Wraz z kolegą wysiedliśmy na stacji Wejherowo Śmiechowo. Ostatni spacer skończyłam w tym samym miejscu, więc szłam „na pewniaka”. Aparat miałam w zanadrzu od pierwszych minut, co nie uszło uwagi kolegi. Zwłaszcza, że znalazł się w jednym z pierwszych kadrów. Moją uwagę zwróciły z kolei dość gęsto rozmieszczone w okolicy dworca śmietniki, co nie przyczyniło się jednak do braku śmieci wokół.
Gdy dotarliśmy z peronu na pierwszą krzyżówkę, Sędzickiego i Sikorskiego, zorientowałam kolegę w moich planach.
– Tutaj biegną dwie równoległe ulice. Wejdziemy w pierwszą i zawrócimy drugą.
– Ale labirynt ulic – uznał, przyglądając się mojej mapie.
– Dlatego tu jest „Drogowskaz” – zażartowałam, odczytując nazwę z banera reklamowego.
Weszliśmy odruchowo na wprost w ulicę Sędzickiego, ale szybko zorientowałam się, że zamierzałam przecież cofnąć się kawałek przez Sikorskiego ku ulicy Matejki. Postanowiliśmy zawrócić. Weszliśmy w Matejki, a z niej w Kasprowicza. Jeden z domów miał bardzo ciekawe ogrodzenie, które skojarzyło nam się ze skrzydłami motyla, tak biologicznie. Zaciekawiło nas również, że z niemal każdej posesji słyszeliśmy szczekające na nasz widok psy, ale na żadnym ogrodzeniu nie było informujących o ich obecności tabliczek.
– Nie ma tabliczek Groźny pies – zauważyłam.
– Bo one nie są groźne.
– Są szczekliwe. A woda nie jest ściśliwa – dodałam, wykorzystując rym i nawiązując do rozmowy o ciśnieniu, którą odbyliśmy parę minut wcześniej.
Dotarliśmy do ulicy Paderewskiego, której nie udało się nam jednak przebyć z powodu rozległego remontu. Ostatecznie zawróciliśmy ulicą Kasprowicza do Matejki i skręciliśmy w lewo ku Obrońców Westerplatte. Na kolejnym skrzyżowaniu podążyliśmy w prawo, gdyż po lewej również trwały remonty.

Wkrótce dotarliśmy do posiadłości, której murek zdobiła figura lwa. Znajdowała się dość wysoko, ale udało się ją wypatrzeć koledze. Lew jedną z przednich łap opierał się o coś na kształt herbu czy tarczy. Postanowiłam uwiecznić rzeźbę, na czym nakrył mnie właściciel posesji. Starszy pan nie miał jednak zamiaru nas ganić, a raczej próbował zrozumieć naszą ciekawość. Powiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że uwieczniamy tylko lwa, który bardzo nam się spodobał. Mężczyzna zapytał nas z kolei, co właściwie robimy w tym rejonie. Postanowiłam niczego nie zatajać. Opowiedziałam, że to część mojego projektu i spacerujemy po Wejherowie ulicę po ulicy. Przyznałam także, rozwijając opowieść na prośbę pana, że chciałabym na bazie swoich wycieczek napisać książkę. Mężczyznę zainteresowało, czy jesteśmy mieszkańcami Wejherowa. Gdy zaprzeczyliśmy, drążył dalej. Odparłam, że sama jestem z Lęborka, a kolega z Mazur, ale aktualnie oboje mieszkamy w Gdańsku i stamtąd przybyliśmy.
– I co już pani zwiedziła? – padło kolejne pytanie.
– Właściwie całe Wejherowo na północ od głównej drogi i to osiedle za Głównym, na granicy z Bolszewem.
– Ile czasu potrwa projekt? Miesiąc, dwa?
– Aż skończę – odparłam.
Pan okazał się lokalnym patriotą i zachęcał nas, byśmy nie ominęli Kalwarii.
– Słyszy się o Kalwarii Zebrzydowskiej, a gdzie Wejherowska?
Przypomniała mi się niedawna wycieczka na Półwysep Helski, gdzie w Punkcie Informacji Turystycznej natknęłam się na mapkę tutejszej Kalwarii i przezornie wzięłam jedną ze sobą. Odpowiedziałam panu, że na pewno odwiedzę to miejsce, ale jeszcze nie na tym spacerze. Mężczyzna zapytał, czy zamierzam w swojej książce opisywać historię Wejherowa. Zaprzeczyłam:
– Nie, opisuję raczej współczesny obraz miasta. Poza tym nie jestem historykiem, więc nie chcę nikomu wchodzić w kompetencje.
Pan zasugerował opisy na bazie przewodnika, ale rozumiał także moje podejście. Atmosfera rozmowy robiła się coraz swobodniejsza. Gdy poruszyliśmy temat pogody, a także tego, że sprawdzałam prognozy i oczekiwałam cieplejszej aury, pan zażartował:
– Moja mama popełniła błąd, że mnie nie urodziła w strefie międzyzwrotnikowej.
– Ja też jestem ciepłolubna – poparłam go, rozumiejąc od razu, co miał na myśli.
– Nie widać po pani.
Rzeczywiście, pan był ubrany w koszulę z długim rękawem i kamizelkę, podczas gdy ja miałam na sobie tylko sukienkę.
– Mam żakiet w plecaku. W sumie z lenistwa go nie zakładam, bo nie chce mi się zdejmować plecaka. Poza tym jak się idzie, to w ruchu jest cieplej.
Mężczyzna przytaknął. Powoli zaczynaliśmy się żegnać, ale uznałam, że poproszę go o wspólne zdjęcie. Zastrzegłam, że nie będę go nigdzie publikować, aczkolwiek pożałowałam tej obietnicy już sekundę później (a po powrocie do domu miałam żałować jeszcze bardziej, o czym za moment). Pan z radością przystał na moją prośbę, a kolega czynił powinności fotografa. Na koniec zapytałam pana o imię, sami również się przedstawiliśmy, a pan Janusz (tak bowiem nazywał się mężczyzna) powiedział, że bardzo podoba mu się imię kolegi. Pożegnaliśmy się i pełni radości po tym spotkaniu ruszyliśmy ku ulicy Sędzickiego.
Ledwie dotarliśmy do skrzyżowania, pan Janusz pomachał na nas, byśmy jeszcze podeszli. Pełni entuzjazmu i ogromnie ciekawi ruszyliśmy w jego kierunku. Trzymał w ręku książkę o Lwowie, w której powstaniu sam miał udział. Nie wiedział, czy sam temat mnie zainteresuje, ale postanowił mi ją dać. Zapytałam, kiedy mam oddać lekturę, a w odpowiedzi usłyszałam:
– Nie trzeba.
W związku z tą niesamowitą sytuacją poprosiłam pana Janusza o dedykację w książce. Na początku się wzbraniał, sugerując, że podpisze mi się kiedyś we własnej, ale ostatecznie dostałam wpis Sympatycznej Marcie z przyjemnością ofiaruję z datą 24 lipca 2017 roku. Książka okazała się wyjątkową pamiątką – po drodze zorientowałam się, że zawierała dodatkowe kartki (z erratą kilku stron?). Uznałam, że dzięki temu i za sprawą autografu jest egzemplarzem jedynym w swoim rodzaju. Ponadto po powrocie do domu zorientowałam się, że poznałam jednego z polskich dyplomatów, a dokładniej byłego konsula lwowskiego!
W trakcie rozmowy kolega zapytał jeszcze o to, czy rzeźbiony lew miał jakąś szczególną historię. Chociaż pan zaprzeczył, dodał, że jego kot często wskakuje na górę i przesiaduje wraz ze swoim dzikim kolegą. Przyglądając się zwierzęciu, zapytałam, czy jest samiczką. Gdy pan potwierdził, odezwał się we mnie biolog i podzieliłam się z panem Januszem oraz z kolegą informacją, iż wnioskowałam po kolorze futerka, bo tylko samiczki to tzw. kotki tricolorki.
Do rozmowy włączyła się także żona, a może córka pana Janusza (nie zapytaliśmy, a zdania moje i kolegi w tej kwestii były podzielone). Opowiedzieliśmy pani pokrótce o tym, skąd jesteśmy i o moim projekcie. Dodałam, że chociaż mieszkamy w Gdańsku, to miasto, jak i kilka innych już zwiedziłam, więc przyszła pora na Wejherowo. Pani zasugerowała mi, że chcąc promować miasto, mogłabym zagadać do franciszkanów z pobliskiego klasztoru, którzy chętnie angażują się w takie inicjatywy. Dowiedzieliśmy się również, że poznani przez nas ludzie mieszkali w wielu miejscach na świecie, między innymi w Los Angeles, ale najlepiej mieszka im się właśnie w Wejherowie.
Gdy się już pożegnaliśmy, ruszyliśmy ku skrzyżowaniu z Roszczynialskiego, po czym postanowiliśmy przejść całą ulicę Sędzickiego. Zobaczyliśmy poznanych dopiero co państwa w przejeżdżającym aucie. Pan Janusz uśmiechnął się i pomachał nam. Odmachaliśmy mu z nie mniejszymi uśmiechami. To spotkanie sprawiło, że wpadłam w niesamowitą euforię, która utrzymywała się przez całą wycieczkę. Nie wypuszczałam książki z rąk i co pewien czas podskakiwałam z radości. To, że wymyśliłam sobie te moje projekty, które pozwoliły mi spotkać tylu ciekawych ludzi i przeżyć niejedną przygodę, to był strzał w dziesiątkę – jeden z najlepszych pomysłów w moim życiu!
Nawiązując do tego, kolega zapytał, czy tytułuję jakoś poszczególne rozdziały mojej książki. Zaśmiałam się, że tak:
– Spacer pierwszy, spacer drugi…
– Mogłabyś jakoś je tytułować.
– Kot, lew i Lwów – rzuciłam od niechcenia, ale uznaliśmy, że to całkiem pasowałoby do sytuacji, która przydarzyła się na samym początku wyprawy.
Co było jeszcze przed nami? – z tą myślą ruszyliśmy przez Sikorskiego ku kolejnej z poprzecznych ulic. Po drodze wypatrzyliśmy dom ozdobiony bluszczowymi gałązkami z metalu, wiatraki, baraki, firmę zajmującą się elektryką i warsztat samochodowy.
Wkrótce skręciliśmy w Odrębną. Zajrzeliśmy z niej w ulicę Skibniewskiej. Znaleźliśmy także Środowiskowy Dom Samopomocy, którego działalność dotyczyła osób niepełnosprawnych intelektualnie i chorych psychicznie. Na skrzyżowaniu z Roszczynialskiego moją uwagę zwróciło ciekawie powyginane drzewo. Sama krzyżówka też wyglądała malowniczo.
Skręciliśmy w prawo. Po jednej stronie ulicy biegł las, my zaś skupiliśmy się na widokach po naszej prawej. Na jednej z posesji stały doniczki z roślinami umieszczone w stojakach w kształcie baranków i zajączków. Gdy je fotografowałam, usłyszałam zza pleców głos kolegi:
– Maryja patrzy się na ciebie z okna.
Okazało się, że ktoś na podwórzu zbudował niewielką kapliczkę.

Po chwili naszą uwagę skupiły na sobie parking oraz biegnące dalej kramiki z kwiatami i zniczami. Zbliżaliśmy się bowiem do Cmentarza Śmiechowskiego. Część przyległego do niego lasu zdominowały sosny. Kolega, opierając się na obejrzanym filmie z udziałem leśnika, powiedział mi, że to jedyne drzewa, które są w stanie wytrwać na tak słabej ziemi.
Spacerując następnie ulicą Krasickiego, doszliśmy do wniosku, że tutejsze domki były bardzo klimatyczne. Jeden z nich miał nazwę niczym pensjonat, ale równie dobrze mógł być wyłącznie rozbudowanym bliźniakiem. Także inne domy inspirowały kolorami, przybudówkami, kształtami… Zaciekawiła nas latarnia przy jednej z ostatnich posesji. Na słupku mieściły się trzy latarenki oplecione ozdobą na kształt winorośli.

Na kolejnym odcinku Sikorskiego natrafiliśmy na mnogość ogrodowych krasnali, którym towarzyszyły jeż i żaba. Dodatkowo zaciekawiła nas tabliczka głosząca, iż posesji pilnował maltańczyk. Widziałam takową tylko raz, jeszcze podczas zwiedzania Gdańska, niemal trzy lata wcześniej. Pod tabliczką fragment furtki uformowano na kształt głowy smoka, co urzekło mojego towarzysza. Po drugiej stronie drogi mieścił się sklep meblowy.

Skręciliśmy w ulicę Nową przy myjni samochodowej. Znaleźliśmy tam kolejny sklep meblowy. Tym razem furtki okolicznych posesji zdobiły tabliczki informujące o obecności kotów. Kolega uznał zatem, że ulica mogłaby nosić miano „ulicy Kotów”. Minęliśmy także kolejną, nieco większą od poprzedniej, kapliczkę maryjną.

Gdy wyszliśmy na Roszczynialskiego, wędrowaliśmy wzdłuż cmentarza. Nie dziwił nas zatem fakt, iż mijaliśmy kolejne zakłady kamieniarskie. Znaleźliśmy ich kilka także na ulicy Brzozowej, która mieściła się naprzeciw bramy cmentarza. W obrębie Brzozowej kilka rzeczy naprawdę nas zainteresowało. Intrygujące okazały się chodniki, a właściwie wydzielenie ich z przestrzeni ulicy innym kolorem „krawężnika”, podczas gdy cała powierzchnia była równie płaska. Już po kilku pierwszych krokach zwróciłam uwagę na murek po prawej, mieszczący się już na czyjejś posesji.
– A co to za objawienie? – zapytałam na widok okolonej bluszczem jasnej płaskorzeźby, której towarzyszyła świeca.
– To jest orzeł – odparł rezolutnie kolega.
– A, bo zobaczyłam ten pasek u góry i myślałam, że to czapeczka.

Rzeczywiście mieliśmy przed sobą orła. To i nasz wcześniejszy dialog w sumie rozbawiły mnie tak bardzo, że nie potrafiłam utrzymać aparatu bez ruchu. Kolega zażartował:
– Orzeł odleciał.
Na szczęście udało mi się na moment uspokoić i wykonać nieporuszone zdjęcie:
– Orzeł wylądował – odparłam z dumą.
Ruszyliśmy dalej. Tutejsze domki też były bardzo estetycznie wykończone. Poddasze jednego z nich zdobiła sowa, chociaż dość nietypowa. Naszą uwagę zwrócił także samochód obklejony różnymi naklejkami. Rozpoznaliśmy kilka postaci, w tym jedną z Gwiezdnych Wojen. Opatrzono ją napisem Małe Trójmiasto Biega.
Odbiliśmy w lewo i ponownie w lewo w Leśną. Spojrzałam na zapisaną ściśle mapę i rzuciłam w stronę kolegi:
– Czy Ty widzisz, ile tekstu?
– Widzę rozdział w tym tekście.
Podczas wędrówki wypatrzyliśmy balkon w formie szklarni, wewnątrz której dostrzegliśmy bujną zieleń. Dalej mieściły się firmy: budowlana, gastronomiczna (zaopatrująca chociażby imprezy okolicznościowe) i kamieniarska. Wyszliśmy naprzeciw kolejnej bramy cmentarza. Obok mieściła się kaplica, podległa kościołowi Św. Anny. Spodobał mi się widoczny w górnym oknie witraż z gołębiem. Nieopodal stał głaz upamiętniający poległych wejherowian. Kolegę zaintrygowało, że nie doprecyzowano, czy chodzi o wszystkich, czy poległych w konkretnym okresie historii.

Skręciliśmy w ulicę Ofiar Grudnia 1970. Od razu rzucił się nam w oczy niski, ale rozbudowany dom, pokryty ciemną cegłą.
– Ładny dom – uznałam. – Jak z Simsów.
– Budowałbym – dodał kolega, nawiązując do języka internetowych memów.
Kawałek dalej zaciekawiła nas także posesja, gdzie dom zasłaniały gęsto rosnące drzewa i krzewy. Generalnie zamysł bardzo mi się spodobał, aczkolwiek zastanawiało mnie, ile z tych roślin powodowałoby u mnie alergię. Alergicy nie mają prostego życia.

Nim skręciliśmy w prawo, natrafiliśmy jeszcze na zakład kominiarski. Tuż za zakrętem moją uwagę skupił na sobie mały psiak, który zdawał się wręcz pozować do zdjęcia. Póki trzymałam aparat skierowany w jego stronę, stał grzecznie, tylko mi się przyglądając. Gdy jednak opuściłam ręce i ruszyliśmy dalej, piesek podbiegł do ogrodzenia i nieco na nas poszczekał. Minęliśmy również dom, na którego ścianach wymalowano ozdobne wzory wokół okien.

Gdy ponownie skręciliśmy, dotarliśmy na Sikorskiego, Na wprost zobaczyliśmy „dom z dziurą”, a tak naprawdę połączone z sobą dwa budynki, z których jeden na złączu miał tylko piętro – brakowało mu parteru. Minęliśmy Żabkę i firmę związaną z turystyką wodną, a kawałek dalej sklep meblowy i sklep budowlany o ptasiej nazwie. Spojrzałam na logo okiem biologa i od razu uznałam, że dziób ewidentnie nie pasował.
Następnie skręciliśmy w ulicę Kamienną. Poza figurką bociana, stojącą na jednej z pierwszych posesji, nic szczególnego nie wypatrzyliśmy. Zaintrygowała nas natomiast ulica biegnąca prostopadle. Z naszej perspektywy znajdowała się po prawej stronie. Nosiła miano Wschodniej. Zmierzaliśmy jednak na południe. Obróciliśmy się twarzami na północ i wyznaczyliśmy sobie kierunki świata. Ostatecznie stwierdziliśmy, że nazwę nadano raczej w oparciu o ulicę, z którą Wschodnia stykała się na drugim krańcu.
Na końcu Kamiennej znaleźliśmy sklep meblowy. Spotkaliśmy również psa, który zdecydowanie nie był nastawiony do nas przyjaźnie. Miał niewielkie gabaryty i przypominał pupila mojego kolegi z dzieciństwa. Chociaż często wpadałam do kolegi w odwiedziny, pies zawsze na mnie szczekał. Jakby chciał pokazać, że wkroczyłam na jego terytorium. Tutejszy czworonóg był równie wyszczekany.
Ruszyliśmy w prawo ku ulicy Południowej. Z jednej strony mijaliśmy las, z drugiej domy i punkt wymiany butli z gazem. Z kolei przez Południową bez większych przygód dotarliśmy na rzeczoną Wschodnią. Tym razem kierunki się zgadzały. Po drodze zaciekawiło mnie jedynie ogrodzenie z liściastym wzorem.

Wschodnia nie miała wiele do zaoferowania. Minęliśmy najpierw Wąską, potem Środkową i dotarliśmy na Poprzeczną, znajdując po drodze jeszcze obiekt, przy którym powiewała flaga Chile. Z krzyżówki Wschodniej i Poprzecznej mieliśmy dobry widok na domy biegnące na północy. Przed nimi rozpościerała się szeroka połać zieleni, na dodatek położona nieco niżej od reszty terenu. Od razu uznaliśmy, że tu mogłoby jeszcze coś być, jakiś basen albo boisko. W bok od Poprzecznej biegła ulica Boczna. Tylko w nią zajrzeliśmy, ruszyliśmy bowiem ponownie ku Sikorskiego.

Na kolejnym odcinku tej drogi znaleźliśmy kwiaciarnię, stomatologa, sklep odzieżowy, pizzerię i sklep spożywczy, a po drugiej stronie ulicy Biedronkę. Skręciliśmy w lewo. Po chwili zawołałam:
– Już wiem, co wrzucę na swój fanpage pierwszego września.


Przed nami widniało graffiti z motywami wojennymi. Opuszczone okno i opadające kartki z kalendarza. Sanitariuszka. Porzucony rower i pluszowy miś leżący obok. Rodzinna fotografia. Płomienie. Gdy obeszliśmy całość dookoła, ruszyliśmy ku odnodze ulicy Południowej, która biegła w kierunku tejże. Trudno było nazwać tę piaskową ścieżkę ulicą, a spacer urozmaicała nam jedynie obecność pająków. Wyszliśmy na wysokości ulicy Pogodniej, w którą zajrzeliśmy, po czym ruszyliśmy w prawo. Wypatrzyliśmy tam sklep elektryczny.


Na następnym skrzyżowaniu skręciliśmy w lewo. Znaleźliśmy salon urody i drukarnię, po czym przeszliśmy całą Myśliwską. Kolejny raz odniosłam wrażenie, że skrzyżowanie na tle lasu wyglądało malowniczo. Pokrzepieni widokami skierowaliśmy się ulicą Roszczynialskiego w prawo, a po chwili ponownie podążyliśmy w prawo. Na ulicy Dąbka mieściły się salon fryzjerski dla psów, hurtownia papiernicza oraz przedszkole. Nagle pośrodku drogi dostrzegliśmy dwa metalowe śmietniki, co nijak nie pasowało do przestrzeni wokół.
Na kolejnym odcinku Sikorskiego natknęliśmy się na sklep drzewny. Gdy odbiliśmy w kierunku ulicy 12 Marca, dotarliśmy do agencji reklamowej i Żabki. Z jednej strony droga biegła ku przejazdowi kolejowemu, z drugiej zaś wiodła ku cukierni, ulicy Torowej i kolejnym ulicom, które mieliśmy zwiedzić. Wybór był oczywisty.

Przy Torowej odbiliśmy w lewo, ku Wysokiej. Nasz wzrok przykuła jednak od razu brama, którą częściowo zasłaniały drzewa. Na górze widniał napis „Brama Oliwska”. Jako mieszkańcy Gdańska doskonale kojarzyliśmy przystanek tramwajowy o tej nazwie, mający odniesienie historyczne, ale co Oliwa miała wspólnego z Wejherowem? Udało mi się doczytać, że tutejsza Brama Oliwska czasem zaliczana była do kapliczek Kalwarii Wejherowskiej, chociaż pochodziła z późniejszych czasów. Wyznaczała miejsce, z którego przybywali na Kalwarię pielgrzymi z Gdańska-Oliwy i stąd wzięła się jej nazwa. Podeszliśmy bliżej kapliczki, po drodze uwieczniając ciekawego pluskwiaka, natomiast w obrębie samej budowli stały figury Matki Boskiej i Jezusa.

Wyszliśmy na skraju Sikorskiego, gdzie znaleźliśmy jeszcze drukarnię i warsztat samochodowy. Nagle zza chmur wyjrzało słońce i zaczęło wręcz niemiłosiernie grzać. Zrzuciłam żakiet i zaczęłam wołać radośnie:
– Słońce, słońce, słońce!
– Słońce jest zawsze – dodał poważnie kolega.
– Nie musisz mnie tak gasić naukowo – zarzuciłam mu.
– Taki zawód.

Na Wysokiej od razu rzuciła nam się w oczy szkoła, stojąca na zbiegu ulic Wysokiej i Śmiechowskiej. Przynajmniej przypuszczaliśmy, że to placówka oświatowa, ale na pierwszych drzwiach, jakie znaleźliśmy, nie było żadnej tabliczki. Budynek remontowano, co zdawało się potwierdzać nasze przypuszczenia. Przecież wakacje to idealny czas na remonty szkół. Pobłądziliśmy pomiędzy poszczególnymi skrzydłami budynku, nie znajdując żadnych tablic, aż dotarliśmy do szkolnego boiska. Dopiero wywieszony na ścianie regulamin informował, iż znajdujemy się na terenie Zespołu Szkół Nr 1 w Wejherowie. Dostrzegliśmy jeszcze siłownię na powietrzu, a tuż obok plac zabaw, przyległy do sąsiedniego osiedla. Nie udało się nam wyjść w stronę lasu, postanowiłam zatem zmienić naszą trasę. Gdy wędrowaliśmy ku Śmiechowskiej, odkryliśmy wejście główne do szkoły wraz z tak pożądanymi przez nas tablicami. Budynek dzieliły ze sobą Szkoła Podstawowa Nr 6 oraz Gimnazjum Nr 2. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych swoją siedzibę miało tu jednak Liceum Ogólnokształcące, o czym informowała dodatkowa tablica.

Na Śmiechowskiej znaleźliśmy jeszcze szkołę językową, warsztat samochodowy, fabrykę cukierków, pizzerię i Żabkę. Uśmiech na moją buzię przywołał widok dorodnego krzewu czerwonej porzeczki, który skojarzył mi się z latami dziecięcymi. Zaciekawiła mnie także tabliczka promująca usługi remontowe, mieszcząca się na dość zaniedbanym budynku.
– Usługi remontowo-budowlane. Zacznijcie od siebie – zasugerowałam, po czym usłyszałam dźwięk wiertarki. – O, już zaczęli.
Nie omieszkałam także skomentować daty umieszczonej na innym domu, wyglądającej niczym graffiti:
– 1982. Jeszcze mnie nie było na świecie.
Stanęłam i wystawiłam twarz ku słońcu, które ponownie skierowało ku nam falę ciepła.
– Stanę tu i się poopalam – stwierdziłam.
– Jak wąż – odparł kolega.
– Wąż się wygrzewa, a nie opala – wygrał biolog we mnie, nie pozwalając mi powstrzymać się od komentarza.
Po drodze zaintrygowały mnie zielone parapety, ale jeszcze bardziej Zielony żółwik, na widok którego wręcz pisnęłam. Taką nazwę nosił mijany przez nas zakład, a żółwie to moje ulubione zwierzęta.
– Zielony żółwik! Coś dla Marty. Ej, czemu zarządzanie najmem mieszkań? – spytałam rozczarowana.
– Bo żółw zarządza swoim domem – kolega wytłumaczył ów fakt po swojemu.

Domy wokół były skrajnie różne, co dawało poczucie chaosu. Nawiązaliśmy i tu do słynnej gry The Sims. Kolega znalazł określenie dla domu świeżo odmalowanego z przodu, którego bok pozostawał pokryty wyłącznie szarym tynkiem:
– Pół-dom.
– Ja tak czasem buduję w Simsach – dodałam.
– Jak cię nie stać. I nie chcesz używać kodów – wczuł się w klimat kolega.
– Albo ich nie pamiętasz.
Z punktu widzenia graczy nie mniej ciekawa była pozostawiona samej sobie działka, którą porastały gęste chaszcze. Ileż dawała możliwości!
Tymczasem skręciliśmy na ulicy Wniebowstąpienia w lewo. Na skrzyżowaniu mieścił się szklarz. Dalej wypatrzyliśmy fatalną graficznie reklamę klimatyzacji i salon fryzjerski. Przy wjeździe w Przebendowskiego stał sklep spożywczy, a następny kilkanaście metrów dalej. Z kolei my ruszyliśmy Gniewowską.
Na ulicy dzieci jeździły na hulajnogach. W czasach, gdy technologia góruje nad aktywnym wypoczynkiem, ten widok odebraliśmy bardzo pozytywnie. Na jednym z podwórek dostrzegliśmy gołębnik. Gdy Podgórną spacerowaliśmy lekko pod górę, dostrzegłam także pomarańczowe ślady na rękach:
– Mam pomarańczową kropkę od pisaka. Zawsze się czymś ubrudzę, jak jestem z tobą – zauważyłam pewną zależność. – A to pisakiem, a to farbą z drabinki na Babich Dołach, pamiętasz? Jestem oznaczona – zaśmiałam się.
– Jak całka – krótko podsumował kolega.
Z Babimi Dołami w Gdyni skojarzyły mi się także niskie domki, podobne do tamtejszej osady rybackiej.

Z Podgórnej zajrzeliśmy w Krótką. Wyszliśmy ponownie na Roszczynialskiego, w okolicy pierwszych kaplic Kalwarii Wejherowskiej. Zwiedzanie zaczynało się kawałek dalej, na wysokości ulicy Krzyżowej. Zgodnie z nazwą, stał tam także krzyż. Kalwarię miałam zamiar odwiedzić na innej wycieczce – kolejnej albo odrębnej, samotnej, by wczuć się w to miejsce. Wciąż rozważałam obie opcje. Tymczasem zawróciliśmy Gniewowską ku Wniebowstąpienia.

Od tego miejsca ulica Roszczynialskiego zmieniała nazwę na Zamkową. Tą trasą zmierzaliśmy aż do rzeki. Na tle lasu dostrzegliśmy rozpadający się już gołębnik. By dojść do Cedronu, musieliśmy na skrzyżowaniu odbić w prawo, w lewo wiodła bowiem droga w las. Wkrótce znaleźliśmy się nad niewielkim strumieniem, gdzie miała miejsce krótka sesja zdjęciowa. Szkoda byłoby nie wykorzystać ceglanej konstrukcji w tle, a do tego wody i zieleni.

Po chwili zawróciliśmy Zamkową aż do Staszica. Tam skręciliśmy. Podążaliśmy wzdłuż zabudowy mieszkalnej. Minęliśmy ulicę Przebendowskiego. Dalej swoją siedzibę miał Dom Pomocy Społecznej. Odbiliśmy w lewo dopiero na ulicy Ojców Reformatów. Ponownie nie przekraczaliśmy rzeki. Była ona dla nas granicą wycieczki. Na tym odcinku znaleźliśmy sklep meblowy. Rzeka po prawej stronie biegła między podwórzami, co przywołało nam na myśl Wenecję. Gdy zawracaliśmy, zaintrygowały mnie rzeźbienia drzwi jednego z domów, a także firanki ze Spidermanem, którego fanem był wspólny kolega mój i mojego towarzysza. Nieopodal Sądu Rejonowego skręciliśmy w lewo, odnotowując jeszcze po naszej prawej solarium i jubilera.
Znaleźliśmy kilka ceglanych budynków, wyglądających na pozostałości historycznej zabudowy (chociaż w żaden sposób nie były oznaczone) oraz tawernę, po czym wyszliśmy na 12 Marca. Ulica sprawiała wrażenie, jakby była głównym wejherowskim deptakiem. Mieściło się tu mnóstwo sklepów: meblowe, typu 1001 drobiazgów, kwiaciarnia, mięsny, ze zdrową żywnością, drogeria i spożywczy. Dostrzegliśmy także fryzjerów, fotografa, pizzerię, pracownię artystyczną specjalizującą się w zaproszeniach, ksero, salon kosmetyczny z solarium i siłownię. Bliżej kolejnego skrzyżowania znaleźliśmy zakład pogrzebowy i szewca. Z budynków użyteczności publicznej wymienić należałoby Urząd Miejski.
Rzuciliśmy okiem w ulicę Judyckiego. Następnie wypatrzyliśmy Żabkę, krawca i salon sukien ślubnych od strony ulicy Wniebowstąpienia. Ostatecznie ruszyliśmy przez 12 Marca. Pierwszym obiektem była naleśnikarnia. Dalej mieściły się sklepy spożywczy, muzyczny, papierniczy oraz Jysk. Minęliśmy także salon fryzjersko-kosmetyczny z solarium i hurtownię pościeli. Na jednym z budynków widniał napis Fajną mieliście elewację. Twórca tego graffiti wydał mi się strasznie złośliwą osobą. Kawałek dalej znaleźliśmy agencję reklamową, a także kolejnego fryzjera. Zaintrygował mnie położony niemal naprzeciw niego budynek mieszkalny. Lekko odpadający tynk, odsłaniający częściowo cegłę, nadawał kamienicy swoisty klimat.
Wkrótce skręciliśmy w Cichą. Dotarliśmy przez nią na ulicę Polną. Nazwa nie dziwiła, gdyż rzeczywiście ulica wyglądała niczym okolona swobodnie rosnącą roślinnością polna ścieżka. Kawałek dalej po prawej tabliczka miała nas zachęcić do zakupu miodu. Nas jednak kusił już peron, do którego pozostało nam kilkanaście metrów.

– Ciekawe, kiedy mamy jakąś SKM-kę – zastanawiałam się.
– Kiedyś będzie – odparł filozoficznie kolega.
– Mamy dzień powszechny… powszedni – poprawiłam się. – Pewnie długo nie będziemy czekać.
Niespełna dziesięć minut, jakie dzieliło nas do przyjazdu pociągu, spędziliśmy w różnoraki sposób. Kolega usiadł w cieniu, podczas gdy ja wystawiałam twarz do słońca z nadzieją, że i na kolejnej wycieczce słońca nie zabraknie.
Więcej o wycieczkach realizowanych w ramach tego projektu możesz poczytać <tutaj> 🙂
