Przy śniadaniu ponownie spotkaliśmy mojego ulubionego kelnera, dzięki czemu ucięłam sobie pogawędkę po portugalsku, choć krótszą niż dzień wcześniej 😉 Po skończonym posiłku przyznałam, że to nasz ostatni dzień w stolicy, ale dodałam skleconym po portugalsku zdaniem, że jeśli wrócimy do Lizbony, to chcę tu spać („Se nós voltaremos a Lisboa, eu quero dormir aqui.” ;)) Rafael życzył nam dobrej drogi powrotnej i podziękował za tę opinię, podkreślając, że jest dla nich ważna.

Tego dnia opuszczaliśmy Lizbonę. Mając czas do pociągu, na stację Saint Apolónia przeszliśmy się z walizkami pieszo. Nawierzchnia z kostki i zmiany wysokości nie sprzyjały przyjemności z takiego spaceru, chociaż pogoda była całkiem fajna. Po drodze weszliśmy do budynku z wielkim holem, gdzie wykonano z azulejos herby różnych miast, np. Faro czy Lagos.



Na dworcu znaleźliśmy nasz pociąg, udający się finalnie do Guimarães, miasta będącego kolebką Portugalii, w którym urodził się na dodatek pierwszy władca czyli Alfons I Zdobywca. W środku zlokalizowaliśmy nasze miejsca 35 i 37. W wagonie było baaardzo ciepło. Doceniłam, że mieliśmy 1 marca, a nie np. środek lata. Tak czy inaczej, cieszyliśmy oczy widokami za oknem. W końcu mieliśmy też czas zaplanować bardziej krok po kroku zwiedzanie kolejnego miasta, a nawet pokusiliśmy się o zamówienie jednych biletów przez internet. Po dwóch godzinach jazdy znaleźliśmy się w Coimbrze, dawnej stolicy kraju.

Niestety, na stacji A, przy której zlokalizowany był nasz nocleg, trwał akurat remont, więc pociąg dojeżdżał tylko na stację B, skąd musieliśmy jeszcze złapać autobus. Tu też realizowano jakieś prace, choć pewnie w mniejszym zakresie, więc dworzec funkcjonował, ale aby z niego wyjść, należało przejść się (a w naszym przypadku przejechać także walizkami) po takiej trawiastej wykładzinie. W autobusie zaskoczyły nas ceny – 2 euro za osobę w porównaniu do lizbońskich 10 eurocentów wydało się dość wygórowaną stawką. Szczególnie, że przejechaliśmy nim może ze 3 przystanki – tyle tylko, że odległości między nimi były większe.

Zameldowaliśmy się w Hotelu Mondego (nawet na ręcznikach mieli literki HM). Z niego rzeczywiście mieliśmy wszędzie blisko, co było o tyle istotne, że zakwaterowaliśmy się tylko na jedną noc. Zostawiliśmy bagaże, przepakowaliśmy się na szybko i stanowczo odciążeni ruszyliśmy na turystyczną eskapadę. Na początek kierowaliśmy się ku kościołowi Św. Krzyża (Igreja de Santa Cruz). Po drodze natknęliśmy się m.in. na jakiś punkt zorganizowany przez komunistów z propagandowym hasłem „a televisão não mostra, os jornais não dizem” czyli „telewizja tego nie pokazuje, gazety tego nie piszą” i sklepik z fajnymi życiowymi hasełkami po angielsku, spisanymi na tabliczkach przy wejściu. Młoda dziewczyna, widząc, że przyciągnęły naszą uwagę, zapraszała nas do środka, ale wyjaśniliśmy, że czas nas goni. Minęliśmy jeszcze inny kościół, Igreja de São Tiago z XII wieku, a także scenę szykowaną na obchody karnawału na Praça do Comércio (tymczasem balkony wystrojono w maski weneckie), po czym deptakiem dotarliśmy do właściwej świątyni. Kościół Św. Krzyża miał niezwykły portal, z wieloma figurami, który oplatał jeszcze dwa okna powyżej. Pomiędzy dwoma aniołami dmącymi w trąby umieszczono herb. Początki świątyni sięgały czasów Alfonsa I Zdobywcy czyli XII wieku, aczkolwiek późniejsi władcy restrukturyzowali obiekt, stąd poza akcentami gotyckimi pojawiły się zdobienia renesansowe i w stylu manuelińskim. Dół ścian pokrywały azulejos, a pod posadzką znalazły się miejsca pochówku. Nie na chórze, ale podwieszone na ścianie obok, uwagę zwracały bordowe organy. Nader skromna wydała się przy nich ambona, chociaż pieczołowicie rzeźbiona. Natomiast uwagę przyciągało prezbiterium, szczególnie, że mieściły się tam grobowce dwóch pierwszych władców Portugalii.











Mieliśmy także plan obejrzeć po drodze tzw. Starą Katedrę (Sé Velha de Coimbra, Nowa czyli Sé Nova do Santíssimo Nome de Jesus de Coimbra dla turystów była niedostępna w weekendy), ale tylko rzuciliśmy okiem do środka, bo była otwarta dłużej niż obiekty uniwersyteckie i uznaliśmy, że wrócimy tu potem. Stara Katedra pochodziła z 1064 roku, Nowa też już nie była taka nowa, ponoć miała 400 lat. Na nią też trafiliśmy podczas spaceru. Obok mieściło się z kolei Museu Nacional Machado de Castro – dawny pałac arcybiskupów z obrazami i rzeźbami religijnymi. Na trasie minęliśmy też kilka ciekawych świeckich rzeźb i portali.




Gdy znaleźliśmy się na Wzgórzu Uniwersyteckim, przeszliśmy zresztą przez wielki portal na główny plac. Moją uwagę zwrócił także umieszczony w posadzce wizerunek kobiety z księgami i sową. Robiło się coraz cieplej, więc zatrzymałam się na boku, by pozbyć się jednej warstwy ubrań, tymczasem Michał na moment zniknął mi z oczu. Okazało się, że wszedł do punktu informacji turystycznej i dostał tam mapę oraz wskazówki, gdzie powinniśmy się zameldować o godzinie widniejącej na bilecie. Dziedziniec był dość spory i trochę czułam się jak w amoku. Mieliśmy chwilę, ale nie za długą. Chciałam zatem ująć chociaż trochę rzeczy w kadr, ale mocno świeciło słońce, do tego gdzieniegdzie chodzili jednak turyści i trochę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, przy tak ograniczonych zasobach.






Na krańcu placu rozciągał się fajny widoczek. Obok należało zejść schodkami (Schodami Minerwy) do więzienia uniwersyteckiego i to tam rozpoczynało się właściwe zwiedzanie. Jednak wszyscy rozglądali się po kolejnych pustych salach w osłupieniu, że nic tam nie było. Intrygowały jedynie wąskie korytarzyki i niskie drzwi. Dopiero piętro wyżej, gdy znaleźliśmy się wśród pierwszych książkowych regałów w Biblioteca Joanina (od założyciela, króla Jana V), padła informacja, że pod nami widzieliśmy więzienie. I to nie wprost. Po prostu dało się dostrzec kartkę ze skierowaną w dół strzałką, a na planszy wyczytaliśmy co nieco o tej przestrzeni i przy okazji, że więzienie akademickie zamknięto w 1834 roku.


W tym miejscu fotografowanie jeszcze nie zostało zakazane. Przyglądaliśmy się zatem i własnymi oczami, i przez obiektyw aparatu, regałom, na których stały książki. Dawniej, by zapobiec ich kradzieżom, poszczególne woluminy mocowano na łańcuchach. Wyższych półek jednak to nie dotyczyło, bo można się tam było dostać jedynie z pomocą personelu. Dziś ta przestrzeń służyła do czyszczenia i katalogowania starych ksiąg.


Największym zjawiskiem okazała się jednak następna przestrzeń. I tu już musiałam schować telefon. Jedynie zapytałam ochroniarza o pozwolenie na sfotografowanie planszy informacyjnej. To piętro (Noble Floor) zawierało wszystkie najcenniejsze księgi. Dzieliło się na trzy sale z innym kolorem ścian – kolejno czarnym, czerwonym i zielonym. Regały umieszczono jakby na dwóch wysokościach i każdy z nich wymagałby drabiny, by sięgnąć na najwyższe półki (jedną faktycznie ustawiono obok). Całość wyglądała jak z filmu – nic tylko czekać, aż zaczęłyby się przesuwać i odsłaniać tajemne korytarze! Jak wyczytałam, wsparciem w zachowaniu księgozbioru w dobrym stanie, okazały się owadożerne nietoperze, aczkolwiek trzeba było osłaniać książki, by nie zaszkodziły im odchody tych latających ssaków. Dodatkowo regały wykonano z dębu, którego zapach ponoć nie podobał się owadom. W oczy rzucał się napis po łacinie: „Lusiadae, hanc vobis sapientia condidit arcem: dutores libri; miles et arma labor”, dowodząca, że mądrość zbudowała tę twierdzę, a książki będą przewodnikami na drodze do zdobycia wiedzy. Każda z części była od pozostałych oddzielona łukiem z herbem, a na końcu widniał obraz przedstawiający prawdopodobnie króla Jana V.
Cała biblioteka mieściła 60 tysięcy ksiąg. Na każdym piętrze spędziliśmy około 10 minut i po wyjściu faktycznie byliśmy wyżej, ponownie na wysokości dziedzińca. Skręciliśmy wzdłuż ściany w lewo i minęliśmy portal w stylu manuelińskim. Później z nim zapozowałam. Interesował mnie nie mniej niż kolejny obiekt.

Kaplica Św. Michała (Capela de São Miguel) miała do zaoferowania całkiem sporo. Słynęła przede wszystkim ze sklepienia z azulejos, barokowych organów oraz posadzek przypominających dywany. Poza tym, skoro patronem był imiennik mojego męża, postawiłam sobie za cel, że go tam zaprowadzę 😉 Tego miejsca najbardziej nie mogłam się doczekać, jeśli chodzi o Coimbrę i bardzo się cieszyłam, że w pełni sprostało oczekiwaniom. Weszliśmy tam z ludźmi z naszej bibliotecznej grupy, ale zostaliśmy dłużej niż większość z nich i mieliśmy przestrzeń, by podziwiać, sfotografować i przyjrzeć się wszystkiemu z bliska.
Okazało się, że owszem, kolorowe płytki zdobiły sufit, pośrodku dodatkowo prezentując herb trzymany przez trzech archaniołów: Michała, Rafała i Gabriela. Nie inaczej było w prezbiterium. Jednak także całe ściany pokryto azulejos – jedynie użyto mniejszej gamy barw. Jedną ze ścian zdobiły jeszcze dwa płótna, Organy naprzeciw nich również robiły wrażenie i miały ponad 2 tysiące piszczałek. Całość imponowała także ze względu na fakt, że wybudowana została prawdopodobnie już za czasów pierwszego władcy czyli w XII wieku, a obecny budynek stał tu od przełomu XV i XVI wieku. Aczkolwiek bogate wyposażenie było późniejsze – płytki na ścianach położono w XVII wieku, organy pochodziły z 1737 roku, podobnie wysoki ołtarz był osiemnastowieczny. Poza ołtarzem głównym były inne, dedykowane Świętej Katarzynie i „Pani Światła” (trudne do przetłumaczenia wprost). Nie zabrakło także figury patrona kaplicy – Michała Archanioła.




Odwiedziliśmy jeszcze sklepik. W związku z tym, że nie wolno było robić zdjęć w dalszych częściach biblioteki, w sklepiku kupiłam pocztówki właśnie stamtąd oraz z Kaplicy Św. Michała i podłużną z rzutem całego placu. Przespacerowałam się po nim także sama w poszukiwaniu jak najciekawszych kadrów. Na dziedzińcu uwagę zwracała również narożna dzwonnica oraz po jego przeciwnej stronie pomnik króla Jana III. Byliśmy także ciekawi miejsca o nazwie Sala dos Capelos w Pałacu Królewskim (Palácio Real), gdzie do obejrzenia były portrety monarchów. Naprawdę żałowałam, ale trafiliśmy akurat na jakąś uroczystość akademicką i nikogo nie wpuszczano do środka.



Na tym samym bilecie mieliśmy jeszcze możliwość obejrzeć Muzeum Nauki (Museu da Ciência da Universidade de Coimbra) zlokalizowane w dawnym kolegium jezuickim. Michała interesowała bardziej wystawa fizyczna, mnie galeria osobliwości, ale pani kazała nam chodzić razem, więc w nieco żwawszym tempie (mieliśmy pół godziny do zamknięcia) obskoczyliśmy jedno i drugie. Po prawdzie były to dwie niewielkie ekspozycje po trzy sale.
Najpierw zobaczyłam kilka fosyliów i gablot z nazwami grup zwierząt po łacinie, ale nie rozwinięto bardziej żadnego wątku. Dalej przechodziliśmy przez korytarz z minerałami. Tam największe wrażenie robiły na mnie modele struktury przestrzennej cząsteczek, które oświetlano tak, by rzucały cienie na suficie. Ale było tam tak dużo związków chemicznych i minerałów, że oglądanie ich jeden po drugim i czytanie wszystkich opisów w tak krótkim czasie wydawało się zwyczajnie niemożliwe. Dużo ciekawsza dla mnie osobiście okazała się ostatnia sala, gdzie podwieszono szkielety zwierząt, a w gablotach wokół umieszczono różnorakie przedmioty, które kojarzyły mi się z różnymi kolekcjonerami z XIX wieku, którzy nie zamykali się na jedną dziedzinę, ale cała przyroda, wyroby obcych plemion i technika równie ich fascynowały.







Michał odżył z kolei w części fizycznej. Najpierw przeszliśmy przez salę z globusem pośrodku i mapami na ścianach. Następnie przez audytorium z rzędami ławek. Wreszcie przeszliśmy przez sale z gablotami z wynalazkami fizycznymi na trzech ścianach, a pośrodku można było obejść naokoło te szczególnie wyeksponowane sprzęty. Zaciekawiła mnie maszyna elektrostatyczna, ale także różnorakie wagi, wahadła, soczewki, równie pochyłe i statywy do badania innych trajektorii ruchu czy nawet obrazki będące iluzją optyczną – w zależności od kąta dało się tam dostrzec dwie skrajnie różne ilustracje.






Po wyjściu z budynku przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Znalazły się tam standy dotyczące er w dziejach Ziemi, a na ścianie umieszczono instalację artystyczną. „Ptak” był w połowie monochromatyczny, w połowie wielobarwny.

Cofnęliśmy się do pomnika Don Dinisa, króla Dionizego, założyciela uniwersytetu. Z krańca tego placu rozciągał się fajny widok na Coimbrę z akweduktem po prawej. Stało się tam na szczycie schodów, których na pewno było co najmniej kilkadziesiąt, ale nie pokusiliśmy się o schodzenie nimi, by potem ponownie po nich wchodzić. Dalej kierowaliśmy się bowiem do wspomnianej już wcześniej Sé Velha. Przy mijanym przy tej okazji Pałacu Arcybiskupów zrobiliśmy także zdjęcia ze wzgórza, jak i zapozowaliśmy oboje w pozostawionym fragmencie dawnego muru – wewnątrz miał kształt łuku podkowiastego, choć o ostrzejszym wykończeniu.






W Katedrze pierwsze uwagę zwracały misy na wodę święconą zrobione z dużych muszli. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od atrium. Pośrodku stało coś, co wyglądało niczym nieczynna fontanna. Całość otoczona była ciekawie zdobioną kolumnadą, a zatem dało się przejść wokół, pozostając pod dachem. Zaglądaliśmy do kolejnych zaułków i sal. W kapitularzu umieszczono np. nagrobek pierwszego chrześcijańskiego gubernatora Coimbry, nazwiskiem Sesnando. Mijaliśmy też obrazy prezentujące świętych, np. Św. Sebastiana czy Św. Królową Izabelę.
Katedra była dość stonowana jak na kościół tej rangi, ale było widać symetrię i jakieś założenia architektoniczne. Kaplica Najświętszego Sakramentu pochodziła z 1566 roku. W górnej części Jezusa otaczało go 10 apostołów, w dolnej zaś przedstawiono Maryję i 4 ewangelistów. Wszystko było rzeźbione, a u progu boczne ściany zdobiły azulejos. W głównym ołtarzu, także rzeźbionym, dominowały kolory złoty i niebieski. Datowany był na początek XVI wieku i w centrum znajdowało się przedstawienie Matki Boskiej, patronki Katedry. Warto było podejść jeszcze bliżej chóru i podnieść wzrok w kierunku witrażowej rozety.











Zwiedziliśmy wszystko, co nas interesowało po naszej stronie rzeki, więc nadeszła pora rozejrzeć się za obiadokolacją. Chodziliśmy od lokalu do lokalu, a przyglądając się menu jednego z nich, zostaliśmy zaczepieni przez mężczyznę, który kończył posiłek przy stoliku obok. Polecił nam knajpkę, którą i tak braliśmy pod uwagę i postanowiliśmy rzeczywiście spróbować. Taberna d’Almedina okazała się strzałem w dziesiątkę. Wybraliśmy wieprzowinę nadzianą szynką i serem, z ziemniaczkami i warzywkami. Michał pokusił się o stwierdzenie, że chyba to danie wygra jego ranking kuchni portugalskiej. Wszamaliśmy jeszcze deser (owocowy, jakby pomieszanie musu i puddingu), po czym wróciliśmy do hotelu, mijając kościół Św. Bartłomieja (Igreja de São Bartolomeu) i zaliczając kilka tanecznych kroków w rytm karnawału.

