Od jesieni trudno było mi tak naprawdę zrobić sobie jakąś większą wycieczkę. Poza pracą na etacie, niemal całkowicie absorbował mnie kurs przewodnicki. Korzystałam z każdej luźniejszej chwili, by pospacerować chociaż w obrębie Trójmiasta, by ugruntować zdobywane informacje, a do tego zwiedzałam muzea z poleconej listy (do wielu z chęcią wracałam kilka razy i na pewno jeszcze wrócę). W sumie największym przedsięwzięciem był sylwestrowy wyjazd do Opola. Ponadto wizytowałam również Stutthof, o czym pewnie za jakiś czas opowiem (w projekcie pomorskim były jeszcze wcześniejsze wycieczki, dotąd opisałam Malbork – tu znajdziesz pierwszą i drugą część).
I chyba nie mogę się w tym okresie pochwalić niczym większym. Kurs wymagał skupienia, skrupulatnej i regularnej pracy, Było warto, a wskazanymi ścieżkami chcę podążać dalej, bo żadnego miasta nie ukochałam tak jak Gdańska. Czułam jednak niedosyt, bardzo chcąc znów wcielić się w odkrywcę, który poznaje nowe przestrzenie. Nic zatem dziwnego, że kiedy pojechałam służbowo do Turku, wodziłam oczami jak oczarowana nawet po drodze 😉


W znakomitym towarzystwie nigdy nie braknie tematów, odgadywaliśmy też tablice rejestracyjne i komentowaliśmy sytuacje na naszej trasie. Hitem stały się Gorzyczki, które nagminnie pojawiały się na pewnym odcinku na drogowskazach, choć dzieliło nas od nich ponad 400 km. Wreszcie sprawdziliśmy, że znajdowały się niemal na granicy polsko-czeskiej.
Tak daleko nie zmierzaliśmy, ale dwukrotnie przekroczyliśmy granicę województw. Przejechaliśmy także przez dwie rzeki – Wisłę i Wartę. Nie wiem czemu, ale pociągają mnie takie widoki. Mają w sobie coś niezwykłego. Rzeka też jest swego rodzaju drogą, a przejeżdżając nad nią, niejako się z nią krzyżowaliśmy, jednocześnie w nią nie ingerując. To trochę tak, jak skrzyżowanie ścieżek, choć tutaj możliwa jest już interakcja. Idąc dalej nieco filozoficznie, z niektórymi nasze drogi krzyżują się na chwilę. Mijamy się, ale nie mamy wpływu na swoje losy. Dla innych może to być wspólny przystanek. Niektórzy po takim spotkaniu mogą zmienić założoną ścieżkę, a samo spotkanie staje się nowym drogowskazem.


Połączenie obu nazw tych rzek nie może kojarzyć się inaczej, jak z polskim hymnem. Polski to piękny język pełen także intrygujących nazw. Poza wspomnianymi Gorzyczkami, spisałam sobie z drogowych tablic chociażby „Kiełżew Smużny Czwarty” – coś dla mnie niepowtarzalnego. Intrygowały mnie także budowle, w szczególności klasztor paulinów w Brdowie. A może to ta wieża z zegarem? 😉

Zegarową wieżą mogło się także pochwalić Muzeum Miasta Turku – cel naszej podróży. Niezwykle zgrany zespół na czele z samym Dyrektorem, przyjął nas bardzo ciepło. Z zapałem przystąpiliśmy do pracy, ucinając sobie przy tym pogawędkę. Gdy obowiązkom stało się zadość, zaproszono nas na krótkie zwiedzanie. W ramach gościny jeden z pracowników oprowadził nas najpierw po muzeum, potem zabrał nas na wieżę, a na koniec zahaczyliśmy jeszcze o położony niemal po sąsiedzku kościół p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Ale po kolei.

Muzeum nosi imię Józefa Mehoffera. Mieści się w gmachu dawnego ratusza, zbudowanego w latach 70. XIX wieku. W obecnej formule istnieje od 2012 roku i posiada przede wszystkim zbiory oparte na życiu i twórczości swojego patrona. A kim był Mehoffer? Uczniem Matejki, malarzem i zdradzę Wam, że przynajmniej jeden jego obraz może być Wam znany z podręczników szkolnych. „Dziwny ogród” z 1903 roku. W Turku miałam okazję usłyszeć o życiu tego artysty i zobaczyć niektóre z jego prac. Skupiono się tu na dziełach odwzorowujących pracę Mehoffera we wnętrzu wspomnianego kościoła. Bardzo spodobał mi się cykl ukazujący Chrystusa w różnych rolach: pasterza, oblubieńca, pielgrzyma i ogrodnika.


Odbyty kurs przewodnicki sprawił, że zaczęłam dostrzegać niuanse, detale, których wcześniej nie znałam. Zauważyłam monogramy w jednym z obrazów. I przystanęłam z zaciekawieniem, gdy dostrzegłam na dwóch płótnach anioła, orła, woła i lwa. Symbolika malarska nawiązująca do postaci czterech ewangelistów (tetramorpha) nie była mi obca i momentalnie zorientowałam się, na co patrzę. Nawet pomimo pomyłki, jakiej dopuścił się malarz (wół jest symbolem Św. Łukasza, nie Św. Mateusza).


Wyżej mieściła się sala poświęcona tkactwu i zawodom, które powoli odchodzą w niepamięć (jak np. czapnicy). Rozwiązaliśmy ciekawy, interaktywny quiz, poduczyliśmy się kilku słów i dowiedziałam się, że do zdejmowania butów służył… piesek! Może odnajdziecie ten sprzęt na załączonym obrazku? 😉


Na koniec wspięliśmy się na wieżę zegarową. Z góry mieliśmy jak zawsze fajne widoki. Ponadto kocham zegary, choć nie wiem, skąd mi się ta miłość wzięła, więc gdy nasz przewodnik zaproponował, że pokaże nam, jak się taki zegar nakręca (co było jednym z jego obowiązków), aż mi się oczy zaświeciły! Gdy do tego usłyszałam, że mogę też sama spróbować, nie musiał mnie dwa razy prosić! Miałam niemałą frajdę, poruszając korbką, która naciągała linę z ciężarkiem u dołu. Gdy poradziłam sobie z lżejszym, spróbowałam się też z cięższym. Dałam radę i zeszłam z uśmiechem na ustach 🙂



Zwiedzanie nie byłoby pełne bez odwiedzenia świątyni. Po drodze mieściła się ławeczka z samym Mehofferem. Nie omieszkałam zapozować.


Następnie weszliśmy do środka i nie skłamię, jeżeli powiem, że wnętrze mogło onieśmielać. Przenigdy nie widziałam takiego kościoła! Jeżeli dodatkowo dowiadujemy się, że malarz latami pracował na ten efekt, zdobiąc wnętrze freskami i tworząc witraże, to nie znajduję na to innego słowa jak podziw. Zresztą, zobaczcie sami!



Niezwykłym dla mnie zbiegiem okoliczności był fakt, że obok siebie znajdowały się witraże z patronami obydwojga moich rodziców. Kochana Mamo, w tym miejscu pragnę Ci ten wpis zadedykować, pamiętając o Twoim jutrzejszym święcie! <3 Chciałabym również bardzo podziękować Dyrektorowi i pracownikom Muzeum Miasta Turku za gościnność i zgodę na publikację wpisu wraz ze zdjęciami z wnętrza placówki. A Was zachęcam do odwiedzenia tego miejsca, jeżeli będziecie mieli okazję. Naprawdę muzeum w połączeniu z kościołem robią wrażenie i tworzą spójną całość.


A już we wtorek na blogu wrócimy do gdańskich przestrzeni i tym razem pochwalę się Wam pewną przygodą, która przekonała mojego brata, że chodzenie ulica po ulicy może nie jest tak zupełnie bez sensu 😉 Ciekawi? No to do zobaczenia!

Bez żadnej przesady, to dla mnie fascynujący post, bo przejeżdżałem tylko po obrzeżach Turku szukając śladów rodziny babci (wiele razy nasłuchałem się w dzieciństwie „powiat Turek, gmina Dobra”), co nie bardzo się udało, ponieważ kolektywizacja pozmieniała granice wsi, a sama babcia nie miała za bardzo siły na podróż. O ile nie mylę podróży, najciekawsza była wizyta w Borowie, czyli gnieździe politycznego klanu Grabskich, miłe wrażenie odnowionego dworu i spotkanie z chłopem, który pamiętał jeszcze dziedziców, ale to osobny temat.
Nie kojarzyłem nigdy Turku z Mehofferami. Widziałem kilka projektów witraży w Muzeum Narodowym w Poznaniu i jeden wylądował na tapecie mojego telefonu. Jak wynika z nekrologów, rodzina wciąż mieszka w Małopolsce i dba o spuściznę poprzedników (dom Józefa przy Krupniczej w Krakowie ma status muzeum).
Ciekawa jest gramatyka jednego z tych witraży: Nie wzgardzić jednego, zamiast jednym.
Poddasze muzeum przypomina wstępną fazę Muzeum Żuławskiego, gdy w nim pracowałem. Też mieliśmy kołowrotek, a najwięcej emocji (i polskich, i niemieckich gości) budziło koromysło, czyli nosidło do wody.
Bardzo mi miło 🙂 Z mojej perspektywy również jest to jeden z lepszych wpisów, pisałam go z wielką radością, zapałem i cieszę się, że mogłam powplatać kilka ciekawostek. Zaskakujące, jak niespodziewanie wpis potrafi obudzić wspomnienia, zarówno w twórcy, jak i w czytelnikach 🙂 Sprawdzę też po zdjęciach ów krakowski Dom Mehoffera, czy przypadkiem tam nie byłam kilka lat temu, bo jeśli Google Maps nie kłamie, to budynek mało przypomina dom, za to wizualnie mi się kojarzy 😉