Wykorzystując okazję, bo dość dawno się nie widziałyśmy, zaprosiłam na spacer po Wyspie Sobieszewskiej koleżankę z rodzinnego miasta. Spotkałyśmy się na Dworcu Głównym, by dostać się do celu wspólnym autobusem. Wysiadłyśmy przy Moście 100-lecia Odzyskania Niepodległości Polski. Pamiętałam jeszcze poprzedni most, po którym trzeba było przechodzić pieszo lub jak trzęsło, jeśli przejeżdżało się autobusem. Nowy most stanowił powód do dumy dla włodarzy miasta i najpierw usłyszałam o nim w sieci, a dopiero tego lata miałam okazję faktycznie po nim przejechać.


Wysiadając przy moście na rondzie Rybaków, znalazłyśmy się na Nadwiślańskiej. Na początek weszłyśmy na teren kościoła pw. Matki Bożej Saletyńskiej. Z tabliczki z wierszem, umieszczonej na mijanym krzyżu, dowiedziałyśmy się, że starszy, zabytkowy kościół spłonął w 1986 roku, stąd też miałyśmy do czynienia z nową, ceglaną bryłą, podczas gdy poprzedni obiekt miał też mur pruski. Z historycznych obiektów zachowały się jeszcze stele ewangelickie na terenie kościelnym, gdzie podeszłyśmy na chwilę. Wówczas weszłyśmy do wnętrza świątyni, a dokładniej do przedsionka, bo dalsze drzwi były zamknięte. Tam szczególnie zaciekawiło nas urządzenie do płacenia ofiary kartą. Tego jeszcze nigdzie nie widziałam. Dopatrzyłam się, że można było wybrać kwotę, a koleżanka, grzebiąc dokładniej w ustawieniach, zauważyła możliwość zmiany języka urządzenia. Wypatrzyła islandzki, a ja portugalski (Portugalia to jedno z moich podróżniczych marzeń).






Następna na naszej trasie była stosunkowo krótka ulica Piesza, prowadząca w sumie do budynków należących prawdopodobnie wciąż do parafii. Nazwa niezwykle podekscytowała koleżankę.
– No to stań tu do zdjęcia – zasugerowałam.
– Kochana, tam idziemy! Chcę zobaczyć, co tam jest!
Cieszył mnie jej entuzjazm. Moja towarzyszka postawiła sobie dodatkowo za cel, że mi też będzie robiła zdjęcia, najlepiej „niespodziewajki” 😉
– Może powinnam ubrać czapkę [z daszkiem], bo będę miała rozwiane włosy.
– Wiatr we włosach i zew przygody. Oj, czułam, że przeżyjemy razem jeszcze niejedną. Przecież to był dopiero początek wycieczki!


Idąc dalej Nadwiślańską, dotarłyśmy do Gwiaździstej. Chwilę później natrafiłyśmy na tablicę o szlakach turystycznych. Kolejna była Jodowa. Wydawało mi się, że stoi tu jedyny blok na wyspie, ale później, widząc blok należący do Tęczowej, miałam okazję zrewidować pamięć i przekonać się, że to nieprawda. Tymczasem tu przy bloku zaaranżowano przestrzeń nieopodal na plac zabaw i siłownię pod chmurką. Mocniej moją uwagę zwrócił jednak drogowskaz z nazwą ulicy. Jodową zamieniono na Lodową, dopisano trójkę, a czerwona farba, której użyto w tym celu, skojarzyło mi się ze sztuczną krwią, niczym na Halloween.
Przy kolejnej z dróg, Iłowej, zauważyłam, że biegnie tamtędy zielony szlak pieszy. Tymczasem główną drogą przebiegał niebieski szlak rowerowy.
– Zrobię rzut ulicy, jak mi to auto wyjedzie z kadru – zapowiedziałam.
– Polecam szybko, bo z tyłu jedzie kolejny.








Podeszłyśmy nad wodę, gdzie mieściła się przystań tramwaju wodnego. Gdy pstrykałam tam zdjęcia, przydreptał do nas rudy kociak i zaczął się przymilać. Był to jednak kot nietypowy, bo nie stronił od wody i ułożył się na wystającym elemencie nabrzeża, właściwie tuż nad taflą wody.






Po drodze zajrzałyśmy w Sobieszewską i Tęczową, ale zaplanowałyśmy ich przejście później. Idąc dalej, mijałyśmy ogródki działkowe, ale także ciekawą, drewnianą chatkę. Po sąsiedzku znajdował się budynek Stacji Ornitologicznej Muzeum i Instytutu Zoologii PAN. Natomiast kolejną ulicą, której poświęciłyśmy dłuższą sesję zdjęciową, była ulica Ornitologów. Adekwatnie do nazwy zapozowałam, ustawiając się w tzw. jaskółkę. Później zamieniłyśmy się rolami, by koleżanka też mogła spróbować. Jednocześnie niemało się nakombinowałyśmy, jak właściwie zmontować ów kadr, żeby w ogóle było widać tę nogę w górze.






Kolejnym punktem na naszej trasie była placówka należąca do mojego rodzimego Wydziału Biologii. Dlatego zależało mi, by zapozować w tym miejscu, choć paradoksalnie podczas studiów ani razu tu nie byłam (aczkolwiek mieliśmy zajęcia terenowe na drugim końcu wyspy). Zależało mi, by zdjęcia wyszły naturalnie, nie byłam bowiem fanką filtrów, a że moja towarzyszka miała akurat nowy telefon i chciała nim robić zdjęcia, szukała opcji, jak je wyłączyć. Tymczasem ja starałam się ustawić tak, by zasłonić stojące w okolicy ogrodzenia śmietniki i dopatrzyłam się również wiszącej na drzewie miotły. Usłyszałam, że stoję idealnie i że moja kurtka w danym filtrze wydaje się różowa.
– Nie chcę, bo [prawie] nie noszę różowego – zaprotestowałam.
Gdy uznałyśmy, że jest optymalnie, ułożyłam palce, łącząc kciuk i palec wskazujący w kółko.
– Ideolo!

Obeszłyśmy teren dalej wzdłuż ogrodzenia i mieszcząca się tam wydma, zaaranżowana w celach edukacyjnych, zaintrygowała nas na tyle, że postanowiłyśmy wejść, znaleźć w budynku Stacji Biologicznej kogokolwiek i poprosić o zgodę na taki spacer. W samym budynku nikt nie odpowiadał, ale okazało się, że w białym namiocie toczy się jakieś spotkanie naukowe i rzeczywiście pozwolono nam przejść się po kładkach przez wydmę.

Laboratorium Wydmowe, bo tak nazwano projekt, stało się dla nas okazją do wyczytania ciekawych rzeczy na tablicach edukacyjnych, podzielenia się wzajemnymi spostrzeżeniami i oczywiście, a jakże, okazją do sesji zdjęciowej. Nie tylko z naszym udziałem. Roślinność, tabliczki, artystyczne ujęcia – to wszystko było inspiracją. Najbardziej dumna byłam z kadru, na którym źdźbło trawy pokrywały krople wody, a tło tego zjawiska stanowiły deski tworzące kładkę, po której stąpałyśmy.









Przy okazji natchnęło nas na przemyślenia, jak wielu rzeczy nie pamięta się ze szkoły. Moja towarzyszka była około dekadę młodsza, ale ja ukończyłam szkołę średnią już sporo lat wcześniej. Zauważyłam jednak, że na kursie przewodnickim miałam po około dziesięcioletniej przerwie powrót do historii i nie pamiętałam np. władców Polski na tyle, by osadzić ich wszystkich w odpowiednim czasie. Tymczasem koleżanka stwierdziła, że akurat królów to dobrze pamięta. Może niekoniecznie po kolei, ale w którym wieku panowali.
– No to Warneńczyk – rzuciłam wyzwanie, pamiętając rozkminy z wycieczki na Jasień.
– Poczekaj. Bitwa pod Warną. On tam zginął. I go rozpoznali, bo nie miał palca u nogi. Ale sprawdź.
Przyznaję, byłam w szoku i nigdy nie połączyłam tych faktów. Nawet nie wiem, czy o tym słyszałam wcześniej. Aczkolwiek po sprawdzeniu okazało się, że ciała Warneńczyka po owej bitwie nie znaleziono, o tym, co stało się z głową, krążyły różne legendy (w tym ta o przechowywaniu jej jako trofeum wojenne przez sułtana), ale nawet bezgłowe ciało potencjalnie by rozpoznano właśnie po palcach, bo miał ich sześć.

Po opuszczeniu terenu Uniwersytetu Gdańskiego skierowałyśmy się ku kominom starej wędzarni. Zwiedziłyśmy zaciszne ulice Słowików, Czyżyków i Czajki. Było tam relatywnie niewiele posesji, a zabudowa nie była gęsta. Wyszłyśmy ostatecznie przy pętli autobusowej na końcu Nadwiślańskiej. Na środku ustawiono głaz z tablicą upamiętniającą XXV-lecie Stowarzyszenia Przyjaciół Wyspy Sobieszewskiej.



Nim zmieniłyśmy otoczenie i weszłyśmy na leśny szlak, usiadłyśmy przy stolikach pod zadaszeniem i posiliłyśmy się. Tabliczki informowały, że mamy do czynienia z obszarem Natura 2000. Ścieżkę opatrzono znakami na drzewach. Dowiedziałyśmy się, że przebiegał tędy szlak zielony pieszy oraz niebieski rowerowy. Ponadto mijałyśmy tabliczki o lokalnych gatunkach roślin czy ptaków. Równolegle natrafiałyśmy na coś nowszego – ścieżkę opartą o kody QR, wprowadzającą w temat gatunków inwazyjnych.



Mijało nas więcej rowerzystów niż pieszych i było mnóstwo komarów, ale przygotowałam się na tę okoliczność.
– Daj to przeciwkomarowe coś – poprosiła koleżanka.
Zrozumiałam, że chodzi jej o moje psikadełko. Wypsikałyśmy się obie preparatem i ruszyłyśmy dalej.





Wkrótce dotarłyśmy do rozwidlenia dróg. Skręciłyśmy zgodnie z sugestią drogowskazu, kierując się ku wieży obserwacyjnej przy jeziorze Karaś. Parę lat wcześniej miałam tam w pojedynkę nie lada przygody, tym razem już nasza wędrówka we dwie była sama w sobie przygodą, choć innego rodzaju. Z wieży gdzieniegdzie przezierała tafla wody, ptaków zbytnio nie uświadczyłyśmy, choć można je było momentami usłyszeć. Jednocześnie sama wieża była pełna ciekawych napisów i obrazków, których nie pamiętałam z przeszłości. Zrobiło mi się też miło, gdy moja towarzyszka usadziła mnie do zdjęcia z napisem „You are great” 🙂 Choć była tam do wyboru również opcja „We are”. Tę ostatnią oraz obecność innych turystów także wykorzystałyśmy, by mieć wspólną fotkę.










Po opuszczeniu wieży leśnymi ścieżkami przeszłyśmy na plażę przy wejściu nr 18. Zawracając, odbiłyśmy w las, bo moja towarzyszka słyszała, że mieści się tam bunkier. Chwilę nam zajęło jego namierzenie, ale trafiłyśmy.




Obiekt 23. Dywizjonu Rakietowego, jak głosiła mapa online, był dość zaniedbany, choć na zewnątrz nie sprawiał aż tak mocnego wrażenia. Weszłyśmy do środka, czując przypływ adrenaliny. Klimat był dość mroczny i niepokojący, powiedziałabym „creepy”. Moja towarzyszka świeciła latarką, ja robiłam zdjęcia. Miałyśmy cały czas wrażenie, eksplorując kolejne pomieszczenia, że może być zamieszkały i zaraz ktoś nagle nam wyskoczy. Tego trochę się obawiałyśmy, ale przeszłyśmy całość i bunkier okazał się pusty. Widziałyśmy tam i kanapę, i lustro, i malunki, i instalacje ze sznurków kojarzące się z artystycznymi. Trudno wyrazić słowami całą gamę uczuć, jakie nam towarzyszyły, ale gdy wyszłyśmy, wzięłam głęboki oddech i cieszyłam się, że wróciłam do normalnego świata. Tymczasem koleżanka zorientowała się, że czkawka, jaką miała na początku spaceru po bunkrze, przeszła jej nie wiadomo kiedy, tak byłyśmy skupione.
– Chyba się za bardzo przestraszyłam.
Cóż, ja też doceniałam bardzo, że byłyśmy jednak we dwie.










Przez Sobieszewską wyszłyśmy na Tęczową i odbiłyśmy w lewo. Mijałyśmy domy jednorodzinne, a przy jednym z nich rozpostartą siatkę do siatkówki. Pojawiły się i wspomniane bloki 😉

Wkrótce znalazłyśmy się na Księżycowej. Zaciekawił mnie tam domek na drzewie. Poza tym szliśmy chwilę za panem i trzema paniami, którzy ewidentnie szli na plażę. Wyprzedziłyśmy ich, a chwilę później fotografowałam tabliczkę, że mamy do czynienia z drogą leśną wraz z rzeczoną drogą, po czym zawróciłyśmy.
– To droga leśna? My tu nie przejdziemy na plażę? – zapytała jedna z kobiet.
– Nie, nie, na spokojnie. My mamy po prostu inny cel wędrówki – odpowiedziałam.



Spacerując dalej Tęczową, minęłyśmy Szkołę Podstawową nr 28 w budynku pochodzącym z 1909 roku, po czym doszłyśmy do kolorowych domków wypoczynkowych, z których każdy był oznaczony ikonką z innym rodzajem statku. I tak znalazły się tu m.in. koga czy szkuner.
Zeszłyśmy chwilę później na Pogodną, od której odchodziła jeszcze jedna niepozorna ulica – Ukryta. Nazwa zainspirowała nas do małej sesji zdjęciowej.






Niedługo później znalazłyśmy się na Radosnej i z niej skierowałyśmy się na Barwną. Tutaj klimaty były jak w nadmorskim kurorcie pełnym domków dla turystów czy budek z goframi. Za lasem zresztą mieliśmy morze. A leśne ścieżki pozwalały na moment zapomnieć, że wciąż jesteśmy w mieście i to niemałym.
Drogą wzdłuż ogrodzenia wyszłyśmy na asfaltową ulicę. Falowa, bo tak się nazywała, biegła z jednej strony na plażę, więc nie dziwił fakt istnienia tu ośrodków wypoczynkowych, ale skręciwszy w prawo, minęłyśmy najpierw cmentarz, a później trafiłyśmy na główną ulicę Wyspy. Na tym odcinku nosiła miano Turystycznej.




Na tym skrzyżowaniu ponownie odbiłyśmy w prawo, powoli kierując się do punktu startu, by i tam zakończyć naszą wycieczkę. Minęłyśmy przy tym budynek Ochotniczej Straży Pożarnej i pomnik Pamięci poległych w obronie i przy odzyskaniu Ziem Piastowskich, opatrzony datą 1939-1945.
Jeszcze na koniec odwiedziłyśmy Promienistą, minęłyśmy typowe kurortowe stragany i zlokalizowałyśmy oddział Gdańskiego Archipelagu Kultury oraz informację turystyczną. I nawet ta nazwa ostatniej ulicy wydała się adekwatna do naszej wyprawy. Zaczynałyśmy w pochmurne i wietrzne przedpołudnie, choć zapowiadano nawet deszcz, a skończyłyśmy przy ciepełku bijącym ze słonecznych promieni. Takie niespodzianki to ja lubię 😉











Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego, drugiego i trzeciego spaceru po Wyspie Sobieszewskiej!

Szacuneczek za urbeksowe doświadczenie 🙂 Też się naszukałem tego bunkra w zeszłym roku, ale okazało się, że jest już niedostępny 🙁 W wejściu zamontowano kratę, rzekomo ze względu na nietoperze. Smuteczek, bo te freski wyglądają naprawdę ciekawie, a wnętrze wydaje się nie być tak usyfione jak w wielu podobnych obiektach.
Widziałam w sieci, że obecnie strzeże go krata, ale jakie są powody – nie wiem. Jeśli nietoperze, szanuję bardzo jako biolog, bo ich wybudzenie z hibernacji często jest równoznaczne z ich nieprzetrwaniem sezonu zimowego, aczkolwiek może wystarczyłoby sezonowo. Mnie najbardziej intrygowała kanapa i to w naprawdę spoko stanie, więc ciekawe, czy ktoś tam nie koczował i dlatego nie było aż takiego bałaganu.