Porto – podróż iście królewska!

Rano zeszliśmy na śniadanko, które było zdecydowanie prostsze niż przyzwyczaił nas do tego lizboński hotel. Tak czy inaczej, zjedliśmy, by nabrać sił na kolejny dzień, a że była to niedziela, postanowiliśmy wybrać się na mszę.

Wybór kościoła w Coimbrze poprzedził drobny rekonesans. Sprawdzić godziny nabożeństw w internecie wcale nie było łatwo, bo nawet na stronach kościołów częściej umieszczano informacje, kiedy będą one otwarte do zwiedzania. Tymczasem pani w recepcji hotelowej chyba nie spodziewała się tego pytania, sama nie wiedziała i podobnie jak my, poległa na poszukiwaniach w sieci. Sama nasza rozmowa też wyszła zabawnie, bo próbowałam po portugalsku, ale musiałam posiłkować się częściowo angielskim, gdyż musiałam jej przekazać, że nie chcemy iść tych kościołów oglądać, ale się pomodlić, bo jest niedziela. Złapałam się też na tym, że faktycznie w Duolingo jest nieco inna wymowa, a Europejczycy częściej obcinają „e” na końcu wyrazów i kiedy zapytałam o godzinę wymeldowania, chwilę mi zajęło, by załapać, że dobrze panią zrozumiałam i miała na myśli dwunastą.

Poszliśmy na 9:00 do kościoła Św. Krzyża, zwiedzonego dzień wcześniej, taką bowiem godzinę znaleźliśmy. Trafiliśmy jednak na trwające już nabożeństwo, bo okazało się, że kartkę z godzinami zawieszono na filarze przy wejściu, jednak poprzedniego dnia jej nie zarejestrowaliśmy. Msza rozpoczęła się o 8:30, więc ominęły nas czytania, ale generalnie byliśmy w stanie uczestniczyć aktywnie w dalszej części, bo jakkolwiek rozumiałam może z 10% specyficznego słownictwa, to przebiegała ona analogicznie do mszy polskiej.

Poranek był chłodny, poniżej 10°C, ale mając czas do pociągu, zdecydowaliśmy się na krótki spacer. Na deptaku wypatrzyliśmy ławeczkę z wyrzeźbionymi trzema grajkami i postanowiłam przysiąść wśród nich do pamiątkowego zdjęcia. Kierowaliśmy się ku rzece Mondego i wyszliśmy nieopodal niej przy pomniku byłego premiera Portugalii. Joaquim António de Aguiar urodził się w Coimbrze.

Nim zeszliśmy nad rzekę, przyjrzeliśmy się eleganckiemu budynkowi banku po naszej prawej i warstwowości miasta po naszej lewej stronie. W tej części sporo aktualnie remontowano, ale udało się nam wejść na most Ponte de Santa Clara. Również dwa klasztory po drugiej stronie rzeki nosiły jej imię. Rozważaliśmy odwiedzenie nowego, a jeszcze chętniej ruin starego klasztoru, ale czasu byłoby stanowczo za mało, by miało to sens. Przyglądając się obiektom na przeciwległym nabrzeżu, przy okazji dostrzegliśmy trwający wyścig kolarski. Tymczasem na wodzie śmigali kajakarze. Barierki obsiadło kilka gatunków mew.

Wróciliśmy na „naszą” część nabrzeża i ruszyliśmy w kierunku hotelu. Minęliśmy przy okazji stację Coimbra-A, aktualnie nieczynną. Zgarnęliśmy bagaże i wymeldowaliśmy się. Chociaż teoretycznie komunikacja miejska miała swój rozkład, całą drogę na dworzec Coimbra-B pokonaliśmy z walizkami pieszo i nawet nie minął nas żaden autobus we właściwym kierunku. Już w pociągu zaplanowaliśmy trasę na pierwszy dzień zwiedzania Porto. Podobnie jak w Coimbrze, tak i w Porto nie wysiadaliśmy w centrum, jak zakładaliśmy przy planowaniu podróży, bo bilet mogliśmy kupić tylko do stacji Porto Campanhã położonej nieco bardziej na wschód. Rozważaliśmy różne środki transportu, ale finalnie złapaliśmy autobus.

Przejechaliśmy koło wielu ciekawych miejsc, w tym budynków przyciągających wzrok detalami architektonicznymi. Wysiedliśmy jednak dopiero koło teatru przy Praça Dom João I (Plac króla Jana I). Znalazły się tu dwa pomniki konne w rogach placu, a nie mniej ciekawy był budynek tworzący pierzeję między nimi. Obiekt nazywał się Palácio Atlantico, ale trudno powiedzieć, co mieścił w środku, bo był zamknięty. Weszliśmy po schodkach i spacerując między arkadami, nad głową mieliśmy ciekawe kompozycje z azulejos, a pod nogami ułożono różne wzory z jasnych i ciemnych płytek. Próbowaliśmy rzucić okiem do środka, ale dużo odbijało się od szyb, więc dostrzegliśmy tylko fragmenty kolorowych płaskorzeźb. Ale już te fragmenty robiły wrażenie.

Ruszyliśmy zatem w stronę naszego miejsca noclegu. Hotel miło nas zaskoczył. Michał uznał, że z zewnątrz wyglądał niczym szklany biurowiec. Był tak wkomponowany w zabudowę, że nie spodziewaliśmy się, co kryje jego wnętrze. Tymczasem po wejściu mieliśmy do pokonania bardzo długi hol, na którego końcu za recepcyjnym kontuarem siedziało dwóch młodych mężczyzn. Obsługiwał nas jeden z nich. Wypełniliśmy formalności (to było jedyne miejsce, gdzie po ślubie kazano mi się podpisać starym nazwiskiem, bo nie miałam jeszcze dokumentów na nowe). Dodatkowo pan przeprosił nas, że pokój, za który płaciliśmy nie był dostępny, więc dali nam „najlepszy z ich pokoi”, o podwyższonym standardzie, dodatkowo wyposażony w „king size bed”. Oczywiście byliśmy z tym jak najbardziej w porządku, a Michał dodał, że to idealnie, bo to nasza podróż poślubna 🙂

Czuliśmy się potraktowani luksusowo 🙂 Wjechaliśmy windą na piąte piętro i weszliśmy do pokoju z walizkami. Tutaj nawet dla nich były dwa miejsca, podczas gdy w Lizbonie mieliśmy jeden stojak. Nie tylko łóżko okazało się wielkie, ale cały pokój i łazienka. Prysznic miał ze cztery metry kwadratowe, drugie tyle miejsca wyznaczono na toaletę, a pomiędzy nimi znalazła się przestrzeń na umywalkę z lustrem. Kosmetyki, które dali, potencjalnie dałoby się zakupić w recepcji, co wynikało z dołączonej karteczki. Poza łazienką w pokoju był zaułek z wanną, z której wieczorem zrobiłam użytek, nie pamiętając, kiedy ostatnio miałam okazję zaznać kąpieli z pianą, więc była to czysta przyjemność!

Tymczasem nie minęło nawet dziesięć minut, a do pokoju zapukała i weszła pani z obsługi z szampanem i czekoladkami w kształcie serduszek od hotelu dla nowożeńców <3 To był fantastyczny gest z ich strony i totalnie nas zaskoczył! Jako, że niedługo potem szliśmy już w miasto, zostawiliśmy i tę przyjemność na wieczór. Fajnie było się rozsiąść w wielkim fotelu i odprężyć w najlepszym możliwym towarzystwie <3

Chcąc jednak skorzystać z dnia, wyszliśmy, zamierzając obejrzeć większość atrakcji widokowych, pod gołym niebem, póki pogoda zamierzała nam sprzyjać (aczkolwiek później zrobiło się już chłodno, pomimo słoneczka). Już na starcie urzekły mnie piękne kamienice. Jednak pierwszym obiektem opatrzonym „wiosłem” czyli tablicą informacyjną na ten kształt, był ustawiony w miejscu dawnej kaplicy poświęconej św. Antoniemu kościół Igreja dos Congregados. Nieopodal, na Placu Wolności (Praça da Liberdade) swojego pomnika doczekał Piotr IV. Kierowaliśmy się dalej wzdłuż Avenida dos Aliados.

Pod kątem architektonicznym otoczenie wspomnianego placu było imponujące. Dodatkowo bardzo intrygujący okazał się budynek McDonald’s zlokalizowany w dawnym lobby Hotelu Imperial. Reprezentował styl art deco. Wydawał się ogromną przestrzenią przez to, że po prawej i po lewej stronie ściany pokrywały lustra. W połączeniu z obleganymi stolikami to tworzyło wrażenie zatłoczonej stacji kolejowej i złudzenie, jakby ludzi siedziało tu 2-3 razy więcej niż w rzeczywistości. Ciekawym kontrastem były eleganckie stare żyrandole i nowoczesne ekrany do zamówień w tym samym pomieszczeniu. Moją uwagę zwróciła też na pewno mozaika przedstawiająca elegancką parę. A że strój kobiecy był biały, a mężczyzna miał czarny garnitur, wyglądali mi trochę „ślubnie”. A może to tylko moje skojarzenia, skoro my sami byliśmy świeżo upieczonym małżeństwem 😉

Minęliśmy jeszcze kilka rzeźb, z czego jedna prawdopodobnie była fontanną, a także faktyczną fontannę (Fonte dos Aliados), po czym trafiliśmy pod ratusz. Tuż przed nim znajdował się pomnik polityka, który nazywał się Almeida Garrett i był także dramaturgiem i poetą. Sam gmach ratusza wydał mi się bardzo elegancki i ciekawy architektonicznie, ale moją uwagę momentalnie zwróciła wieża z zegarem. Warto było jednak nie tylko zadzierać głowę do góry, ale również patrzeć pod nogi, bo w posadzkę wmurowano tablicę upamiętniającą wizytę Jana Pawła II.

Obeszliśmy budynek i na jego zapleczu betonoza nieco ustąpiła zieleni. Kwitnące kwiaty stały się zachętą do pozowania nie tylko dla nas, turystów, ale też dla nastolatek, które nagrywały coś telefonami, pozując i tańcząc. Szczególnie ładnie wyglądała okrągła fontanna otoczona tulipanami, podeszliśmy tam jednak chwilę później. Najpierw podeszliśmy pod kościół Św. Trójcy (Igreja da Santíssima Trindade) z XIX wieku. Próbowaliśmy tam zajrzeć, ale nie było to możliwe. W międzyczasie udało się i nam doczekać kawałka wolnej przestrzeni do zapozowania wśród barwnego kobierca kwiatów. Wówczas mogliśmy ruszyć dalej, mijając kwitnące drzewa, komponujące się znakomicie z muralem prezentującym kobietę, wokół której jakby wirowały kwiaty.

Niedługo potem zahaczyliśmy o piekarnię, a potem spacerowaliśmy z wypiekami w łapkach. Myśleliśmy, że podejrzymy od środka targowisko Mercado do Bolhão, jednak zapomnieliśmy, że mamy niedzielę i do przewidzenia było, że nie będzie czynne w tym dniu. Rzuciliśmy tylko okiem przez szybę w kilku miejscach.

Następnym obiektem na naszej trasie była Kaplica Dusz (Capela das Almas de Santa Catarina). Wejście do środka nie było możliwe, ale już jej widok z zewnątrz nie pozostawiał nikogo obojętnym i prowokował, by się zatrzymać. Wszystkie ściany, nawet wieża, aż po sam dach, pokryte zostały postaciami i scenkami z azulejos. Ludzie przystawali i wszyscy się z nimi fotografowali. Każdy szukał kawałka ściany dla siebie albo czekał aż ktoś zrobi sobie zdjęcie, by zająć jego miejsce. I my poświęciliśmy na to chwilę. Podeszliśmy też do „wiosła” – informowano tam, że choć kaplica pochodziła z początku XVIII wieku, to samymi płytkami pokryto ją w 1929 roku.

Dalej czekał nas spacer zatłoczona alejką pełną ludzi. Na początku Rua da Santa Catarina weszliśmy jeszcze do sklepiku z pamiątkami. Było ich tu zatrzęsienie, więc i my wsiąkliśmy. Podobały mi się kubeczki do pary, ale uznałam ich transport za niepraktyczny ze względu na wagę i kruchość. Podobnie było z ceramicznymi żółwikami całymi w azulejos, choć wyszły nieco pstrokate. Do Polski zawieziemy za to pocztówki, a nawet portugalskie ściereczki kuchenne 😉 Tymczasem Michał dorwał kolejną koszulkę do kolekcji i torbę płócienną o równie kolorowym wzornictwie co wspomniane żółwiki.

Wpadliśmy na moment do bazy, nim ruszyliśmy dalej. Tym razem skierowaliśmy się ku kościołowi Św. Ildefonsa (Igreja Paroquial de Santo Ildefonso). I znów, nie dało się wejść do środka, ale budynek miał fajne ściany z azulejos, a właściwie front i fragmenty bocznych ścian najbliżej frontu. Dodatkowo świątynia znajdowała się na lekkim wzniesieniu, więc prowadziły do niej schodki. Nie tylko my planowaliśmy złowić ją w kadr, ale nie odwiedzano jej tak licznie jak Kaplicę Dusz.

Idąc dalej, minęliśmy fontannę i dotarliśmy w okolicę teatru Teatro Nacional São João. Młodzież kręciła się przed tym ciekawym architektonicznie budynkiem, ale my i tak podeszliśmy najpierw pod pomnik króla Piotra V. Miejsce nazwano Placem Bitwy (Praça da Batalha). Podobno stoczyli ją chrześcijanie i Maurowie w XVIII wieku. Obróciliśmy się, ale młodzi Portugalczycy dalej jeździli na rowerach czy podpierali ściany, więc o „czysty kadr” z teatrem byłoby trudno, zatem nie czekaliśmy dłużej.

Następnym obiektem, na który trafiliśmy, była kaplica Capela dos Alfaiates. Usytuowano ją dość ciekawie, bo jakby na rozdrożu dwóch ulic. Poza portalem i dużym oknem nad nim, nie wyróżniała się niczym szczególnym, a jej koniec płynnie przechodził w zabudowę mieszkalną uliczek po obu stronach kaplicy.

Dotarliśmy do skrzyżowania ze światłami, gdzie za nim stała kamienna wieża ze schodkami (Torre do Postigo do Sol). My jednak odbijaliśmy w prawo. Minęliśmy pomnik biskupa i misjonarza D. António José de Sousa Barroso i za nim skręciliśmy w lewo. Wzdłuż rzędu kwitnących magnolii dotarliśmy do portalu, przez który wchodziło się do dziedzińca kościoła Igreja de Santa Clara, a przez kolejne drzwi do jego przedsionka. Zaaranżowano tu kasy biletowe i sklepik. Okazało się, że piętnastowieczna „Santa Clara” dostępna była tylko do zwiedzania z przewodnikiem i to tylko o określonych godzinach (np. o 16:30, a my przyszliśmy o 16:37), więc odpuściliśmy jej zwiedzanie, za to kupiłam sobie pocztówkę z widokiem ze środka. Pan na kasach – poliglota – zapytał skąd jesteśmy i powiedział po polsku „dzień dobry” czy jakieś inne zwroty grzecznościowe.

Przespacerowaliśmy się w stronę rzeki Duero i znaleźliśmy się na moście Luisa I (Ponte Luis I). Było to bardzo ciekawe miejsce. Ulicą jeździły tramwaje, które wjeżdżały na most z tunelu. Także zabudowa wokół intrygowała. Była widoczna wielopiętrowość, podobnie jak w poprzednich odwiedzonych przez nas miastach, choć nie tak wyraźna jak w Lizbonie. Ale niestety sporo budynków Ribeiry niszczało, pozostawiono je bowiem same sobie. To z jednej strony tworzyło klimat, ale z drugiej – było nieco smutne. I kontrastowe, gdy w sąsiedztwie ruin mieściły się np. hotele. Wracając do samego mostu, został zaprojektowany przez ucznia Eiffela. Mieliśmy okazję widzieć go wielokrotnie – rano z pociągu, następnie z bliska, jeszcze za jasnego, a finalnie podświetlony po zapadnięciu zmroku z jednej z knajpek, gdzie postanowiliśmy uzupełnić kalorie po całym dniu.

Zanim jednak daliśmy sobie czas na posiłek, wybraliśmy się jeszcze do Katedry Sé. Po drodze stał Vímara Peres – a właściwie przedstawiono go w ramach pomnika konnego. Gdy zaczęłam o nim czytać, okazał się pierwszym hrabią Portugalii, a przy tym dowiedziałam się, że Porto dawniej zwane było Portus Cale i od tego wzięła się pierwsza nazwa kraju – Portucale.

Tymczasem Katedra Sé była kolejnym kościołem, który odwiedziliśmy na ostatni moment. Zamykali ją o 17:30, a my za dwie piąta kupowaliśmy bilety, ale udało się zobaczyć wszystko, tylko w żwawym tempie 😉 Pochodziła z XII wieku i wyglądała niczym kamienna twierdza z dwiema wieżami. Uwagę zwracała również romańska rozeta. Warto było zobaczyć ją także od środka, mimo jej prostoty. Nim zwiedziliśmy samą świątynię, w późniejszych latach przebudowaną w stylu barokowym, obeszliśmy dziedziniec z krzyżem pośrodku i kolumnadą wokół (tuż przed naszym wyjściem została fantastycznie podświetlona, bo zaczynało się robić ciemno) oraz z azulejos na ścianach (ponoć umieszczono na nich sceny z „Metamorfoz” Owidiusza, aczkolwiek nie byłam pewna, że chodziło o te, bo nie były jedynymi). Mijaliśmy też płyty nagrobne biskupów z XX i XXI wieku oraz ewidentnie starsze kamienne grobowce.

Niedługo później znaleźliśmy się też na tarasie koło wieży, ale sama wieża była niedostępna. Również w tym miejscu znajdowała się panoramiczna ilustracja z azulejos. Ta część budowli także wyglądała architektonicznie ciekawie przez swoją złożoność. Gdy wróciliśmy do wnętrza, duże wrażenie robił w jednej z sal sufit podzielony na kawałki, z których każdy wypełniał inny obraz, a pośrodku umieszczono Archanioła Michała. W tym pomieszczeniu nie tylko drzwi, ale i okna miały płaskorzeźbione wykończenia, a dodatkową atrakcją był bogato zdobiony kominek. Oczywiście i tu nie zabrakło azulejos, gdyby komuś było mało ciekawostek na metr kwadratowy 😉

Zeszliśmy do pomieszczenia, gdzie w gablotach umieszczono szaty i naczynia liturgiczne. Jeszcze niżej mieścił się inny ciekawy pokój, z mnogością szuflad. Nad systemem komód w złoconych ramach umieszczono obrazy. Nie zabrakło też malowideł naściennych. W tym bogactwie zegar między drzwiami niemal znikał.

Wreszcie przeszliśmy przez sam kościół z jego licznymi kaplicami i ołtarzami, najwięcej czasu poświęcając jednak prezbiterium. Ołtarz główny prezentował patronkę świątyni czyli scenę Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Nad stallami mieściły się dodatkowe miejsca jakby na chórze. Całość prezentowała się na tle kolorowych ścian – naprawdę było na czym zawiesić oko. Odwracając się w stronę rozety i organów, widziało się jednak całe romańskie piękno tej budowli, z łukami i monumentalnymi kamiennymi filarami. Stanowiło to ciekawy kontrast – jakby obrót o 180 stopni przenosił człowieka w czasie.

Spacerując ponownie ku rzece Duero, szliśmy niejako wzdłuż murów wokół katedry i trafiliśmy na fontannę z herbem portugalskim Chafariz da Rua Escura oraz pobliski taras widokowy. Dopiero wtedy zeszliśmy ulicą Rua de D. Hugo. Na jej dalszym odcinku trafiliśmy na kaplicę Capela Nossa Senhora das Verdades. Za nią ciągnęły się schody w dół. Mogliśmy zanurzyć się w różnorodną zabudowę Ribeiry, także tę bardziej opustoszałą. Kolorowe stragany czy rozwieszone ubrania tym mocniej tu kontrastowały. Ponownie znaleźliśmy się przy Moście Luisa I, ale tym razem przy jego dolnej kondygnacji, gdzie jeździły samochody. Umieszczono tu informację, że „Most lekko drży, gdy przechodzi po nim tłum.” Po drugiej stronie ulicy znajdowała się kolejka na wzgórze, a obok właściwego mostu pozostałość po poprzednim – Pilares da Ponte Pênsil. Jakiś gość robił akurat pokaz dla zgromadzonych ludzi, ale długo się zabierał za właściwą część przedstawienia, więc poszliśmy dalej.

Na nabrzeżu rozstawiono kramiki. Rzeka Duero wyglądała malowniczo w zachodzącym słońcu i potem – widać było ruch wody, chociaż byliśmy blisko ujścia i oczekiwałabym spokojniejszego nurtu, to jednak zmarszczki na wodzie zarysowywały się dość wyraźnie. Po drugiej stronie rzeki pozornie nieciekawe budynki zyskały po ich podświetleniu. Michał dopatrzył się tam również kolejki linowej.

Kawałek dalej weszliśmy wyżej w poszukiwaniu restauracji. Zjedliśmy zupę na bazie ziemniaków, w smaku przypominała jednak Michałowi kalafiorową. Spróbowaliśmy też rybnej i mięsnej przekąski przypominających bolinho de bacalhau, którymi zachwycaliśmy się w Lizbonie. Potrzebowaliśmy przystanku nie tylko na jedzenie, ale też aby się zagrzać, więc rozsiedliśmy się jeszcze z herbatą.

Posileni i nieco mniej zmarznięci ruszyliśmy dalej wzdłuż wody, skręcając w miasto przy fontannie Fonte Monumental da Ribeira. Tutejszą wieżę częściowo zasłonięto, jakby była w remoncie. Szliśmy dalej, mijając kolejne ciekawe architektonicznie obiekty, ale że zapadł już zmrok, kierowaliśmy się jednak do bazy. Tego dnia zaserwowaliśmy sobie jeszcze drugi obiadek w restauracji przy hotelu. Spróbowałam tortelloni z serem ricotta i szpinakiem w sobie pomidorowym, choć nie był to posiłek niedostępny w polskich warunkach. Podobnie Michał nie brał nic wyszukanego ani lokalnego. Natomiast do tego dostaliśmy na spróbowanie po kieliszku wina – ja preferowałam białe, mój mężuś czerwone. Na koniec dnia zrobiłam jeszcze użytek z wanny w pokoju. Chociaż mogło to bawić, po całym dniu kąpiel w pianie naprawdę pozwalała się odprężyć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *