Do Opola wybrałam się na tegorocznego sylwestra. Zazwyczaj nie traktuję tego dnia jako nic wyjątkowego, a jedynie skłania mnie on do większych podsumowań i snucia dalszych planów. Zwykle po prostu spędzam czas ze znajomymi, bez szczególnych fajerwerków (tych prawdziwych też raczej unikam). Po prostu cieszymy się tym wspólnym czasem.


W tym roku postanowiłam pojechać na koncert. Jednak nie na opolski sylwester pod chmurką, chociaż w tym roku gwiazdą wieczoru był nie byle kto, a zespół Perfect, który bardzo lubię. Nie, Marcie zamarzył się koncert w Filharmonii Opolskiej. Zamarzył to dobre słowo, bo odbywa się on już trzeci rok z rzędu. Za pierwszym razem dowiedziałam się o nim za późno, więc potraktowałam go jako ciekawostkę. Rok temu chciałam się wybrać, ale tak długo szukałam kogoś chętnego mi towarzyszyć, że bilety się wyprzedały. Postanowiłam wówczas, że jak zrobią taki koncert po raz trzeci, to najpierw kupię bilety, a potem będę myśleć, kto się ze mną zabierze. I udało się! 🙂


Pojawia się oczywiste pytanie, kto miał zrobić ten koncert. Otóż chodziło mi o Studio Accantus, znacie? Jeśli nie, a lubicie muzykę bajkową, musicalową, filmową i inne niebanalne jej odsłony, na pewno pośród setek filmików znajdziecie coś dla siebie 🙂 Osobiście w ostatnim czasie najbardziej ekscytuję się Krainą lodu, Hamiltonem, Jesus Christ Superstar czy Notre Dame de Paris, ale cenię też klasyczne bajki Disneya i musical Metro. Tak naprawdę rzadko zdarza się, bym się nie wkręciła w jakiś prezentowany przez nich materiał 😉 Niech zaświadczy o tym fakt, że koncertowali w Gdańsku pewnie około dziesięciu razy, a ja nie poszłam tylko na dwa koncerty i to zupełnie świadomie, a nie z braku biletów 😉 Byłam za to kilka razy w Warszawie, raz w Katowicach, no i teraz w Opolu, a na koncercie Pawła Izdebskiego w Gdańsku siedziałam nawet w pierwszym rzędzie pośrodku 😉
Koncert był absolutnie wspaniały. Artyści tworzą tak zgrany team, że to się po prostu czuje! Były momenty, gdy przechodziły mnie dreszcze, chwile, gdy marzyłam, by śpiewać wraz z wokalistami i piosenki, do których tak mnie bujało, że aż żałowałam, że miejsca są siedzące 😉 Zatapialiśmy się w świat bajek poprzetykany utworami musicalowymi. A może na odwrót, bo ku mojej radości piosenek z musicali było naprawdę sporo! Wokaliści są artystami w pełnym tego słowa znaczeniu, nie tylko fantastycznie brzmieli, ale także zaprezentowali niemałe zdolności aktorskie, a czasem i lekko kabaretowe 🙂 A skoro był to wieczór sylwestrowy, w przerwie zaserwowano przekąski i symboliczny kieliszek szampana. Wyszłam stamtąd radosna, ale i z pewnym niedosytem, bo jak zawsze koncert wydawał mi się za krótki. Chciałabym jeszcze 😉

Koncert nie był jedyną atrakcją ostatnich dni. Do Opola przyjechałyśmy wraz z koleżanką już dwa wieczory wcześniej. Nie oszukujmy się, miałyśmy do pokonania kawał drogi. Ponadto żadna z nas nigdy w Opolu nie była, więc chciałyśmy wykorzystać ten czas dla siebie i na zwiedzanie. I chociaż Opole wcale nie jest dużym miastem jak na wojewódzkie (podobnie byłam zaskoczona w Kielcach, o czym kiedyś opowiem, pisząc o Świętokrzyskim Parku Narodowym), a najważniejsze rzeczy są skumulowane w centrum, znalazłyśmy sobie zajęcie na te dwa dni.

Do obejrzenia było całkiem sporo 😉 Już w drodze do Hotelu Piast, w którym nocowałyśmy, wypatrzyłam parę ciekawych budynków, tabliczek i malunków. Odkąd jestem na kursie przewodnickim, architektura rusza mnie jakoś bardziej, wcześniej ekscytował mnie tylko fakt, że budynek był ceglany, bo mam do cegły niemałą słabość. Podobały mi się także mijane mosty. Większość prób fotograficznych w tych warunkach (zmrok i mżawka) nie dała jednak zadowalających efektów. Czułam, że większość kadrów będzie wymagała powtórzenia…


Zameldowałyśmy się w hotelu, gdzie podobał się nam zarówno wystrój, jak i warunki w pokoju. Eleganckie żyrandole skojarzyły mi się z filmem Titanic. Rozpakowałyśmy się, a następnie ruszyłyśmy w miasto, przechodząc od razu najbliższym mostem ku Katedrze Podwyższenia Krzyża Świętego. Pokręciłyśmy się uliczkami po naszej prawej stronie. Dotarłyśmy do iluminacji świątecznych w pobliżu Rynku, co skłoniło nas do sesji fotograficznej. Dodatkowo w pozytywny nastrój wprawiała świąteczna muzyka.

Miałam poczucie, że ten wyjazd będzie calusieńki właśnie w muzycznym klimacie. Nawet gdy posiliłyśmy się i w drodze powrotnej delikatnie zmieniłyśmy trasę, natrafiłyśmy na Aleję Gwiazd. A tam umieszczono wiele polskich znakomitości. Wysłałam mamie kadr z gwiazdą jej ulubienicy, Anny Jantar, a sama szczególnie zachwycałam się gwiazdą z autografami artystów z grupy Dżem <3 To jeden z moich ulubionych zespołów!


Nazajutrz pogoda średnio sprzyjała spacerom, więc cieszyłyśmy się, że niedzielę przeznaczyłyśmy na dzień muzealny. Zaczęłyśmy od mszy w Katedrze Podwyższenia Krzyża Świętego. Przy okazji odnotowałam rzeczy, których nauczyłam się na kursie – gwiaździste, sieciowe i kryształowe sklepienia czy łuki ostre pomiędzy nawami. Dało mi to niemałą satysfakcję, zwłaszcza, że miałam świadomość, że wcześniej byłam w tym temacie totalnie zielona.


Znalazłyśmy też kilka pomników, przy których znajdowały się tabliczki z kodami QR i adresem strony, gdzie została przybliżona historia postaci ważnych dla miasta – Kazimierza Opolskiego i Karola Musioła. Naszą uwagę zwracały też niektóre rzeźby.


Pierwszym odwiedzonym tego dnia muzeum było Muzeum Śląska Opolskiego. Część ekspozycji była tymczasowo zamknięta, ale udało się nam obejrzeć tę, którą byłyśmy najbardziej zainteresowane czyli W kręgu farmacji. Dla biologa odgadywanie nazw specyfików stanowiło ciekawą formę rozruszania szarych komórek, okna oklejono rysunkami anatomicznymi, a jedną z szaf zdobił nawet cień mojego ulubionego zwierzęcia – żółwia 🙂 Ponadto odwiedziłyśmy wystawy historyczne – od prehistorii do współczesności, a także czasową, poświęconą małżeństwu artystów. Adolf Panitz w swoim dorobku miał chociażby projekt drzwi Katedry, które to drzwi już wcześniej zwróciły moją uwagę. Na wystawie historycznej najbardziej podobała mi się podświetlana makieta. Prezentowała ona umiejscowienie charakterystycznych punktów i uświadamiała, ile w Opolu (na doprawdy niewielkiej powierzchni) umiejscowiono obiektów sakralnych. W ramach pamiątki nabyłam pocztówki i zakładki, w tym z opolskimi widokami i dwie z różnymi gatunkami sikorek, którymi podzieliłam się z towarzyszącą mi koleżanką.



Drugie muzeum śmiało mogłoby mnie zająć na tydzień! Spędziłyśmy tam cztery godziny i chciałabym móc tam wrócić już, zaraz! 🙂 Mowa o Muzeum Polskiej Piosenki. Dnia bez muzyki absolutnie sobie nie wyobrażam, a polskie piosenki są mi szczególnie bliskie. Zwiedzanie muzeum ma formę wędrówki od ekranu do ekranu ze specjalnie przystosowanymi do tego urządzeniami. Wystukuje się przyporządkowany do ekranu numer, a w słuchawkach można odsłuchać tego, co nas interesuje najbardziej w danym zagadnieniu. Ekrany biegną wzdłuż przeciwległych ścian. Utwory uporządkowano czasowo, stylistycznie, według wykonawców. Oczywiście najdłużej zajęły mnie strefy, gdzie znalazłam polskiego rocka oraz Dżem <3 Wróciłam do dawno niesłuchanego utworu Niewinni i dowiedziałam się paru ciekawostek o Skazanym na bluesa. Elżbieta Zapendowska określiła Ryśka Riedla jako „zjawisko, które istnieje pomimo fizycznego nieistnienia”.


Ciekawie było też posłuchać opinii, jak można spojrzeć na znane wszystkim utwory z różnych perspektyw. O mnie się nie martw Kasi Sobczyk ze swoją lekkością miała być sztuką dla sztuki, bo wreszcie nie trzeba było tworzyć piosenek tylko dla wyższych celów, np. narodowościowych. Skiba nazwał artystkę polską Olivią Newton John, a profesor Bralczyk zauważył, że była przekorna jak na kobietę przystało, bo „właśnie ma się martwić” 😉
Sen o Warszawie Czesława Niemena zyskał znaczenie uniwersalne, bo przedstawiono go jako wyraz tęsknoty za swoim miejscem na Ziemi. Posłuchałam oryginalnego wykonania piosenki Ktoś między nami (Anna Jantar, Zbigniew Hołdys) i odkryłam nowy utwór Breakoutu. A skoro już o duetach mowa, uwielbianą przeze mnie piosenkę Lubię wracać tam gdzie byłem na nagraniu Zbigniew Wodecki zaśpiewał z Alicją Majewską, a ja słuchałam o dziewczynie z warkoczami, sama w takich dwóch warkoczach stojąc i bujając się nostalgicznie.

Piosenki budziły wspomnienia. Rzeka marzeń pozwoliła mi dokładnie odtworzyć scenerię, jaka towarzyszyła mi kiedyś podczas czytania W pustyni i w puszczy, a Radość o poranku przeniosła mnie do czasów ciut późniejszych, gdy w gimnazjum wystawialiśmy musical. Nie brakowało też muzyki bardziej współczesnej, ale gdybym chciała opisać całość, musiałabym chyba pisać do rana, a i tak nie wyraziłabym tego w pełni. Serdecznie polecam, a jeśli nadarzy się okazja, wrócę! <3
Niesamowitą frajdę dało mi też rozśpiewanie się w budce nagraniowej. Moje nagrania Dżemu, O mnie się nie martw, Varius Manx czy Kaczki dziwaczki zachowam raczej dla siebie, ale bawiłam się doskonale! 🙂 🙂 🙂

Ostatni dzień był już raczej luźny. Planowałyśmy wejść na Wieżę Piastowską, ale chociaż dowiadywałam się wcześniej, czy będzie otwarta, nie udało się nam jednak wejść do środka. Szkoda. Zrobiłyśmy sobie jednak niespieszny spacer do dworca i z powrotem, wykorzystując dzienne światło do uzupełnienia brakujących kadrów. W ciągu tych niespełna trzech dni wielokrotnie przechodziłyśmy też przez trzy mosty na Młynówce, w tym najsłynniejszy Most Groszowy z kłódkami zakochanych. Poruszałyśmy się po maleńkim centrum Opola zupełnie swobodnie i wyjeżdżałyśmy w poczuciu, że bawiłyśmy się naprawdę fajnie, a zdecydowanie była to też najbardziej muzyczna podróż w moim życiu!



