak znaleźliśmy „swoje 30 centymetrów” pośród tłumu i dzięki temu zarówno zrobiliśmy zdjęcia widoczkom, panoramie, jak i sobie.

Wędrując dalej, pokonaliśmy setki schodów w dół. Kierowaliśmy się już do ostatniego tego dnia punktu – by zjeść kolację 😉 Przy tej okazji przeszliśmy jednak jeszcze przez plac Martim Moniz, z którego ruszają słynne żółte tramwaje. Restaurację wyszukaliśmy jakby z polecenia, bo opisano ją w książce o Lizbonie, którą czytałam. Nazywała się A Tigelinha i zjedliśmy tam lokalną rybkę 😉 Pierwsze menu, które dostaliśmy było po portugalsku, drugie po angielsku, ale oba zapisano ręcznie, więc mieliśmy niemałą rozkminę. Finalnie zjadłam morszczuka, Michał inną rybkę, a dodatkowo wzięliśmy ciasto na wynos. Klimat był niesamowity, a obsługiwał nas sam właściciel.

Po powrocie odebraliśmy w hotelu zlecone pranie. Żartowałam, że pierwszy raz Michał ma wyprasowaną piżamę, bo mój mąż rzadko sięga po żelazko. Tymczasem moje poczucie estetyki skłania mnie do prasowania większości ubrań, ale aby sobie tę czynność uprzyjemnić, włączam sobie zazwyczaj jakiś film czy podcast, Usługa tego typu w hotelu wychodziła dość drogo, ale zdecydowaliśmy się z konieczności ograniczenia wagi bagażu. Po prawdzie zapłaciliśmy jednak tylko połowę kwoty, bo zgubili mi jedną skarpetkę. Okazała się moją najdroższą skarpetką, bo oszczędziliśmy na tym 48 euro 😉 Spakowaliśmy się już z grubsza, by nazajutrz mieć spokojny poranek przed przejazdem do Coimbry.

2 thoughts on “Lizbona – zwiedzamy dzielnicę Belém

    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Bardzo mi miło, dziękuję! A że w kontekście Portugalii jesteśmy dopiero na półmetku, zapraszam do lektury kolejnych wpisów 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *