Po kursie przewodnickim patrzyłam na sylwetkę świętego Wojciecha nieco inaczej, z większym zaciekawieniem. Nie był to już tylko misjonarz, który propagował chrześcijaństwo, o którym uczymy się w polskiej szkole na etapie podstawówki. Teraz stanowił w moich oczach postać powiązaną z Gdańskiem i jako taki wspiął się w hierarchii Marty. Dzielnica, na pograniczu z sąsiednim powiatem, odległa od centrum, a tym bardziej od mojego Przymorza, nie była przeze mnie szczególnie często uczęszczana już od kilku lat, a i wcześniej tylko raz wędrowałam wnikliwie, bo projektowo, później kierowały mnie tam powody osobiste, a przestrzeń schodziła na dalszy plan.


Wysiadłam na ostatnim możliwym przystanku w obrębie Gdańska i momentalnie skierowałam się naprzód, by dotrzeć do pogranicza miasta, po drodze natrafiając jeszcze na jakiś stary napis, jednak niewyraźny. Na krańcu miasta, przy Trakcie Św. Wojciecha, znajdowała się figura wspomnianego świętego. Choć nie znałam szczegółów, wiedziałam, że była skądś przeniesiona i znalazła się tam zaledwie kilka lat wcześniej, więc podczas swoich pierwszych spacerów po Gdańsku nie miałam jeszcze okazji jej oglądać. Datę oznaczono także na samym cokole i był to 2016 rok.

Wróciłam na tę część Traktu Św. Wojciecha, która wiodła wzdłuż zabudowy mieszkaniowej. Po drodze podniosłam kasztana, co przypomniało mi czasy szkolne i tym bardziej ucieszyło, bo dzieciaki na pewno już tych kasztanów nazbierały, zatem mój ostał się jakby czekał specjalnie na mnie 😉


Dotarłam elegancką ścieżką wzdłuż kanału Raduni do mostu na wysokości ulicy Inspektorskiej. Biegła ona za wodą po prawej, jako ślepa uliczka. Naprzeciw mostu znajdowała się tymczasem ulica Stroma, gdzie mieściła się Szkoła Podstawowa nr 40, zajmująca prosty, ale bardzo ładny, ceglany budynek. Dodatkowo trwała rozbudowa przyszkolnego boiska.


Ostatecznie ruszyłam stamtąd drogą wiodącą wzdłuż Kanału Raduni na południe – była to ulica Rzeczna. Klimat kilku najbliższych uliczek był dość podobny i mocno sielankowy. Z jednej strony woda, z drugiej domy jednorodzinne, ale im dalej szłam, tym więcej było zieleni i… ciszy. Wraz z łukiem drogi dotarłam do ulicy Batalionów Chłopskich, a dalsza trasa na mapie wyglądała niczym dalsze pisanie literki „U”. Niedługo później kierowałam się zatem już na północ, jedynie miejscami wspinając się pod górkę, by potem docenić widoki z góry.




Zeszłam niedługo później na ulicę Wąwóz, gdzie moją uwagę zwróciło ciekawe drzewo a także ciekawie wkomponowany w ogrodzenie numer posesji. Natrafiłam też na zakład produkujący ozdoby ogrodowe. Drogi tworzyły pętlę, więc płynnie przeszłam na ulicę Po Schodkach. Wróciłam na ulicę Batalionów Chłopskich i wędrowałam dalej, po swojej lewej mając bezkres pól. Zaciekawił mnie także dom z garażem, na którym widniał herb Gdańska, ale jednocześnie adres sugerujący przynależność ponownie do ulicy Stromej. Droga zawijała w prawo, gdzie ostatecznie zamierzałam pójść, ale tymczasem obrałam kierunek przeciwny, dzięki czemu mogłam zobaczyć szerokie połacie zieleni oraz (na ile pozwalała mi na to moja krótkowzroczność) tereny toru motocrossowego. Zdecydowanie bardziej jako tło odznaczały się białe budynki na terenie Rotmanki gdzieś w oddali. Na tym odcinku natrafiłam także na dwie gąsienice motyli – najpierw ciemną, dość cienką, potem grubiutką i włochatą w beżowo-brązowych odcieniach.



Wkrótce odwiedziłam także Zawilcową i Krokusową. Tam spacerowałam właściwie wydeptaną ścieżką pośród mniej lub miejscami bardziej okiełznanych chaszczy w pobliżu ogródków działkowych. Co ciekawe, obecnych w wykazie i na papierowej mapie ulic Gronowej, Jagodowej, Figowej i Aroniowej, nie znalazłam ani w nawigacji, ani w terenie – trafiłam dopiero na Głogową. Gdy odbiłam w bok, idąc wzdłuż ogródków działkowych, przede mną biegł kot, ale nim zdołałam go sfotografować, wbiegł już w krzaki. Latały też ważki, ale ich lot był zbyt szybko, by porywać się na nie z aparatem. Poza tym zaintrygowało mnie, że choć było około 11:00, wokół pachniało ogniskiem.



Zaintrygowało mnie, że był wtorek, wczesna pora, a ja naprawdę mijałam sporo ludzi, którzy prawdopodobnie byli stąd i ot tak sobie spacerowali, zagadywali się wzajemnie, a wcale nie wyglądali na emerytów. Zastanowiło mnie, czy oni nie pracują? Jednocześnie sama przy moim trybie pracy miewałam wolne w tygodniu, więc złapałam się na myśli, czy na pewno powinno mnie to dziwić. Ostatecznie wyszłam na wysokości wzgórza, które świeciło pustkami, a gdzie mieściła się po jednej stronie scena, po przeciwnej zaś kaplica Św. Wojciecha. Podeszłam na moment do ceglanego, niewielkiego budynku, którego wnętrze było mi dane raz jedyny zobaczyć podczas kursu przewodnickiego.

Tuż obok znajdowały się schody w dół, natomiast ja wybrałam ścieżkę oznaczoną na mapie jako ulica Kątowa. Biegła wzdłuż niej droga krzyżowa, przy czym schodząc ze wzgórza, zaczęłam niejako przy ostatniej stacji. Jako jedyna była pozioma i rzeźbiona (w końcu to „Złożenie Jezusa do grobu”), kolejne przedstawienia były pionowe i płaskorzeźbione. Pomiędzy stacjami natrafiłam na Dąb Pamięci dla policjanta zastrzelonego w 1940 roku. Na wysokości stacji jedenastej z góry był już widoczny cmentarz położony u podnóża wzniesienia. Tymczasem jednak wędrowałam dalej, przy stacji ósmej, z płaczącymi niewiastami, zastanawiając się, dlaczego przy poprzednich stacjach nie umieszczono schodków jak tutaj, a i teraz znajdowały się tylko z jednej strony. Dopiero potem po zdjęciach doszłam do wniosku, że schodki raz były, raz nie, a w ich ustawieniu też nie było regularności.



Wkrótce znalazłam się przy ścieżynce gwałtownie biegnącej w górę, na przekór szerokiej ścieżce, którą szłam dotąd. Wiedziałam, że znajdę tam punkt widokowy, dlatego żwawo wspięłam się, nastawiona już na to, co zobaczę. Byłam tam kilkukrotnie, za każdym razem miejsce wyglądało jednak ciut inaczej. Tym razem poza ławką ktoś umieścił tam… wersalkę! Byłam ciekawa, jak ją tam wniesiono, czy nikogo nie zaskoczyło niesienie mebla takich gabarytów, czy zabezpieczano ją jakoś przed deszczem, a jeśli nie, jakim cudem była wciąż w tak dobrym stanie. Widoczność tego dnia była dobra, bo i pogoda dopisywała. Poza dalszymi obiektami, zobaczyłam m.in. wiadukt i wieżę, które znajdowały się na dalszej zaplanowanej na ten dzień trasie.





Zeszłam z punktu widokowego i kierowałam się dalej ścieżką w dół. Minęłam kolejne stacje drogi krzyżowej, przy czym ostatnia (a de facto pierwsza) znajdowała się w sąsiedztwie jeszcze innego pomnika świętego Wojciecha. Nim podeszłam do świątyni naprzeciw, mijałam jeszcze cmentarz, na który nie wchodziłam, ale zbliżyłam się do budynku będącego kiedyś prawdopodobnie domkiem grabarza. Miał on budowę szachulcową. Na ścianie przyczepiono tabliczkę, że w czasie silnego wiatru wejście na cmentarz i wzgórze było zakazane, ale tabliczka byłaby widoczna tylko od strony cmentarza, droga na wzniesienie wiodła bowiem po przeciwnej stronie budynku. Przy pomniku, na wysokości kościoła, biegły także schody w górę, które wcześniej widziałam u góry, przy kaplicy Św. Wojciecha. Ten sam święty został patronem tutejszego kościoła. Udało mi się kiedyś być wewnątrz, ale tym razem kościół był zamknięty. Obejrzałam płyty nagrobne na kościelnej posesji, ale ostatecznie wyszłam ponownie na Trakt Św. Wojciecha.









W miejscu, gdzie równolegle biegnące odnogi się łączyły, przeszłam na drugą stronę. Znajdowała się tam fabryka mebli. Wiedziałam, że drogą wzdłuż budynku dało się przejść do ulicy Niegowo, co było moim zamiarem. Za budynkiem był mur, w którym znajdował się spory otwór, mniej więcej wielkości drzwi. Zapytałam mijanego przy zakładzie pana, czy przejściem w murze można przejść nad rzekę, a gdy ten potwierdził, zrealizowałam swój zamiar. Widoczny od razu mostek pozwolił mi przejść na drugą stronę i sfotografować wieżę, która mieściła się obok. Nawiązywała architektonicznie do zamku w Łapalicach, co podobno nie było przypadkowe, bo oba obiekty miały kiedyś (nie wiedziałam, jak aktualnie) tego samego właściciela. Przeszłam się, jak zamierzałam, po czym zawracając uwieczniłam także przejeżdżające na równoległych do ścieżki torach pociągi. Gdy się obracałam, przede mną nagle pojawił się psiak – bokser. Młoda dziewczyna wyszła z czworonogiem na spacer. Nie wiem, kto podskoczył gwałtowniej w wyniku tego spotkania – ja czy zwierzak. Zagadałam do dziewczyny:
– Kto tu się bardziej przestraszył.
Psiak dalej szedł koło mnie już taki odważniejszy, więc ze śmiechem rzuciłam do niego:
– Teraz to Ty już jesteś ważniak, co?
Oni ruszyli na północ, tymczasem ja z powrotem przez most. Nagle przede mną z metalowych elementów na drewnianą kładkę spadł ślimak i rozbił się na moich oczach. To było bardzo przykre widowisko. Pokonałam ponownie wyrwę w murze i upewniłam się, że mieścił się tu zakład meblowy, bo słychać było piłowanie i zapachniało trocinami.




Traktem Św. Wojciecha dotarłam do posesji związanych z ogrodnictwem, gdzie mieściły się liczne szklarnie oraz widać było, że ogrody zostały zaprojektowane w nieprzypadkowy sposób, ciesząc oko ciekawymi kompozycjami. Dalej mieściła się ulica Tomczaka, w którą na krótko zajrzałam. Po kilku kolejnych minutach wędrówki znalazłam się na wysokości węzła Gdańsk Lipce. Podążałam jednak dalej, mijając kładkę na wysokości przedszkola i z zainteresowaniem wypatrując następnej, którą zamierzałam przekroczyć.



Nie odkryłam tego miejsca wcześniej, ale słysząc o nim w międzyczasie, postanowiłam zajrzeć tam przy okazji wędrówki po tej dzielnicy. Na tym odcinku po prawej znajdował się dom podcieniowy (tzw. Lwi Dwór) oraz Dwór Ferberów, należący kiedyś do rodu Ferberów, jak wskazywała jego nazwa. Znałam te oba obiekty już wcześniej, ale nie wiedziałam, że po przeciwnej stronie Kanału Raduni znajdę bardzo uroczy zakątek. Folwark Ferberów, bo o nim mowa oferował nie tylko starą zabudowę, ale także półleśne ścieżki i zbiorniki wodne. Całość cudownie wyglądała przy jesiennej, ale wciąż słonecznej pogodzie. Swoją drogą, mieliśmy 6 października i niby tylko 15˚C, a jednak nawet ja, totalny zmarźlak, szłam bez kurtki, jedynie w bluzie, okrywając z troską szyję.






Kolejny raz, tym razem na dłużej, ze względu na plany co do kolejnych wypraw, zeszłam z Traktu Św. Wojciecha, by odwiedzić ulicę Nowiny. Minęłam tam m.in. bramę prowadzącą do ogródków działkowych. Natrafiłam też na mural Lechii, ale także napis o patologii oruńskiej, znany mi z poprzedniej wycieczki parę lat wcześniej. W pobliżu mieścił się drogowskaz kierujący do zbiornika Stara Orunia z punktem widokowym.



Wkrótce dotarłam do miejsca, które było perełką na mapie Gdańska, do Parku Oruńskiego. Przekroczyłam bramę i na początek podeszłam pod Dwór Oruński, gdzie aktualnie mieściło się przedszkole, wyposażone po sąsiedzku w plac zabaw. Następnie skierowałam się w prawo, ku fontannie, a dalej w stronę pomostu nad wodą, gdzie obserwowałam kaczki. Ponownie mijając fontannę, ruszyłam ku pomnikowi Tatara. Dalej ciągnęło mnie coraz wyżej i wyżej, bo moim celem była znajdująca się na liście zabytkowych obiektów Grota Lodownia. Natknęłam się tam na parę, którą kontrolnie spytałam, czy wiedzą, co to za obiekt.
– Lodownia.
– Aaa, to to zabytkowe. Grota Lodownia – przeczytałam ze swojej kartki.
– Tak, to to.
– A czy wiedzą Państwo, jak dojść na punkt widokowy Góra Pięciu Braci?
Według nich był to ten sam punkt widokowy, co przy zbiorniku Stara Orunia, tymczasem według Google Maps punkt z Grotą Lodownia. Tak czy inaczej, nie byłoby to dla mnie nic nowego, dlatego podeszłam jeszcze w pobliże amfiteatru, po czym ścieżką w dole, nad wodą, zawróciłam aż do mostu przy altance.









Wyszłam tamtędy na Raduńską. Od niej odchodziło sporo krótkich uliczek, a adresy szybko się zmieniały. W ten sposób zajrzałam w Szafirową, Turkusową i Rubinową. Dodatkową ciekawostką było oznaczenie bloków numerem i zakresem liter, np. „Turkusowa 1 A-B”. Kolejną odwiedzoną ulicą była Diamentowa, dość długa na tle wcześniejszych. Na wysokości jej skrzyżowania z Raduńską znajdowało się jeszcze graffiti z barwami Lechii w odniesieniu do całego Trójmiasta. Niedługo później przeszłam się Piaskową i Perłową. Zeszłam w dół ku Małomiejskiej przez Granitową, zaglądając jeszcze w Koralową, ulicę biegnącą naprzeciw kolejnego muralu lokalnej drużyny piłkarskiej.



Spacerując Małomiejską, wypatrywałam ciekawostek architektonicznych i chłonęłam klimat starego budownictwa, będący tak inny od bloków, które mijałam przy kilku ostatnich ulicach. Żwawo przeszłam się także Nakielską, która jednak nie była tak klimatyczna. Za budynkiem Gdańskich Szkół (Podstawowej, Liceum i Liceum dla dorosłych) i skrzyżowaniem z Raduńską i Zamiejską, zmieniła się nazwa głównej drogi, którą podążałam, ale klimat nie był nagle zupełnie inny, a wręcz przeciwnie. Ciekawostką był dom pod numerem 8 z płaskorzeźbionymi głowami. Podmiejska powiodła mnie ostatecznie do Traktu Św. Wojciecha, gdzie wypatrzyłam zabytkową drukarnię, po czym ponownie ruszyłam na północ, enty raz tego dnia, uprzednio fotografując jeszcze kilka tamtejszych graffiti (w tym jedno „W hołdzie żołnierzom wyklętym”).






Dalej wzdłuż kanału Raduni biegła ulica Brzegi, gdzie znajdowała się m.in. Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych. Obiektem, który interesował mnie najbardziej, był jednak kościół Św. Ignacego Loyoli, również zabytkowy, z dzwonnicą. Na frontowej ścianie znajdowało się wiele tablic i rzeźb, z czego dla mnie osobiście najważniejsze były te nawiązujące do Wybickiego, patrona mojego gimnazjum, autora hymnu narodowego, który uczył się w tutejszym Kolegium Jezuickim. Zajrzałam również do wnętrza świątyni. Obok kościoła wiodła droga na cmentarz, ale nowością (tzn. obiektem powstałym na przestrzeni ostatnich kilku lat) był głaz upamiętniający Haffnera, który został pochowany na nieistniejącym już dziś cmentarzu po przeciwnej stronie Traktu Św. Wojciecha. Zwieńczeniem mojej wyprawy było odwiedzenie ulicy Szkockiej, po czym skierowałam się na przystanek autobusowy.







Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego, drugiego i trzeciego spaceru po tej dzielnicy!
