Piecki-Migowo – ostatnie wyrównanie pieszego rekordu

Wysiadłam na przystanku Staw Wróbla, nad zbiornikiem zwanym też Wróbla Staw, położonym na granicy z Jasieniem. Z ulicy Myśliwskiej momentalnie zeszłam przy sklepach nad sam zbiornik. Lubiłam to miejsce. Tak po prostu i od lat. Rodzinne spacery, spokój natury, karmienie ptaków… W ostatnich latach z jednej strony zbiornika dało się dostrzec pewną nowość – zadaszenie stacji PKM, w charakterystycznym czerwonym kolorze. Wokół zbiornika był zakaz jazdy na rolkach i deskorolkach, co wydało mi się oczywistym ze względu na bliskość wody (choć nie byłam pewna, na ile Staw Wróbla był głęboki w najgłębszym miejscu), ale również charakter nawierzchni – piaszczyste podłoże nie kojarzyło mi się z przyjemną jazdą z rolkami na nogach. Za to spacer wzdłuż brzegu był naprawdę miły i dałam sobie na niego czas.

Później wyszłam na główną drogę, by niestety tylko zajrzeć w położone po drugiej stronie ulice Cietrzewia i Głuszca. Kiedyś nie były zamknięte, tym razem oddzielało mnie od nich ogrodzenie z dość solidną bramą, a jej przekroczenie raczej wywołałoby reakcję ochrony, której nie potrzebowałam. Nie miałam też ochoty sprawdzać, czy furtkę da się otworzyć bez klucza, bo nie chciałabym być atakowana za naruszanie czyjejś przestrzeni. Jednak prywatyzacja terenów całych osiedli totalnie nie zgrywała się z intencjonalnym zwiedzaniem miasta w celu czysto poznawczym.

Zatem wędrowałam dalej Myśliwską w kierunku ulicy Zacnej, gdzie ustawiony słupek przystanku autobusowego na tle zieleni wydał mi się czymś malowniczym w swej kolorystyce. Sama Zacna znajdowała się nieopodal, była ślepą uliczką, ale dawała poczucie błogiego spokoju.

Ponownie zmieniłam stronę głównej ulicy, by tym razem odwiedzić kilka ulic po prawej. Na początek, niezmiennie od lat, naściennym malunkiem niemal przy wjeździe, przywitało mnie Myśliwskie Wzgórze. Mijając zabudowę wielorodzinną z lokalami usługowymi na parterze, szeregi zaparkowanych aut i plac zabaw, przespacerowałam się wszelkimi dostępnymi odnogami.

Kolejne było Morenowe Wzgórze. Idąc cały czas prosto, dotarłam do skrzyżowania czterech dróg, z kątami prostymi pomiędzy. Podobnie jak ja, w lewo zamierzał skręcić także psiak u pani na smyczy. Co ciekawe jednak, zwierzak wiedział jak iść, tzn. nie skracał sobie drogi na skos, ale zachował kąt taki, przy jakim przebiegała droga. Przy samym skrzyżowaniu był żłobek, o czym już wiedziałam. Natomiast kiedy i ja odbiłam na ulicę Królewskie Wzgórze, niespodziewanie zobaczyłam więcej zabudowy niż kiedyś oraz bogactwo sklepów i lokali usługowych. Dodatkowo pojawiła się zieleń (choć dość skąpa wśród wszechobecnej i tu betonozy) i ławeczki. Za to pobliskie miejsca parkingowe były ażurowe, a w przestrzeniach pomiędzy kratkami rosła trawa. Skręciłam ponownie w lewo przy boisku i weszłam w na wpół otwarte osiedle, gdzie bloki opatrzono wizerunkami władców, zgodnie z nazwą ulicy, ale też z którego wiedziałam, że wyjdę bez problemu na Myśliwską, nauczona poprzednimi doświadczeniami.

Teren tak czy inaczej zmienił się, bo w związku z powstaniem alei Adamowicza i rozbudową trasy dla tramwaju układ dróg na tym obszarze nieco zmodyfikowano. Tak czy inaczej wyszłam ostatecznie na rondzie, za którym czekała już na mnie Wołkowyska. Na poboczu na dzień dobry zobaczyłam ślicznego motyla z rodziny rusałkowatych, ale nie zdążyłam go sfotografować. Dalej, gdy minęłam ogródki działkowe i leśną ścieżkę, pośród bluszczu rósł dostojnie grzyb – chociaż on nie uciekał przed zdjęciem 😉 Ruszyłam naprzód, naprawdę z tego kadru zadowolona. Po mojej prawej rozciągała się spora pusta przestrzeń, aż dotarłam do ulicy Szczodrej po swojej lewej i przespacerowałam się wzdłuż jej regularnej zabudowy jednorodzinnej.

Po powrocie (uliczki były ślepe) na Myśliwską, minęłam bramę ogródków działkowych (gdzie informowano i tak, że wjazd był od Wołkowyskiej). Dalej mieścił się blok z bardzo nietypowym, a przez to intrygującym rozkładem balkonów i tarasów. Chwilę później odwiedzałam już kolejno trzy sąsiadujące ze sobą, a także nieco spójne w nazewnictwie drogi: Powstania Kościuszkowskiego, Powstania Styczniowego i Powstania Listopadowego. Choć stały tam bloki, było wokół nic sporo zieleni.

Na wysokości kolejnej z dróg – ulicy Związku Jaszczurczego, biegła naprzeciw ulica Kusocińskiego. Pomyślałam, że sportowca upamiętniono w Gdańsku więcej niż raz, bo przecież była i szkoła na Żabiance, i ja sama odwiedzałam tego roku jego grób podczas odwiedzin w Kampinoskim Parku Narodowym. Sama ulica, podobnie jak pobliska Marusarzówny, nieszczególnie się wyróżniały, ale bloki, wyglądające na odświeżone i odmalowane, fajnie komponowały się w kadrach przy wyraźnie błękitnym niebie.

Przeszłam przez bodaj najbardziej rozbudowane (a tych parę lat temu jeszcze w budowie) skrzyżowanie w dzielnicy – przechodząc tym samym na drugą stronę ulicy Bulońskiej tuż przy skrzyżowaniu z Rakoczego. Z jednej strony widziałam szeroką drogę z torami tramwajowymi, po drugiej zaś wysokie bloki, które tych parę lat temu też dopiero powstawały i wydawało się, że rosną i z każdym moim przejazdem tędy zdawały się faktycznie być coraz bliższe fazy oddania do zamieszkania.

Przeszłam ku Orańskiej przy graffiti Lechii. Następnie odwiedziłam Budapesztańska, odkrywając przy tym całkiem atrakcyjną ścieżkę za blokami, którą wyszłam na Burgaską. Spacerując po okolicy, trafiłam na kolejną odnogę Budapesztańskiej. Moją uwagę zwróciły tam zaparkowane obok siebie dwa auta w identycznym odcieniu żółtego. Jakby tego było mało – oba miały niemal identyczne rejestracje – różniły się jedną cyfrą, stąd moje domniemanie, że rejestrowano je razem. Spodobał mi się też kącik czytelniczy, skąd z walizki można było wziąć książkę.

Przez odnogę Bulońskiej trafiłam na ulicę Widok. Tam moją uwagę przykuł przelatujący na tle białych chmur samolot. Sama okolica była zdominowana przez domki, ale zgodnie z nazwą ulicy, udało mi się znaleźć punkt, skąd dało się spojrzeć na widoki w oddali. Nie było tam jednak żadnego punktu widokowego – ot, konkretne miejsce, gdzie można było widoki obserwować z poziomu ulicy, a właściwie chodnika.

Zawróciłam do skrzyżowania Bulońskiej z Myśliwską. Na moment przeszłam na drugą stronę, żeby zobaczyć, ile widać z pozostałości dawnego parku dworskiego, ale uznałam, że moja wiedza jest niewystarczająca, by dostrzec, na ile zachował się historyczny charakter parku, tymczasem sam dworek nie istniał już od 2001 roku. Ponownie pokonałam pasy, by tym razem podejść pod kościół pw. Miłosierdzia Bożego. Co więcej, udało mi się także obejrzeć świątynię w środku, choć tylko z przedsionka. Po wyjściu zauważyłam przejeżdżający nową trasą tramwaj na alei Adamowicza, a następnie skierowałam się przez tego dnia jeszcze nieprzebyty odcinek Myśliwskiej ku Piekarniczej, nie mając większych przygód po drodze. Zapytałam przed samym zakrętem przechodzącego pana z psem:

– Przepraszam, to już chyba jest Piekarnicza, prawda?

– Tak, tak.

Zatem weszłam w Piekarniczą. Ulice po mojej prawej przebyłam podczas jednej z wcześniejszych wypraw, także Lema, której część numeracji należała tutaj, więc tym razem szłam cały czas prosto, aż do Rakoczego. Wyszłam niemal naprzeciw centrum handlowego Galeria Morena, w pobliżu którego chwilę pochodziłam, ale ostatecznie minęłam tablicę z nazwą dzielnicy i ruszyłam przeciwną stroną Rakoczego na północ, spoglądając przy tym m.in. z góry na zabudowania sądu po lewej. To co zauważyłam od poprzedniego spaceru po dzielnicy, że wtedy wszystkie te przystanki autobusowe i tramwajowe dopiero powstawały, a teraz były już zbudowane.

Wreszcie odbiłam w gąszcz uliczek, które nosiły jeden adres – Belgradzka. Opatrzono to bardzo ładnym graffiti, którego tych parę lat wcześniej nie było. Dalej minęłam graffiti z piłkarzem Lechii i weszłam w Warneńską, opatrzoną koroną – jak już wiedziałam, kojarzącą się z Władysławem Warneńczykiem, który był królem.

Przekraczając ponownie Bulońską, zapisałam sobie literki obecne na większości tutejszych bloków. Po powrocie do domu rozszyfrowałam skrót LWSM jako Lokatorsko-Własnościową Spółdzielnię Mieszkaniową.

Trzymałam się dalej lewej strony ulicy Rakoczego, dlatego odwiedziłam kolejno Żylewicza, Wyrobka i Czecha. Gdzieś warzywniak polecał się tym, którzy dbają o zdrowie. Gdzieś indziej zasugerowano przechodniom, by pamiętać o ogrodach… Sama przystanęłam w innym miejscu, by fotografować kwiaty. Pośród bloków dało się znaleźć i plac zabaw, i bibliotekę.

Następnie przeszłam się ulicami Kolumba i Magellana, po drodze trafiając na przedszkole. Zorientowałam się też po napisach na blokach, że zmieniono już nazwę na Matuszewskiego dawnej ulicy Kruczkowskiego, co prawdopodobnie było związane z ustawą dekomunizacyjną sprzed kilku lat. Odwiedziłam jeszcze ulicę Amundsena, nim trafiłam na jeden z ciekawszych obiektów planowanych na tę wyprawę.

Przy ulicy Piecewskiej, poza dyskontem znanej marki, stała posiadłość znacznie starsza, o randze zabytku. Ich kontrast był tym ciekawszy, że stały po dwóch stronach tej samej ulicy, niemalże naprzeciw. Obiekt zajmowały przeróżne branże, od notariuszy, przez psychoterapeutów, na mobilnej szkole muzycznej kończąc. Teren był dosyć zadbany, co cieszyło, bo Dworek Uphagena pochodził z XVIII wieku. Spędziłam dłuższą chwilę, obchodząc go wokół, przyglądając się detalom i jedynie żałując, że nie jestem pewna, czy mogłabym na ów teren wejść, skoro był ogrodzony.

Bez większych przygód przeszłam przez Arctowskiego ku Jaśkowej Dolinie, przy okazji odhaczając także XX Liceum Ogólnokształcące przy Dobrowolskiego. Wyszłam przy pizzerii opatrzonej muralem „Tuse sypię mąkę”. Dotarłam do jakże przeze mnie lubianego Ronda Pana Cogito, bo kojarzyło mi się momentalnie z jednym z moich ulubionych poetów.

Autobusy w stronę Wrzeszcza pokonywały to rondo dwukrotnie, aby odhaczyć przystanek Wileńska. W jego okolicy, zgodnej zresztą z nazwą ulicy, którą tym razem miałam na celowniku, znajdowało się graffiti z tramwajem. Z kolei malunki na bloku na Zabłockiego skojarzyły mi się z podobnymi w obrębie Zaspy Rozstaje na pograniczu z Przymorzem. Dalej bez większych przygód odwiedziłam jeszcze Raciborskiego i Myczkowskiego.

Docierając na Czubińskiego, natrafiłam na bazgrołek z kotkiem. Stamtąd ruszyłam w stronę zbiornika retencyjnego Wileńska. Ulica, w tym momencie totalnie pozbawiona ruchu kołowego, wydała mi się ostoją spokoju i bardzo ładną trasą spacerową. I chyba dziki miały używanie na poboczu, bo w jednym miejscu rozkopały ziemię w charakterystyczny sposób. Minęłam zbiornik i dotarłam aż do ulicy Pasteura, która widniała w wykazie ulic, taka jedna samotna z dala od innych pod patronatem naukowców, które miałam jeszcze przed sobą. Zawracając, faktycznie zeszłam nad zbiornik, fotografując co nieco, ciesząc się sposobem zaaranżowania przestrzeni i schodząc ostatecznie na Morenową, gdzie nagle spadł mi pod nogi żołądź, a wcześniej przy rozkopanej ziemi nie było ani żołędzi, ani nawet dębów po drodze.

Morenowa biegła niczym kręgosłup pośrodku najbliższej sieci uliczek. Od niej odchodziły liczne odnogi, ale niekoniecznie jedna oznaczała jeden patronat. I nie zawsze te odnogi łączyły się na tyłach, ale tak się też zdarzało. I tak dwukrotnie minęłam fragmenty ulicy Pascala. Kolejna, Edisona, stanowiła jednocześnie na dalszym odcinku łącznik dla trzech dotąd wspomnianych odnóg. Volty tworzyła pętelkę, tymczasem Fultona pojawiła się trzykrotnie, raz jako osobna odnoga i dwa razy przy wjeździe w pętlę z obu jej krańców. Takich przygód nie było z ulicą Nobla, która miała monopol na bycie po przeciwnej stronie ulicy Morenowej 😉

Zostały mi do odwiedzenia już tylko trzy ulice, przy czym pierwsza też miała trójkę w nazwie. Obejrzałam Trzy Lipy i ponownie ruszyłam na północ. Wróciłam na Piecewską i ruszyłam w górę, ku kościołowi pw. Bożego Ciała. I tutaj udało mi się wejść do wnętrza świątyni, a nawet na chwilę przysiąść w skupieniu.

Tymczasem przy ulicy Gojawiczyńskiej mieściła się szkoła. Kojarzyłam olbrzymi głaz na jej terenie, poświęcony bodajże Zaruskiemu, ale że dzień był szkolny, kręciły się tam dzieci, ale i rodzice, a ja ewidentnie nie wyglądałam na przedstawiciela żadnej z kategorii, zagadałam do jednej z mam:

– Kiedyś tu był głaz upamiętniający Zaruskiego?

– A to ja nie wiem – odpowiedziała pani w blond włosach.

Na to wtrąciła się druga, ciemnowłosa, pokazując mi na lewo.

– Myśli Pani, że mogę wejść i zrobić zdjęcie? – spytałam.

– Jasne, że tak! Niech Pani robi! – zakrzyknęła ciemnowłosa z niesamowitym entuzjazmem.

Sfotografowałam co zamierzałam i ruszyłam ulicą dalej, choć na tamtym odcinku bardziej przypominała ścieżkę spacerową. Dotarłam tamtędy do ulicy Nałkowskiej, ostatniej na mojej oficjalnej trasie tego dnia, dlatego po jej przejściu skierowałam się już na przystanek autobusowy.

Przebyłam tego dnia 19,7 km, czego nie powtórzyłam już w projekcie „Gdańsk 2020” (miałam więcej tylko na wyprawie, gdzie zaangażowałam rower, o czym niebawem).

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów ze spaceru po dzielnicy Piecki-Migowo!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *