Wejherowo – o tym, jak poznałam człowieka w lesie

Do końca zwiedzania Wejherowa pozostały mi dwa spacery. Jeden zamierzałam odbyć samotnie, uznałam bowiem, że Kalwaria Wejherowska skłoni mnie do przemyśleń. Drugi obejmował przestrzeń typowo miejską i okolice dworca głównego. Zaprosiłam do udziału w tej części projektu koleżankę zamieszkałą w Wejherowie. W sumie wszystkie dziewczyny, które spacerowały ze mną po tym mieście, były tutejsze. A obydwaj koledzy przybyli tu wraz ze mną. Zaciekawiła mnie ta zależność. Wracając jednak do meritum, koleżanka w ostatniej chwili zachorowała i nie mogła mi towarzyszyć w szóstym spacerze. Bardzo zależało jej na wspólnej wycieczce, uznałam zatem, że zamienię ostatnie dwa spacery kolejnością.

Wysiadłam na stacji Wejherowo Nanice i niemal od razu niezależnie zwróciłam na siebie uwagę dwóch młodych chłopaków. Niebagatelną rolę odegrał tu będący w użyciu od pierwszej chwili aparat fotograficzny. Przeszłam tunelem na drugą stronę stacji i przespacerowałam się wzdłuż rzeki Cedron. Najpierw minęłam pizzerię, a następnie Centrum Handlowe Nanice, które miało formę pasażu. Znalazłam tam między innymi studio tatuażu, sklep z firankami, zoologiczny, piekarnię i odzieżowy.

Po wyjściu na Rzeźnicką dopatrzyłam się salonu fryzjersko-kosmetycznego po drugiej stronie drogi. Tymczasem i bliżej było na czym zawiesić oko. Zauważyłam, że „budkę z prądem” pomalowano w ciekawe wzorki. Może to kwestia tego, że jestem biologiem, ale stworki skojarzyły mi się z jednokomórkowymi organizmami typu pantofelek i z neuronami.

Skierowałam się w prawo. Rzuciłam okiem na rzekę i zrobiłam porównawcze zdjęcie. Tego dnia było bardzo słonecznie, a podczas mojej ostatniej bytności w tym miejscu niebo było raczej pochmurne. Minęłam restaurację, studio tatuażu, szkołę tańca, przychodnię, Biedronkę, sklepy elektroniczny i meblowy. Dalej mieścił się rynek. Spacerowałam pomiędzy straganami podczas drugiego spaceru z koleżanką, dlatego tym razem skierowałam się od razu ku przejściu dla pieszych.

Weszłam w Wałową. Zdawało mi się, jakbym wkraczała w inny świat. Tę część miasta odrestaurowano i, podobnie jak w Lęborku, asfalt zastąpiono kostką. Domyślałam się, że to tutaj znajdować się będą najważniejsze obiekty Wejherowa, w tym te z najdłuższą historią.

Tymczasem, nim dotarłam do zabytków, moim oczom ukazał się szereg sklepów. Gdy podeszłam bliżej, zobaczyłam ślicznego, czarno-białego kota z pastelową obróżką. Nie byłoby pewnie w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że spacerował bez właściciela i że wszedł do… piekarni. Po prawej mieściły się jeszcze dwa salony urody, sklepy wędkarski i odzieżowy. Ten ostatni zdobiły niemal naturalnych rozmiarów różowe sylwetki kobiet. Gdy z kolei ruszyłam na wprost, minęłam sklepy z AGD, zoologiczny, bar typu fast food, salon masażu, warzywniak, sklepy odzieżowy, obuwniczy i z porcelaną.

Dotarłam do niewielkiego mostu, przy którym mieściły się ławeczki. Bardziej zaciekawił mnie jednak pomnik, u szczytu którego widniały metalowe skrzypce. Poniżej wyryto całość kaszubskiej pieśni Kaszubskie nuty. Wówczas jeszcze tego nie wiedziałam, ale pomnik był jednym z kilkunastu rozmieszczonych w okolicy.

Ruszyłam w prawo ku ulicy Puckiej. Minęłam gabinet stomatologa, sklep odzieżowy i restaurację. Gdy zauważyłam ciekawie wyrzeźbioną tabliczkę z numerem domu, podniosłam aparat ku górze. Jednocześnie w oknie powyżej pojawiła się dziecięca buzia. Dziecko szybko schowało się, dostrzegając aparat. Zawołałam łagodnym głosem:

– Spokojnie, robię zdjęcie tabliczki, nie Tobie.

Dziecięca twarzyczka już się jednak nie wychyliła.

Dalej minęłam sklep mięsny, a niemal naprzeciw niego dopatrzyłam się ciekawego budynku z 1873 roku, którego piętra pokrywała ładna cegła.

Na kolejnym skrzyżowaniu po lewej zauważyłam sklep spożywczy, na wprost Żabkę i sklep odzieżowy. Następnie skręciłam w prawo. Na Puckiej mieściło się kilku fryzjerów, sklepy obuwniczy i z tekstyliami, jubiler, bar z przekąskami, budka z lodami, sklepik zoologiczny, przychodnia, salon kosmetyczny,  a także sklep z torebkami, do którego zajrzałam. Wypatrzyłam bowiem w gablocie portfel z identycznym wzorem jaki miała jedna z moich torebek. Cena jednak skutecznie mnie odstraszyła i nie dopatrzyłam się przecen zapowiadanych na sporego formatu kartce przylepionej do szyby.

Na dalszym odcinku Puckiej mieściły się kolejne sklepy odzieżowe, na skraju Dąbrowskiego szkoła jogi, a nim dotarłam do następnego skrzyżowania dopatrzyłam się cukierni, sklepów spożywczych, odzieżowego, apteki, siedzib Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów oraz Zarządu Drogowego, lodziarni i gabinetów stomatologicznych.

Na skrzyżowaniu z ulicami Św. Jana i Rzeźnicką zobaczyłam restaurację, aptekę, Żabkę, optyka, gabinet akupunktury, kantor, zakład krawiecki, sklepy z tkaninami i z torebkami oraz fryzjera. Widniały tam także reklamy optyka, okulisty, antykwariatu, sklepu motoryzacyjnego, gabinetu weterynarza, fryzjera, lombardu i jubilera. Podejrzewałam, że część z nich dotyczyła obiektów w obrębie rynku. Dalej dostrzegłam jeszcze sklepy mięsny, odzieżowy i piekarnię.

Ruszyłam przez ulicę Abrahama, gdzie nie znalazłam totalnie niczego. Za to ogłuszył mnie pociąg pospieszny i oszczekał pies pilnujący jednej z posesji. Na końcu drogi znajdował się parking, przez który przeszłam na ulicę Św. Jana. Przeszłam się nią, znajdując przy tej okazji gabinet kosmetyczny.

Skręciłam w prawo, w ulicę o równie uroczej nazwie (Srebrny Potok) jak widoki, które miały się za chwilę przede mną roztoczyć. Wyszłam na wprost parkingu, a zza rzędu budynków za nim wychylała się wieża kościoła Św. Leona i Św. Stanisława Kostki. Gdy podniosłam głowę, urzekał mnie błękit nieba. Z kolei gdy zwróciłam się ku ulicy Dąbrowskiego, zachwycił mnie pierwszy budynek po mojej lewej. Miał w sobie coś klasycznego. Dodatkowo pięknie komponował się ze stojącymi latarenkami (uroczymi samymi w sobie), gęstymi krzewami poprzebijanymi czerwonymi plamami kwiatów.

Skręciłam w ulicę Północną. Za placem zabaw dostrzegłam fontannę, ale nie był to koniec atrakcji. Dalej mieścił się kolejny pomnik z fragmentem Kaszubskich nut. Tym razem prezentował wizerunek Kaszuba. Nie mniej ciekawa była ściana sąsiedniego budynku. Trzy uwypuklone kolumny zwieńczono okrągłymi scenkami rodzajowymi. Przypominały bańki mydlane z widokiem na codzienne życie miasta: przejeżdżające auta, spacerujących ludzi i rosłe drzewo, które wciąż znajdowało się w tym samym miejscu. Malunkom uroku dodawały zdobiące całą ścianę wzory kaszubskie, jakie możemy kojarzyć chociażby z lokalnych naczyń czy strojów.

Gdy oderwałam wzrok od muralu, odnotowałam przychodnię po lewej. Dostrzegłam także jak wąska była uliczka naprzeciw. Wypatrzyłam tam sklep odzieżowy. Ostatecznie ruszyłam jednak w prawo, gdzie już na wstępie spodobał mi się ceglany budynek. Stanowił obiekt zabytkowy. Należał do Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej. Spacerując dalej, minęłam sklepy z akcesoriami dziecięcymi i meblowy, a także następny budynek datowany na schyłek XIX wieku (1887 rok). Dalej mieściły się bar i salon urody. Wkrótce znalazłam się na ładnym skwerku przed okazałym budynkiem. Szczególnie spodobały mi się schody o białych balustradach, dodatkowo skomponowane z latarenkami i kwiatami. Od spytanych koleżanek otrzymałam odpowiedź, że dawniej mieściła się tam szkoła jazdy, a aktualnie – biura. Z gmachem sąsiadowała piekarnia.

Wyszłam na ulicy Sobieskiego. Ulica miała porównywalny klimat do lęborskiej Staromiejskiej, jak przystało na małomiasteczkowy deptak. Sporo kamieniczek było odnowionych, co rzucało się w oczy. Dodatkowo informowały o tym stosowne tabliczki. Dopatrzyłam się głównego wejścia do ZUS-u. Oczywiście nie brakowało także sklepów: spożywczych, zoologicznego, papierniczych, odzieżowych, obuwniczych, z tekstyliami, wielobranżowych, komputerowego, mięsnego, księgarni, drogerii, Rossmanna, Żabki i pasmanterii. Rozbawiła mnie nazwa sklepiku typu 1001 drobiazgów: Agresor cenowy. Rysunek reklamowy prezentował rekina. Znalazłam także kebab, kilka restauracji, cukiernię, fryzjera, złotników, protetyka i przychodnię. Zwróciłam uwagę na parapet ozdobiony kompozycją z zieleni, owadów, żabek i boćków. Dopatrzyłam się spacerującego niemal białego gołębia. Sfotografowałam również płaskorzeźbę upamiętniającą Majkowskiego. Okazale prezentował się budynek poczty.

Chociaż byłam w najbardziej reprezentacyjnej części miasta i ze swoim plecaczkiem musiałam wyglądać na turystkę, moja obecność przez większość czasu budziła zainteresowanie przechodniów. Nie wahałam się prosić tutejszych, by zrobili mi pamiątkowe zdjęcie, gdy dotarłam do rzeźby Remusa. Postać stała z rozpostartymi rękoma i w dziurawym płaszczu. Zapozowałam, między innymi podając mu dłoń. Remusowi towarzyszył wózek z bagażem i dwójka dzieci, z których jedno miało laleczkę. Po chwili miałam niemal podobne towarzystwo w pobliżu pomnika. Matkę z dwójką dziećmi, z których jedno również trzymało zabawkę. Chłopczyk zwrócił uwagę na postać z laleczką i widać było, że bardzo mu się ona spodobała. Mama musiała użyć wielu argumentów, nim dzieci zechciały iść dalej.

Niepewna, czy pierwsze zdjęcie dobrze wyszło, poprosiłam przechodzącego chłopaka o kolejną fotografię, ale odmówił. Na moją prośbę przystała z kolei przechodząca chwilę później kobieta.

Zadowolona z rezultatów, przeszłam na plac Wejhera, rozpoczynając ten etap od odwiedzenia Kolegiaty Św. Trójcy. Za budynkiem kościoła znajdowała się figura Matki Boskiej i głazy upamiętniające księży Roszczynialskiego i Kręckiego. Weszłam do środka świątyni, gdzie przysiadłam i przez chwilę wsłuchiwałam się w koncert organowy. Podobało mi się jednocześnie, że bogaty wystrój kościoła został nieco stonowany jego prostą bryłą. Nie czułam się tym przepychem przytłoczona. Dodatkowo byłam pozytywnie zaskoczona, że zastałam otwarty kolejny wejherowski kościół. Chyba nigdy dotąd podczas projektu miejskiego nie zajrzałam do tylu świątyń, co tutaj.

Po wyjściu na plac Wejhera najpierw podeszłam do małego sklepiku z biżuterią, nawet nabyłam jakieś drobne kolczyki i zostałam obdarowana niezależnie od tego pocztówkami z wejherowską fontanną i mapą z Kaszubskimi nutami. Jeden z pomników, ten z rydlem, stał nieopodal. Zaciekawiło mnie również, że pnie tutejszych drzew szczelnie pokrywał bluszcz. Dopatrzyłam się jeszcze tablicy z planem miejscowości. Poniżej spisano najważniejsze informacje o historii miasta. Wejherowo otrzymało prawa miejskie w 1650 roku, ale Kolegiata (najstarszy zachowany budynek) została postawiona już kilka lat wcześniej. Intrygująca okazała się także informacja, iż równolegle z miastem powstawała Kalwaria Wejherowska, przy której tworzeniu starano się inspirować rzeczywistymi odległościami Drogi Krzyżowej Jezusa. Na odwrocie tablicy zaprezentowano dodatkowo mapę historyczną miasta.

Nim dotarłam do pomnika samego Wejhera, założyciela miasta, obeszłam plac jego imienia wokół. Odnotowałam kilka lokali gastronomicznych, sklepy odzieżowe, obuwnicze, a także spożywczy, z dewocjonaliami, z perfumami, kantor i jubilera. Dotarłam oczywiście także pod okazały i zadbany budynek ratusza, pochodzący z 1908 roku.

Dopiero wówczas podeszłam do pomnika i zapozowałam, ponownie prosząc lokalnych mieszkańców o pomoc. Kierując się następnie w stronę ulicy Kościelnej, obeszłam fontannę, przy której pewna rodzinka karmiła gołębie. Stado było olbrzymie, kilkadziesiąt sztuk. Nagle jednak czegoś się przestraszyły i wzbiły się w górę wszystkie naraz, dając przy okazji niesamowity pokaz lotu w przestworzach. Rozbawiła mnie reakcja najmłodszego chłopca:

– Przecież tu jest jedzenie, gołębie. Lądujcie!

Dopiero w domu dostrzegłam, że w jednym z kadrów prócz stada i widoku na plac mam panią, która promiennie uśmiecha się, patrząc prosto w obiektyw.

Na Kościelnej minęłam sklep z herbatami, kawami i zdrową żywnością, po czym przeszłam na skwer Jana Pawła II. Upamiętniono tu oczywiście papieża-Polaka, ale również Solidarność, prezydenta Kaczyńskiego i kilka innych postaci. Dodatkowo gdzieniegdzie na kamieniach widniały istotne dla Polaków daty.

Gdy wyszłam na ulicę Kościuszki, zaintrygowało mnie, że ośrodek mający pomagać osobom z problemami alkoholowymi znajdował się niemal naprzeciwko baru. Obok mieścił się sklep AGD. Tutaj z kolei na mnie zwrócono uwagę. Pan z okna powyżej zawołał:

– Proszę mi tu zdjęcie zrobić.

Pokręciłam przecząco głową i ruszyłam w prawo. Minęłam sklep mięsny, agencję reklamową, stomatologa i restaurację, którą zamierzano lada moment otworzyć. Miałam zamiar zawrócić na wysokości rzeki, ale dotarłam aż do skrzyżowania. Naprzeciwko stał budynek straży pożarnej. W gablocie pokazywano stroje strażackie. Na budynku widniała tablica upamiętniająca strażaków, którzy zostali zamordowani w Piaśnicy.

Zawróciłam i szukałam rzeki jeszcze uważniej. Widniała jedynie po jednej stronie drogi i to porośnięta bujną roślinnością. Na jednym z okien dojrzałam oryginalny afisz filmowy, tworzony raczej nieletnią ręką. Był on raczej propozycją dla kogoś, by obejrzał jeden z filmów z Looney Tunes. Odbiorca łaskawie wyraził zgodę, zakreślając fioletową kredką krzyżyk i dorysowując kciuka w górę.

Zajrzałam w Mickiewicza. W obrębie skrzyżowania mieściły się lombard, Żabka i serwis lodówek. Ostatecznie skręciłam w ulicę Św. Jacka. Minęłam sklep spożywczy i kawiarnię, która stanowiła miły dla oka widok – okalała ją zieleń. To miejsce polecał mi kolega, wejherowianin, postanowiłam je zatem odwiedzić przy okazji następnej, odbytej już w towarzystwie, wycieczki. Dalej mieściły się knajpka, zakład ślusarski, budynek opatrzony starym napisem z nazwiskiem Baranowski (być może kiedyś był tu jakiś znany zakład) oraz Dom Pomocy Społecznej. Najbardziej zależało mi na obiekcie naprzeciw tego ostatniego. W budynku rzekomo mieściło się Muzeum Piaśnickie. Jednak na domofon nikt nie odpowiadał, a i na stronie internetowej nie znalazłam informacji o cenach biletów czy godzinach otwarcia.

Ruszyłam zatem w kierunku Parku Miejskiego im. Aleksandra Majkowskiego. Na początek przeszłam przez most, po którego obu stronach woda tryskała układając się niczym pergole. Rzeczywistą pergolę widziałam już po drugiej stronie rzeki. Gdy ją fotografowałam, miałam okazję zaobserwować rodziców z dwójką synów. Tata bawił się razem ze starszym w ganianego i naprawdę mnie to urzekło. Smuci mnie bowiem fakt, iż dzisiejsi rodzice są zbyt zapracowani, by spędzać czas z dziećmi i skazują je na pastwę tabletów, telefonów i innej elektroniki. Z tym większą radością dostrzegłam, iż tacie ta wspólna zabawa na świeżym powietrzu dawała nie mniejszą frajdę niż dziecku. Z kolei jako biolog ekscytowałam się płynącymi po rzece łabędziami. Prawdopodobnie miałam do czynienia z gatunkiem określanym jako łabędź czarny. Chociaż dawniej zamieszkiwały Australię, aktualnie spotyka się je dziko żyjące także w Europie, gdzie zostały sprowadzone już w XIX wieku. Bardzo spodobała mi się tabliczka informująca, by nie karmić ptaków chlebem, co w powszechnym przekonaniu jest czynnością wręcz propagowaną. W rzeczywistości jednak chleb nie należy do najlepszych składników diety ptaków i chociaż nie wierzę, by udało się wyplenić zupełnie ten pogląd w społeczeństwie, cieszę się, że podejmuje się takie próby.

W parku natknęłam się także na kilka drzew opatrzonych nazwami gatunkowymi, jak również głazami pamiątkowymi. Wspominano między innymi Solidarność. Wędrowałam dalej ścieżką, po chwili odbijając lekko w prawo. Dotarłam do siłowni na powietrzu (w której, co ciekawe, wszystkie sprzęty były podwójne) oraz kolejnej odsłony Kaszubskich nut, tym razem zilustrowano fragment o małym i wielkim. Zawróciłam i przespacerowałam się ku kawiarni. Kawałek dalej znajdowały się kolorowe rabaty kwiatowe, które tworzyły ogromne koło. Coś mi tu jednak nie pasowało. Byłam w tym miejscu kilka lat wcześniej i oczekiwałam w tym konkretnym punkcie fontanny, nie tylko kwiatów. Do fontanny miałam jednak jeszcze kawałek. Podążając w jej kierunku, natknęłam się na rzeźbę przedstawiającą Majkowskiego oraz Remusa.

Po uwiecznieniu fontanny ruszyłam ku zabytkowej budowli znajdującej się w obrębie parku. Był to Pałac Przebendowskich, aczkolwiek jak okazało się wewnątrz, w jego historię wpisane były także inne klany. W budynku mieściło się Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej. Wewnątrz znajdowała się sala ślubów i trafiłam akurat na jakieś przygotowania i pierwszych gości. Upewniając się, że ich obecność nie koliduje z moim zwiedzaniem, a moja – z ich uroczystością, zakupiłam bilet i pokierowano mnie ku pierwszej części wystawowej. Dotyczyła ona wzornictwa kaszubskiego. Mogłam zatem obejrzeć mnóstwo strojów, obrusów i tym podobnych, na których wyszyto typowe kaszubskie wzory. Wiele z nich wydawało mi się jednak podobnych i nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia poza pomieszczeniem z manekinami ubranymi w lokalne stroje, umieszczonymi tam jako część scenki rodzajowej. Natomiast podejrzewałam, że lokalna społeczność traktuje sprawę bardzo poważnie: na niektórych wyszywankach widniały nazwiska twórczyń wraz z zajętym przez nie miejscem, co musiałoby oznaczać, że istnieją konkursy na bazie kaszubskiego wzornictwa.

Bardziej zaciekawiła mnie wystawa w korytarzu. Miała formę plakatów, a dotyczyła kaszubskich obrazkowych piosenek. W gablotach obok umieszczono dodatkowo nagrody, jakie w licznych konkursach zdobył lokalny chór.

Dla mnie ciekawsza okazała się druga część muzeum. Pani, która mnie tam wprowadziła, zaprezentowała na początek salę ślubów. Dodała przy tym, że pałac pochodził z początku XIX wieku, przy czym skrzydła boczne dobudowano w drugiej połowie tegoż stulecia. Do dziś zachowały się jednak wyłącznie malowidła i dwa piece kaflowe. Następnie zostałam skierowana do kolejnej sali i wytłumaczono mi, że pokonując kolejne przejścia dotrę do wyjścia.

Po chwili znalazłam się w strefie wypełnionej zdjęciami i sprzętem fotograficznym. Ta wystawa czasowa zaintrygowała mnie i to z dwóch powodów. Po pierwsze, zawsze uważałam fotografię za coś niezwykle pasjonującego. Po drugie, zdjęcia przedstawiały Trójmiasto i inne obszary Pomorza, z których sporą część miałam szansę odwiedzić. Nie mogłam oprzeć się pokusie odgadywania, co miałam przed sobą, nim jeszcze przeczytałam opisy do fotografii. Ciekawie było też spojrzeć na te miejsca z perspektywy kilkudziesięciu czy niemal stu lat, jakie dzieliły je od współczesności. Dodatkowo pochwaliłabym organizatorów tej przestrzeni za zwrócenie uwagi na opisy, co zdecydowanie ułatwiło odbiór wystawy.

Dalsza część dotyczyła zasłużonych postaci Kaszubów, głównie pisarzy. Nie wchodząc w szczegóły, miała ona dla mnie duży potencjał, zabrakło mi jednak zaplecza historycznego, by bardziej wciągnąć się w temat. Dodatkowo odbiór utrudniał, występujący gdzieniegdzie jako jedyny, język kaszubski, którego nie znam.

Bardzo spodobała mi się galeria kaszubskich pisarzy. To stąd dowiedziałam się, że patron jednej z ulic – Sędzicki, był człowiekiem pióra. Dostrzegłam go w szeregu z między innymi Majkowskim, Derdowskim, Heyke czy Ceynową. Gdy zwiedzałam ostatni korytarz, słyszałam jak państwo młodzi składali sobie przysięgę małżeńską. Jednocześnie próbowałam skupić się na ostatnich tablicach. Miały one zdecydowanie wymiar historyczny. Ukazywały dzieje Kaszubów jako grupy na przestrzeni wieków.

Po wyjściu z Pałacu Przebendowskich przeszłam na ulicę Parkową. Nią podążyłam ku Klasztornej. Na murze dopatrzyłam się napisu Idź w niedzielę do kościoła. Rzeczywiście zmierzałam w kierunku świątyni, a dokładniej kościoła Św. Anny. Nim jednak do niego dotarłam, minęłam restaurację, punkt przedszkolny, a także sklep z ceramiką. W okolicy kościoła mieściły się również pasmanteria,  sklepy z rękodziełem, z antykami, indyjski i spożywczy, pizzeria, optyk i dwie lodziarnie. Postanowiłam najpierw odwiedzić świątynię, a dopiero potem pójść po gofra do jednej z nich.

Nieopodal kościoła Św. Anny stała tablica. Widniała na niej mapka Kalwarii. Zwróciłam uwagę na to, iż nie trzymano się kierunków świata i południe było u góry planu. Dostrzegłam także figury Matki Boskiej i Jana Pawła II oraz głaz upamiętniający poległych w czasie II wojny światowej. Sam kościół był otwarty, co ponownie uznałam za lokalny fenomen. Oczywiście od razu weszłam do środka. Po krótkiej modlitwie spędziłam chwilę na rozejrzeniu się po wnętrzu. Zdobienia skumulowano wokół ołtarza, reszta świątyni była bardziej ascetyczna. Wypatrywałam obrazu, o którym pisała mi kiedyś koleżanka. Przedstawiał Matkę Boską z Dzieciątkiem i przypisywano mu cuda i ozdrowienia. Wychodząc, zwróciłam uwagę na to, iż klamka miała kształt lwa.

Do świątyni przylegał budynek, w którym rezydowały siostry zakonne. Sfotografowałam kolejny pomnik z serii Kaszubskie nuty, tym razem prezentujący fragment o krótkim i długim. Naprzeciwko świątyni mieścił także gabinet stomatologiczny. Zgodnie z założeniem, po uczcie dla ducha przyszedł czas na ucztę dla ciała. Najedzona żwawo ruszyłam ku Kalwarii Wejherowskiej, po drodze naprowadzając parę turystów zmierzających w tym samym kierunku. Znając już tę okolicę, szłam na pewniaka przez Zamkową ku Krzyżowej.

To tutaj rozpoczynała się wędrówka po Kalwarii Wejherowskiej. Z założenia, według informacji na mapie (która pochodziła z punktu informacji turystycznej na Półwyspie Helskim, ale takie same były do zdobycia na miejscu i która to mapa była, nie wiedzieć czemu, pozbawiona skali) pokonanie tej trasy powinno mi zająć do trzech godzin, więc z ciekawości zerknęłam na zegarek. Wskazywał dwadzieścia po drugiej.

Na starcie uwieczniłam ciekawego chrząszcza, po czym rozpoczęłam wspinaczkę po schodach, których szczyt z dołu był niedostrzegalny. Na górze przede mną pojawiła się ścieżka i kolejny drogowskaz. Nakazywał mi podążać prosto, ku kolejnej tabliczce. Ta druga kierowała mnie z kolei w prawo. Gdy jednak ruszyłam w tę stronę, dotarłam do biegnącej prostopadle drogi. Zastanawiałam się, czy powinnam iść teraz w prawo, czy w lewo, gdyż nie dopatrzyłam się następnego drogowskazu. Dostrzegłam za to idących w moją stronę ludzi. Ruszyłam im naprzeciw, a zatem w lewo. Ta dróżka poprowadziła mnie jednak do ogrodzenia i jakichś zabudowań w środku lasu. Zdecydowanie powinnam była zawrócić. Trudno mi było określić, jaką odległość od ulicy pokonałam, zwłaszcza, że nie miałam skali na mapie. Postanowiłam zatem włączyć GPS-a. Jak na złość mój telefon nie mógł złapać zasięgu w środku lasu. Ruszyłam w kierunku rozwidlenia, na którym wybrałam zły kierunek i jednocześnie walczyłam z nawigacją. Prawdopodobnie skupiona bardziej na ekranie niż na ścieżce, musiałam lekko odbić w lewo. Dopatrzyłam się wkrótce, że droga skręca w lewo. Naprzeciw mnie wyszła pewna rodzinka. Zapytani o drogę do pierwszej kapliczki, stwierdzili, iż sami pobłądzili i idą z powrotem do ulicy. Uznałam, że stanę w miejscu i dam ostatnią szansę nawigacji, a w razie czego pójdę podobnie jak tamci ludzie do ulicy.

Gdy tak stałam pośrodku lasu, nadszedł młody chłopak, na oko niewiele starszy ode mnie. Szedł pewnym krokiem, uznałam go zatem za tutejszego. Nie myliłam się. Chłopak spacerował sobie po lesie i zapytany o pierwszą z kapliczek, pokazał ręką odpowiedni kierunek. Zasugerował, iż spomiędzy koron drzew widać już jej czerwony dach. Niczego jednak nie dostrzegłam. Chłopak powiedział, że i tak wędruje w tym kierunku i może mi wskazać drogę. Błyskawicznie skrócił dystans, mówiąc mi na „ty”, chociaż się sobie nie przedstawiliśmy. Ponieważ rozmowa „kleiła się” od pierwszej chwili, sama wyciągnęłam rękę i podałam swoje imię. Mateusz, bo tak miał na imię chłopak, zapytał, czy jestem studentką i tak od słowa do słowa okazało się, że byliśmy równolatkami. Gdy dotarliśmy już do pierwszej kapliczki – Kaplicy Wniebowstąpienia, spytał, czy byłam na cmentarzu radzieckim. Gdy zaprzeczyłam, zapytał, czy bym chciała. Z ogromnym entuzjazmem przystałam na tę propozycję, chwaląc go jednocześnie za tę inicjatywę. Gdyby nie jego podpowiedź, nie odkryłabym tego miejsca. Na mojej mapie widniały jedynie kapliczki wraz z nazwami i kilka obiektów parkowych.

Obejrzeliśmy nekropolię, która wyglądała dość skromnie na tle innych, znanych mi cmentarzy radzieckich. Uwagę zwracały właściwie dwa jego skraje, jeden z pamiątkowymi tablicami (szczególnie spodobała mi się taka z motywem bluszczu), druga przylegająca do schodów. Tam też znajdowała się tablica informacyjna. Dowiedziałam się z niej, iż spoczywało tu kilkuset żołnierzy Armii Radzieckiej poległych na tych terenach w 1945 roku.

Gdy opuściliśmy cmentarz i chcieliśmy wrócić ku kapliczkom, Mateusz przeszedł ze mną w taki sposób, by pokazać mi dlaczego pobłądziłam. Droga do pierwszej kapliczki nagle okazała się banalna. Wystarczyło na wspomnianym rozwidleniu zerknąć nieco dalej w prawo, by dostrzec schodki. Wyznacznikiem trasy kalwaryjskiej wedle mojego kompana były właśnie schodki i kamyczki. Pozwoliłam sobie nieco podyskutować z tym drugim punktem, gdyż kamyczki mogłyby być rozrzucone szerzej przed tysiące ludzkich nóg, jakie musiały tędy wędrować.

Kolejna na naszej trasie była Kaplica Ogrójca. Zaraz za nią minęliśmy dwie kolejne: Kaplicę Pocałunku Judasza oraz Kaplicę Grób Matki Bożej. Kierując się schodami na dół, trafiliśmy na ulicę Zamkową. Jednocześnie wciąż wymienialiśmy się informacjami na swój temat. Okazało się, że mamy wspólnych znajomych. Wytłumaczyłam Mateuszowi, na czym polega mój projekt, a także w jaki sposób przebiega. Zdumiało mnie, gdy zobaczyłam ogromną wyrwę pomiędzy drzewami po lewej stronie. Jeszcze kilka dni wcześniej widziałam tam gołębnik! W Wejherowie zaszło więcej zmian w ostatnich latach, o czym uświadamiał mnie mój towarzysz. Na Zamkowej, nieopodal mostu na Cedronie, dawniej był browar. Jeszcze rok temu stał jego budynek, aczkolwiek działalność zawiesił jeszcze wcześniej. Usłyszałam także o basenie w okolicy szkoły zwanej „Elektrykiem”. Pływalnia wciąż istniała, ale ponoć już nie działała.

Tym razem jednak nie skręcaliśmy w kierunku mostku, ale w lewo. Kawałek dalej Mateusz zaproponował mi wspinaczkę na wzgórze, skąd ponoć rozpościerały się ciekawe widoki. Wspinaliśmy się po dość stromej górce, ale z niesłabnącym entuzjazmem. Tymczasem mój nowy kolega opowiedział mi o swoich planach podróżniczych. Na celowniku miał Rosję i generalnie odniosłam wrażenie, że bardziej interesował się Wschodem. Do jego pierwszej wyprawy w tamtym kierunku dzieliły go ledwie dni. Tymczasem jednak wspinał się ze mną. Po drodze wyjaśnił, że intrygujące mnie zagłębienie mogło być kiedyś okopem. Gdy znaleźliśmy się u góry, nieco zwątpił, bo wszystko zasłaniały nam drzewa. Uznał, że musiał tu być jesienią, skoro widział wszystko na przestrzał. Dla mnie jednak już sama wspólna wędrówka była ciekawa i obyłam się jakoś bez tych zapowiadanych widoków. Kontynuując temat Wschodu, zeszliśmy na opowieści o Czarnobylu i pogawędkę typowo naukową. Rozbawiło mnie, jak się wzajemnie prowokowaliśmy i żartowaliśmy z siebie nawzajem – jak ludzie, którzy znają się od lat i wiedzą doskonale, na ile mogą sobie pozwolić, by tej drugiej strony nie urazić. Wynajdywał luki w mojej wiedzy fizycznej i przygotowaniu do wędrówek („taka z ciebie podróżniczka, a w lesie się nie mogłaś odnaleźć”), z kolei ja wytykałam mu błędy językowe, nieświadomość przyrodniczą (jak notoryczne u laików nazywanie owadów robakami, co większość biologów drażni) i różne formy niekonsekwencji w tym, co mówił.

Gdy szliśmy dalej przez las, Mateusz wspominał wycieczkę szkolną, podczas której gdzieś w lesie widzieli grób Teodora Bolduana. Zaciekawiło mnie, że burmistrza miasta nie przeniesiono do jakiejś alei zasłużonych czy czegoś w tym stylu, lecz pozostawiono pochowanego w środku lasu.

Przed nami pojawiła się błotnista droga.

– Bagno – rzucił hasłowo Mateusz.

– No to chodźmy górą – zasugerowałam, widząc zresztą wydeptaną dróżkę.

– Wyprzedziłaś mój pomysł – odparł, a mnie rozbawiło, jak ponownie się dobrze zrozumieliśmy, jakbyśmy się już długo znali.

Przeszliśmy w stronę Młyna Cedrońskiego. Kręciliśmy się trochę w okolicy, szukając miejsca na drodze, z którego miałabym szansę jak najlepiej uwiecznić młyn. Każde z nas miało swoją wizję.

Kawałek dalej mieściła się Kaplica Cedron. Rzeczywiście płynęła tu rzeka. Zrobiliśmy sobie na mostku małą przerwę. Mateusz chwycił papierosa, a ja, która nie lubię dymu papierosowego, stanęłam nad drugą barierką. Przyglądałam się dwóm dziewczynkom, które wykorzystywały ów ciepły dzień na kąpiel w płytkim Cedronie. Właściwie zbierały się już do domu. Młodsza z dziewczynek musiała ponownie zdjąć buty i wejść do rzeki, by wyłowić uciekający ręcznik. Wreszcie się jej to udało, ale starsza była rozbawiona nieporadnością młodszej. W sumie oglądając je z boku też się uśmiechałam, słysząc ich zabawną rozmowę. Po chwili wróciłam do Mateusza i wskazałam na płaskorzeźbę na kapliczce. Dowiedziałam się od niego, że to herb Przebendowskich, którzy ufundowali ten obiekt.

Ruszyliśmy dalej ścieżką, odbijając już po chwili w prawo. Trafiliśmy w ten sposób na ulicę 3 Maja. Zapytałam mojego kompana o kilka ulic na mapie po naszej lewej, czy stanowią wciąż część Wejherowa. Gdy przytaknął, zasugerowałam, byśmy podążyli w ich stronę. Mój nowy kolega uznał, że tam nie ma absolutnie nic godnego uwagi. Przyznałam, że fotografuję każdy zakątek, na tym przecież polegał mój projekt. Widząc jednak jego upór i mając w głowie, że ja też potrafię być uparta, wypracowałam pewien kompromis. Ostatecznie Mateusz zgodził się pójść ze mną do przystanku autobusowego. Rzeczywiście nie był to zbyt odkrywczy fragment. Zawracając, rozmawialiśmy sobie o różnych sposobach podróżowania, w tym o autostopie. Wymienialiśmy się poglądami, na co pozwalają nam podczas podróży nasze pokłady odwagi.

Ostatecznie przeszliśmy na drugą stronę na wysokości drogi, z której przyszliśmy. Drogowskaz pokazywał, iż możemy tamtędy dotrzeć do stadionu. Obok mieściła się kolejna mapa Kalwarii Wejherowskiej z południem u góry. Zwróciłam na to uwagę Mateusza, który rzucił:

– Rzeczywiście.

Czułam się dumna, że i ja mogłam pokazać mu coś nowego w tak dobrze mu znanym terenie, a jednocześnie nieco pochwalić się spostrzegawczością. Droga poprowadziła nas do Bramy Jerozolimskiej czyli kolejnej z kapliczek. W Bramie Jerozolimskiej odczytałam napisy o podłożu religijnym, których interpunkcja, dla tak przeczulonej osoby jak ja, pozostawiały wiele do życzenia.

Kolejnym obiektem na naszej trasie była siódma z kolei Kaplica Dom Annasza. Za nią dostrzegliśmy schody, co według mojego kompana było jedyną słuszną wskazówką, jak dalej podążać.

– Teraz tędy – zasugerował mój towarzysz.

– No są schody.

– Chyba, że chcesz bokiem – wskazał błotnisty szlak. – Jak prawdziwa podróżniczka – odparł celowo z przekąsem.

Ruszyliśmy zatem przed siebie, pokonując kolejne stopnie. Na naszej trasie znalazły się położone niemal obok siebie kapliczki ósma, dziewiąta i dziesiąta czyli Wieczernik, Domek Matki Boskiej i Dom Kajfasza. Minęliśmy przy tej okazji także pomnik przyrody. Mój nowo poznany kolega zapytał, czy sfotografowałam także ogromny dąb w Parku Miejskim. Zaprzeczyłam i przyznałam, że w sumie przeszłam park częściowo. Po pierwsze dlatego, że kiedyś już go odwiedzałam i nie planowałam go poznawać „od podszewki”, a po drugie zawsze mogłam się jeszcze tam przespacerować podczas ostatniej projektowej wędrówki. Zasugerował jednak, że pokaże mi ów dąb. Zeszliśmy po schodach, gdzie najpierw moją uwagę zwrócił identyczny chrząszcz jak ten, którego widziałam, rozpoczynając wędrówkę po Kalwarii, a następnie dostrzegając kątem oka rozwidlenie dróg, zapytałam swojego kompana:

– Prawo, lewo, prosto? – choć możliwe były tylko dwie skrajne odpowiedzi.

– Prosto, są kamyczki.

– To dla turystów jak okruszki w „Jasiu i Małgosi”.

Podniosłam głowę i dostrzegłam, że ścieżka po prawej była tylko dojściem do Punktu Uzdatniania Wody. Zaśmiałam się:

– Tak to jest, najpierw patrzę na mapę, a potem podnoszę głowę.

– Nie to jest naszym celem – skomentował z uśmiechem obiekt po prawej mój kompan.

Ruszyliśmy zatem prosto, dzięki czemu wyszliśmy przy Punkcie Informacji Turystycznej przy ulicy 3 Maja. Pamiętałam, że odwiedziłam kiedyś z koleżankami okoliczne kapliczki. Jak zasugerował mój towarzysz, były rozmieszczone blisko siebie, dawało się zawsze dostrzec kolejną.

– Tutaj każdy się odnajdzie – stwierdził. – Są schodki i kamyczki. Dwie podstawowe rzeczy.

Przy głównej drodze dostrzegłam również kolejną rzeźbę z serii Kaszubskie nuty. Tym razem przedstawiała woła. Ruszyliśmy do parku. Przysiedliśmy na chwilę w ostatnim rzędzie amfiteatru na powietrzu. U szczytu mieściły się ozdobne kotwice. Następnie przeszliśmy niemal pod Pałac Przebendowskich. Nieopodal mieściły się osłonięte „wybiegi” dla ptaków. Jeden zamieszkiwały bieliki zwyczajne, drugi zaś żurawie koroniaste.

Gdy dotarliśmy do dębu, największego drzewa, położonego przy samym pałacu, poprosiłam Mateusza, by zrobił mi z nim zdjęcie. Zgodził się bez wahania i był to właściwie ostatni akcent tego wspólnie przebytego odcinka Wejherowa.

Zorientowałam się, że spacerowaliśmy razem dwie godziny, a jeszcze zostało mi sporo kapliczek. Mateusz wyraził opinię, że właściwie deklarowane na mapie trzy godziny wędrówki, pozwalające przejść całą Kalwarię Wejherowską, uwzględniały z całą pewnością to, iż ludzie zwyczajnie się gubią. Poza tym uznał, że gdybym wędrowała sama, w końcu bym się odnalazła i już nie kręciłabym się wszędzie wokół tej trasy, jak to robiłam w jego towarzystwie i na pewno bym się wyrobiła z tym spacerem jeszcze szybciej.

Przyszedł moment pożegnania. Wymieniliśmy jeszcze kilka uprzejmych zdań. Życzyliśmy sobie wzajemnie udanych wycieczek, bo przecież każde z nas miało swoje cele. Uścisnął mi dłoń i rzucił:

– Do zobaczenia.

Byłam rzeczywiście bardzo ciekawa, czy jeszcze kiedyś na siebie trafimy albo czy uda się złapać inną formę kontaktu.

Tymczasem podążyłam jednak przez park ku ulicy 3 Maja. Przeszłam na drugą stronę w kierunku budynku Informacji Turystycznej, gdzie mieścił się także jakiś lokal gastronomiczny. Następnie weszłam ponownie w las, by odwiedzić kolejne kapliczki. Rozpoczęłam od Pałacu Piłata, jedenastej kapliczki, która była jednocześnie pierwszą stacją lokalnej drogi krzyżowej. Kolejna była trzynasta kapliczka – Podjęcie Krzyża. Wędrowałam niemal cały czas prosto, chociaż lawirując góra – dół, mijając przy tym kapliczki: Pierwszy Upadek Chrystusa, Spotkanie z Matką Bożą, Cyrenejczyk, Weronika. Za tą ostatnią znajdowała się ścieżka w prawo, wiodąca do opuszczonej dwunastej kapliczki – Pałacu Heroda, a także do ulicy 3 Maja. Odbiłam w prawo, by odhaczyć również te elementy. Następnie cofnęłam się do wspomnianego rozwidlenia i ruszyłam do osiemnastego punktu Kalwarii – Bramy Łez, będącej jednocześnie wspomnieniem Drugiego Upadku Chrystusa.

Kawałek dalej znalazłam dziewiętnasty obiekt: Kaplicę Płaczące Niewiasty. Nieopodal znajdował się niewielki skwer z kolejną rzeźbą z cyklu Kaszubskie nuty. W jego obrębie zobaczyłam coś na kształt grabek i koguciki.

Aby odwiedzić ostatnich kilka kapliczek, musiałam przejść na drugą stronę ulicy Strzeleckiej. Ruch był spory, ale udało się. Ten ostatni etap minął mi niezwykle szybko. Wszystkie obiekty były położone bardzo blisko siebie. Odnotowałam kapliczki: Trzeci Upadek Chrystusa, Obnażenie Chrystusa, Przybicie do Krzyża, Kaplica Matki Boskiej Bolesnej i nieco niżej – Grób Pański. Pośród nich wyróżniał się punkt dwudziesty trzeci czyli Kościół Trzech Krzyży. Na jednej z jego ścian widniała tablica, upamiętniająca wizytę polskiego papieża. Nieopodal zauważyłam także nagrobek hrabiny von Keyserlingk i drzewo o częściowo poziomym pniu. Korciło mnie, by tam usiąść, ale i tak nikt by mnie tam nie sfotografował, więc odpuściłam.

Po pokonaniu całej dwudziestopięciopunktowej trasy, zeszłam z Kalwarii ku ulicy Harcerskiej. Skierowałam się ku Hallera, gdzie skręciłam w lewo. Minęłam przy tym przedszkole. Na Hallera działały Centrum Organizacji Pozarządowych oraz Wejherowskie Centrum Kultury. Wzdłuż tego drugiego ustawiono rzeźby postaci reprezentujących różne dziedziny sztuki. Szczególnie spodobały mi się baletnica oraz malarz z paletą. Ostatni odcinek w kierunku stacji kolejowej pokonałam ulicą Dworcową. Mieściły się tam placówki oświatowe: Powiatowy Zespół Szkół Policealnych, Szkoła Muzyczna I Stopnia oraz Kaszubsko-Pomorska Szkoła Wyższa. Ponadto dostrzegłam sklep odzieżowy, Żabkę i salon fryzjersko-kosmetyczny. Na sam koniec minęłam aptekę i komisariat policji, przy którym dodatkowo uwieczniłam ciekawe graffiti. Prezentowało prawdopodobnie centrum Wejherowa w zarysie historycznym. A może było to tylko wyobrażenie twórcy.

Ten spacer, chociaż z założenia refleksyjny i samotny, przebiegał bardzo zaskakująco i wzbudził we mnie sporo entuzjazmu dzięki niezwykłemu spotkaniu, które zdeterminowało, jak ów spacer wyglądał. Zdecydowanie powinnam zatytułować ten rozdział „O tym, jak poznałam człowieka w lesie”.

Więcej o wycieczkach realizowanych w ramach tego projektu możesz poczytać <tutaj> 🙂

4 thoughts on “Wejherowo – o tym, jak poznałam człowieka w lesie

    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Niejedno urocze miejsce można odkryć podczas wędrówek 🙂 Ale muszę przyznać, że Podkarpacie jeszcze przede mną 😉

      Odpowiedz
  1. Maria says:

    Bardzo interesujący projekt,świetne zdjęcia,ciekawa prezentacja mojego miejsca na Ziemi.
    Bardzo dziękuję Autorce !

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Serdecznie dziękuję, bardzo mi miło 🙂 Pozdrawiam Panią i całe Wejherowo 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *