Wejherowo – ostatni spacer, z historią w tle

Spotkałyśmy się z koleżanką na dworcu w Wejherowie. Już z okien pociągu dostrzegłam jej idealnie dobrany strój. Jak na turystkę przystało, miała czapkę z daszkiem i lekki plecak. Ubrana była również stosownie do pogody, a dzień zapowiadał się słoneczny. Musiałam jednak przyznać, że w Lęborku, z którego dla odmiany przybyłam, było cieplej. Odczuwałam to szczególnie wtedy, gdy zawiewał wejherowski wiatr. W związku z tym, że jechałam prosto z domu, miałam też nieco cięższy bagaż, ale dawałam radę.

Od samego początku miałyśmy doskonały nastrój i zaczęłyśmy wesołą paplaninę. Przeszłyśmy wyznaczoną ścieżką od dworca poprzez remonty ulicy 10 Lutego. Gdy tylko znalazłyśmy się na Dworcowej, przeszłyśmy na jej drugą stronę, w kierunku warzywniaka i kiosku. Musiałyśmy przy tym ominąć pozostawione na i tak nieprzejezdnej drodze resztki ściętych koron drzew.

Z Dworcowej zeszłyśmy w pierwszą uliczkę po prawej. Znajdowało się tam osiedle 1000-lecia Państwa Polskiego. Droga po kilkudziesięciu metrach odbijała lekko w prawo, by po chwili biec równolegle do swojej pierwszej części. Przeszłyśmy w ten sposób ulicę Spacerową, przy której mieściły się warsztat samochodowy z myjnią oraz sklep spożywczy i znalazłyśmy się na Zachodniej. Zobaczyłyśmy tam serwis komputerowy oraz ofertę dotyczącą korepetycji.

Skręciłyśmy w lewo w ulicę Inwalidów Wojennych, ku stacji kontroli pojazdów. Po sąsiedzku mieściła się szkoła zwana potocznie „Samochodówką”. Na Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych składały się V Liceum Ogólnokształcące, II Liceum Ogólnokształcące dla Dorosłych, Technikum Nr 3 oraz Zasadnicza Szkoła Zawodowa Nr 2. Koleżanka opowiadała mi, że jednym z uczniów dawnej „Samochodówki” był jej tata. Za szkołą znajdował się plac, gdzie odbywały się egzaminy na prawo jazdy i zwykle kończąc tę szkołę, uczniowie zdobywali także tę dodatkową umiejętność. Zauważyłam jednak, że aktualnie wszystko było rozkopane, skomentowałam zatem:

– Już nie zrobią tu prawa jazdy.

Niemal naprzeciwko placu budowy znajdowała się intrygująca konstrukcja, której kształt z niczym się nam jednak nie kojarzył.

Wkrótce wyszłyśmy na ulicy Sobieskiego. Pokonałyśmy krótki odcinek do kolejnej prostopadłej do niej drogi. Wypatrzyłyśmy duży, ciekawy budynek z cegły z seledynowymi dachami i dobudówką. Nie udało nam się jednak odkryć jego przeznaczenia. Po sąsiedzku mieścił się Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Niesłyszących. Po prawej widniały szkolne boiska. Znalazłyśmy także punkt ksero, nazwany górnolotnie „księgarnią podatnika”, gdyż miał w ofercie także literaturę fachową i artykuły papiernicze.

Następnie odwiedziłyśmy ulicę Transportową. Na początku dopatrzyłyśmy się stacji kontroli pojazdów. Dalej minęłyśmy Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej i Urząd Gminy. Zaskoczyła mnie obecność takiego obiektu na takim odludziu. Na końcu drogi swoją siedzibę miała z kolei firma znana jako Pomorska Komunikacja Samochodowa czyli po prostu PKS. To wyjaśniałoby ustawione na parkingu liczne biało-zielone autobusy. Droga, którą zamierzałam następnie przejść, okazała się drogą wewnętrzną spółki, w związku z czym potulnie zawróciłyśmy. Dzięki temu na tyłach szkoły dopatrzyłyśmy się ciekawego ewenementu. Na trawniku za ogrodzeniem umieszczono kilka drewnianych czy metalowych kwiatków i ozdobioną kaszubskimi wzorami… furtkę. Stała zupełnie luźno, niepołączona z resztą ogrodzenia.

Na kolejnym odcinku ulicy Sobieskiego skupiłyśmy swoją uwagę na prawej stronie drogi, zamierzając pokonać lewą podczas zawracania. Nim dotarłyśmy do ronda połączonego z ulicą Batalionu Morskiego, minęłyśmy Urząd Skarbowy oraz zabudowania należące do wojska. Koleżanka zwróciła moją uwagę na znajdujący się na wjeździe próg zwalniający wyposażony w kolce. Gdy jednak chciałam go sfotografować, stosując dodatkowe zbliżenie na sam próg, zostałam upomniana przez żołnierza:

– Tu nie wolno zdjęć.

– A same zasieki – użyłam zastępczo innego słowa, zapominając właściwego. –  jak wyzoomuję?

– Nie – odparł stanowczo.

– Ok, ok – rozłożyłam ręce w geście poddania się.

Powędrowałyśmy zatem dalej. Minęłyśmy sklepy spożywczy i komputerowy. Na rondzie zajrzałyśmy w ulicę Batalionu Morskiego, po czym zawróciłyśmy, przechodząc uprzednio na drugą stronę drogi. Znajdowało się tutaj kilka instytucji. Najpierw minęłyśmy Ośrodek Szkolno-Wychowawczy. Jego patronem, podobnie jak w Lęborku, został Korczak, co zwróciło moją uwagę. Za sklepem motoryzacyjnym i fryzjerem mieściło się Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie i Powiatowy Zespół ds. Orzekania o Niepełnosprawności. Wreszcie dotarłyśmy do pięknego skweru przed jeszcze ciekawszym budynkiem. Gmach urzekł mnie swoją zegarową wieżą i piękną cegłą, z której go zbudowano i którą kolorystycznie ułożono tak, że tworzyła ozdobny, a jednocześnie delikatny wzór. W obrębie skweru mieściła się fontanna z pomnikiem z orłem oraz tablicą z literami MW, odnoszącymi się zapewne do Marynarki Wojennej. Pomnik miał upamiętniać I Morski Pułk Strzelców. Przekazałam aparat w ręce koleżanki i oddałyśmy się całkiem przyjemnej sesji zdjęciowej. Dodatkowo w obrębie skweru umieszczono tablice historyczne wspominające rzeczoną formację i początki II wojny światowej, a za budynkiem mieściła się ścieżka wiodąca do kaplicy wojskowej.

Ruszyłyśmy dalej przez Sobieskiego. Skręciłyśmy w prawo, w ulicę Przyjaźni. Dopatrzyłam się graffiti upamiętniającego cichociemnych na stacji transformatorowej. Szczególnie spodobał mi się motyw spadochronu. Obeszłyśmy budowlę z każdej strony. Gdy ruszyłyśmy dalej, koleżanka zwróciła moją uwagę na kilka pagórków z szeroką połacią zieleni i boiskami pośrodku, położonymi nieco niżej.

– Widzisz pagórek? Tu się zjeżdżało – opowiadała o swoich przygodach z dzieciństwa.

Postanowiłam uwiecznić to miejsce. Gdy przeszłyśmy jeszcze kilkanaście metrów, wszyscy przechodnie już przeszli i postanowiłam złapać ten kadr jeszcze raz, z nieco innej perspektywy. Przy okazji zrymowałam swoją wypowiedź niczym wiersz i od razu spisałam swoje słowa na mapce:

– Nie ma ludzi / Będzie lepsze zdjęcie / Mimo tej chmury / Okropnej / U góry

Koleżanka wyłapała ów rym, dostrzegła także kilka ciekawych budynków. Wskazała mi widniejący po lewej stronie trawnika szary gmach, który był dość niepozorny, a mieścił w sobie hotel. Zaintrygował ją biało-szary budynek przed nami, nieznanego przeznaczenia. Za nim mieściło się przedszkole. Tymczasem my skręciłyśmy w lewo, a po chwili odbiłyśmy w prawo. W ten sposób dotarłyśmy do kolejnego budynku mieszczącego Urząd Gminy.

Skierowałyśmy się ku ścieżce pomiędzy blokami. Na jednej ze ścian dostrzegłyśmy napis To ja! i od razu zaczęłyśmy nucić, ale co ciekawe, każda swoją piosenkę. Moja towarzyszka dośpiewała To ja, Narcyz się nazywam, z kolei mi przyszły do głowy słowa Tak, tak, ten w lustrze to niestety ja.

Gdy znalazłyśmy się na Harcerskiej, skierowałyśmy się na północ. Zaczepił nas psiak prowadzony na smyczy przez swoją panią. Według niej, zwierzak nie chciał ruszać dalej, póki się z nimi nie zrównałyśmy, bo bardzo przypominałyśmy wnuczki kobiety, które psiak uwielbia. Czworonóg dawał się głaskać i tarmosić za uszkiem. To było bardzo ciekawe spotkanie. Na wysokości kolejnego przejścia między blokami wypatrzyłyśmy kota, ale spoczywał leniwie pod drzewem i totalnie nas zignorował. Wyszłyśmy obok bloku numer dziesięć, co było dosłownie strzałem w dziesiątkę, gdyż miałam do odwiedzenia tamtejszą aptekę. W gdańskich zabrakło poszukiwanego przeze mnie leku, podobnie w lęborskich, a jak się dowiedziałam, w tej mieli jeszcze jedno opakowanie. Oprócz apteki w budynku mieściły się szewc, salon fryzjerski i sklep spożywczy.

Do tego momentu zdążyłyśmy odczuć pierwszy głód, postanowiłam więc podzielić się z koleżanką moim zaopatrzeniem w postaci kokosowych wafelków. Opatrzono je napisem Kokos za uśmiech, co skłoniło nas do zrobienia sobie wzajemnie zdjęć z wafelkami i oczywiście z uśmiechem.

Przeszłyśmy ścieżką pomiędzy przychodnią a I Liceum Ogólnokształcącym. Po prawej stronie wypatrzyłyśmy tablicę, która upamiętniała 150-lecie (aż!) istnienia szkoły. Pochodziła już sprzed dziesięciu lat. Tymczasem skierowałyśmy się w lewo, na skwer im. Reginy Osowickiej. Zobaczyłyśmy tam fontannę, w obrębie której stał rzeźbiony chłopczyk z balonikiem i kręciły się drewniane koła ze spływającą wodą. Dodatkowo obiekt uatrakcyjniać miały kolorowe kółka. Woda spływała leniwie i póki nie podeszłyśmy bliżej, sądziłyśmy, że fontanna była nieczynna. Pośrodku skweru znajdowały się klomby z kwiatami oraz ławki na kształt puf, gdzie można było usiąść. Nie mogło zabraknąć także samej patronki. Jej rzeźbę umieszczono na ławce pod drzewami. Zamiast jednak usiąść na wilgotnej ławce, stanęłam za postacią. Gdy koleżanka już miała mi robić zdjęcie, na ławeczkę dosiadł się pan, który postanowił nas uświadomić, że pani Osowicka była nauczycielką, uczyła go w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a później została jego przyjaciółką. Więcej o tej postaci wyrzeźbiono w otwartej księdze umieszczonej na jej kolanach.

Weszłyśmy do środka Wejherowskiego Centrum Kultury, niejako od zaplecza. Koleżanka czuła się tam jak u siebie i pewnym krokiem pędziła na przód. Jednak nasze próby namierzenia łazienki skończyły się odesłaniem nas na dół przez jednego z pracowników. Pan zatrzymał dla nas windę i zaprosił nas do środka słowami:

– Jadę na dół, mogę was zabrać.

Nie protestowałyśmy. Przemarsz przez WCK zakończyłyśmy uwiecznieniem figury konia tuż przy wyjściu od strony ulicy Hallera. Następnie skierowałyśmy się na Sobieskiego. Tutejsze figury fotografowałam pod koniec poprzedniego spaceru, ale obecność koleżanki zachęciła mnie do pozowania, do czego i ją namówiłam. Dało nam to sporo frajdy.

Minęłyśmy rzeźbę przedstawiającą koło wozu, należącą do serii Kaszubskie nuty. Dalej znajdowały się sklepy meblowy i z elektroniką oraz serwis elektroniki, pizzeria i Żabka. Weszłyśmy w ulicę Spacerową, by obejrzeć Szkołę Podstawową Nr 9. Naprzeciwko niej mieściło się przedszkole.

Zawróciłyśmy do ulicy Bukowej. Przeszłyśmy przez nią na skraj Harcerskiej. Ostatecznie znalazłyśmy się na Hallera, gdzie ruszyłyśmy w prawo. Dotarłyśmy do skrzyżowania z ulicami Strzelecką i Kalwaryjską. Po krótkiej namowie uznałyśmy, że zajrzymy najpierw w prawo, następnie w lewo, a ostatecznie pójdziemy prosto.

Skręciłyśmy zatem w kierunku szkoły zwanej potocznie „Elektrykiem”. To naprzeciw niej został postawiony po przeniesieniu słynny czołg. Po drodze minęłyśmy bar i plac zabaw. Dzieci bawiły się także w okolicy czołgu. Gdy próbowałam go sfotografować, a następnie sama zapozować na jego tle, co chwilę wpadały w kadr. Rozkładałam tylko ręce w poczuciu bezradności. Po kilku minutach mamy jednak zgarnęły ze skweru dziką gromadkę, a my w ciszy i spokoju mogłyśmy kontemplować przestrzeń i ją uwieczniać, włącznie z centralnym obiektem w postaci czołgu. W pobliżu ustawiono także tablicę opisującą jego parametry techniczne.

Przeszłyśmy na drugą stronę drogi. W ten sposób znalazłyśmy się przy wspomnianej szkole, znanej oficjalnie jako Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych, na który składały się Technikum Nr 1, III Liceum Ogólnokształcące i Zasadnicza Szkoła Zawodowa Nr 3. Budynek był ogromny, a jego szczyt zdobił symbol omegi przeciętej błyskawicą. Opatrzono go także tablicą upamiętniających wychowawców i wychowanków, którzy oddali życie za Ojczyznę. Koleżanka opowiedziała mi anegdotę, iż jej krewny uniknął kary za spóźnienie na lekcję, wskakując do klasy na parterze przez okno. Ponoć nauczyciel niczego nie zauważył.

Dalej mieścił się jeszcze stomatolog. Zawróciłyśmy i zajrzałyśmy w drugą część Strzeleckiej, która nie oferowała niczego specjalnego.

Weszłyśmy zatem w Kalwaryjską. Już na wejściu dostrzegłyśmy Dom Rzemiosła z tablicą ku pamięci rzemieślników zamordowanych przez hitlerowskiego okupanta. Dalej mieścił się salon urody, pole biwakowe i ośrodek szkolenia psów. Droga wiodła w lewo na wysokości kortów tenisowych. Po lewej rozciągały się dalej tereny „Elektryka” z boiskami i strzelnicą. Prawdopodobnie z tej ostatniej korzystali tylko uczniowie szkoły. Naprzeciwko mieściła się Niepubliczna Szkoła Rzemiosła. Tuż za nią zobaczyłyśmy cmentarz. Pochowano tu żołnierzy „września 1939 I Morskiego Pułku Strzelców”.

Wyszłyśmy na skrzyżowaniu z ulicami 1 Maja i 3 Maja. Po lewej zobaczyłyśmy sklep spożywczy, po czym ruszyłyśmy w prawo. Minęłyśmy sklep budowlany, piekarnię i żłobek. Przed nami szła rodzinka. Wyprzedzając ich, zwróciłyśmy uwagę, że wędrowali z miską… z praniem. Widok był dla nas niecodzienny.

Zajrzałyśmy w ulicę Sportową, po czym dalej szłyśmy 3 Maja. Uwieczniłyśmy kolejne Kaszubskie nuty. Dostrzegłyśmy dwie monety, a podpis zinterpretowałyśmy w sposób sugerujący, iż monety miały pochodzenie niemieckie czy raczej pruskie. Dalej mieścił się budynek Warsztatów Terapii Zajęciowej i Powiatowego Zespołu Placówek Oświatowo-Wychowawczych. Według widniejącej tam tablicy, budynek wykorzystywany był w latach komunizmu przez Urząd Bezpieczeństwa.

Na następnym skrzyżowaniu mieściła się kolejna z Kaszubskich nut, ta przedstawiająca woła. Zmieniłyśmy jednak kierunek, wchodząc w ulicę Wybickiego. Poruszałyśmy się z jednej strony wzdłuż parku, z drugiej zaś wzdłuż pozornie zwyczajnych zabudowań mieszkalnych. Okazało się jednak, że pewien, dość mocno zaniedbany, dom był budowlą zabytkową. Dalej mieściła się pracownia projektowa. Chwilę później uwieczniałam piękny kadr, pełen zieleni, po czym zerkałam z radością na dzieciaki, które wędrowały wraz z panią opiekunką czy też przedszkolanką. Rzuciłam w kierunku koleżanki z przymrużeniem oka:

– Pani wyprowadza dzieci na spacer.

Gdy skręcałyśmy w ulicę 1 Maja, dostrzegłam dziurę w murze, wypełnioną metalowymi zdobieniami. Kawałek dalej koleżanka uświadomiła mnie, że mur ów okalał tzw. Rezydencję Wejhera. Przy salonie fryzjerskim skręciłyśmy w prawo. Minęłyśmy szklarza, kwiaciarnię z uroczo pomalowanym filarem oraz ofertą „poczty balonowej”, szkołę językową, przedszkole, salon urody, sklep z grami video i restaurację. Zajrzałyśmy także w ulicę Ściegiennego. Kawałek dalej wypatrzyłyśmy stomatologa, solarium, drukarnię reklamową i serwis drukarek.

Na kolejnym skrzyżowaniu zaciekawił mnie drogowskaz sugerujący obecność klubu golfowego w pobliżu. Niemal naprzeciwko ulicy Strzeleckiej znajdowało się hospicjum. Następnie uwagę zwracał dość spory i zadbany budynek Starostwa Powiatowego. Za nią znajdowała się gablota przylegająca do budynku straży pożarnej, które widziałam już podczas poprzedniej wyprawy.

Wędrując wciąż na wprost, minęłyśmy pracownię geodezyjną, biuro podróży, sklep odzieżowy i cukiernię. Dotarłyśmy w ten sposób do kościoła Św. Leona i Św. Stanisława Kostki. Podobnie jak w przypadku większości wejherowskich świątyń, zajrzałam wraz z koleżanką do środka. Wzbogaciła moją wiedzę, określając sklepienia jako krzyżowe i strzeliste.

– Ja bym nawet powiedziała, że kryształowe – dodała, wyjaśniając mi jednocześnie, że na złączach tworzył się kształt deltoidu. To już przemawiało do mnie jako do ścisłowca [o sklepieniach na kursie przewodnickim uczyłam się dobry rok później].

Obie odniosłyśmy wrażenie, że kościół wewnątrz nie wydaje się tak ogromny jak z zewnątrz. Miał proste, wysokie okna, dwa rzędy ławek, nie licząc miejsca na chórze biegnącym wzdłuż głównej nawy. Najbardziej strojne były okolice ołtarza i tylnych filarów.  Przestrzeń pomiędzy urozmaicały jedynie obrazy należące do Drogi Krzyżowej. Chyba ta świątynia, spośród wszystkich lokalnych świątyń, najbardziej przypadła mi do gustu. W innych urzekały mnie raczej akcenty niż całokształt.

Po wyjściu z kościoła ruszyłyśmy w kierunku kolejnego gmachu – Gimnazjum Nr 1. Koleżanka uświadomiła mnie, iż kiedyś rolę dzwonka szkolnego pełnił ten widniejący na dzwonnicy. Poczułam, że to miejsce musiało mieć swój klimat. Przed budynkiem stał głaz upamiętniający nauczycieli wejherowskich poległych podczas wojny. Kolejna tablica także nawiązywała do historii i działań organizacji niepodległościowych. Po drugiej stronie od wejścia znajdowała się mała tabliczka z orzełkiem i napisem znak wysokości. Dopiero w domu poszperałam i dowiedziałam się, iż był to reper, który jest niejako punktem odniesienia przy określaniu wysokości. Zza szkolnego boiska wyłaniał się mur z ostrokołem. Okazało się, że mieściło się tam więzienie. Dziwiłyśmy się obecności takiego obiektu w sąsiedztwie szkoły.

Ruszyłyśmy w kierunku torów kolejowych. Minęłyśmy przy tym pub z bilardem, fryzjera, salon fryzjersko-kosmetyczny, solarium, sklep z częściami do aut, kolejnego fryzjera, następne solarium, sklepy komputerowy i meblowy oraz gabinet stomatologa i ortodonty. Koleżanka wskazała także okoliczny parking, informując mnie przy tym, że dawniej stały tu kamienice. Gdy znalazłyśmy się na 10 Lutego, dodała, że obecnego tu ronda jeszcze do niedawna tu nie było, a w okolicy mieścił się pchli targ.

W tym miejscu pożegnałyśmy się z koleżanką. Podążyłam sama ku ulicy Kopernika. Na tym odcinku znalazłam salon mody ślubnej, salon fryzjersko-kosmetyczny, sklep medyczny, klub fitness i centrum handlowe. Na ulicy Kopernika minęłam sklepy z oknami i z modą ślubną, szewca, a także dom zamieszkiwany przez siostry albertynki i Wejherowski Uniwersytet Trzeciego Wieku. Na ostatnim odcinku przed skrzyżowaniem dostrzegłam jeszcze sklep z firanami, fryzjera oraz kwiaciarnię.

Gdy wędrowałam ulicą Sobieskiego do ronda wypatrzyłam sklep spożywczy, jubilera, sklepy medyczny, z modą ślubną i fryzjera, po drugiej zaś stronie widniały apteka, zakład krawiecki, sklepy odzieżowy, spożywczy i papierniczy, jak również piekarnia. Na tym odcinku mieścił się także Sąd Rejonowy. Umieszczono na nim tablicę upamiętniającą zbrodnie hitlerowskie na terenie pobliskiego więzienia.

Właściwie na tym mogłabym już zakończyć swoją wycieczkę. Postanowiłam jednak odhaczyć jeszcze dwa punkty. Uwieczniłam przy tej okazji rzeźbę z cyklu Kaszubskie nuty z widłami, sprzed budynku ZUS-u, bo nie mogłam sobie przypomnieć, czy na pewno przy niej byłam.

Wówczas aparat poszedł w odstawkę, a ja niespiesznie skierowałam się ku placowi Wejhera, a następnie ku ulicy Św. Jacka. Tam skryłam się w uroczej kawiarence, osłoniętej bluszczową zasłoną od reszty świata. Zamierzałam odwiedzić to miejsce już wcześniej, co opisywałam w stosownym rozdziale, dopiero teraz jednak miałam ku temu możliwości. Żałowałam, że byłam tam sama i może w towarzystwie odebrałabym to miejsce inaczej. Spodobała mi się prostota wnętrza i surowość zachowanych murów, ale jednak czegoś mi tu brakowało. Zjadłam całkiem niezłą szarlotkę z lodami i bitą śmietaną, wypiłam owocową herbatę, po czym wyszłam z kawiarni.

Miałam przed sobą dość spory odcinek do pokonania. Zamierzałam bowiem bez użycia komunikacji miejskiej dotrzeć na Śmiechowo i podarować wspólne zdjęcie spotkanemu tam dyplomacie. Przeszłam zatem te trzy czy cztery kilometry wzdłuż Parku Miejskiego, następnie ku 12 Marca. Wędrowałam tą ulicą aż do Myśliwskiej. Wówczas zeszłam na Sikorskiego i podążałam nią aż do okolicy dworca w Śmiechowie. Pana niestety w domu nie zastałam. Zdjęcie wraz z krótką wiadomością wrzuciłam do skrzynki pocztowej, po czym poczłapałam w stronę stacji. Pociąg przyjechał po kilku minutach. Tego dnia rzeczywiście nieco zmęczyłam swoje nogi, ale było warto. Skończyłam zwiedzanie Wejherowa i tym samym domknęłam pierwszy etap swojego projektu.

Więcej o wycieczkach realizowanych w ramach tego projektu możesz poczytać <tutaj> 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *