Stogi – dzielnica zyskująca nowe oblicze

Chcąc zwiedzać Stogi, postanowiłam zacząć od najtrudniej skomunikowanego miejsca, by zakończyć w okolicy przystanków tramwajowych i z łatwością wrócić do domu w czasie na ten moment trudnym do określenia. Zatem wysiadłam nieopodal pierwszej z ulic w wykazie, Kontenerowej, ale i do niej droga nie była wcale oczywista. Przystanek znajdował się w okolicy Ronda Komitetu Obrony Robotników, dlatego musiałam ku Kontenerowej przejść kawałek ulicą Sucharskiego i jej rozgałęzieniami pod wiaduktem. Pierwszym moim odczuciem było, jak tam koszmarnie głośno! Jechało dużo aut, przeszedł tylko jeden pieszy. Głównie mijały mnie ciężarówki i uznałam, że nie ma co iść rozkopaną ulicą w stronę DCT, bo zdjęć raczej i tak nie mogłabym upublicznić, więc szkoda ryzykować, że w tym chaosie zahaczy mnie jakaś ciężarówka. Jeden z kierowców nawet nie poczekał, aż idąc przez pasy ponownie znalazłabym się na chodniku. Uznałam tę przestrzeń za potencjalnie niebezpieczną.

Kolejna na liście, idąc od tej strony, byłaby ulica Andruszkiewicza. Niefortunnie szłam przeciwną stroną drogi i nie bardzo miałam jak ją przekroczyć, ale w drodze na Westerplatte, niedługo wcześniej, zobaczyłam ją właściwie w całości z autobusu. Z aktualnej perspektywy widziałam jedynie część zabudowy.

Wędrując dalej, uznałam, że tego dnia zdjęcia nie będą wybitne. Z rana u okulisty miałam zakroplone oczy. Co prawda nim dotarłam na miejsce, widziałam już w pełni ostro, natomiast nie byłam pewna, jak długo jeszcze rozszerzone źrenice sprawią, że oczy będą wrażliwe na światło. Jedno z nich non stop mrużyłam, bo światłowstręt był na tyle silny, że nawet czapka z daszkiem niwelowała go tylko w pewnym stopniu. Potem miało się okazać, że podczas zwiedzania drugiej części ulicy Kaczeńce (4 godziny od wpuszczenia kropli) było już ok.

Wkrótce dotarłam do wiaduktu. Przez ulice prostopadłe do Sucharskiego, skąd wyszłam, wiodła także linia tramwajowa. Po drodze zobaczyłam też tablicę informującą o objazdach, w związku z trwającymi na Stogach remontach. Tym razem skierowałam się w lewo, w ulicę Wosia Budzysza, która wiodła wzdłuż ogródków działkowych, a jej klimat kojarzył mi się niezmiennie z ulicą Glinianą w Lęborku, którą jako dziecko szłam setki razy z wizytą rodzinną. Teraz droga była już wyremontowana, przy chodniku pojawiły się ławki, pas zieleni, jak również odnowiono przystanki tramwajowe.

Na moment zajrzałam w lewą odnogę ulicy Kaczeńce, gdzie z kolei zaciekawił mnie przepływający… kaczor. Po przeciwnej stronie niż rów z kaczorem, znajdowały się kolejne ogródki działkowe. Choć wydawało się, że stanowią jedną całość, na tym etapie wędrówki mijałam kilka ROD oddzielonych właśnie ulicami. Przekroczyłam ulicę Wosia Budzysza, by zobaczyć także kolejną część ulicy Kaczeńce. Ten sam plan zrealizował wspomniany kaczor, zasilając lokalne stadko. Ten odcinek zdecydowanie bardziej mi się podobał – domki za wodą komponowały się ładnie z drogą i drzewami.

Zupełnie inne poczucie miałam, wychodząc na Siennej – było bardzo głośno, bo teren zdominowała zabudowa przemysłowa, dźwigi, zakłady produkujące dla stoczni i inne. Ostatecznie skierowałam się w lewo, mijając przy tym m.in. dom o konstrukcji szachulcowej. Sprawdziłam nawet, czy budynek miał status zabytku, ale nie. Zastanowiło mnie też, co to za nowa moda, że mijałam przejścia dla pieszych, które nie miały pasów namalowanych na drodze. A może po prostu zmazały się z czasem i byłyby ledwo widoczne?

Kolejna na mojej trasie była ulica Tamka, brukowana, z kępą pokrzyw po mojej prawej. Tutaj znajdowały się już bloki, aczkolwiek nie zawsze o regularnej konstrukcji. Wypatrzyłam także balkon z barierką wyglądającą niczym płot. Za prawdziwym ogrodzeniem, po prawej stronie drogi, mieściło się coś na kształt mariny.

Następnie spędziłam dłuższą chwilę w obrębie ulicy Nad Brzegiem, gdzie dało się podejść nad samą wodę. Dałam tu sobie chwilę oddechu, nim wróciłam ku zabudowie. Zauważyłam, że coraz częściej podczas spacerów włączało mi się coś na kształt artyzmu w fotografii. Wbrew zaleceniom fachowców, nie zawsze aspirowałam do tego, by zdjęcie było proste, ale skupiałam uwagę na tym, co chciałabym, by w danym kadrze się znalazło.

Gdy odwiedziłam Zimną, moją uwagę z jednej strony zwróciło samotne drzewo między budynkami, którego obecność w tym miejscu mnie zaskoczyła. Jednocześnie jeszcze ciekawszy był drewniany dom umieszczony niczym relikt pomiędzy stanowczo nowszymi blokami. I tu pokusiłam się o sprawdzenie, czy obiekt ma status zabytku, ale ponownie tego domu on nie dotyczył.

Za zakrętem pierwsze w oczy rzuciły mi się przyblokowe ogródki. Spacerując między zabudową ulicy Falck Polonusa trafiłam na osadzoną na ścianie figurkę Jezusa. Dalej dopatrzyłam się karmnika i budki dla ptaków. A dalej furtki z jelonkiem. Ponownie z Siennej zrobiłam zdjęcie z trzema adresami: Stryjewskiego, Zimną i Falck Polonusa.

Stryjewskiego była na pewnym momencie odgrodzona ze względu na remont drogi. Przeszłam pomiędzy lokalami użytkowymi, tam gdzie była drożność. Kolejna na trasie była ulica Hoża, na którą przeszłam ponownie przez fragment Zimnej i między blokami. Usłyszałam też, jak pracujący na wysokości mężczyzna podśpiewywał utwór „Ta ostatnia niedziela”. Parę architektonicznych smaczków też się znalazło, a i żółwik jakby z dedykacją dla mnie 😉

Próbując wyjść ponownie na Stryjewskiego, natrafiłam na kolejne związane z remontem przeszkody. Nie było możliwe normalne sfotografowanie ani Szkoły Podstawowej nr 11, ani graffiti na niej, ani nawet przydrożnego krzyża przy częściowo już dostępnym placu z ławeczkami. Przy przystanku też był płot zamiast przejścia i zagadałam do dziewczynki, ewidentnie wracającej ze szkoły:

– Jak tu się przechodzi?

– Chyba ulicą – poszłyśmy.

– Chyba się pospieszyłam. Myślałam, że już będzie po remoncie tej ulicy.

– Tu jeszcze dużo mają do zrobienia. Pewnie jeszcze ze dwa miesiące [w rzeczywistości miesiąc] to potrwa.

Podziękowałam jej, życzyłam miłego dnia i każda poszła w swoją stronę. Wyszłam ostatecznie na Pawią, gdzie barwy bloków skojarzyły mi się z lodami Kaktus (które potem przy ulicy Zalesie faktycznie sobie kupiłam, bo za mną „chodziły” nawet na dalszym etapie wędrówki.

Przez ulicę Tamki przeszłam na Rybną, a dalej na Kłosową. Minęłam przy tym Szkołę Podstawową nr 72 i natrafiłam na graffiti autorstwa Tuse na jej ścianie. Dalej wyszłam na Stryjewskiego, zrobiłam sobie chwilę przerwy na przystanku, opatrzonym plakatami promującymi Gdańsk. Spacerując dalej, przeszłam przez torowisko tramwajowe i postanowiłam odwiedzić ulice po drugiej jego stronie.

Pierwszym, co zwróciło moją uwagę, był metalowy element oznaczony jako miejsce wiązania psów, co wzbudziło moje mieszane uczucia. Dalej między blokami przy przedszkolnym ogrodzeniu zawieszono baner z napisem „Gdańsku, będzie dobrze” – charakterystyczny dla pierwszej fazy pandemii.

Odwiedziłam ulice Szpaki i Rozłogi. Przy skrzyżowaniu z Sokolą, które miało formę trójkąta, znajdował się zadbany skwerek. Dalej bez większych przygód zwiedziłam ulicę Niską. Przy ulicy Ugory zapytałam panią, jak przejść, bo na Skiby coś remontowali. Kobieta zapytała mnie, gdzie chcę dojść.

– Do Skiby i potem Zalesie.

– Przejdzie pani tędy – wskazała pierwsze wąskie przejście należące do ulicy Ugory.

I rzeczywiście chwilę później znalazłam się na skrzyżowaniu Zalesie/Skiby.

Stamtąd, zaopatrzona we wspomniany przysmak, skierowałam się ku ulicy Wrzosy. Ruszyłam nieco na północ, po czym zabudowa się rozgęszczała, więc zawróciłam i poszłam nieco bardziej na południe. Przecięłam skrzyżowanie z ulicami Niską i Rozłogi, dzięki czemu niedługo później przeszłam się pętelką tworzoną przez ulicę Zakole, gdzie drogę przeciął mi futrzasty przyjemniaczek. Kociak nie miał jednak ochoty na bliższą znajomość, uraczył mnie jedynie krótkim spojrzeniem.

Przeszłam się jakby na tyłach szkoły, spacerując kolejno Sokolą, zaglądając w Jastrzębią i zmierzając ku Kruczej. Na tym odcinku najistotniejszym obiektem był kościół Św. Rodziny wraz z przyległościami, np. w postaci zewnętrznej drogi krzyżowej w parkowej alejce czy kapliczki maryjnej. Następnie zrobiłam pętlę przez ulice Kormoranów i Rozłogi. Wychodząc ostatecznie z ulicy Kruczej, trafiłam na pomnik upamiętniający znajdujący się tam w przeszłości cmentarz.

Na finiszu wyprawy znalazła się dość długa ulica Nowotna. Nim ją jednak pokonałam aż do końca, przeszłam po prostu na jej drugą stronę i dałam sobie czas, by nacieszyć się nieco mniej miejskim zakątkiem – okolicą tzw. Pustego Stawu.

Wzdłuż linii tramwajowej przespacerowałam się aż do plaży, po drodze obserwując kilka przejeżdżających tramwajów, ale też patrząc pod nogi, gdzie moją uwagę na chwilę przykuł chrząszcz. Dotarłam do ulicy Wydmy, którą zwiedziłam, po czym weszłam wejściem nr 26 na samą plażę chociaż na chwilę. Po zwiedzaniu wsiadłam na pętli tramwajowej w linię, którą mogłam dotrzeć bezpośrednio w swoje okolice. Przy tej okazji zarejestrowałam, że ulicy Lessowej już nie ma, ale ostał się relikt w formie nazwy przystanku.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów ze spaceru po Stogach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *