Gdynia Leszczynki – m.in. o tym, jak miasto „mówi”

Mój plan majowy zakładał zwiedzenie do końca miesiąca dzielnic północnych, jednak odłożyłam tymczasem Oksywie, by lepiej poznać Leszczynki. Powód był bardzo prozaiczny – brak wystarczającej ilości czasu w dniu, na który zdążyłam się już umówić w teren. Niemniej jednak nagłe okoliczności, które mi ów czas uszczupliły, nie sprawiły, że byłabym skłonna zupełnie zrezygnować z wycieczki.

Wraz z kolegą wysiadłam na stacji SKM Gdynia Grabówek i choć przestrzeń była mi znajoma już po poprzedniej wyprawie, postanowiłam skupić się także na ulicach, którymi przechadzałam się ostatnio, a na których nie zwracałam wtedy uwagi na detale. Wyszliśmy na ulicy Zakręt do Oksywia, póki co mijając Opata Hackiego, by dotrzeć do Morskiej. Jednak nim znaleźliśmy się na głównej drodze, zobaczyliśmy siedzibę straży miejskiej i Zakładu Komunikacji Miejskiej. Niemal naprzeciwko znajdowały się przychodnia, Pomorska Wyższa Szkoła Nauk Stosowanych i zajezdnia dla trolejbusów. Na pasie zieleni pośrodku dzielącej je ulicy pewien młody mężczyzna próbował ustawić zadaszenie, ale pogoda nie ułatwiała mu zadania. Przez silne porywy wiatru ledwie słyszeliśmy jego prośbę, aby mu pomóc. Podeszliśmy bliżej i zaraz pojawili się inni ludzie, którzy mu towarzyszyli. Wspólnymi siłami udało się ustawić daszek, pod którym prawdopodobnie miało stanąć jakieś stoisko informacyjne. Na terenie zajezdni rozkręcała się jakaś impreza okolicznościowa i zapewne lada moment mieli pojawić się pierwsi sympatycy lokalnego transportu publicznego.

Tymczasem my podążyliśmy dalej, mijając po lewej sklep z artykułami dziecięcymi, a po prawej kościół Świętego Józefa. Nim dotarliśmy do estakady, wypatrzyliśmy cukiernię, lombard, kiosk i sklep spożywczy. Wówczas zawróciliśmy, by pokonać dalszy odcinek Morskiej, za ulicą Zakręt do Oksywia. Na naszej trasie znalazło się kilka sklepów: odzieżowy oferujący duże rozmiary, z artykułami do dekoracji wnętrz oraz z elektronarzędziami. Znaleźliśmy tam także fryzjera i kantor. Kolejny szereg rozciągał się po drugiej stronie Morskiej. Udało się nam dostrzec Żabkę, wytwórnię medali i gadżetów, sklep spożywczy i z artykułami dla zmotoryzowanych, lombard, a także kilka innych obiektów, trudnych do zidentyfikowania w dniu, gdy wszystko było pozamykane. Poszliśmy więc dalej.

Zaintrygowała nas skrzynka stojąca przy drodze, przypuszczalnie z prądem, opatrzona napisem Dziadowski bitch kolektyw, co skojarzyło mi się z powiedzonkiem rozpuszczony jak dziadowski bicz. Niewątpliwie ta gra słów była celowym zamysłem autora.

W pierwszej odnodze po lewej dopatrując się siedziby firmy energetycznej, a chwilę później stacji paliw i Lidla. Po lewej zobaczyliśmy jeszcze sklepy spożywczy, odzieżowy z garniturami, drugi z elementami wyposażenia kuchni, gabinet okulisty, salon urody, ksero i tapicera.

Wkrótce skręciliśmy w Okrzei. Już na wejściu zauważyliśmy przychodnię weterynaryjną oraz Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. Przemieszczaliśmy się wzdłuż bloku, który co jakiś czas przerywały tunele w stronę podwórza. Ich ściany pomazano różnymi napisami, nierzadko spore warstwy muru były ukruszone, a okienko niemal na wysokości chodnika obklejono reklamą salonu masażu. Jedne z dalszych drzwi zapraszały do przychodni lub sklepu ze sprzętem medycznym – trudno było stwierdzić to po lakonicznej i niejednoznacznej tabliczce.

Skręciliśmy w Filomatów, wypatrując jeszcze przedszkole przed nami. Natomiast na Morskiej, nim skręciliśmy w lewo do najbliższego przejścia, natrafiliśmy na klub sportowy, oferujący siłowanie się na rękę. Pokonawszy światła, skierowaliśmy się ku Kalksztajnów. Przeszliśmy obok przychodni, apteki, warsztatu samochodowego i warzywniaka, a także sklepu budowlanego i gabinetu psychologa oferującego psychotesty dla kierowców. Tymczasem po drugiej stronie dopatrzyliśmy się fryzjera, serwisu komputerowego i sklepu ze zdrową żywnością.

Na Kalksztajnów swoje usługi oferował fryzjer. Proponowano także pokoje gościnne – w jednym z domów, jak również w hotelu. Na najbliższym skrzyżowaniu skręciliśmy jednak w lewo, w Komandorską. Przy tej okazji moją uwagę zwróciło umocnienie podłoża wokół drzewa, z wycięciem tworzącym napis z nazwą ulicy Kalksztajnów. Zauważyliśmy także firmę oferującą gadżety reklamowe. Po chwili przeszliśmy z Komandorskiej na Dembińskiego. Postanowiliśmy tamtędy wędrować dłuższy czas.

Na początek odhaczyliśmy warsztat samochodowy, a później przez długi czas niewiele się działo. Właściwie mijaliśmy głównie domki jednorodzinne. Zaciekawił nas dziko rosnący trawnik, bo wylegiwały się na nim koty. Bez większych przygód zawędrowaliśmy aż do skrzyżowania z ulicą Sambora, na jej odcinku wzdłuż budynku Zespołu Szkół Chłodniczych i Elektronicznych. Na ścianie przy wejściu umieszczono metalowy symbol dwóch przebitych mieczem ryb, co prawdopodobnie miało stanowić nawiązanie do herbu Gdyni.

– Co oni chłodzą w tej szkole – zastanawiał się na głos kolega.

– Uczą się chłodzić – zauważyłam. – Może lody, a może zwłoki – dodałam, chcąc ukazać w ten sposób możliwe, choć specjalnie przerysowane, spektrum znaczeń.

Chwilę później zawróciliśmy i powędrowaliśmy dalej ulicą Sambora. Minęliśmy Kalksztajnów z drugiego końca, a kawałek dalej droga zmieniała patrona z Sambora na Stoigniewa. Uznaliśmy tę nazwę za brzmiącą wschodnio, może rosyjsko, aczkolwiek przeszło mi też przez myśl nawiązanie do Piastów, gdy skupiłam się na końcówce owego imienia czy nazwiska. I rzeczywiście, po dotarciu do domu sprawdziłam te przypuszczenia, a Stoigniew okazał się księciem obodrzyckim, podobno bratankiem samego Mieszka I.

W bieżącej czasoprzestrzeni odkryliśmy natomiast domek z zakratowanymi drzwiami i powybijanymi szybami oraz leżący nieco dalej mikrokort tenisowy, z siatką na jego skraju i losowo ułożonymi na ziemi piłeczkami.

Od Stoigniewa odchodziła ulica Widok, a jej nazwa zaskoczyła kolegę. Zauważyłam, że taką samą znajdziemy w Gdańsku. Wbrew nadanym im nazwom, jak dla mnie nie wyróżniały się żadnym szczególnym widokiem. Ciekawszy okazał się jeden z ogródków nieopodal. Przyglądałam się także z zaciekawieniem stertom porąbanych drew.

Za skrzyżowaniem z ulicą Leszczynki Stoigniewa przemianowano na Ceynowy. Pierwszym, co zwróciło naszą uwagę, był dom na sprzedaż. Koledze nie przypadł do gustu, mi jednak spodobał się prosty, aczkolwiek obszerny, balkon. Muszę jednak przyznać, że całość konstrukcji przypominała raczej niewykończoną wersję domku niczym z gry The Sims.

Dalej zaciekawiła nas wynurzająca się spośród drzew zielona zjeżdżalnia, ale okazało się, że była zupełnie osamotniona. Chyba w naszej wizji spodziewaliśmy się ujrzeć za warstwą zieleni calutki plac zabaw. Natomiast niewątpliwie nie spodziewaliśmy się, że kilkanaście metrów za łukowatym skrętem drogi znajdziemy się na tyle wysoko, by móc dostrzec nawet to, co leżało dużo dalej.

– Patrz, morze! – ucieszył się kolega.

W tym momencie nie byłam jedyną osobą, która dzierżyła w dłoniach aparat. Rzeczywiście, za szeregiem ulic i domów, dało się dostrzec szaro-błękitną plamę morza. Ale i bez niej ów widok byłby malowniczy. Ciekawie zapowiadał się także ten po przeciwnej stronie drogi, jednak od pełni szczęścia, czyli doskonałej widoczności, oddzielało nas obudowane murkiem miejsce do parkowania. Za kamienną ścianą niestety nie dało się zrobić lepszego zdjęcia, bo większość kadru przysłaniały drzewa, a stromość skarpy uniemożliwiała podejście bliżej.

Ruszyliśmy więc dalej. Zajrzeliśmy w ulicę Bażyńskiego i już wkrótce trafiliśmy na Kordeckiego. Tereny pomiędzy tą drogą a ulicą Generała Orlicz-Dreszera zajmowały domki jednorodzinne otulone gęsto zielenią niczym ogródki działkowe. Skręciliśmy w lewo, podążając w stronę Kalksztajnów. Musieliśmy przy tym pokonać dość nietypowe schody. Ich stopnie były nieregularne, a do tego dość wysokie.

– Masakra – podsumował kolega.

Jakby na potwierdzenie, na murku wzdłuż schodów jawił się napis No właśnie. Jedna z bocznych ścieżynek także wyglądała intrygująco, ale postanowiliśmy trzymać się póki co szerszych dróg.

Na Kalksztajnów ruszyliśmy w lewo. Urzekło mnie hasło reklamowe obecnej tam szkoły językowej: Od gąsienicy do motyla, z nami rozwiniesz skrzydła! Kawałek dalej we wnękach słupa latarni stworzono galeryjkę z dwóch poalkoholowych butelek i jednej pobananowej skórki. Nim dotarliśmy do widzianego wcześniej skrzyżowania z Komandorską, natrafiliśmy jeszcze na psiego fryzjera, sklep spożywczo-monopolowy, salon fryzjersko-kosmetyczny, sklep wielobranżowy, warsztat samochodowy, a przy nim – graffiti Arki i inne, może mniej cenzuralne, ale z prostą, lecz ciekawą grafiką ninja z mieczem (jeśli owa broń ma swoją odrębną nazwę, proszę mi wybaczyć ignorancję, ale totalnie nie jestem w temacie).

Wkrótce kroczyliśmy już ulicą Generała Orlicz-Dreszera, a z nieba zaczął siąpić nieprzyjemny deszcz. Wiatr także nie uprzyjemniał nam wędrówki.

– Wiatr pada i deszcz – przejęzyczył się kolega.

Rozłożyliśmy zabrany przeze mnie przezornie parasol, aczkolwiek nawet on nie uchronił w stu procentach mapy i w kilku miejscach lekko się rozmazała. Na szczęście nie były to kluczowe punkty. Zresztą deszcz zdawał się padać miejscowo, z czym spotkałam się po raz pierwszy na żywo.

Skręciliśmy w lewo z głównej drogi na wysokości czegoś na kształt chodnikowej zatoczki. Rozwidlała się na dwie części. Sugerując się mapą, wybraliśmy ścieżynkę w prawo. Idąc dalej, po chwili znów musieliśmy dokonać wyboru i ruszyliśmy w prawo, po czym ujrzeliśmy drogę utwardzoną gdzieniegdzie sześciokątnymi płytami chodnikowymi. Znaleźliśmy się w obrębie wspominanych wcześniej domków jednorodzinnych. Wpatrywały się w nas wszędobylskie kocury. Tymczasem my pośrodku tego odcinka drogi zauważyliśmy wkopaną w nią rurę i zaczęliśmy ją oglądać ze wszystkich możliwych stron niczym największą atrakcję turystyczną. Wkrótce jednak ruszyliśmy dalej, aż droga wydawała się kończyć, oferując jedynie zadrzewione i bardzo przez to wąską ścieżkę ku górze.

– Chyba nie chcesz tam iść – zwątpił kolega.

– Idziemy – rzuciłam bez cienia wątpliwości.

Przedarcie się przez tę dróżkę nie było ogromnym wyzwaniem, ale do najprostszych też nie należało. W związku z tym, gdy znaleźliśmy się u szczytu, uśmiechy satysfakcji same pojawiły się na naszych buziach, co postanowiliśmy uwiecznić w formie sesji w stylu „wyjścia z lasu”.

Kilkanaście metrów dalej byliśmy już na Kordeckiego i mieliśmy świetny widok z góry na Majkowskiego, w związku z czym od razu ruszyliśmy ku estakadzie. Ulica Orlicz-Dreszera spotykała tam Leszczynki. Skręciliśmy w tę drugą i już wkrótce mijaliśmy schronisko dla bezdomnych. Dalej rozciągał się szereg garaży, na skraju którego znajdowały się otulone drzewami schodki. Tym razem nie sprawdziliśmy dokąd prowadzą.

Wędrowaliśmy dalej wzdłuż tłumiących hałasy estakady ekranów. Deszcz na przemian lał i przestawał padać. Mijaliśmy ludzi wędrujących z kościoła, parę dzieci podążających niewątpliwie na mszę (współczułam dziewczynce ubrania białych rajstop), a także dresiarza, którego podejrzewaliśmy o potencjalne zaczepienie nas za robienie zdjęć, tak się jednak nie stało.

Droga rozdzieliła się na dwie części, wciąż o tej samej nazwie. Prawa pozwalała nam na przejście pod estakadą na drugą jej stronę i właśnie tę opcję wybraliśmy. Na kolejnym rozwidleniu ponownie ruszyliśmy w prawo. Ulica Leszczynki przechodziła tam płynnie w Działdowską. Niedługo później znaleźliśmy sklep wielobranżowy i warsztat samochodowy, po czym skręciliśmy w ulicę o podobnie brzmiącej nazwie – w Działowskiego. Znaleźliśmy tam jedynie Dzielnicowy Ośrodek Pomocy Społecznej.

Z Działowskiego udało się nam zajrzeć w Karnkowskiego i przejść na Ściegiennego. W ten sposób dotarliśmy do Szkoły Podstawowej Nr 29. Nieopodal znajdował się zakład stolarski.

Wyszliśmy ponownie na Działdowską na wysokości kolejnego warsztatu samochodowego i niemal od razu przeszliśmy w Pelplińską. Pierwszą boczną drogą, która od niej odchodziła, była Grzybowa. Kawałek dalej zajrzeliśmy jeszcze w Smętowską, jednak bardziej intrygowały nas widoki przy wiodącej ulicy. Na dachu jednego z bloków wypatrzyliśmy trampolinę. Co prawda miała wokół siatkę ochronną, ale ta nie sięgała zbyt wysoko i uznaliśmy umieszczenie takiego obiektu na tak znaczącej wysokości za wybitny brak wyobraźni. Na parterze tego bloku znajdowało się jeszcze przedszkole. Innymi ciekawymi obiektami były zakład kamieniarski i sklep sprzedający znicze, co kolega uznał za dowód, iż widniejąca przed nami leśna dróżka doprowadziłaby spacerowicza na cmentarz.

My jednak zawróciliśmy do Działdowskiej i podążaliśmy nią dalej w kierunku Morskiej. Minęliśmy przy tej okazji drukarnię reklamową. Chwilę później kroczyliśmy już Mławską, gdzie wypatrzyliśmy myjnię. Na kolejnym skrzyżowaniu, tym razem z Władysławskiego i Modlińską, znajdował się z kolei warsztat samochodowy. Ostatecznie wróciliśmy na Morską, gdzie znaleźliśmy się na rondzie.

Zarejestrowaliśmy obecność Żabki, po czym wykorzystaliśmy zielone światło, by zwiedzić ostatnich parę bardziej wysuniętych na północ uliczek. Zerknęliśmy w międzyczasie na zegarek. Okazało się, że zostało nam pół godziny do pociągu, a tego dnia obowiązywał świąteczny, niezbyt dla nas korzystny, rozkład jazdy. Zresztą, miałam tego dnia dość napięty grafik i kolejka późniejsza o następne pół godziny nieszczególnie mnie satysfakcjonowała. Narzuciliśmy więc lepsze tempo, mając nadzieję, że damy radę zdążyć.

Miałam zamiar skręcić w Komierowskiego, choć moja mapa nie opatrzyła tej ulicy nazwą i brałam ją za odnogę Ramułta. Zamiast tego jednak, skręciliśmy za szybko. Zbiegliśmy schodkami ku ścieżce, która okazała się prowadzić nas ku IV Liceum Ogólnokształcącemu, a następnie na znaną mi już Zamenhofa. Ruszyliśmy żwawo ku ulicy Opata Hackiego. Na wysokości kolejnego skrzyżowania natrafiliśmy na Biedronkę, aptekę i sklep budowlany.

Skręciliśmy w Geskiego i można powiedzieć, że tym razem na dobre rozpoczęliśmy wyścig z czasem. Został nam mniej więcej kwadrans. Na szczęście pozostałe do zwiedzenia uliczki były niedługie i zajęte głównie zabudową mieszkalną. I tak, przez Geskiego i Ramułta, trafiliśmy na Dantyszka i ponownie na Opata Hackiego. Po drodze wypatrzyliśmy gabinet ginekologiczny, przychodnię oraz aptekę i ksero. Zaintrygował nas również opuszczony, niewykończony lub może „zniszczony życiem” dom. Gdy uniosłam aparat, by uchwycić budynek w kadr, jakiś pijaczyna uznał, że to jego rejon, to mógłby być jego dom i próbował nas straszyć policją. Jego stan i nasz deficyt czasowy raczej uniemożliwiały konstruktywną rozmowę, a ja i tak wykonałam to zdjęcie dla siebie, więc postanowiłam z panem tego tematu nie rozwijać.

Zostało niespełna dziesięć minut. Zapowiedziałam koledze, że zostały nam dwie ulice, a między nimi pokonanie estakady dołem. Nie mieliśmy pojęcia, jak to przejście będzie wyglądało, ale okazało się, że pod filarami jest całkiem sporo przestrzeni i przemieszczenie się na drugą stronę nie stanowiło dla nas problemu. Uprzednio jednak natrafiliśmy na serwis elektronarzędzi i zajrzeliśmy w Niemojewskiego. Następnie wypatrzyliśmy gdyński oddział PORD-u, stację kontroli pojazdów i poradnię wykonującą psychotesty kierowców.

Ostatnia uliczka – Drzymały, wyglądała bardzo niepozornie. Za to ostatnim akcentem były bardzo ciekawe zabytkowe autobusy, stojące na pętli przy samej stacji SKM Gdynia Grabówek. Nasi „znajomi” z początku wyprawy stali ze zwykłym stolikiem, usuwając zadaszenie, w którego rozkładaniu pomagaliśmy. A co do kolejki… Zdążyliśmy, będąc na peronie nawet trzy minuty przed czasem. Choć wycieczka należała do stosunkowo krótkich, również pokonanie relatywnie niewielkiego obszaru może człowiekowi przynieść dużo satysfakcji.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

7 thoughts on “Gdynia Leszczynki – m.in. o tym, jak miasto „mówi”

  1. Paweł says:

    🙂 Moja dzielnica, ale moja ulica na której mieszkam była pominięta ale czytając ten wpis byliście bardzo blisko.
    Pozdrawiam mieszkaniec Gdyni Leszczynki.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Dzień dobry 🙂 Jaka to ulica? Być może pojawia się w odrębnym wpisie 😉

      Odpowiedz
      1. Paweł says:

        Stanisława Karnkowskiego
        Między ulicami Ściegiennego Działowskiego i Działdowskiego

        Odpowiedz
        1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

          „Z Działowskiego udało się nam zajrzeć w Karnkowskiego i przejść na Ściegiennego.” – trudno mi się odnieść w tym momencie szczegółowo, bo sam spacer był już dość dawno, a po nim odbyłam wiele innych wycieczek, natomiast patrząc na mapkę i powyższy cytat, prawdopodobnie ulica była na tyle krótka, że zajrzeliśmy w nią z obu stron, co pomogło nam obejrzeć ją na wylot lub też weszliśmy na chwilę, po czym się cofnęliśmy, by nie wyjść na ulicę, na której już byliśmy, tylko kontynuować nieznaną jeszcze trasą 😉 Jestem jednak przekonana, że skoro o niej wspominam, to jej nie pominęłam 🙂 Pozdrawiam 🙂

          Odpowiedz
  2. A says:

    Wpadłam tu bo wrzuciłam do siebie „dziadowski bitch kolektyw” 😁 napis dalej jest w miejscu, który opisałaś.
    Fajna sprawa z taka wycieczką dzielnicoznawczą.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Fajnie jest się dowiedzieć, jak ludzie trafiają na moją stronę, mam nadzieję, że zostanie Pani na dłużej. Wycieczki dostarczają dużo przygód, ale też pozwalają poznać przestrzeń, dzięki czemu potem swobodniej czułam się w różnych, często nieoczywistych częściach Trójmiasta 🙂 Ciekawe, że po tylu latach ten napis się ostał 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *