Gdynia Babie Doły – od przestworzy do tafli wody

Na początku wszystko zdawało się sprzysięgać przeciwko nam. Pociąg wypadł z rozkładu, w związku z czym byliśmy na SKM Gdynia Grabówek z piętnastominutowym opóźnieniem. Nie złapaliśmy idealnie wycyrklowanego autobusu, ale na szczęście na kolejny pasujący nie musieliśmy szczególnie długo czekać. Pojazdem linii 109 zajechaliśmy na sam koniec jego trasy. Pętla na Babich Dołach przylegała do ulicy Zielonej, my jednak rozpoczęliśmy zwiedzanie od ulicy Ikara.

Przy kolejnym skrzyżowaniu okazało się, że również Dedalowi przypisano jedną z ulic, a na rozwidleniu umieszczono pomnik w formie samolotu. Kolega zareagował bardzo entuzjastycznie:

– Samolot! Zrób zdjęcie tego samolotu i napisz, że odlotowa wycieczka!

Na tym się jednak nie skończyło.

– Tu jest ulica Dedala i Ikara. I samolot, rozumiesz? – zapytał.

Przytaknęłam.

– Genialne. Takie nazewnictwo, to ja rozumiem – dodał.

Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia, czy ludziom wybierającym te nazwy w ogóle taka wizja przeszła przez myśl, ale trzeba przyznać, wyszło znakomicie. Tymczasem oddałam aparat w ręce kolegi. Zaczęłam pozować przy samolocie, rozkładając ręce i stając w tak zwanej pozycji „jaskółki”. Po chwili przyjrzeliśmy się bliżej pamiątkowej tablicy. Okazało się że obiekt ten poświęcono lotnikom, którzy zginęli w katastrofach lotniczych.

Na skrzyżowaniu znajdował się również sklep spożywczo-monopolowy. Skręciliśmy w pierwszą z dróg po prawej. Była to odnoga ulicy Ikara. Zaciekawił mnie wybetonowany fragment, który wydawał się idealnym fundamentem pod kiosk. Być może takowy stał tam dawniej. Jednak jeszcze bardziej intrygująca była „Czwórka” czyli blok o numerze cztery, jako jedyny opatrzony nie numerem, ale właśnie nazwą.

Zawróciliśmy i skręciliśmy w prawo, gdy rozpoczęła się ulica Dedala. Na tablicy rady dzielnicy dopatrzyliśmy się plakatu promującego Runmageddon. Ruszyliśmy w stronę budynku wymiennikowni CO (centralnego ogrzewania?). Niemal równolegle z nami zbliżał się tam samochód popularnej stacji radiowej. Nie udało nam się jednak dociec, w jakim celu przybył tam dziennikarz.

Sami skierowaliśmy się w stronę zielonego, gęstego żywopłotu, za który zdawała się kierować biała strzałka na czarnym tle. Za krzewami znajdowały się betonowe trybuny przylegające do boiska. Zaciekawiło nas, że umieszczono tam dwa kosze, a tylko jedną bramkę do piłki nożnej. Chwilę później okazało się, że niepotrzebnie wspinaliśmy się na trybuny po skarpie, bo obok znajdowały się schodki. Zeszłam nimi i byłam gotowa zawracać ku drodze, ale nagle usłyszałam zza pleców głos kolegi:

– Czekaj.

Odwróciłam głowę, by dostrzec, że idzie wzdłuż boiskowego ogrodzenia.

– Nigdzie nie uciekam. Co robisz? – zapytałam.

– Sprawdzam. Tu jest woda.

– Morze – stwierdziłam, wiedząc, że znajdujemy się nieopodal.

– A mówiłaś, że daleko jest – zarzucił mi kolega, nawiązując do sytuacji jeszcze z Grabówka.

– Jak pytałeś, to było daleko – odparłam zarzuty.

Wracając w moją stronę, kolega zauważył niezwykle rozłożyste drzewo, które bardzo mu się spodobało. Mnie z kolei urzekł nadmorski widok, gdy przeszliśmy kilkadziesiąt metrów dalej. Postanowiłam podejść do ogrodzenia opatrzonego tabliczką ostrzegającą o obecności osuwisk i choć zabraniano chodzenia po skarpach, byliśmy naocznymi świadkami wędrówki pewnego mężczyzny pomiędzy zaroślami. W trawie tymczasem zabrzęczał trzmiel. Kolega mówił mi tego dnia, że trzmiele „uwzięły się” na niego i z wielką lubością wlatywały mu przez okna do domu.

– Tu jest twój przyjaciel trzmiel – zasugerowałam. – A co tam jest? Buda czy ul? – zapytałam, wskazując na bliżej nieokreślony drewniany domek.

Gdy podeszliśmy bliżej, okazało się, że na przedniej ściance znajdowały się dwa otwory, jak w budach, ale miały średnicę może kilkunastu centymetrów.

– Pszczoły by musiały być bardzo duże – zauważył kolega.

– To dla kogo to jest? – zastanawiałam się. – Dla kotów? Przecież tam się zmieści najwyżej chihuahua albo jamnik. Jak się pisze chihuahua? Napisałam chichuała – dodałam i wybuchłam nieposkromionym śmiechem, aż łzy poleciały mi po policzkach.

Przypomniało mi to sytuację przeżytą dzień wcześniej w pracy, gdy popłakałam się ze śmiechu w trakcie oglądania aplikacji z tańczącymi pingwinkami. Cóż, nie wstydzę się dziecka w sobie. I odkryłam je na nowo, gdy podbiegłam do pobliskiego placu zabaw. Najpierw jednak stanęliśmy nieopodal skarpy, zastanawiając się, jak wysoko się znajdujemy.

– To mówiłeś coś o zabijaniu się? – spytałam, mając na myśli ryzyko upadku.

– Tam było coś o osuwiskach. Też masz lęk wysokości?

– Nie, a ty masz?

– Nie wiem – odparł kolega niepewnym głosem.

Bezpieczniej było podreptać na plac zabaw. Na pierwszym planie znajdowały się huśtawki, moja miłość od lat dziecięcych, która absolutnie nie przeszła mi z wiekiem. Ucieszona, że moje kobiece biodra mieszczą się na obecnej przede mną huśtawce, zasiadłam i zaczęłam się bujać. Kolega przysiadł chwilę po mnie, ale nie zabawił tam długo. Postanowiłam jeszcze wdrapać się na drabinki. Wszystkie te szaleństwa zostały uwiecznione przez kolegę na zdjęciach, a ja przechodziłam z jednego drążka na drugi. Poczułam przy tym zapach farby, ale że nie kleiła mi się do dłoni, sądziłam, że zdążyła już przeschnąć. Gdy dotarłam jednak do drugiego krańca konstrukcji, moim oczom ukazała się kartka z napisem Świeżo malowane, a ja zbiegłam na ziemię jak poparzona. Zauważyłam na dłoni żółty ślad, na szczęście niezbyt duży. Mniejszą plamkę, na łokciu, odkryłam już po powrocie do domu. Pomógł zwykły zmywacz do paznokci. Ubrania nie uległy zniszczeniu. Dzieci i malarzy z całego serca przepraszam.

Powróciliśmy na ulicę Dedala, by zbadać kolejne jej zaułki. W jednym z nich znaleźliśmy stół pingpongowy i kamienne bryły z bokami w kształcie trapezów prostokątnych. Takie same znaleźliśmy kawałek dalej, pokryte siatką z dużymi otworami. Okazało się, że zostały przygotowane w ramach Runmageddonu. Zresztą, wokół roiło się od żółtych taśm opatrzonych tą nazwą. Doszliśmy do wniosku, że miały one wyznaczać trasę.

Tymczasem dotarliśmy do bardzo długich schodów, które umożliwiały zejście na wysokości gdyńskiego wejścia nr 1 na plażę. Pokonując kolejne stopnie, zwracaliśmy uwagę na umocnienia skarp, a także ciekawie wyglądające rośliny. Szczególnie intrygujące okazały się widoki za przewalonym pniem. Zeszliśmy na bok ze schodów, by przyjrzeć się temu miejscu bliżej. Odkryliśmy tam ogromną kość. Z jednej strony przypominała krąg, z drugiej była płaska niczym łopatka. Niewątpliwie należała do dużego zwierzęcia. Kolega, opierając się o leżącą nieopodal butelkę, wysnuł wniosek, iż mieliśmy do czynienia z żubrem. Niezwykłość kości sprowokowała nas do sesji zdjęciowej, gdzie zasady bezpieczeństwa i wiedza epidemiologiczna stanowczo poszły w odstawkę. I choć kolega uznał, że wyglądam niczym archeolog, a ja wyobraziłam sobie siebie jako Indianę Jonesa, kość i moja jasna bluza niezbyt ze sobą kontrastowały, więc i zdjęć nie uważam za udane, a szkoda. Bardziej zadowalający był kadr, gdy wyłaniałam się właśnie zza wspominanego przewróconego pnia.

Wreszcie postanowiliśmy zejść schodami do końca. Niemal od razu ścieżka stała się piaszczysta, a od morza dzieliło nas może z dwieście metrów. Dotarliśmy do stworzonego na plaży toru przeszkód. Dość spora ekipa przygotowywała trasę, którą następnego dnia miały pokonywać dzieciaki. Zastanawialiśmy się, czy przejdziemy dalej wzdłuż plaży. Odpowiedzi udzieliła nam kobieta, która zasiadała za kierownicą terenowego auta. Rozpuszczone włosy miały barwę popielatego blondu, jakby rozjaśniło je słońce. W dłoni trzymała nadpalonego papierosa. Cały ten widok skojarzył mi się z moimi wyobrażeniami muzyków country. Podziękowaliśmy pani za pomoc, po czym lekko cofnęliśmy się, by dotrzeć nieco bardziej na północ. W oddali widzieliśmy już budynek torpedowni.

Naszą uwagę zwrócił też nieco bliżej położony rząd pali, pomiędzy którymi umieszczono spore głazy. Podeszliśmy bliżej i wówczas zorientowaliśmy się, że owszem, możemy po nich pospacerować, ale do samej torpedowni nie dotrzemy suchą stopą. Po powrocie do domu doczytałam się, że dawniej z lądem łączyło ją długie molo, po którym transportowano torpedy, bowiem ten rejon służył Niemcom za poligon w początkowym okresie II wojny światowej. Obecnie budynek torpedowni upodobały sobie ptaki wodne, a podobno także artyści. Z informacji, do których udało mi się dotrzeć w obrębie trójmiejskich portali internetowych, wynikało, że można ją było zobaczyć chociażby w słynnych Czterech pancernych.

Pospacerowaliśmy po skałach, mając przy tym niemałą frajdę, zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową, po czym zanurzyliśmy dłonie w morzu i powróciliśmy ku schodom. Gdy zaczęliśmy się po nich wspinać, zawołałam:

– Liczymy schody!

– Jesteś pewna? – zwątpił kolega.

Potwierdziłam i zaczęłam liczyć fragment po fragmencie, początkowo na głos, jednak źle mi się przy tym oddychało i postanowiłam robić to w myślach. Po każdym przebytym etapie zapisywałam swój wynik i pytałam kolegę, czy wyszło mu tyle samo. Na jednym odcinku nasze pomiary różniły się o jeden stopień i ostatecznie uznaliśmy, że schodów było 182 lub 183, w zależności od tego, kto miał rację.

U szczytu zasiedliśmy na ławeczce, by wytrzepać buty. Minęło nas dwóch chłopców, mniej więcej z klas IV-VI szkoły podstawowej. Nie wiem, gdzie dokładnie zamierzali się dostać, ale mając do wyboru ścieżkę i schody, wybrali schody, ku którym prowadziła strzałka.

– Trzeba iść tędy, definitywnie – usłyszeliśmy z ust jednego z nich.

Zaskoczyło nas, oczywiście w sposób bardzo pozytywny, że dzieciaki w tym wieku znały słowa na takim poziomie.

Tymczasem zawiązałam buty i mogliśmy ruszać dalej. Ulica Dedala kończyła się nieopodal, więc jej krańcem zawędrowaliśmy do sąsiedniej – Ikara. Na chwilę zeszliśmy ku zaroślom za schodkami po naszej prawej stronie. Zauważyłam tam brązową „choinkę” i stwierdziliśmy, że zdążyły już minąć drugie święta, Wielkanoc, a dopiero ktoś wyrzucił drzewko. Drugą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, były gęste kępy niskich pokrzyw, uznałam więc, że znajdujemy się w „pokrzywowym gaju”. Na dalszym odcinku Ikara znaleźliśmy jeszcze pocztę, sklep spożywczy i bar oferujący pierożki, frytki i tym podobne.

Wkrótce dotarliśmy do pomnika z samolotem i skręciliśmy ku Zielonej, a na niej w prawo. Natrafiliśmy po drodze na kilka tablic dotyczących zamieszkujących te tereny nietoperzy. Podobno część z nich zimuje na terenie starej montowni torped, a tę można odnaleźć w zboczu wzniesienia, na którym stoi tutejsza szkoła. Niektóre upodobały sobie także znajdujące się przy ulicy Zielonej schrony.

Tereny wokół coraz bardziej nabierały wojskowego charakteru. Mijały nas auta na wojskowych numerach, a zabudowania chronione były drutami kolczastymi. Wreszcie tablice informacyjne potwierdziły nasze przypuszczenia. Minęliśmy szpital wojskowy, a stojące przy nim auto opatrzono czerwonym krzyżem na białym tle. Znaleźliśmy także klub i restaurację. Wreszcie natrafiliśmy na bramę, która ograniczała dalsze przejście. W oddali widniało coś, co mi skojarzyło się z torpedą, ale koledze udało się dostrzec skrzydła samolotu. Z informacji uzyskanych od strażniczki wynikało, że rację miał mój towarzysz, bowiem był to słynny MIG. Gdy podniosłam aparat, by uwiecznić wjazd do bazy lotnictwa morskiego, usłyszałam od strażniczki:

– Niech pani zdjęcia nie robi.

– Dlaczego? – zapytałam, sądząc, że zakazano fotografowania obiektów wojskowych.

– Bo sobie nie życzę – wyklarowała pani, odchodząc na bok i pozwalając mi tym samym na uwiecznienie wyobrażonego kadru.

Chwilę później zawróciliśmy aż do miejsca, gdzie wystartowaliśmy. W obrębie pętli znajdował się głaz upamiętniający obrońców i wybawicieli Kępy Oksywskiej. Następnie pokonaliśmy najbliższe przejście ze światłami i schodkami wspięliśmy się w stronę Szkoły Podstawowej Nr 28 oraz przedszkola. Akurat dzieci kończące lekcje wybiegły z budynku. Nagle olśniło mnie, że odbywamy naszą wycieczkę w piątek, więc dzieciaki miały zajęcia. Jeden z chłopców na pytanie nauczycielki, czemu nie wraca do domu, odpowiedział, że czeka na brata. Wyobrażałam sobie, że brat uczęszcza również do tej szkoły, ale okazało się, że był dorosłym mężczyzną. Wraz z kolegą podążyliśmy ich śladem ku głównej bramie, by opuścić szkolny teren.

Wkrótce trafiliśmy na ulicę Lotników, a z niej ponownie zeszliśmy na Zieloną, tym razem podążając nią na południe. Skręciliśmy na wysokości kościoła Matki Boskiej Licheńskiej i Świętego Jerzego. Najpierw dało się zauważyć stojący nieopodal krzyż, dopiero później prostą bryłę kościoła, barwne witraże i umieszczone obok dzwony.

Znaleźliśmy się na ulicy Rybaków. Doszliśmy do warsztatu samochodowego, po czym skręciliśmy w prawo. Przed nami pojawiło się kolejne rozwidlenie dróg.

– Dokąd idziecie? – usłyszeliśmy kobiecy głos zza naszych pleców.

Odwróciłam się i odpowiedziałam:

– Tak sobie zwiedzamy z mapą.

– A, bo tu jest zaraz Osada Rybacka – odparła wskazując na główną drogę, a zerkając na boczną dodała – a tam Babie Doły.

Zdecydowanie zmierzaliśmy na wprost. Po prawej roztaczały się zielone łąki, po lewej z kolei zobaczyliśmy prosty dom z przylegającą do niego szklarnią. Ów widok skojarzył mi się z filmem Galimatias czyli Kogel Mogel 2. Dalej zajrzeliśmy w odnogę po prawej, wciąż trzymając się głównej trasy. Opłacało się. Chwilę później naszym oczom ukazał się prawdziwy zwierzyniec. Najpierw wypatrzyliśmy konia, który z oddali w wizji krótkowidza czyli mojej równie dobrze mógł być osłem. Gdy zaczęłam go fotografować, dopatrzyłam się jeszcze kozy. Koń kręcił się na wszystkie strony, tymczasem koza pozostawała w pozycji półleżącej, jakby cały świat wokół jej nie dotyczył. Pomiędzy przydrożnymi zaroślami dreptały jeszcze kury.

Chwilę później znaleźliśmy się w baśniowej przestrzeni, a przynajmniej pośród panującej wokół sielanki pojawiło się dwóch iście baśniowych bohaterów – białe rumaki. Pasły się pośród zielonej trawy i ochoczo ku nam podbiegły. Oczywiście nie mogłabym sobie darować, gdybym nie pogłaskała tak cudownego zwierzęcia po pyszczku. Do przewidzenia było także, że nie ograniczę wizyty w tym miejscu do jednego kadru. Po dłuższej sesji zdjęciowej, wymianie międzygatunkowych uprzejmości i w ogólnym poczuciu szczęścia, przemieściliśmy się kawałek dalej. Kolega przystanął, by narysować konia w odpowiednim miejscu mapy, podobnie jak urozmaicał moje notatki na jednej z gdańskich wycieczek, tymczasem ja opowiedziałam mu o pewnym szkockim malarzu z telewizji, który malując koło siebie kilka akwarelowych marchewek, potrafił przekształcić je w pięknego konia.

Za ogrodzeniem czekało nas kolejne rozwidlenie dróg. Kolega uznał za oczywiste, że pójdziemy wzdłuż wybiegu dla koni, a że zgadzało się to z moimi założeniami, bez problemu na to przystałam. Gdy i ta droga rozdzieliła się na dwie, ruszyliśmy najpierw w lewo, postanawiając potem zawrócić w prawą odnogę. Tereny na wprost ograniczał drut kolczasty, bo znów natrafiliśmy na teren wojskowy.

Wędrowaliśmy, dopatrując się w oddali nielicznych zabudowań, ale zdecydowanie bardziej zaciekawiła nas betonowa ścieżka w bok. Gdy zawędrowaliśmy na jej koniec, zobaczyliśmy opuszczony wagon kolejowy w ruinie. Uznaliśmy, że śmiało mógłby posłużyć za nocleg jakiemuś bezdomnemu, aczkolwiek wokół nas nie było nikogo. Zawróciliśmy i przystanęliśmy pośrodku, by nacieszyć oczy widokiem kwitnących wokół drzew i gęstej, zielonej trawy, poprzecinanej licznymi dmuchawcami. Zamarzyło mi się wtopić na moment w ten krajobraz. Zasiadłam na trawie w pozycji jak do medytacji. Poczułam się naprawdę odprężona. Chwilę później próbowałam zdmuchiwać dmuchawca, jak to wcześniej czynił kolega, ale okazało się to wcale nie tak banalnym zadaniem jak mi się zdawało. Wreszcie jednak posłałam roślinki z wiatrem w świat. Całość moich zmagań kolega uwieczniał na zdjęciach. Podniosłam się, nucąc słowa znanej piosenki:

– Dmuchawce, latawce, wiatr, daleko z betonu świat…

Wróciliśmy do poprzedniego rozwidlenia. Jego drugą częścią dotarliśmy ponownie do Zielonej, gdzie skręciliśmy w lewo. Wzdłuż naszej trasy znalazły się chociażby pracujące w polu ciągniki. Kolega pozwolił sobie na żarcik:

– A co robi traktor u fryzjera? Warkocze!

Nie wiem, co rozbawiło mnie bardziej. Ta gra słów, czy gest jaki kolega wykonał dłońmi. Ich ułożenie przypominało pistolety i mogło symbolizować samozadowolenie. Musiałam przyznać, jego żarcik był bardzo udany.

Po obu stronach drogi rozciągały się ogródki działkowe. Spojrzałam w prawo i powiedziałam:

– Spójrz, jaki widok!

– Dzieci biegające po działkach?

– Tak! – krzyknęłam zachwycona.

Dawno nie miałam szansy obserwować beztroski w tak czystej formie, a ponadto cieszy mnie, gdy dzieci spędzają czas na świeżym powietrzu, zamiast ciągłego otaczania się technologią. Uważam, że powinna być w tym pewna równowaga.

Na dalszym etapie radowały mnie już raczej różne oblicza natury. Niezgrabna, iście horrorowa i pozbawiona liści korona drzewa poszła na pierwszy ogień. Moje wyginanie się, by zmieścić ją w kadr, spotkało się z dziwnymi spojrzeniami ze strony rowerzysty. Na tym odcinku ścieżka dla pieszych i droga rowerowa biegły równolegle, a co jakiś czas na asfalcie wypatrywaliśmy linie określające przebyte odległości. Wracając jednak do natury, dopatrzyliśmy się także czegoś, co przypominało żółty mózg, ale niewątpliwie było grzybem pasożytującym na pniu drzewa, a dokładniej żółciakiem siarkowym. Mając jednak więcej zamiłowania dla zoologii, zdecydowanie chętniej fotografowałam kulanki, a jedna z nich chętnie weszła mi w kadr, gdy przeniosłam swoje zainteresowanie na chrząszcza.

Na sam koniec roślinne akcenty były już tylko elementem stoiska kwiaciarniano-warzywnego. Pokonaliśmy skrzyżowanie Dąbka i Zielonej, po czym złapaliśmy autobus powrotny. Idealnie zgrał się nam z pociągiem i autobusem w obrębie Gdańska, jakby transport publiczny chciał nam wynagrodzić poślizg, jaki mieliśmy na początku wyprawy. Stwierdzam jednak, że nie ma co narzekać. Wycieczka okazała się naprawdę udana i była miłą odskocznią od pędu centrów trójmiejskiej aglomeracji.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

2 thoughts on “Gdynia Babie Doły – od przestworzy do tafli wody

  1. Michał says:

    Na pewno na ogrodzeniach Bazy Lotnictwa Morskiego były znaki zakazu fotografowania, które pamiętam także z innych obiektów wojskowych do mniej więcej 2006 r. Takowe zachowały się nawet na nielicznych zakładach produkcyjnych czy obiektach kolejowych. Miały je dworce (np. Białystok w filmie „Piłkarski poker”), wiadukty (linia towarowa „w filmie „Co to konia obchodzi”), a parę tygodni temu oglądałem zdjęcia oferty Autosana, gdzie autobus szkoleniowy dla GAiT (tak, w Gdańsku) był na tle hali produkcyjnej w Sanoku – jej ścianę z tym znakiem znalazłem później w Google StreetView. 😉

    Tak więc po tylu latach zakazów myślę, że i tak trafiliście na uprzejmą osobę, która tylko się przesunęła.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Hm, na opublikowanym zdjęciu nie widzę tabliczek z zakazem. Gdyby wspomniana pani zasugerowała, że nie powinnam robić zdjęć (z czym spotkałam się podczas innej wyprawy), to na pewno by ono nie powstało 😉 a gdybym nacisnęła migawkę, nim otrzymałabym tę informację (miałam tak kiedyś, choć nie w przypadku obiektu wojskowego), to i tak wstrzymałabym się z publikacją.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *