Pełen dzień w Porto pozwolił poczuć klimat miasta i zwiedzić wszystko to, na co jeszcze nie było czasu. Dlatego zjedliśmy solidne śniadanie. Hotel miał szeroką ofertę w ramach szwedzkiego stołu. Część rzeczy posmakowała mi już w Lizbonie i wybierałam je jako takie „pewniaki”, inne (szczególnie ciasta) brałam specjalnie na spróbowanie.
Tego dnia zobaczyliśmy tyle kościołów, że momentami mieszało mi się, co było w której świątyni. Na szczęście miałam Michała, który więcej treści przyswajał na bieżąco i zrobiłam niemal 1400 zdjęć, które miały mi pomóc to przetrawić w późniejszym terminie. Dużą wartością okazały się po raz kolejny nasze wieczorne nagrywane rozmowy o tym, co tego dnia przeżyliśmy.

Przeszliśmy na początek przez Praça da Liberdade, przy którym mieścił się bank Banco de Portugal. Stała przed nim długa kolejka. Był to pierwszy roboczy dzień w miesiącu, więc być może ludzie mieli do odebrania swoje wypłaty? Były to jednak nasze domniemania, których nie sprawdzaliśmy w żaden inny sposób.
Trafiliśmy na frontową fasadę Kościoła Kleryków (Igreja dos Clérigos), z prowadzącymi do świątyni schodami, ale że planowaliśmy ten punkt na później, ruszyliśmy dalej ulicą Rua da Flores w stronę nabrzeża. Deptak oferował gdzieniegdzie ciekawe architektonicznie budynki, część z nich pokrywało także azulejos. Zatrzymaliśmy się przy kościele Igreja da Misericórdia z drugiej połowy XVI wieku, choć przebudowanym w późniejszych latach. Kawałek dalej, ciekawostkę dla mnie stanowił naścienny termometr ze skalami Celsjusza oraz Fahrenheita. Wskazywał 14 stopni w tej pierwszej i jakieś 57 stopni w tej drugiej. Wyszliśmy praktycznie naprzeciwko Palácio das Artes (Pałac Sztuk) z datą 1835 r. w centralnym kartuszu. Po naszej stronie minęliśmy ciekawą fasadę apteki.





Kierując się dalej ku rzece, kawałek dalej minęliśmy budynek z lat 80 XIX wieku – Mercado Ferreira Borges, dziś centrum kulturalne. Następnie wyszliśmy na skwerze z pomnikiem Henryka Żeglarza, od którego plac otrzymał swoją nazwę (z globusem, jako że był czołową postacią wśród portugalskich odkrywców). Za nim stał charakterystyczny, klasycystyczny budynek, także stanowiący atrakcję turystyczną – Pałac Giełdy czyli Palácio da Bolsa. Zdjęcia ze środka przykuwały oko. Podobno współcześnie realizowano tam różne uroczystości, także prywatne. Znajdował się na miejscu dawnego konwentu Św. Franciszka. Pewnie dlatego po sąsiedzku stał kościół pw. Św. Franciszka (Igreja de São Francisco), do którego zamierzaliśmy wrócić niedługo.


Przeszliśmy na drugą stronę ulicy. gdzie znajdował się kościół parafialny Św. Mikołaja (Igreja Paroquial de São Nicolau). Następnie odbiliśmy w lewo i chwilę później na własnej skórze przekonaliśmy się, że trzeba sprawdzać, czy obiekty są otwarte w poniedziałek. Zarówno Dom Infanta (Casa do Infante), jak i muzeum World of Discoveries (to drugie już sprawdziliśmy w sieci), które braliśmy pod uwagę jako alternatywę dla niego były niedostępne w tym dniu. Aczkolwiek dom, w którym podobno urodził się Henryk Żeglarz, bo o nim mowa, udało nam się chociaż zobaczyć, nawet jeżeli nie zajrzeliśmy do jego wnętrza. Szkoda mi było wystawy dotyczącej tej postaci, a zlokalizowanej wewnątrz budynku. Ciekawy był portal prowadzący do tej posesji, ale napisy łacińskie stanowiły dla mnie większą zagadkę niż potencjalne portugalskie, gdyby się tam znalazły.




Gdy zawróciliśmy, zajrzeliśmy na chwilę do kościoła Św. Mikołaja, który okazał się jednonawowy. Poza pozłacanymi elementami wystroju wydawał się prosty zza sprawą gładkich, białych ścian. Jedynie na suficie znalazły się delikatnie płaskorzeźbione zdobienia, a tuż nad posadzką fragmenty ścian wyłożono płytkami. Po wyjściu okazało się, że z tej okolicy kursuje tramwaj turystyczny, który cieszył się sporym zainteresowaniem. Tymczasem my pokonaliśmy schodki, by po chwili znaleźć się w następnej świątyni.


W kościele pw. Św. Franciszka, który miał również swoje muzeum (Igreja e Museu de São Francisco do Porto) spędziliśmy, jak to ujął Michał, „przyzwoite półtorej godziny”. Mój mąż zwrócił uwagę na elementy neoklasycystyczne i w stylu rokoko – ponoć zachowane najlepiej w skali kraju. Na początek zwiedziliśmy mniejszy obiekt, kościół wybudowany dla zakonu „III Orderu”. Na suficie namalowano anioły. Sufit i ściany były płaskorzeźbione, podobnie jak boczne ambony. W niszach na bocznych ścianach znajdowały się figury świętych. W oparciach ławek wycięto otwory na kształt krzyża, co również zwróciło moją uwagę. Na pewno najbardziej zdobnym elementem był ołtarz, z wysokim obrazem pośrodku, a kolumnami po bokach.






Następnie weszliśmy do zakrystii i umywalni. W tych kilku salach zebrano nieco sztuki sakralnej. W gablotach wisiały krzyże, stały figury, w tym maryjne czy przedstawiające świętych, gdzieniegdzie wisiały obrazy. Warto było także zadrzeć głowę do góry i popodziwiać zdobienia na sufitach. Ponadto trafiliśmy na wystawę stojącą pośrodku jednej z sal, gdzie umieszczono strony ze starych ksiąg czy listów, ale łacina nie sprzyjała zrozumieniu tych treści. Jedno z pomieszczeń z kolei, zgodnie z przeznaczeniem, nazwano wprost „salą rzeźby religijnej”. Zebrane tu prace pochodziły z XVIII wieku. Nie zabrakło wśród nich także wizerunku Św. Franciszka. Uwagę zwracała także kamienna, nie unowocześniana na siłę, posadzka.






Wyżej znaleźliśmy się w pokoju (z portretami jakichś eleganckich mężczyzn), który miał kilka ozdobnych portali kamiennych. Każde z tych drzwi podpisano i prowadziły do innych pomieszczeń, kierowały np. do administracji, sekretariatu czy sali „sesji”, a zatem zapewne tam odbywały się ważne spotkania czy narady. Zdecydowanie ta ostatnia wyglądała najbardziej reprezentacyjnie. Wokół dużego stołu stały krzesła z obiciami w kolorze spójnym z barwą ścian. Całości dopełniały pozłacane zdobienia i wielkie obrazy przedstawiające np. dostojników kościelnych. Drzwi, które niestety były zamknięte, ale których znów było bez liku, kompozycyjnie pasowały do zdobień sufitu. Na końcu sali umieszczono ogromny krucyfiks, na pewno dobrze widoczny dla wszystkich zebranych, a nad stołem wisiał kryształowy żyrandol. „Skarby” tzw. „III Orderu” mogliśmy obejrzeć już chwilę później. Stanowiły je monstrancje, naczynia liturgiczne, portrety jego przedstawicieli. Ciekawostką dla mnie był na pewno herb zgromadzenia, przedstawiony w formie kolorowej płaskorzeźby. Dowiedzieliśmy się także, że franciszkanie przebywali tu przez 600 lat.





Następnym punktem na naszej trasie była krypta, która dzieliła się jakby na kilka pomieszczeń. Wybudowana została pierwotnie dla braci z III Orderu w 1746 roku. W każdej części ekran umiejscawiał nas w katakumbach i podkreślał rzeczy, które powinny szczególnie zwrócić uwagę zwiedzających. Przykładowo, w pierwszej strefie wspomniano, że zbudowano ją w latach 1746-1749 pod nadzorem malarza i architekta Florentino Nicolau Nasoniego, o którym mieliśmy jeszcze usłyszeć później. Każdy nagrobek miał swój numer i został opatrzony imieniem i nazwiskiem oraz datą śmierci zmarłego. Stamtąd przeszliśmy do części opatrzonej numerem 3, gdzie widełki czasowe obejmowały lata 1798-1803, a jako architekta podawano człowieka, który nazywał się António Pinto de Miranda.


Podczas dalszego zwiedzania po przejściu przez długą salę z reprezentacyjnie wystawionym nagrobkiem na środku i na końcu, i tak na pewno największe wrażenie zrobiło na mnie ossuarium, a także odsłonięte w niektórych częściach ceglane sklepienie. Natomiast dużym zaskoczeniem było znalezienie się nagle w sali z ceramiką z herbem III Orderu. Gdy zawracaliśmy, aby przejść dalej, zobaczyliśmy ekran, określający tę strefę numerem 2, datujący ją również na lata 1798-1803. Ze wspomnianym już Mirandą współpracował w tym zakresie Vicente Mazzoneschi. Na koniec przeszliśmy pomiędzy figurami świętych umieszczonymi jakby na lektykach do noszenia, być może podczas procesji.





Wyszliśmy przez sklepik i skierowaliśmy się do właściwego kościoła Św. Franciszka. Świątynia była miejscem, gdzie zabroniono fotografowania, dlatego na koniec zakupiłam harmonijkę ze zdjęciami. Żałowałam bardzo, bo miałam wypisane elementy, na które szczególnie trzeba by zwrócić uwagę we wnętrzu. Zauważyłam jednak, że ludzie niewiele sobie robili z tego zakazu, więc pozwoliłam sobie na kilka kadrów na pamiątkę, ale nie szarżowałam jak inni turyści. Korzystaliśmy za to z zakupionego uprzednio przewodnika w języku angielskim, co wiązało się z dopłatą 1 euro do biletów. Bogatszą bazą wiedzy były QR kody rozmieszczone w kościele, więc otwierałam sobie te karty na bieżąco i ich nie zamykałam, aby wrócić do nich później, szczególnie, że treści były wyłącznie w języku portugalskim.
Już sam portal robił wrażenie, ale po wejściu od razu dało się odczuć, że świątynię zaaranżowano „na bogato”. W środku było multum obrazów, pełno złota i zdobień. Na pewno uwagę zwracała rozeta – z zewnątrz wydawało się, że będzie kolorowa, a jednak widzieliśmy ją we wnętrzu jako jednobarwną. Przeszliśmy się wkoło od kaplicy do kaplicy, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Część z nich miała także ołtarze. Poświęcono je Matce Boskiej oraz świętym, np. Antoniemu czy Łucji. Najciekawszy był ołtarz z tzw. Drzewem Jessego (Árvore de Jessé). Na nie najbardziej czekałam i minęła nas tam nawet polska wycieczka, ale szli w przeciwnym kierunku niż my, więc nie za wiele podsłuchałam. Prezentowało ono genealogię Jezusa od Dawida do Józefa. Było gigantyczne, rzeźbione, naprawdę robiło wrażenie. U szczytu alegoryczny obraz kościoła flankowały alegorie Wiary i Mądrości. W poszczególne gałęzie drzewa wpleciono trzynaście postaci, a korzenie wyrastały jakby z ciała czternastej czyli Jessego. Na dolnych gałęziach umieszczono Dawida, koronę drzewa domykał z kolei Józef. Aby dopełnić tego „obrazu”, w niszy powyżej umieszczono Madonnę z Dzieciątkiem, a po jej obu stronach jej rodziców czyli Joachima i Annę. Po bokach drzewa umieszczono jeszcze figury czterech franciszkańskich doktorów kościoła, którzy jak dla mnie wyglądali niemal identycznie względem siebie.

Po wyjściu zatrzymaliśmy się przy balustradzie, dając sobie moment na złapanie oddechu i popatrzenie w kierunku rzeki. Gdy ruszyliśmy dalej, kluczyliśmy uliczkami, chcąc odhaczyć parę punktów po drodze. Ciekawostkę stanowiła okolica kościoła Igreja de São João Novo. Widzieliśmy tam np. Trybunał. Gmach okazał się jednak trudny do obejrzenia całościowo, bo uliczka była wąska. Plac, na którym się zatrzymaliśmy, też zdawał się nieco klaustrofobiczny. Dojeżdżały do niego same wąskie uliczki i niesamowite wrażenie robiły wjeżdżające tu samochody. Wydawało się, jakby nie było dla nich wystarczająco miejsca, a jednak dawały radę. a turyści z niedowierzaniem przystawali na chodnikach i obserwowali to zjawisko. Większe samochody na zakrętach zahaczały o chodniki, inaczej by nie wyrobiły na łukach. A jednak nikomu nic się nie stało i każdy przejechał, gdzie chciał przejechać. Tymczasem my ruszyliśmy dalej niewiele szerszymi schodkami w dół.



Kierowaliśmy się przez Rua da Vitória na monaster Św. Benedykta (Mosteiro de São Bento da Vitória). Po drodze trafiliśmy na kilka fantastycznych punktów widokowych. Na tarasie widokowym Miradouro da Vitória (albo jak my będąc tuż nad nim) dało się sfotografować panoramę rzeki z mostem w oddali. Można było spojrzeć na miasto, a dominantą pośród budynków była Katedra Sé. Z tej perspektywy miasto wyglądało naprawdę ciekawie, jak złożony obraz, który świetnie wyglądał w całości, ale byłby wyzwaniem, gdyby chcieć go np. przerobić na puzzle. Wspięliśmy się ciut wyżej pod kościół Igreja Paroquial de Nossa Senhora da Vitória z XVI wieku. Naprzeciwko znaleźliśmy ulicę Św. Michała i kazałam Michałowi przystanąć tam do zdjęcia 😉 Poza tym nieopodal był jeszcze jeden punkt widokowy, więc i tak nacieszyliśmy oczy. Zdecydowanie dawał szerszą perspektywę, a i turyści nie stali na tyle gęsto, by nie dało się podejść 😉




Stamtąd mieliśmy już bliziutko do Mosteiro de São Bento da Vitória. Zaglądając niby do wspomnianego monasteru, pomimo napisu na drzwiach, znaleźliśmy się nagle w teatrze, więc przysiedliśmy z mapką i lokalnymi ulotkami, aby się naradzić, co dalej. Ze względu na umieszczenie go w zabudowie, obeszliśmy jakby tylko budynek klasztorny i poszliśmy dalej zgodnie z naszą listą. A szkoda, bo w środku miały być według informacji na „wiośle” chociażby sceny z życia Św. Benedykta.

Wkrótce znaleźliśmy się na placu Largo Amor de Perdição. Umieszczono na nim rzeźbę mężczyzny (pisarza Camilo Castelo Branco?) trzymającego kobietę w objęciach. Nazwa placu oraz rzeźby w wolnym tłumaczeniu mogłaby oznaczać „miłość aż do zatracenia” 😉 Był to także tytuł opowieści obyczajowej wspomnianego autora, który tak swoją drogą miał ciekawe życie. Według Wikipedii studiował medycynę, potem teologię, ale finalnie i tak poświęcił się literaturze. Pochodził z Lizbony, w Porto studiował. Uwiódł mężatkę, za co został aresztowany na trzy lata. Ona również została zatrzymana. Gdy ponownie znaleźli się na wolności, para postanowiła razem wyjechać na wieś (w międzyczasie jej mąż zmarł) i tam zamieszkać.

Obok, w sąsiedztwie sądu (Tribunal da Relação do Porto) z rzeźbą Sprawiedliwości, był ciekawy park. Duże wrażenie robiła alejka z drzewami, bardzo szerokimi u podstawy, a na nich rosły paprotki. Beczułkowaty kształt polskich drzew kojarzy się od razu z chorobowymi naroślami, tu wyglądało to bardzo naturalnie, aczkolwiek zaskakująco. Pomiędzy umieszczono serię rzeźb z mężczyznami na trybunach, z czego dolna postać zawsze leżała plecami w dół, jakby spadała, a pozostali się z niej śmiali. Wydało nam się to mocno abstrakcyjne. W obrębie zbiornika wodnego na postumencie znajdowało się popiersie jakiegoś mężczyzny. Minęliśmy także fontannę i jeszcze dwa pomniki – tym razem bosej kobiety w stroju kojarzącym mi się ze wsią oraz pisarza Ramalho Ortigão. Niedaleko znajdowało się „wiosło”, gdzie wyczytałam informację, że park projektował Emil David – ogrodnik niemiecki.




Stamtąd podeszliśmy pod napis Porto, który okazał się dość popularnym i obleganym miejscem, więc o fajne kadry było trudno. Jakiś tatuś fotografował czwórkę dzieciaków. Nie dość, że dzieciaki wspinały się na napis, to szalały wszędzie wokół. Jedna dziewczynka nawet przez moment utknęła w przerwie między literami, ale jakoś się wygramoliła. Innej spadł kapelusz. Mężczyzna robił im różne ujęcia, po czym biegał z aparatem za każdym z dzieci osobno, by miały zdjęcia także w pojedynkę. Zajęło to mnóstwo czasu i zaczęła się formować kolejka. Udało mi się jednak ustawić do zdjęcia z pustym, nieobleganym napisem, chociaż na chwilę, nim dwóch studentów wbiegło na literki, nic sobie nie robiąc z mojej obecności i pozując koleżance. Nawet nieco zbulwersowałam się tak szczeniackim zachowaniem i uznałam, że pójdziemy dalej, a później wrócimy i zrobię zdjęcie Michałowi albo uda się nam złapać wspólny kadr.

Tymczasem podeszliśmy na plac z Fontanną Lwów (Fonte dos Leões). Obok znajdował się sklep uniwersytecki. Kupiliśmy w nim puzzle z planem Lizbony z 1833 roku, choć do wyboru było także Porto i inne miasta świata (np. Praga czy Nowy Jork). Dodatkowo dorwałam koszulkę z żółwiem zielonym <3 czyli po portugalsku Tartaruga verde 🙂 Także uznałam, że legalnie zwiozę z Portugalii żółwia. Nic to, że tym samym miałam już cztery pamiątkowe koszulki 😉 Żółwia bym nie odpuściła, chyba, że nie mieliby mojego rozmiaru. A jeszcze portugalski napis, żeby było wiadomo, skąd przywieziony? Idealnie! 🙂 Zaintrygowało nas także, że pod arkadami przy sklepie był wielki model Księżyca i gdy mijaliśmy go potem ponownie po zmroku, faktycznie świecił, tak jak wcześniej domniemywał Michał. Odchodząc kawałek dalej, mogliśmy spojrzeć na budynek Uniwersytetu w pełnej krasie.



Za to kościoły karmelitów (jakby dwa w jednym: Igreja do Carmo oraz Igreja dos Carmelitas) obejrzeliśmy z zewnątrz. Nie planowaliśmy ich i tak oglądać w środku. Za mniejszą stawkę może nawet byśmy zajrzeli na szybko, ale zniechęciła nas wysoka cena. Oczywiście zapoznaliśmy się z informacjami na „wiosłach”. Faktycznie ciekawe było to, że boczną ścianę osiemnastowiecznej świątyni już w XX wieku pokryto właściwie w całości azulejos. Druga świątynia pochodziła z XVII wieku.
My tymczasem weszliśmy naprzeciwko, do Noshi Coffee, knajpki ze zdrowszą żywnością – po pierwsze na obiad (choć myśleliśmy, że na ciastko i herbatę), po drugie, by przeczekać niepewną aurę (faktycznie ominął nas deszcz). Wybrałam na ciepło kanapkę o nazwie Francesinha (Francuzeczka), z której Porto słynie. Zawierała dużo sera i szynki, a do tego była oblana pomidorowym sosem. Michał zamówił focaccię z kurczakiem i szynką. Poza tym herbatę podano w ciekawym dzbanku, który wylewał płyn po nałożeniu go na kubek. Michał tymczasem preferował kawę. Każde z nas wzięło też dla smaku po kawałku ciasta.


Po wyjściu ponownie przeszliśmy przez plac z lwami. Kierowaliśmy się w stronę Kościoła Kleryków (Igreja dos Clérigos) i Wieży Kleryków (Torre dos Clérigos). Po drodze mijaliśmy księgarnię Livraria Lello, w której podobno pani Rowling wpadła na pomysł Harry’ego Pottera. Obiekt był biletowany (!), a ceny zwalały z nóg. Obecność przewodnika wiązała się z dodatkowym kosztem. Jedyny plus stanowił fakt, że jeśli kupiło się jakieś książki, pomniejszano ich koszt o cenę biletu. Mimo tego szaleństwa, kolejka na zewnątrz była naprawdę długa i stał tam elegancko ubrany konsjerż, koordynujący gości przed wejściem. Część fasady ozdobiono na wzór grzbietów książek, a zgodnie z treścią na „wiośle” (tak, księgarnia też je miała), jej historia sięgała 1881 roku.


Naprzeciwko księgarni był grajek, którego występ przywołał duży uśmiech na moją buzię. Łapał za serce, zarówno repertuarem, jak i wykonaniem. Nawet dorzuciłam mu się do zbiórki – każdej takiej osobie dziękował po angielsku i posyłał serdeczny uśmiech. Dodatkowo na planszy umieścił QR kody do płatności i do jego social mediów. Miał na imię Nicolai, grał na gitarze i bardzo podobała mi się jego barwa głosu. Na miejscu słyszeliśmy m.in. „Halleluyah”, a później z wieży „Englishman in New York”.
Idąc dalej, minęliśmy pomnik biskupa Porto, który nazywał się António Ferreira Gomes. Następnie dotarliśmy do kościoła, który nie był biletowany, natomiast wieża już tak. Mogło to wynikać z faktu, że w wieży znajdowały się również ekspozycje muzealne, więc była czymś więcej niż punktem widokowym. Na parterze dało się też kupić pamiątkowy banknot o nominale 0 euro reklamujący wieżę jako najlepszy widok 360° na Porto.


Obiekt wydał się nam już z zewnątrz ciekawy i architektonicznie pełen detali. Kościół w środku miał owalny kształt, był dość wysoki, a wieczorami ponoć realizowano tam pokazy świateł, dlatego stało całkiem sporo projektorów. Według ulotki co dzień w południe od 2014 roku realizowano tam koncerty organowe. Kopulasty dach również był raczej owalny niż okrągły i prawdopodobnie musiał mieć jakiś rodzaj świetlika, skoro zdawało się tamtędy wpadać światło. W niszach ścian umieszczono dodatkowe ołtarze z bogactwem figur i innych zdobień. Ołtarz główny z dwóch stron ograniczały dwa filary, które wyżej rozdzielały się na mniejsze. Główną postacią tam przedstawioną była Matka Boska. Dodatkowo w prezbiterium wzrok przyciągały organy i stalle, co ciekawe, jedne i drugie występowały symetrycznie do pary. W świątyni uwagę zwracały także balkoniki. Do obejrzenia była jeszcze zakrystia z obrazami i sztuką sakralną.





Następnie znaleźliśmy się w sklepiku i kasach. Na ten moment nabyliśmy tylko bilety. Dzięki nim przekroczyliśmy bramki i weszliśmy do części muzealnej. W pierwszym pomieszczeniu znalazło się dużo informacji architektonicznych. Decyzję o wybudowaniu własnego kościoła Bractwo Kleryków podjęło w 1731 roku. Obiekt powstał w latach 1732-1763. Tę salę w dużej mierze poświęcono architektowi. Nicolau Nasoni pochodził z Włoch i urodził się w 1691 roku w Toskanii. Działał głównie w Portugalii, zaprojektował wiele budynków, w tym kompleks, który aktualnie zwiedzaliśmy (kościół + dom kleryków czyli dzisiejsze muzeum + wieża), a nawet został pochowany w podziemiach. W ostatnich latach przeprowadzono prace archeologiczne, by znaleźć jego nagrobek, a zamiast spodziewanych 11 krypt, znaleziono aż 23. Przeprowadzono zatem badania celem identyfikacji. Stwierdzono, że kilka szkieletów pasowałoby do niego, a przy tym zidentyfikowano kilka innych osób. Dodatkowo w sali opowiedziano o życiu prywatnym artysty i pokazano drzewo genealogiczne z potomkami Nasoniego, który szybko został wdowcem i dopiero z drugą żoną miał liczne potomstwo.





Następne pomieszczenie miało wielki stół pośrodku, krzesła z czerwonymi obiciami ze skóry i damaszku oraz obrazy jakby dostojników kościelnych na ścianach wokół. Podejrzewałam, że służyło ważnym zebraniom i rzeczywiście, to tu zarządzano sprawami Bractwa. Na obrazach natomiast jak się okazało, widnieli ich dobrodzieje. Następny pokój nazwano „Pokojem Kufra” i to w nim przedstawiciele Bractwa trzymali ważne dokumenty, srebra i tekstylia. Otwierany był aż trzema kluczami jednocześnie, a w ich posiadaniu byli sędzia, sekretarz i skarbnik. W pomieszczeniu obok dokumenty wytwarzano, ale i archiwizowano.



Następna wystawa nie wydała mi się szczególnie interesująca. Opisywano różne postaci związane z Bractwem, aż do czasów współczesnych, czasem plansze bogate w tekst i zdjęcia tych ludzi wzbogacając o gablotki z różnymi związanymi z Bractwem przedmiotami. Ale był punkt, gdzie wsiąkłam totalnie. Jeszcze tam nie dotarłam, a już usłyszałam… hymn Portugalii. Ożywiłam się od razu, bo co jak co, ale jak się kibicuje Portugalii w piłce nożnej od 20 lat, to się ów hymn rozpoznaje 😉 Znalazłam stanowisko, które mówiło o wieży jako o jednym z symboli Porto. I to w tym ekranie multimedialnym częścią opowieści był hymn narodowy. Film opowiadał także o tym, jak z biegiem lat wieża pięła się w górę, aż osiągnęła docelową wysokość, o tym, że był na niej zegar i że służyła za latarnię morską. Autorem muzyki do hymnu był Alfredo Keil, który jednocześnie namalował obraz prezentowany na tym ekranie, ilustrujący wieżę.


Sami kierując się piętro wyżej, mogliśmy zajrzeć do kościoła ze wspomnianych balkoników i z chóru. Idąc po krętych wieżowych schodach jeszcze wyżej, doszliśmy do kolejnej wystawy. Miała ona wydźwięk religijny. Kolejnych kilka pomieszczeń dotyczyło rozwoju chrześcijaństwa, które niejako stało się „towarem eksportowym” Portugalii. Z pomocą swojej kultury i sztuki wpłynęli na to, jak dziś postrzegamy niektóre postaci biblijne i świętych. W pierwszym pomieszczeniu zebrano przedstawienia z życia Chrystusa, nie tylko z drogi krzyżowej. Ale później inną przestrzeń poświęcono na same krucyfiksy. Różnym układom ciała Jezusa na krzyżu nadano nazwy i przeznaczono na to odrębne strony pokoju. Ponoć to właśnie Portugalczycy przyczynili się do tego, że tak teraz prezentujemy ukrzyżowanie. Dodatkowo w gablotach znalazły się relikwiarze i krzyże procesyjne. Część tej kondygnacji poświęcono także, aby przybliżyć temat wykopalisk wspomnianych już w kontekście architekta Nasoniego.







Przy ostatnich schodkach znajdowała się wystawa 66 rzeźb (33 drewniane, 33 z brązu) będących interpretacjami ukrzyżowania Chrystusa, wyrzeźbionych przez jednego artystę, Paula Nevesa oraz oś czasu z budowlami sakralnymi.
Pięliśmy się dalej po kolejnych stopniach, gdzieniegdzie łapiąc widoki z okien, a czasem zerkając w górę ku dzwonom. Przed samym wejściem na wieżę (najwyższą portugalską dzwonnicę wszechczasów) zaproponowano nam zrobienie trzech zdjęć na greenscreenie. Pierwsze miało nas umieścić na wieży tak po prostu, drugie wtulonych na zbliżeniu, na trzecim mieliśmy udawać, że Michał mnie zepchnie, a ja się boję 😉 Chyba to ostatnie wyszło najmniej autentycznie, w słodkie ujęcia idzie nam lepiej 😉 Decyzję zostawiono nam na koniec zwiedzania. Tam uznaliśmy, że jeśli jedno kosztuje 10 euro, dwa 15 euro, a trzy 20 euro, to nie chcę wybierać i bierzemy wszystkie, nawet jeśli cena w przeliczeniu na złotówki była absurdalna. Raz w życiu ma się podróż poślubną 😉


Na wieży na pewno na plus była możliwość obejrzenia widoków w każdą stronę i przejścia naokoło, co jednak wiązało się z przeciskaniem pomiędzy innymi turystami, bo było wąsko. Teoretycznie określono kierunek przemieszczania się, ale niektórzy ludzie się tym nie przejmowali. Kiedy mijał mnie mężczyzna dwa razy większy ode mnie i jeszcze z nabitym plecakiem, to naprawdę mocno się opierałam i starałam się nie wypuścić telefonu. Szczególnie, że miałam co fotografować i jednak cały czas trzymałam włączony aparat. Nie dość, że widoki okazały się fajne, to przygotowano tabliczki z atrakcjami turystycznymi, które znajdowały się w danym kierunku i podawano, w jakiej odległości. Porównano także Torre dos Clérigos z innymi wysokimi obiektami na świecie.
Na wyjściu prócz zakupionych zdjęć dostaliśmy jeszcze pieczątkę potwierdzającą pokonanie 225 schodów (a po prawdzie to drugie tyle w dół). Barokowa wieża miała wysokość 75 metrów, więc naprawdę dużo mogliśmy stamtąd zobaczyć i było warto.




Po opuszczeniu obiektu ruszyliśmy dalej. Przeszliśmy znów koło napisu Porto i nie było już tylu pozujących co wcześniej. Zagadałam zatem do Michała, że moglibyśmy poprosić kogoś, by zrobił nam tu wspólne zdjęcie. Na to młoda kobieta odpowiedziała nam po polsku, że chętnie nas sfotografuje. Aktualnie fotografowała swoich bliskich, ale potem uczyniła i nam tę przyjemność. Fajnie było zamienić parę zdań po polsku na obcej ziemi z przypadkowymi przechodniami.
Skierowaliśmy się do dość reprezentacyjnego parku z XIX wieku o nazwie Jardins do Palácio de Cristal. Znaleźliśmy po drodze punkt widokowy z wyeksponowaną palmą na tle rzeki. Na naszej trasie znalazło się również muzeum narodowe z malarstwem i rzeźbą portugalską Museu Nacional Soares dos Reis. Nie wchodziliśmy do środka, ale budynek na pewno przyciągał uwagę.


Sam park był otwarty do 19:00, tymczasem my weszliśmy około godzinę wcześniej. Było jeszcze jasno i czuło się wiosnę, oglądając wszędzie kolorowe kwiaty. Rosnące tam drzewa dla nas wyglądały egzotycznie. Fontanny cieszyły oko. Znaleźliśmy także figury czterech pór roku, aczkolwiek rozsiane daleko od siebie. Mewy siadały im na głowach i czatowały na nasze ciastka 😉 Tymczasem alejkami spokojnie dreptały pawie. Gdy zobaczyłam podpis pierwszej figury: „verão” czyli lato, wiedziałam już, że gdzieś muszą być pozostałe pory roku. Cieszyły mnie wszystkie takie momenty, kiedy okazywało się, że coś rozumiem i nauka lokalnego języka nie poszła na marne.

W dalszej części parku zlokalizowaliśmy kranik z wodą, a kawałek dalej w publicznej bibliotece znaleźliśmy łazienkę. Nim zdążyłam wyjść z damskiej, Michał już obczaił kawiarenkę i wybrał ciasto kokosowe. Ze względu na awarię terminala możliwa była wyłącznie płatność gotówką, a Michał nie miał jej przy sobie, więc potrzebował w tym celu mnie. Wyszła z tego zabawna sytuacja, bo podeszliśmy oboje i Michał powiedział do obsługi, że „żona płaci” 😉 Państwo byli przemili, bo prosiliśmy o dwa, a dostaliśmy trzecie w gratisie. Przysiedliśmy zatem na ławeczce pod biblioteką, by skonsumować te pyszności. W odróżnieniu do rzeczy, które jedliśmy uprzednio, ciasto było dość „wilgotne”.



Chcieliśmy jeszcze zobaczyć zachód słońca. Poszukując tarasu widokowego trafiliśmy na trzy Polki, z Kołobrzegu, które też były żądne takich obrazków i nawet chwilę nam towarzyszyły. Takich miejsc, gdzie można było spojrzeć na rzekę z góry, wśród ostatnich tego dnia promieni słońca, było całkiem sporo, więc przystawaliśmy tu i ówdzie na zdjęcia. Trafiliśmy też na niewielką kaplicę.




Inną alejką niż tu doszliśmy, zawróciliśmy do wyjścia, także nie zostaliśmy zamknięci w parku na noc. Poza tym przy głównej bramie była stróżówka, więc wierzyliśmy, że ochrona nas wypuści, nawet jeśli spóźnimy się tych parę minut. Na tym etapie szybko się ściemniło.

Stamtąd wracaliśmy do hotelu około pół godzinki, wspierając się nawigacją, by było szybciej. Park stanowił najdalej położoną od naszej bazy atrakcję, którą zdecydowaliśmy się odwiedzić. Po powrocie zeszliśmy jeszcze do hotelowej restauracji na pizzę. Obsługiwała nas ta sama pani, co uprzednio, więc chcieliśmy jej podziękować. A że wypstrykaliśmy się z monet, by odciążyć bagaż, po prostu zapłaciliśmy trochę więcej i powiedzieliśmy, że reszta jest dla niej. Było jej bardzo miło, a dzięki temu i nam 🙂 Resztę wieczoru chillowaliśmy z winkiem, które nam zostało, po czym położyliśmy się, by mieć siły nazajutrz na pakowanie i dłuuugą drogę powrotną.

